RODZINA I KREW (Więcej niż kino: „Ojciec chrzestny”)

Warto czasem wrócić do klasyki. Zwłaszcza do takiej, która i dzisiaj potrafi nas zaintrygować, zainteresować, zafascynować… bo nadal pozostaje żywa. O „Ojcu chrzestnym” pamiętają nie tylko zagorzali miłośnicy kina. Ten film był także pewnym fenomenem społecznym, kulturowym. Poniższy tekst o filmie Coppoli inauguruje nowy cykl pt. „Więcej niż kino”, w którym chciałbym przypomnieć filmy wykraczające swoim znaczeniem poza czystą sferę rozrywki poruszając sprawy ważne – historycznie, filozoficznie, socjologicznie… Powstał on przed wieloma laty, kiedy moja przygoda z pisaniem o filmie dopiero się zaczynała (stąd trudno mi dzisiaj brać za to wszystko co przeczytacie odpowiedzialność ;) ).

Mafia - brutalność, bezwzględność, okrucieństwo oraz "wartości" rodzinne - szacunek, lojalność, posłuszeństwo (Marlon Brando i Robert Duvall w "Ojcu chrzestnym" F. F. Coppoli - "największym filmie gangsterskim w dziejach kina")

*

Jest to film, który przemówił do „mas”. Zasięg, impet i wpływ „Ojca chrzestnego” na popularną wyobraźnię był ogromny, przydając mu rangi bez mała kultowego fenomenu. Warto się zastanowić nad przyczynami. O „Ojcu chrzestnym” krąży także fama „największego filmu gangsterskiego” w dziejach kina. Bez wątpienia, nie zadecydował tu jego epicki rozmach i rozmiary, ale rzeczywistych powodów należy szukać głębiej.
Otóż wydaje się, że film Coppoli ogarnia sobą kilka kluczowych, najbardziej istotnych aspektów amerykańskiej kultury, społeczeństwa i ustrojowości: wkład imigracyjny, mechanizm działania kapitalistycznej korporacji, władza i paternalizm (prezydent, boss), wartości rodzinne, idolatria (popyt na bożyszcza), ożywianie mitu amerykańskiego gunfightera; skłonność do rozwiązań siłowych, mafijność, nepotyzm i korupcja; liberalizm i prawo do pogoni za swoim prywatnym „American Dream” realizowanej za pomocą różnych środków, m.in. w pogardzie dla prawa (obowiązującego wszak „maluczkich”) i ludzkiego życia (zwłaszcza wrogów).

Jednak popularność „Ojca chrzestnego” nie wiązała się raczej z faktem uświadomienia sobie przez publiczność powyższych aspektów. Bezpośrednie przyczyny były inne i – generalnie ujmując – proste: melodramatyzm, saga rodzinna i gangsterska zarazem, zajmująca intryga i suspens; obrazowość zbrodni, gwałtu i przemocy; poczucie wejścia za kulisy (satysfakcja voyeura dopuszczonego do tajemnicy), żywość, krwistość i (pozorna) wiarygodność postaci; realizm (a właściwie – też tylko jego pozory) a jednocześnie monumentalizm…
A jednak dopiero połączenie owych przyczyn zewnętrznych (bardziej oczywistych, łatwiej dostrzegalnych) i wewnętrznych (osadzonych nieco głębiej, również na poziomie archetypicznym), uczyniło z „Ojca chrzestnego” zjawisko kultury masowej, jak i tej nieco „wyższej”. Celowo nie wspominam o artystyczno-technicznej stronie obrazu – o mistrzowskiej reżyserii Francisa Forda Coppoli i aktorskich kreacjach Brando, Pacino, Duvalla, Caana… co przecież także było warunkiem jego powodzenia.

