„WYGRANY” – PRZEGRANY?

O CHICAGOWSKIEJ PREMIERZE NAJNOWSZEGO FILMU WIESŁAWA SANIEWSKIEGO „WYGRANY”

Kiedy wygrana kariera pociąga za sobą przegrane życie (Janusz Gajos, Paweł Szajda i grający siebie Genek Loska w filmie Wiesława Saniewskiego "Wygrany")

*

Zdecydowałem się napisać o amerykańskiej premierze najnowszego filmu Wiesława Saniewskiego „Wygrany”, choć wolałbym chyba pozostawić go w stanie nienaruszonym żywszą czy też szerszą refleksją w jednej z szufladek mojej pamięci z napisem „kino sympatyczne” i… na tym poprzestać. Lecz uznałem w końcu, że wspólny udział – wraz z blisko półtoratysięczną publicznością polonijną – w projekcji jaka odbyła się kilka dni temu (dokładnie 1 maja) w chicagowskim Centrum Kopernikowskim, do czegoś mnie jednak zobowiązuje.
Choćby do poczynienia tej luźnej notki.

Fabuła „Wygranego” jest prosta i  przejrzysta, balansując na krawędzi banału, i niestety czasem przechylając się na jego stronę, lecz wydaje się, że  przed ostatecznym upadkiem chroni tę filmową opowiastkę niewątpliwa szczerość reżysera (i scenarzysty w jednej osobie) Wiesława Saniewskiego oraz solidność realizacyjna filmu, która sama przez się niejako nobilituje (do pewnego stopnia) sam obraz i jego zawartość.

Koszty sławy i brzemię bycia "najlepszym"

Oto młody pianista Oliver (Paweł Szajda) przez fachową prasę muzyczną obwieszczany jako „największy talent pianistyczny świata”, w sposób nader spektakularny (uciekając z sali koncertowej wypełnionej po brzegi oczekującym na jego występ audytorium) rezygnuje ze swojej (jakże wspaniale zapowiadającej się) kariery, wycofuje się z wielkiego światowego tournée (zrywając tym samym kontakt z całym swym dotychczasowym środowiskiem agentów, impresariów, wydawców…) i spotykając na swojej drodze starzejącego się, acz namiętnie grającego na wyścigach konnych emerytowanego matematyka Franka (Janusz Gajos), poszukuje nowego „ja”, wolności, niezależności… jednym słowem: sensu życia, które dotychczas  zatruwane było przez niewierną żonę, terroryzującą go swą nadopiekuńczością matkę, cynicznych, wyciskających z niego ostatnie poty i centy agentów, zakłamanych krytyków i skorumpowanych jurorów.  Oliver nie chce już dłużej brać udział w całym tym cyrku i wyścigu szczurów, (które akurat tutaj są szczurami artystycznymi żerującymi na muzyce klasycznej). Zamiast tego, wraz z Frankiem zaczyna grać na wyścigach konnych, poznając przy tej okazji uroczą, bezpretensjonalną, świeżą i zwiewną jak dziewczęca kiecka Kornelię (Marta Żmuda Trzebiatowska).

To prawda – opowieść Saniewskiego jest szlachetna w swym przesłaniu, lecz, niestety, mało przy tym skuteczna i wiarygodna. Jednakże nie chodzi tu tylko o naiwność wątku, i eksploatowany przez niego „idealizm” (od tego wszak roi się nawet w arcydziełach) ale o rzecz znacznie poważniejszą – o to, że film nie był mnie w stanie do siebie (a ściślej – do opowiadanej przez siebie historii) przekonać.
Gdzie leży problem?
Moim zdaniem nie tylko w tym, że niezbyt przekonujące są motywy psychologiczne zachowania głównego bohatera. Także, a może nawet przede wszystkim, w widocznej aż nadto niezborności całego filmu. Tym bardziej można nad tym ubolewać, że poszczególne jego elementy są dobre, a wśród nich znaleźć nawet można znakomite (jak np. muzyka Carlosa Libedynsky’ego i ścieżka muzyczna ogólnie, czy też kreacja Janusza Gajosa). Wiąże się to wszystko z jeszcze jednym, moim zdaniem bardzo istotnym mankamentem „Wygranego” – otóż nie ma w nim dramaturgii (przynajmniej ja jej nie czułem), a poszczególne epizody wydały mi się jedynie bardziej lub mniej zgrabnie odegranymi scenkami.

