FILMOWISKO („Prawdziwe męstwo”, „127 godzin”, „Niepokonani”)

Czas na anty-bohatera (Jeff Bridges w "True Grit" - westernie à la Coen Brothers)

„PRAWDZIWE MĘSTWO” („TRUE GRIT”, reż. Ethan i Joel Coen)
** * * * * *

Tak się zastanawiam: czy teraz jest coś źle ze mną, czy też z tymi, którzy zachwyceni ubiegłorocznymi produkcjami hollywoodzkimi, pieją z zachwytu nad ledwo ponad-przeciętnymi a pretensjonalnymi filmami, traktując je jak istne arcydzieła?
Doskonałym przykładem jest tu właśnie „True Grit”, który znajduje się w czołówce dosłownie wszystkich podsumowań filmowych ubiegłego roku (nie wspominając o deszczu nominacji do Oscara).
Nie powiem, obraz braci Coen ma kilka swoich momentów, trąci miejscami dobrym, może nawet bardzo dobrym kinem, a pod koniec rozkręca się nawet do tego stopnia, że dostarcza nam paru dreszczy jakich można oczekiwać po pełnokrwistym westernie, lecz, niestety, całość smakuje niczym mętna zupa i wydaje się być taką zabawą w kino à la Coen Brothers, tyle że bez szelmowskiego ekscentryzmu, umowności i ironii, którą (zupełnie zasłużenie zresztą) wzięto za znak firmowy tego filmowego – z lekka dziwacznego, choć wyróżniającego się niewątpliwie inteligencją, a niekiedy i błyskotliwością –  braterskiego dua.

A star is born? (Za rolę młodej mścicielki w "True Grit", 15-letnią Hailee Steinfeld wyróżniono nominacją do Oscara)

Wydawałoby się, iż czasy, kiedy wystarczyło poodwracać kota ogonem, stawiając na głowie tradycyjne wartości klasycznych westernów, by zwrócić na siebie uwagę i zaintrygować widza pospołu z krytykami, już dawno minęły. Bo przecież anty-western zakrztusił się w końcu swoim manieryzmem, podobnie zresztą jak western klasyczny, który z kolei wykończyła maniera czarno-białych stereotypów, efektownych strzelanin, tudzież naiwny, legendarny, trącący propagandą historyzm i dziecinna psychologia. Mitologia sama w sobie jest żywotna, ale i ją – jak się okazuje – można zużyć i wyświechtać.
Podobnie jak romantyzm Pogranicza, również i jego przeciwieństwo – czyli rewizjonizm i naturalizm filmów (takiego choćby Peckinpaha czy Penna) – okazały się mieć swoje limity i po kilku zrywach, czy też raczej podrygach, kino takie… oklapło i zgasło śmiercią naturalną, a coraz mniej reżyserów kwapiło się do jego rewitalizacji. To co powstawało później zaczynało więc przypominać jakąś hybrydę. Zdarzało się, że w dobrym wydaniu – jak np. w przypadku filmów Clinta Eastwooda, który zmywał w nich z siebie kuriozalne odium spaghetti westernów – ten lepki sos, w którym nurzał się ongiś pod dyrekcją Sergia Leone i przy dźwiękach niesamowicie skądinąd brzmiących kawałków Ennio Morricone.
To wszystko prowadziło do rozmycia westernowego gatunku… z lepszym lub gorszym skutkiem. Doszło do tego, że taki (nota bene znakomity) obraz, jak „There Will Be Blood”, trudno już uznać za western, bo bardziej to ludzka jest psycho-drama, która mogłaby się rozegrać w każdych, nie tylko westernowych, dekoracjach.
Wróćmy jednak do „Prawdziwego męstwa”. (Swoją drogą: polski tytuł jest jednak beznadziejny.)
To prawda, „True Grit”, jak sam tytuł do tego obliguje – zgrzyta (co jest oczywiście efektem zamierzonym, podobnie jak kwestie wybełkotywane przez Bridgesa, który wymawia słowa jakby miał usta pełne błota, piachu i kamieni). Problem w tym, że stylistyka ta średnio mnie zachwyciła, a pisząc wprost – zaczęła mnie lekko nużyć i deczko irytować. Tak wychwalane tu aktorstwo Bridgesa zdało mi się wygrywaniem wszystkiego na jednej nucie, a tytułowe „męstwo” bardziej kojarzyło mi się z pijaństwem, brudem i niechlujstwem (co raczej nie dziwi, bo takie właśnie cechy były czymś powszechnym na Pograniczu, pogrążając w przyziemności romantyczny etos pionierskiego Dzikiego Zachodu, który zresztą dorobiony został później przez literatów, propagandzistów, fantastów i wszelkiej maści  konfabulatorów).