RODZINA JEST NAJWAŻNIEJSZA

Stwarzając "Ojca chrzestnego": Francis Ford Coppola i Marlon Brano na filmowym planie

We właściwych obszarach umieszczają już film początkowe sceny ukazujące wesele córki Don Vita Corleone, patriarchy włoskiego rodu, który już od dwóch pokoleń – jako Ojciec chrzestny – jest wyrocznią nie tylko w sprawach rodziny, ale też bardziej lub mniej legalnych interesów prowadzonych przez kontrolowaną przez niego lokalną społeczność.
To słynne już wesele okazuje się być idealną ekspozycją dla filmu. Po pierwsze: ustala epicki wymiar tej sagi (przypominającej dzięki temu jakiś wielki panoramiczny fresk); zapoznaje nas nie tylko z rodziną Corleone, czyli głównymi bohaterami, ale i z całym środowiskiem, jego mikrospołecznością. Po drugie: określa i ustala prawdziwą wagę filmowej problematyki. Przede wszystkim mamy sposobność zakosztowania hierarchii władzy. To jakby wprowadzenie do poznania jej genezy, znaczenia i mechanizmów działania. Uniżoność, a właściwie poniżanie się petentów Don Vita Corleone, kontrastuje z jego wyniosłością, jak również pewną nonszalancją i znużeniem omnipotenta. To właśnie uderza nas na samym początku.
Wesele owo, będąc doniosłym wydarzeniem w życiu rodzinnym, pozwala nam również na uświadomienie sobie wagi, jaką ma tu Rodzina. (Ciekawa sprawa z tym słowem „Familia”. Protesty Włochów amerykańskich skłoniły producentów filmu do zastąpienia określenia „mafia” – „familią”. A wydawałoby się, że powinno być raczej na odwrót. Tak więc wojna jaka od czasu do czasu wybucha w „Ojcu chrzestnym” nie jest wojną mafii, tylko wojna między rodzinami. Abstrakcja zastępuje konkret. Wydaje się być tym sposobem łatwiejsza do przełknięcia. To również dowód na to, że mafia jest dla niektórych ciałem bardziej „dotykalnym”, rzeczywistym, niż fikcyjne „rodziny”.)

Oprócz majestatycznej postaci Ojca chrzestnego (manieryczny acz dominujący obraz Marlon Brando, z policzkami wypchanymi watą – za wystąpienie to przyznano mu Oscara, którego zresztą nie przyjął) poznajemy jego trzech synów. Fredo Corleone (John Cazale) przysparza ojcu najmniej powodów do dumy. Słaby, niezdecydowany, niezbyt rozgarnięty… Z kolei Sonny (James Caan) jest prawą ręką (i bicepsem) Don Vita: energiczny, impulsywny, honorowy, bezwzględny. I wreszcie Michael (Al Pacino) – inteligentny, wykształcony, wrażliwy. Pragnie zerwać z przestępczym procederem rodzinnym (zgodnie zresztą z intencją ojca) i poświęcić się karierze politycznej lub prawniczej. Na razie celebrowany jako wojenny bohater (akcja filmu ma swój początek w połowie lat 40-tych, obejmując następnie całą dekadę) i oddaje romansowi z Diane Keaton. Postacią równie ważną w Familii Vita Corleone co jego synowie, jest Tom Hagen (Robert Duvall w niezapomnianym wystąpieniu). Wychowanek Rodziny, prawnik, pełni w klanie poważną i zaszczytną rolę consigliare, familijnego zausznika i doradcy.

Trzon dramaturgiczny filmu stanowi walka rodziny Corleone o dominację nad innymi rodami, jak również problem sukcesji władzy przejmowanej przez Michaela Corleone (Al Pacino), który niespodziewanie zostaje wciągnięty w sam środek zbrodni, po tym jak dokonano zamachu na jego ojca. Co było przyczyną? Otóż Don Vito Corleone odmówił swego poparcia (co pociągało brak poparcia ze strony wszystkich polityków siedzących u niego „w kieszeni”) dla handlu narkotyków, uważając ten proceder za haniebny. Pozostał przy rodzinnej „tradycji”: kontroli prostytucji, hazardu i egzekwowaniu haraczu za „protekcję” – czyli przy zajęciach godnych już „honoru Corleonich.