No, niestety… widzę jednak że lepiej było film Saniewskiego zostawić w spokoju, bo oto w głowie świta mi coraz więcej wobec niego zastrzeżeń, a przecież nie mogę powiedzieć, że tak bardzo męczyłem się na jego projekcji. Wprost przeciwnie: „Wygranego” oglądało mi się mimo wszystko dość miło i gładko (może dlatego, że pozostawiał on moje – te bardziej poskręcane – zwoje mózgowe w spokoju, tudzież nie drażnił zbytnio moich nerwów?) Było więc lekko, łatwo i całkiem przyjemnie, tele że bez większego engagement ani excitation.

Lecz skoro już zacząłem, to i skończyć muszę – więc nie rozwodząc się jednak zbytnio, wyłuszczę tu jeszcze kilka innych (a istotnych, wg mnie) zarzutów (kolejność przypadkowa):

Paweł Szajda - amerykański aktor z polskimi korzeniami

– Piszę to z pewnymi oporami, bowiem grający Olivera Paweł Szajda sprawiał w bezpośrednim zetknięciu (był obecny na premierze „Wygranego”w Chicago) wrażenie człowieka bardzo sympatycznego i bezpretensjonalnego, lecz moim zdaniem nie posiada on wystarczającego aktorskiego „ciężaru”, który mógłby stanowić wystarczającą przeciwwagę dla (tutaj: bardzo solidnej i treściwej) gry Janusza Gajosa, z którym wystąpił on w dość nietypowym duecie wyrafinowanego artysty z opanowanym przez hazard sybarytą.

– Nadmieniona już przeze mnie niewiarygodność zachowania się głównego bohatera, którego czyn (rzucenie wszystkiego „w diabły” w najmniej do tego odpowiednim momencie) jest dość szaleńczy i desperacki, ale nie dający się dobrze wyjaśnić psychologicznie (bicie przez mamę w dzieciństwie „po łapach” za złą grę to cokolwiek za mało, podobnie jak zupełnie przez nas niezrozumiała decyzja porzucenia go przez żonę). Że niby wyśrubowana kariera odbiera mu wolność, dając w zamian ułudę sławy i poczucie mistrzostwa? Że w ogóle nie obchodzą go pieniądze? (Tylko dlaczego, w takim razie, tak podnieca się on później, kiedy wraz z Frankiem zgarniają na wyścigach sporą kasę? Tak mi się zdaje, że mimo całego tego romantycznego idealizmu, czuć w filmie Saniewskiego jakiś kult „kasy” – ale pewnie bez tego nie można byłoby ukazać świata hazardu, w jakim żyje Frank).

– Postać grana przez Martę Żmudę Trzebiatowską sprawia wrażenie ledwie uromantyczniającej obrazek dekoracji – wstawionej cokolwiek jakby na „doczepkę”. Bowiem wątek miłosny między Oliverem a Kornelią jest nie tylko niedoprowadzony do końca, ale i nawet niewystarczająco rozwinięty (stąd być może ta dość bezpłciowa, choć w zamiarze pewnie „gorąca” scena erotyczna, taka trochę nie przypiął ni przyłatał, bo bez żadnej chemii, a nawet bez większej śmiałości wyegzekwowana – ot „moment” czyniący film bardziej atrakcyjny dla lekko napalonego na goliznę młodocianego widza).