"Prawdziwe męstwo" - prawdziwsze oblicze Dzikiego Zachodu czy wymyślanie kolejnego mitu? (Mat Damon)

No dobrze, powiedzmy sobie szczerze: cała ta zabawa w Oscary (a „True Grit” dostał aż – ho, ho! – 12 nominacji) to jest zabawa dużych dzieci. Podparta dodatkowo interesem przemysłu filmowego. Tak więc Oscary to głównie komercja i „fun„. No i fajnie. Gorzej, jak ktoś się z tej zabawy wyłamuje i patrzy na to z zewnątrz chłodniejszym okiem, dostrzegając całą tę politykę reklamy, promocji, koterii, poparcia, stronniczości, walki i próżności. Na cały ten show Towarzystwa Wzajemnej Adoracji. Gdyby nie moja miłość do „prawdziwego” kina i wyrozumiałość dla gremialnej potrzeby rozrywki, to pewnie dawno bym od tego cyrku uciekł.
Żałuję nieco, że przyszło mi to pisać przy okazji filmu braci Coen, bo nie jest to obraz zły. Lecz z drugiej jednak strony to nie jest on wg mnie wart całego tego „hopla”.

„True Grit” wzbudza entuzjazm, ale czy nie jest to entuzjazm napędzany właśnie (poniekąd stadnym) uczestnictwem w tej wspólnej zabawie? Czymś, co w swojej istocie jest sztucznie podsycane? Na zasadzie: tysiąc zachwyconych krytyków nie może się mylić? Oraz: ja chcę, żeby mi się to podobało i (głównie dlatego) mi się to podoba? Wiem, że ten mój sceptycyzm jest sceptycyzmem dysydenta – kogoś, kto się z tej zabawy wyłamał. A dlaczego się wyłamał? Bo uderzył go kontrast między faktyczną wartością artystyczną (a zwłaszcza intelektualną) filmu, (która jest tu zgoła średnia) a hołdami i zaszczytami, jakimi się go obdarza. Przesada, przesada… moi Drodzy Akademicy Kina.

„127 GODZIN” („127 HOURS”, reż. Danny Boyle)
** * * * * *

Przyznaję się, że mimo iż wiedziałem, że film ten nakręcił Danny Boyle (reżyser m.in. rewelacyjnego „Trainspotting”), to jednak do kina nań mnie nie ciągnęło. Może dlatego, że znałem dobrze tę historię, (o której swego czasu było głośno i która miała wiadome zakończenie); no i może dlatego, że niezbyt pociągało mnie dwugodzinne obcowanie – i to niemalże face to face – z Jamesem Franco – obiektem westchnień egzaltowanych i wygłodzonych już seksualnie nastolatek (bo raczej wygłodzoną seksualnie nastolatką nie jestem).
Ale podskórnie czułem, że Boyle zrobił dobry film i poniekąd utwierdziły mnie w tym napływające stąd i zowąd opinie i „słuchy”. Wszak, niczym ten niedowiarek Tomasz, musiałem sprawdzić rzecz samemu i… tak, tak – moje podejrzenia się sprawdziły: wyszedłem już z kina przeświadczony o tym, że udało się oto zapaleńcom kina stworzyć film znakomity, i że zasługa to nie tylko reżysera, ale i autorów zdjęć, montażu, jak również i… samego Franco, który wypełnił ekran energią, wolą życia i wigorem, nawet wtedy, kiedy – wydawałoby się – mógłby skonać z klaustrofobii wywołanej uwięzieniem w wąskiej szczelinie jednego z tysiąca kanionów skalnej pustyni w Utah.