Mord jako rytuał przejmowania władzy

*

MORD – JĄDRO CIEMNOŚCI,  RYTUAŁ WŁADZY

Tym jednak, co najmocniej uderza w obrazie Coppoli, jest doświadczanie przez nas autentycznej genezy zbrodni, dotarcie do archetypicznego wręcz źródła przemocy, a tym samym – władzy. Bowiem to właśnie mord jest w universum „Ojca chrzestnego” Puzo tym, co daje komuś władzę (niejako ją przypieczętowując), co obdarza ich charyzmą przywódcy. Don Corleone staje się niemalże równy bogom, gdy wydaje wyroki śmierci, szastając ludzkim życiem. To wtedy całuje się go w rękę. Michael Corleone zostaje rzeczywistą głową Rodziny gdy sam, własnoręcznie, zabija swoich głównych wrogów, strzelając im z zimna krwią w głowy. To jakby rytuał przekazania władzy – jego chrzest bojowy, potwierdzenie i umocnienie założycielskiego mitu. Odtąd, dzięki temu, to właśnie on panuje nad ludzkim życiem i śmiercią. Umacniając własną pozycję Ojca chrzestnego, Michael popełnia wkrótce całą serię zabójstw, eliminując wszystkich swoich oponentów. Nota bene, sekwencja ta należy do najmocniejszych w – i tak już „mocnym” w swojej obrazowości – „Ojcu chrzestnym”. Warto też zwrócić uwagę na to, że zamachów dokonuje się w tym samym czasie, gdy Michael chrzści swojego syna. Tak to ukazuje Coppola – i jest to bardzo znaczące. Kulminacja zbrodni ma miejsce dokładnie wtedy, gdy Michael powtarza za kapłanem, iż „wyrzeka się szatana”. Może ów reżyserski zabieg jest nieco nachalny, ale za to bardzo skuteczny. Brutalizm tych sekwencji dławi ewentualną pretensjonalność podobnej synchronizacji.

Zwraca uwagę mistrzostwo stylistyczne Coppoli. Jego panowanie nad filmową materią jest totalne, ale zarazem takie, które nie odbiera obrazowi finezji, ani też wieloznaczności. Sam film stał się niemal obiektem „kultowym”. Określono go nawet jako dzieło definitywne dla genre’u filmu gangsterskiego.
Czy jednak owo ukontentowanie estetyczno-kinomańskie może zepsuć moralna implikacja filmu, refleksja nad jego etyczną znaczeniowością? Taka łyżka dziegdziu w beczce podziwu dla jego mistrzostwa? Jesteśmy bowiem zmuszeni niejako do solidaryzowania się (może nawet identyfikacji) z ludźmi stosującymi bez skrupułów brutalny, wojujący amoralizm. Jak jest to zwodnicze i moralnie dwuznaczne, można dostrzec w tym, że oto nadużywa się m.in. „wartości” rodzinnych dla wzbudzenia naszej sympatii dla ewidentnych przecież zbrodniarzy. Ciepło i więzy rodzinne ogarniają serca morderców. Ale czy nie ma to zakorzenienia w rzeczywistości, która zawsze jest wieloznaczna, nawet pod względem etycznym?
A może właśnie takie jest przesłanie „Ojca chrzestnego”: w świecie, w którym reguły wyznacza ziła, przemoc i długość „kija”, jedynym sposobem na zachowanie „ludzkiej” twarzy jest dwulicowość? Trzeba przyznać, że jest to przesłanie, od którego lodowacieje nam dusza.

*  *  *

Ludzkie ciepło i więzy rodzinne ogarniają serca morderców. Czy w "Ojcu chrzestnym" nadużywa się "wartości rodzinnych" dla wzbudzenia naszej sympatii dla ewidentnych skądinąd zbrodniarzy?

*

APENDYKS: Myślę że na rzeczy będzie, jeśli przy okazji tekstu o obrazie Coppoli załączę także notkę, którą napisałem nie tak dawno po obejrzeniu włoskiego filmu „Gomorrah”. Bowiem w pewien sposób oba te filmy ze sobą korespondują.