Spotkanie pokoleń (i telentów) - Paweł Szajda w aktorskim duecie z Januszem Gajosem

No i ładnie się porobiło. Bo oto się okazuje, że (jakby nie było) trochę własne gniazdo kalam. Dlaczego? Ponieważ w powstaniu filmu duży wkład mieli Chicagowszczanie (wśród których są osoby znane mi od lat), a i sam film w sporej części dzieje się w Chicago, odwołując się do charakteru tego miasta i zamieszkującej go Polonii. Lecz powiedzmy sobie szczerze – czy kalam aż tak bardzo, że odbieram czytającemu to wszystko, ewentualnemu widzowi, wszelką ochotę na obejrzenie tego filmu? Eee… chyba nie. Mam nadzieję, że nie, bo film warto jednak obejrzeć.

*  *  *

Ciekawe było spotkanie z twórcami (i producentami) filmu, jakie się odbyło po jego projekcji, a najciekawiej mówił na nim Wojciech Saniewski, od którego dowiedzieliśmy się nie tylko o blisko 20-letnich perypetiach związanych z realizacją filmu, o jego własnej fascynacji wyścigami koni, o bardzo sumiennym przygotowaniu się do roli Pawła Szajdy, ale i o dość marnym zdaniu, jakie ma na temat wszelkich filmowych konkursów i festiwalowych nagród, których przyznawanie, jego zdaniem, niewiele ma wspólnego z wartością artystyczną nagradzanych filmów – liczy się natomiast koniunktura (albo jej brak), polityka, układ sił i znajomości. Sam reżyser ma ich w swoim dorobku ze 60, ale jednocześnie podchodzi do nich ze znacznym dystansem – ze zrozumiałych jak widać względów.
Czy sam uważa się za wygranego prezentując tutaj swojego „Wygranego”?
Niestety, odpowiedź Saniewskiego zaginęła mi gdzieś w informacyjnym szumie, jaki na chwilę ogarnął przestronną salę Centrum Kopernikowskiego. Może to i dobrze. Bo czy „Wygrany” naprawdę jest wygrany? – to decyduje się za każdym razem, kiedy ktoś ten film ogląda.
Cieszę się, że mimo tych wszystkich wyłuszczonych tu zastrzeżeń, nie zdecydowałbym się „Wygranego” nazwać „przegranym”. Ot, jeszcze jeden średni zawodnik w peletonie polskiego kina.

*  *  *

Niespodziewana przyjaźń: do duetu Gajos - Szajda dołącza Marta Żmuda Trzebiatowska

*

Reklamy

komentarzy 15 to “„WYGRANY” – PRZEGRANY?”

  1. sarna Says:

    Filmu nie widziałam, ale jak już będę miła ku temu okazję to może się skuszę.
    No, no – ująłeś mnie formą: „poznając przy tej okazji uroczą, bezpretensjonalną, świeżą i zwiewną jak dziewczęca kiecka Kornelię”

    Genek Loska świetnie wypada jako bard – naturszczyk na Krakowskim bruku, a jak zaprezentował się w filmie?

    Przebiłam Cię: 1-go maja spędziłeś zaledwie wzniośle;) na premierze w kinie, a ja w szybowcu nad Bieszczadami :) Cudo!

    No i tyle przechwałek – miłego dnia

    • Logos Amicus Says:

      W filmie Genka (Gienka?) niewiele. Stanowi niejako tło dla dialogu Gajos – Szajda. I śpiewa tam na wrocławskim bruku:

      Ty wspominasz o krakowskim. Rzeczywiście, na Youtube najwięcej jest nagrań Genka z Krakowskiego Rynku. On, jak się okazuje, pokazał się już w telewizji jakieś siedem lat temu (w programie „Moda na sukces”?) i mimo że zwrócił tam na siebie uwagę, to jakoś nie zaistniał szerzej w mediach i słuch po nim zaginął.