James Franco w skalnej pułapce

Wiemy o tym chyba wszyscy: w 2003 r. młody skałołaz i wspinacz górski Aron Ralston, podczas jednej ze swoich wypraw do leżącej na Płaskowyżu Kolorado Ziemi Kanionów (nieopodal mormońskiego Moab w Utah), został uwięziony na tej skalnej pustyni przez wielki głaz, który zmiażdżył mu prawą rękę. Ralston, aby wyrwać się z tej śmiertelnej pułapki, zmuszony był amputować sobie przygniecioną kończynę, co pozwoliło mu wrócić na szlak i poszukać pomocy. Udało się – trafił na rodzinę Holendrów i niemal natychmiast został przetransportowany helikopterem do szpitala. Swoje przeżycia opisał w książce pt. „Between Rock and the Hard Place”.

Wiadomo, że Danny Boyle to spec od ukazywania rzeczy mało przyjemnych i dyskomfortowych w sposób wzbudzający wręcz entuzjazm widza (choćby te jego pamiętne i spektakularne nury z kamerą wgłąb szamba – do ubikacji – które zaserwował nam zarówno w „Trainspotting”, jak i w „Slumdog Millionaire”) ale w „127 godzinach” osiągnął w tym prawdziwe mistrzostwo. Myślę, że ta sztuczka mu się znakomicie udała, bo po mistrzowsku skontrastował patowość unieruchomienia głównego bohatera z niezwykłą dynamiką obrazu, która zwala nas już z nóg na samym początku filmu, gdzie widzimy pełną inwencji eksplozję wizualnych „fleszy” – niezwykle ruchliwy montaż złożony z fragmentów widzialnego świata.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to wszystko po to, byśmy jeszcze bardziej dramatycznie mogli odczuć unieruchomienie Arona – martwy ciężar głazu, który tak nagle (i absurdalnie w swojej przypadkowości) pozbawił frenetycznego kinetyzmu jego młode ciało. Ale nie, nie… bo nawet wtedy, kiedy Aron tkwił w skalnej pułapce, (a zaczął on w niej widzieć swój grobowiec) film nie traci dynamiki, głównie za sprawą pełnej życia nerwowości i mentalnej mobilności granego przez Franco Arona, który przechodzi przez wszystkie stadia przystosowania się do zaistniałej sytuacji – zaskoczenie, niedowierzanie, wściekłość, bunt, determinację, pogodzenie się i rezygnację, apatię, stagnację, ale też i przez nadzieję, tudzież związaną z nią euforię. Oczywiście w zachowaniu tego tempa pomagają Boylemu wszelkie realizacyjno-scenariuszowe chwyty: flashbacki, retrospekcje, oniryczność… ukazywanie wszystkiego, co dzieje się w głowie Arona – marzeń, snów, zwid, halucynacji, wspomnień… wybieganie myślą poza horror tego co się stało, oraz tego co jest tu i teraz.
Film nietuzinkowy, niezwykły… może nawet wybitny?

„NIEPOKONANI” („THE WAY BACK”, reż. Peter Weir)
** * * * * *

Wielka ucieczka z Archipelagu Gułag - trekking po nieludzkiej ziemi ("The Way Back" Petera Weira)

„Któż nie chciałby wyruszyć w podróż? Daleko, w nieznane! Niechby to była na przykład Rosja, Mongolia, Chiny, Indie – tak za jednym zamachem.  Zacząć na Syberii, w okolicach Jakucka (jakieś 500 km od koła podbiegunowego), potem cały czas na południe, żeby ostatecznie znaleźć się  w Kalkucie. Jakieś 6,5 tysiąca kilometrów w sumie.
Rozpala wyobraźnię? (Otóż okazuje się), że pewien Polak z sześcioma towarzyszami całą tą trasę przemierzył… pieszo! Trzeba pamiętać, że po drodze mieli pustynię Gobi, Tybet i Himalaje! A maszerowali z jedną siekierką i nożem zaledwie, bez mapy, kompasu, telefonu, radia. Nie mieli też namiotu i przez większą część drogi chowali się przed ludźmi. Bo to byli zbiegowie, uciekający z sowieckiego łagru, wiosną 1941 roku. ‚Trzech polskich żołnierzy wziętych do niewoli po 17 września 1939 roku, Żyd z Ameryki, inżynier komunista, który przybył do ojczyzny proletariatu, aby budować moskiewskie metro, ale został aresztowany za szpiegostwo, Jugosłowianin Zaro i jeden więzień kryminalny. Ukraiński morderca Batko, który miał później sprawić ekipie sporo kłopotów.’ (Piotr Zychowicz, „Rzeczpospolita”). Szli 11 miesięcy.”