Mafia w kinie.
Jakże różnie może się ona panoszyć na ekranie.
Dajmy na to, taki „Ojciec Chrzestny” powstał na osnowie mitycznej, „Dick Tracy” – komiksowej, „Sopranos” – mydlano-operowej, „Gomorrah” zaś… grzebie się zgrzebnie (choć wychodzi z tego kolaż) w rzeczywistości już naprawdę „prawdziwej”.
Film oparty na motywach książki Roberto Saviano opisującej neapolitańską camorrę (która nota bene wydała na niego wyrok śmierci), odziera mafijną rzeczywistość z wszelkiego „romantyzmu” zbrodni serwowanego nam ongiś (po mistrzowsku zresztą) choćby przez Francisa Forda Coppolę, a nawet z morderczego demonizmu, jakim często epatował nas (poniekąd) Martin Scorsese. Może właśnie dlatego z pewnym zdegustowaniem patrzyłem na film Matteo Garrone, podświadomie oczekując kanonu, jakim zazwyczaj kino opisywało gangsterów i mafiozów. To, co zobaczyłem, było zaś dość niezborną, poszarpaną narracyjnie zbitką podrabianych na dokument obrazów. Jednak owo „zdegustowanie” absolutnie nie dotyczyło filmowej roboty, (która, moim zdaniem, jest jednak znakomita) a raczej tego, co widziałem na ekranie – czyli „zwykłego” piekła egzystencji włoskiej biedoty, „zwykłych” mordów dokonanych przez „zwykłych” zabójców na „zwykłych” ludziach. To jest według mnie największa siła tego filmu: odarcie zbrodni i świata przestępczego z jego mitycznego płaszcza, ukazanie całej tej banalności zła hersztbandy, złożonej głównie z prozaicznych, choć będących na granicy idiotyzmu i psychopatii, rzezimieszków.

"Gomorrah", czyli mafia odmitologizowana

*

Advertisements

komentarzy 6 to “RODZINA I KREW (Więcej niż kino: „Ojciec chrzestny”)”

  1. Kartka z podróży Says:

    Dzięki Logosie za przypomnienie tego doskonałego filmu ze „złotego okresu” kina amerykańskiego. Zastanawia mnie użyte przez ciebie w podsumowaniu tekstu określenie „amoralizm” Przecież ten film w gruncie rzeczy jest moralitetem o władzy. I to moralitetem głęboko konserwatywnym i opartym o tak podstawowe wartości jak religia i rodzina. Piszę te kilka zdań z kraju w którym rodzina i jej dobro jest najwyższą deklarowaną wartością, z kraju głęboko konserwatywnego. Ciekaw jestem jak współczesne społeczeństwo polskie oceniło by postępowanie rodziny Corleone. Myślę, że dla moich rodaków ta historia byłaby wiarygodna, zrozumiała i w pełni akceptowalna. Ten film mógł budzić dylematy moralne w latach 70 – tych, w okresie gdy czuło się jeszcze bunt kontestacji, w okresie indywidualizmu. W 2011 roku jego odbiór – w każdym razie tutaj – byłby krańcowo odmienny.
    O ile wówczas można było uznawać, że Coppola „oswajał” nas z tymi mordercami nadając im ludzkie cechy o tyle teraz widzowie jak sądzę odebrali by film w dobrej wierze. Nie wpadłoby im do głowy, że reżyser ich ze zbrodnią „oswaja”. Na pewno nie mieliby moralnych wątpliwości śledząc losy tej zacnej, włoskiej rodziny – rodziny jakich wiele.
    Pozdrawiam

  2. Torlin Says:

    Tu – dla mnie – poruszonych jest kilka problemów. Wypunktuję:
    1. piszesz: „Zasięg, impet i wpływ „Ojca chrzestnego” na popularną wyobraźnię był ogromny” – a ja słyszałem, że „zasięg, impet i wpływ (…) był ogromny” na mafię włoską w Stanach.
    2. zbrodnia w kinie jest kolorowa, odrealniona, przeciętny człowiek będący świadkiem takiego zabójstwa w realu nosiłby to w sobie do końca życia,
    3. film odrealnia rzeczywistość, widać to najlepiej na westernach, pokazujących kowboi szlachetnych, mądrych, prawych, gdy naprawdę była to zgraja prymitywów, kładąca się do wyra z butami, niemyjąca się, wiecznie pijana i strzelająca z byle jakiego powodu,
    4. nie można tylko Coppolę oskarżać o „oswajanie” ze zbrodnią, robiło to wcześniej bardzo wielu reżyserów,
    5. ja się dziwię tylko jednemu, że FBI nie potrafiło sobie z tym wszystkim dać rady