      Na spotkaniu po premierze filmu w Chicago, zapytałem się producentki filmu, pani Grażyny Molskiej jak Genek znalazł się w ich filmie. Odpowiedziała, że potrzebny był im jakiś uliczny grajek z Wrocławia, no i ktoś zaproponował Loskę. To było jeszcze przed (ubiegłorocznym) występem Genka w programie „Mam talent”, po którym przypomniała go sobie tzw. „szersza” publiczność.
      Wygląda więc na to, że Genek pojawił się w filmie Saniewskiego dość przypadkowo, a ja myślałem, że celowo – że wybrano go jako coś w rodzaju komentarza do postawy głównego bohatera filmu, który rezygnuje z wielkiej kariery, by pozostać sobą. A właśnie kimś takim jest dla swoich fanów (a ma już ich spore grono) Genek Loska.
      Z ciekawości sprawdziłem, co też można usłyszeć Genka na YouTube. Okazuje się, że niektóry jego (wszystkie amatorskie) clipy mają już po kilka milionów otwarć. Mnie szczególnie spodobała się ta Genkowa wersja „Proud Mary”:

      (choć poziom techniczny nagrania, jak zresztą wszystkich filmików z Genkiem, jest kiepski).

      PS. Sarna szybuje nad Bieszczadami? No, no… kto to widział!? ;)
      Widzę, iż rzeczywiście wzniosłaś się ode mnie wyżej… ostatniej niedzieli :)

      • sarna Says:

        Poszłam za Twoją radą i posłuchałam Genka na Youtube. Bardziej mi się jednak podobał w realu na krakowskim bruku, ale może to klimat miasta sprawia, że jesteśmy przychylniej usposobieni.
        Swoją drogą też nie do końca rozumiem aż tak wielką jego popularność.

        • Logos Amicus Says:

          No nie wiem czy jest to aż tak wielka popularność (jak ją mierzyć?) Czy przekłada się na nią ilość odsłon na Youtube?
          Swoją drogą najważniejsze jest to, aby Genek robił to co chciał i miał z tego z satysfakcję. Ale czy bluesman może być kiedykolwiek usatysfakcjonowany? ;)

          No i żeby jeszcze nastroił sobie lepiej tę swoją gitarę ;)

  2. Maja Says:

    Uważam, że film jest wygrany.
    Ciekawa historia, super obsada. Nawet Wrocław jakiś piękniejszy w tym filmie. No i muszę się pochwalić – bo w filmie „grała” sala w której mieliśmy przyjęcie weselne :)
    Janusz Gajos jak zwykle niesamowity, Paweł Szajda ma hipnotyzujące spojrzenie, Marta Żmuda jak zawsze śliczna, a do tego muzyka… Coś super.

    To piękna historia o walce o swoją wolność – taką osobistą. O szczęściu i nieszczęściu bycia kimś wyjątkowym i utalentowanym.
    Film wart obejrzenia.
    Teraz marzy mi się soundtrack.

  3. Miriam Says:

    J.W. w „Polityce” napisał: „Szajda nie wykorzystał otrzymanej szansy. Narcystyczne samozadowolenie na jego wiecznie pogodnej twarzy nie pozwala przejąć się dramatem postaci. Show skradł mu Janusz Gajos, który brawurowo wcielił się w hazardzistę z patriotyczną przeszłością, w króla wyścigów konnych, marzącego o zdobyciu fortuny i odnalezieniu niewidzianego nigdy syna w Stanach. Uwaga reżysera zamiast na budowaniu soczystej, wciągającej historii skupia się na cyzelowaniu akademickich ujęć, ogrywaniu wystawnych wnętrz, przytłaczającej architektury Baden Baden oraz niewymagającej reklamy urodzie Marty Żmudy-Trzebiatowskiej. Porywającego widowiska nie ma, ale dla mniej wymagającej publiczności film Saniewskiego może być przyjemnym, bezbolesnym doznaniem.”