Ten początek wpisu na blogu Saliny przypomniał mi o projekcie Petera Weira, który po wielu latach reżyserskiego milczenia zabrał się do sfilmowania tej historii. Tytuł roboczy filmu brzmiał „The Long Walk” i był identyczny z początkiem tytułu książki Sławomira Rawicza, która w latach 50-tych (i późniejszych) stała się największym bestsellerem jaki wyszedł spod polskiego pióra (plasując się zaraz za sienkiewiczowskim „Quo Vadis”). Rawicz opisywał wielką ucieczkę, w której – jak twierdził – sam wziął udział, więc dalsza część tytułu mówiła, że jest to „The True Story of a Trek to Freedom”. Cóż, okazało się, że ta „prawdziwa historia” jest jednak niezupełnie prawdziwa, bo autor… ukradł ją innemu Polakowi nazwiskiem Gliński. Skandal wybuchł całkiem niedawno, kiedy już film Weira był niemal gotowy. Jednakże producenci zmuszeni byli skorygować tytuł filmu (zamieniając go na „The Way Back”) i pisząc w czołówce, że jego scenariusz nie był oparty na książce Rawicza, tylko nią zainspirowany. Lecz dedykacja: tym którzy tę drogę przeszli – pozostała. Pozostało też silne, mimo wszystko, odwoływanie się Weira do „autentyzmu” , a nawet wręcz do historyzmu. Czy uzasadnione?

Nagi instynkt (Colin Farrell wciela się w Ukraińca - bandytę)

Cała ta afera czyni jednak postawę reżysera dwuznaczną, tym bardziej, że Weir nigdy nie wycofał się z zapewnień, że materiał do swojego filmu czerpał u źródeł, rozmawiając z autentycznymi bohaterami opisywanych wydarzeń. Salina pisze, że podczas jednego z wywiadów Weir stwierdził, że „jest mu obojętne kto uciekł z Jakucji”. Ja czegoś takiego nie mogłem znaleźć, choć zapoznałem się z wieloma wypowiedziami reżysera. Dowiedziałem się natomiast, że mimo wszystko nie było Weirowi obojętne to, czy taka ucieczka rzeczywiście miała miejsce i czy ktoś w rzeczywistości takiego niebywałego wyczynu dokonał.
Jaka jest jednak prawda? Czy można się opierać na tym co mówił (stary, bo 87-letni już) Gliński? Skądinąd wiemy już na pewno, że Rawicz nie był tym, który uciekał, bowiem odnalazły się dokumenty gdzie czarno na białym stoi, że został on z gułagu – na mocy amnestii – zwolniony i że w czasie swojej domniemanej ucieczki przebywał on już w Iraku.