  3. Iżyk Says:

    No nie wiem. Może nie zrozumiałem, co żeś tam u góry napisał ale dla mnie ten film był jakby o czymś innym…
    O tym, że młody chłopak, co jego papa ma pół NY w kieszeni, buntuje się i idzie wbrew papie swoją drogą (np. na wojnę) itd.. bo nie chce być taki, jak to całe maccaroni. Czyli o tym, że szukanie indywidualizmu chłopca polega na negacji oczywistych autorytetów.
    O tym, że ojciec (niechby pijak, złodziej czy nawet były sekretarz KC) to jednak zawsze ojciec jest. Czyli o tym, że krew to jest krew i przelana krew krewnych woła o krew. Solocców i Makklaskich.
    O tym, że każda grupa społ. (w tym bandziory i kelnerzy) ma swój etos. Czyli o tym, że starzy zawsze będą narzekać na upadek obyczajów.
    No i wreszcie o tym, że fatum, karma, los, „momentary lapsofrizons” czy wreszcie Kieślowskiego Przypadek zdecydować może o całym tym zasranym życiu.
    A już tak zupełnie na koniec jest o tym, że władzy każdy chce ale mało kto, gdy ją ma, przyzna, że ten największy afrodyzjak strasznie ciężko udzwignąć. Scenki z chrztem i zabójstwami to już historia. Dla mnie najmocniejsza jest scena w ogrodzie, gdy brando mówi paczinowi, że na jego ogrzebie, ten który podejdzie i zaproponuje spotkanie, jest zdrajcą. A Pacyno odpowiada Brandowi (Brandemu?), że mówił już trzy razy…
    To tak wyglądają pożegnania ojca z synem?

  4. tamaryszek Says:

    Logosie,
    cykl pierwszorzędny, zgłaszam subskrypcję (choć niekonieczna, bo i na niefilmowe notki zaglądam).
    Uświadamiam sobie jak czas leci: od Świąt przymierzam się, by obejrzeć jednego dnia całą trylogię i jeszcze nie zrealizowałam zapowiedzi. Wkrótce. I wtedy dorzucę do Twego eseju moją impresję. (oczywiście, nie w komentarzach, lecz w poście)
    Archetypiczność to rdzeń filmu. A drugi atut: kreacje. Brando i Pacino, i Duvall, De Niro, Garcia. Socjologię uzupełnia filmowość.
    Podoba mi się dopowiedzenie Iżyka. Ja też tak po prostu czytam tę historię. Tylko nie rozumiem (z kontekstu zgaduję), co znaczy „lapsofrizons”?
    :)

  5. Logos Amicus Says:

    Mysle, ze wypada mi wytlumaczyc swoje milczenie.
    Otoz jestem w podrozy w zwiazku z czym moj dostep do sieci jest sporadyczny i mocno ograniczony.

    Przy okazji dziekuje za pamiec i komentarze. Postaram sie odpowiedziec na nie po powrocie do domu.
    W miedzyczasie powinny sie tu ukazywac nowe wpisy. Kto wie, moze kogos zainteresuja? :)

    Pozdrawiam

  6. “FORTEPIAN”, “NA SKRÓTY”, “OJCIEC CHRZESTNY III”, “ROZMOWA”, “UCIEKAJĄCY POCIĄG”, “WSPANIALI BRACIA BAKEROWIE” (z filmowego archiwum) | WIZJA LOKALNA Says:

    […] im bowiem było zapomnieć o tych 800 milionach dolarów zarobionych przez pierwsze dwie części “Ojca Chrzestnego”, jednego z największych “hitów” w dziejach kina, uznanego na dodatek za wielkie […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s