    A mnie spodobało się to:

    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Często nie zgadzam się z opinią pana J.W. z „Polityki”, choć akurat tutaj… mniej więcej tak.

      A teledysk ładny. Szkopuł w tym, że wg mnie zupełnie nie oddaje atmosfery filmu – też taki trochę ni przypiął, ni przyłatał (do tego, co się w filmie dzieje).

    • Alla Says:

      Szajda rzeczywiście zagrał rolę na jednej minie. Nie wiem, czy to narcyzm. Raczej próba pokazania wewnętrznego bólu postaci, która jak zaczęła cierpieć, to nie wie kiedy skończyć i dlatego nie ma tego bólu z czym porównać. W związku z tym nawet scena seksu ze Żmudą-Trzebiatowską jest bardzo martyrologiczna. Aż im współczułam. Ostatnio tak przykro i smutno mi było w czasie ospałej i nudnej sceny w burdelu w „Amerykaninie” z Clooneyem – zero emocji.
      Za wnętrza w Baden-Baden robił Lądek Zdrój – pamiętam ten basen w marmurach, w którym pluskał się cudowny jak zwykle Wojciech Pszoniak, no i balie do kąpieli zdrowotnych.
      Scenariusz był dla mnie mało przekonujący. Pierwsza połowa filmu, to irytujące dłużyzny. W którymś momencie miałam ochotę powtórzyć trawestując za bohaterami „jak jeszcze raz Cię zaciągnę na polski film, to mi walnij”.
      Janusza Gajosa kocham szczerze. We wszystkim mnie zachwyca. Oczarował mnie tymi swoimi minkami, gestami, błyskami w oku autentycznego hazardzisty – wierzyłam mu od pierwszej do ostatniej chwili. Chociaż nie umiem się doliczyć, ile miał lat, skoro w 1945 był młodym amerykańskim żołnierzem. Gdyby usunąć wątek Oliego, to wyszedłby całkiem miły film o hazardzie. Ale kogo zagrałby wtedy Pszoniak? Z tymi okularkami i fularami pod kolor?

  4. dionizy Says:

    Miałem szczęście zobaczyć „Wygranego” na jedynym jak dotąd pokazie, tj. na warszwskiej premierze. Po doświadczeniach z oglądaniem innym polskich filmów szedłem na pokaz z poważnymi obawami. I nagle kompletne zaskoczenie. To jeden z najlepszych polskich filmów po 1989 roku! Rewelacyjna reżyseria i aktorstwo!!! Wspaniałe zdjęcia światowego kalibru operatora, jakim jest Piotr Kukla (nominacja jego holenderskich „Bliźniaczek” do Oscara) i utalentowanego Piotra Sobocińskiego. Cudowny rytm filmu, który wciąga od pierwszej sceny. I muzyka Libedinsky’ego, wbijająca widza w fotel. Prawdziwa magia. Gratuluję twórcom „Wygranego”. To kino na wysokim światowym poziomie. Każdy, kto kocha prawdziwe kino, musi „Wygranego” zobaczyć! Polecam gorąco!!!

  5. Torlin Says:

    Nie wiem, ale raptem zaczynają być – sądząc z Twojego opisu – produkowane filmy podobne do siebie, byłem ostatnio na „Erratum” z Kotem i miałem to samo wrażenie.

    • Logos Amicus Says:

      Moim zdaniem „Erratum” i „Wygrany” to dwa zupełnie różniące się od siebie filmy – trudno je ze sobą porównywać.
      Swoją drogą Torlinie, ciekaw byłbym tego, co też miałbyś do powiedzenia na temat filmu Lechkiego.

      PS. Interesująco o „Erratum” napisał(a) na swoim blogu Tamaryszek, o czym przeczytać można TUTAJ.

      • Torlin Says:

        Odpowiem, jednak mam teraz całe dnie pracy i nie mam czasu przysiąść fałdów. Ale coś mi się zbiera na szerszą wypowiedź, tak że pewnie u mnie…


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s