Zostawmy jednak te dywagacje na boku a zajmijmy się samym filmem.
Weir to reżyser wśród kinomanów znany. Na tę pamięć zasłużył sobie choćby takimi filmami, jak „Piknik pod wiszącą skałą”, „Stowarzyszenie umarłych poetów” czy „Świadek”. „Niepokonani” rodzili więc pewne nadzieje. Czy te oczekiwania na obraz ponadprzeciętny zostały spełnione? Otóż, moim zdaniem, połowicznie, gdyż film sprawia jednak wrażenie elaboratu. Dlaczego? Bo, niestety, kiedy go oglądałem, zbyt często docierała do mnie świadomość tego, że jest to właśnie, ni mniej, ni więcej, tylko film – sztuczny twór obliczony na wywarcie pewnego efektu. Co gorsza, do roboty tej wciągnięto nawet samą naturę, (która – poniekąd słusznie – miała odgrywać w tej ludzkiej odysei jedną z głównych ról, ale potraktowana została w sposób instrumentalny, więc nawet „zapierające dech w piersiach” pejzaże, zamiast podbudowywać realizm, stawały się czymś w rodzaju sztucznie generowanego tła).
Może ktoś powiedzieć: przecież każdy filmowy obraz jest „sztucznym tworem” obliczonym na jakiś tam efekt. Racja. Ale jeśli formalne szwy filmu stają się dla nas zbyt widoczne, to cała ta jego artystyczna iluzja pryska i niejako wypadamy z fikcji, która – jakby nie było – jest warunkiem tego, żeby przeżyć w kinie coś autentycznego (a właśnie czymś „autentycznym” powinna być właściwa –  czyli skuteczna pod względem artystycznym – percepcja dzieła sztuki).

Jeszcze jedna rzecz w tym filmie mi przeszkadzała: mimo, że jego produkcji patronowała nawet szacowna instytucja National Geographic, to ciągle odnosiłem wrażenie, że – biorąc pod uwagę sposób, w jaki ukazano to na ekranie – ta ucieczka nie mogła się jednak udać, po prostu była niemożliwa. Być może jest to właśnie echo konfabulacji Rawicza (a pamiętajmy, że na jego relacji de facto oparto scenariusz), którego sposób opisu tej eskapady świadczył zwyczajnie o tym, że facet nie miał zielonego pojęcia o czym pisze, i że nigdy w opisywanych przez siebie miejscach (czy też sytuacjach) nie był. Pokonać na piechotę pustynię Gobi w osiem dni, w pełnym słońcu i bez wody?! Come On!

Myśląc o filmie Weira trudno mi nie uśmiechnąć się także na naiwne złudzenia polskich publicystów, że oto – za sprawą wszechpotężnego Hollywood, pana masowej wyobraźni – świat szeroki zobaczy prawdę o gułagach, systemie totalitarnym, gehennie polskich zesłańców, tudzież szaloną odwagę i twardość Polaków w  walce z komunizmem i o przetrwanie na nieludzkiej ziemi. I dodatkowo – że będzie to przeciwwagą i odtrutką na mocno zepsutą, nadszarpniętą opinię, jaką wystawiają Polsce pseudo-historycy pokroju choćby takiego Grossa.
Płonne nadzieje, płonne… A szkoda. Dotarły bowiem do mnie słuchy, że Peter Weir zaczął się do kręcenia „Niepokonanych” przymierzać bardzo ambitnie. Przeczytał (ponoć) kilkanaście książek traktujących o zbrodniach stalinowskich i obozach ( w tym „Inny  świat” Herlinga – Grudzińskiego i „Mój wiek” Wata), za konsultantkę miał nie byle kogo, bo Annę Applebaum, autorkę monumentalnej pracy „Gułag”, zaś przez ten trudny temat prowadził go Zbigniew Stańczyk, historyk z Uniwersytetu Stanforda, zajmujący się losem Polaków zesłanych na Syberię. Niestety, w filmie raczej tego nie widać. Niezła charakteryzacja, dbałość o szczegóły w oddaniu obozowych realiów (choć właściwie chodzi tu tylko o rekwizyty, co jest sprawą drugorzędną) – wszystko to nie jest w stanie załatwić historycznego kontekstu i w żaden sposób nie zbliża do poznania genezy totalitaryzmu, odkrycia źródeł tej zbrodni. Podejrzewam, iż widz po tym wszystkim będzie wiedział to samo, co do tej pory – czyli niewiele ponad nic. Wygląda na to, że Weir całe te pogłębione studia zignorował, dając po prostu nura w kino przygodowe, kłaniając się  tym samym komercji, zadowalając się ukazywaniem spektakularnej – to prawda – szkoły przetrwania grupy ludzi, którzy znaleźli się w warunkach ekstremalnych. Ale równie dobrze mogłoby się to rozgrywać na Marsie, lub jakiejkolwiek innej planecie, gdzie panoszy się jakieś bliżej nieokreślone Imperium Zła.

Mimo tych wszystkich zastrzeżeń nie chciałbym nikogo zniechęcić do wybrania się na film Weira, bo przecież ewidentnym gniotem to też on nie jest i przy odrobinie przychylności widza chcącego popatrzeć sobie na trekkingową przygodę grupki straceńców pakujących się w ekstremalne  warunki, te oczekiwania jest on w stanie spełnić.

Bieg po życie. Rzeki skute lodem, zabójcze góry, pustynie pełne żaru... człowiek w konfrontacji z piękną ale także i bezwzględną Naturą.

*

Tak się złożyło, że wszystkie omówione przeze mnie ostatnio filmy znalazły się w Oscarowej puli tytułów nominowanych w głównych kategoriach. Jakkolwiek mój stosunek do złotych cielców Hollywoodu jest umiarkowanie entuzjastyczny, to jednak z ciekawością będę śledził przebieg imprezy wręczania Oscarów 27 lutego w Los Angeles. Jeśli ktoś jest zainteresowany innymi filmami będącymi w zasięgu tegorocznych Oscarów, to zapraszam: o „Black Swan”, „The King’s Speech”, „The Fighter” i „The Social Network” mowa była TUTAJ, o najnowszym filmie A. G. Iñárritu „Biutiful”TUTAJ, natomiast o „Incepcji”TUTAJ , zaś o „Alicji w Krainie Czarów”TUTAJ. Chciałbym także zwrócić uwagę na niezwykle ciekawy brazylijski dokument pt. „Waste Land” (nominowany w kategorii najlepszych filmów dokumentalnych), o którym pisałem swego czasu TUTAJ. Zapraszam do podzielenia się swoimi opiniami i wrażeniami.

*

Advertisements

komentarze 22 to “FILMOWISKO („Prawdziwe męstwo”, „127 godzin”, „Niepokonani”)”

  1. jula Says:

    Już niedługo Oskary po raz 83. U nas, czyli w Polsce transmisja o 1.45 ND 27. lutego na Canal + . :)

    ciekawa jestem czy wygrają faworyci i które filmy, z tych co nam zaprezentowałeś ?… :) PA!

  2. sarna Says:

    Słowo do wpisu „Niepokonani” („Długi marsz”).
    Po Twoim Amicusie stwierdzeniu, że „Niezła charakteryzacja, dbałość o szczegóły w oddaniu obozowych realiów (choć właściwie chodzi tu tylko o rekwizyty, co jest sprawą drugorzędną)” nabieram pewności, że jeszcze nie czytałeś książki. Ja mam już lekturę (dzięki Salino) za sobą i dlatego mogę powiedzieć, że to co wyżej napisałeś mija się z prawdą. Uciekinierzy mieli długie brody, byli tak zarośnięci, że własne twarze po raz pierwszy zobaczyli dopiero u kresu drogi. Biała koszula? Różne cywilizowane ubranka? Przecież Oni mieli strzępy burych kufajek, ciała owinięte w skrawki skór i szmat, liche własnoręcznie poklecone mokasyny. Gdzie Ty tu widzisz dbałość o szczegóły? No i nie odważę się powiedzieć za Tobą, że, że wszy, wrzodziejące rany i łachmany nie dające ochrony ani przed mrozem ani przed spiekotą pustyni, czy inne rekwizyty, które stanowią jakby otoczkę historii były drugoplanowe. Właśnie te śmieci stanowiły o życiu i śmierci. Skrawki skóry były doskonałą wyściółka mokasynów, które chroniły stopy (zdolne do marszu nogi to była karta przetargowa w wyścigu o życie), zardzewiały drut posłużył za linę przy wspinaczce przez góry, zardzewiała puszka czy skorupa owocu pozwoliła nieść życiodajne krople wody przez pustynię, a cuchnące od rozkładu mięso było posiłkiem dającym szanse przeżycia kolejnego dnia. Być może brak poszanowania dla tych detali sprawił, ze film jest taki jak piszesz. Ja się na niego nie wybieram z kilku powodów, ale książkę polecam (choć czytałam mniej niezwykłe historie napisane w bardziej porywającym stylu).

    • sarna Says:

      Od chwili przeczytania książki dręczy mnie pytanie dlaczego po opublikowaniu książki, która została przetłumaczonej na 25 języków i zyskała miano światowego bestselleru, przez tyle długich lat żaden z uczestników ucieczki, którzy ja przeżyli się nie odezwał, nie sprostował kłamstwa Rawicza? Gliński wytłumaczył się brakiem siły przebicia, możliwości finansowych, koneksji, obawą, że przy bogatym i renomowanym pisarzu wyjdzie na kłamcę, ale np. Mister Smith? Obywatel wolnego kraju, człowiek wykształcony. Dlaczego nikt z nich nigdy się nie wypowiedział, dlaczego się nie odszukali. Ludzie odnajdywali się przez Czerwony Krzyż, a Oni przez to co wspólnie przeszli byli sobie bliżsi niż biologiczna rodzina. Dlaczego?

    • Logos Amicus Says:

      Sarno, może kiedy obejrzałabyś ten film, mogłabyś sądzić o tym, czy Weir zachował dbałość o szczegóły, czy nie.

      Ja natomiast, wiedząc że Rawicz podszył się pod Glińskiego, oraz że w żadnym „długim marszu” przez Syberię, Mongolię i Himalaje nie wziął udziału, (bo po prostu całą tę historię wyssał – posiłkując się zresztą pewnym dziennikarzem – z palca), nie doszukiwałbym się w jego książce jakiegokolwiek autentyzmu, wiarygodności, a zwłaszcza dbałości o detale.
      Z tego samego też względu, nie mam jednak najmniejszej ochoty na przeczytanie tej książki.
      * * *

      Pytasz się, dlaczego nikt z uczestników tej eskapady nie zabrał nigdy w tej sprawie głosu?
      Właśnie z tych powodów, o których napisałem powyżej: bo cała ta historia jest mocno szemrana, a to co opisał w swojej książce „The Long Walk” Rawicz jest wyssaną z palca fikcją.
      Mimo, iż wszystko wskazuje na to, że jacyś więźniowie (w tym najprawdopodobniej Witold Gliński) z obozu na Syberii uciekli, trafiając w końcu do Indii, to jednak ich ucieczka przebiegała zupełnie inaczej, niż jest to opisane w książce Rawicza. Poza tym, w czasie tej drogi mogły się wydarzyć rzeczy, o których uciekinierzy nie chcieliby raczej pamiętać (jak np. morderstwo), i do których nie chcieli wracać, bo były one mało chwalebne i wystawiłyby im niezbyt ciekawe świadectwo.
      Wobec tego wszystkiego, trudno się dziwić, że na „bohatera” mógł się tylko kreować fantasta, konfabulator i złodziej tej historii – Rawicz.

  3. Kartka z podróży Says:

    Pod tym adresem jest ciekawa analiza „Długiego marszu” Wydaje mi się, że kompetetnie napisana. Polecam, bo to ciekawy tekst i spojrzenie:

    http://www.etnologia.uw.edu.pl/etno/instytut/pracownicy/JSW

  4. Kartka z podróży Says:

    Przepraszam, trzeba ten adres wkleić do wyszukiwarki. Tekst nazywa się „Śladami wymyślonej ucieczki” a napisal go Jerzy S. Wasilewski – etnolog znający Syberię. Jest to część ciekawego cyklu – „Etnolog w podróży”.
    Pozdrawiam

  5. aniaj Says:

    Logosie,

    bardzo lubie i cenie Pana blog. Dziekuje za wszystkie recenzje filmow, ksiazek, wybitnych ( lub mniej ) postaci. pozdrawiam aniaj

  6. Torlin Says:

    Z wielką przyjemnością przeczytałem link, który dał Kartka. Na pewno facet ma rację. Ale z drugiej strony czytałem, że są autentyczne dokumenty w Kalkucie ludzi, którzy przez Syberię przeszli. Nie odważę się jednak warunkować.
    Przypominam jednak o bardzo ważnej sprawie, z którą walczę od lat. Film fabularny to nie jest film dokumentalny, nie należy doszukiwać się prawidłowości podawania faktów historycznych, zgodności guzików przy mundurze czy obecności „Tygrysa” w 1939 roku. Film fabularny – powtórzę – to jest fikcja, a nie dokument. I reżyser ma prawo sobie nagrywać co chce, chociażby jak się wyciąga z bagna za włosy.
    A w sprawie pierwszego filmu – ja z niekłamaną nostalgią czekam zawsze na prawdziwy western. Dwójka w południe często nadaje, to sobie nagrywam: „Jeździec znikąd”, „Winchester 73” czy „Gwiazda szeryfa”. Mnie nawet „Winnetou” nie przeszkadza, a nagrane mam również „Wilcze echa”.

    • sarna Says:

      Torlinie, owszem reżyser ma prawo zrobić film tak jak uważa, ale skoro padła na tym blogu uwaga, że zachowano wierność detalom i że miały one wartość drugoplanową, gdy w rzeczywistości jest akurat na abarot, to wybacz :) zbyt świerzbił mnie jęzor by to przemilczeć.
      A co do linku Kartki, to owszem, bardzo interesujący i przekonywujący. Kilka z tych pytań sama zadałam sobie w trakcie lektury. Nie lekceważyłabym jednak stanu desperacji ludzi, którzy nie mieli nic do stracenia, a mogli zyskać wszystko.
      Jednak gdy czyta się tę książkę ma się świadomość, że jest jakby wyprana z emocji i zbyt łatwo pokonuje się góry, których dziś dobrze odżywieni, odpowiednio ubrani i wyposażeni w sprzęt himalaiści nie zawsze mogą zdobyć. To właśnie pokonywanie gór i rzek w linii na wprost przeszkadzało mi najbardziej w uwierzeniu, że działo się to naprawdę. Mam zbyt skromną wiedzę by wychwycić gdzie żyją osły, a gdzie się ich nie spotyka, gdzie są kamienne czy drewniane płoty, a gdzie ludzie nie grodzą swoich siedzisk, wiec tym bardziej lektura zapisków profesora wydała mnie się ciekawa i wniosła nowe spojrzenie do przemyśleń do książki Rawicza.

      • sarna Says:

        No nie! zamiast siedlisk wyszły siedziska. Na upartego w siedlisku znajdzie się siedzisko, ale już w druga stronę się nie da naciągnąć, więc jak już wrócisz Amicusie i zajrzysz na blog popraw proszę.

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, ależ oczywiście, że filmu fabularnego nie można traktować (odbierać) tak samo, jak filmu dokumentalnego. Ja myślę, że każdy zdaje sobie z tego sprawę. Jednakże, kiedy reżyser fabuły deklaruje iż dba o prawdziwość swojej filmowej opowieści, że troszczy się w najwyższym stopniu o autentyzm, szczegóły – i że jest to dla niego niezwykle ważne (tak jak twierdził Weir, który ponoć rozmawiał z uczestnikami tej ucieczki) – to wtedy jego film należy jednak z tego wszystkiego rozliczać, patrzeć na niego pod kątem właśnie zgodności z wydarzeniami rzeczywistymi, czyli z faktami.

      Mówisz o nostalgii za „prawdziwym” westernem?
      Niestety, dzisiaj prawdziwych westernów już nie ma – bo wydaje się, że mogły one powstawać tylko w określonym czasie, a ten czas – czyli epoka „prawdziwych” westernów – już dawno przeminął.

      Sarno, także przeczytałem bardzo ciekawy tekst prof. Wasilewskiego („Śladami wymyślonej ucieczki”), który jednak w sposób druzgoczący wykazuje, jaką piramidalną bzdurą byłoby traktowanie książki Rawicza jako czegoś opisującego autentyczne wydarzenia.
      Trudno więc zgodzić mi się z Twoim stwierdzeniem, że „lektura zapisków profesora (…) wniosła nowe spojrzenie do przemyśleń do książki Rawicza”. Ona nie tyle „wniosła nowe spojrzenie”, co w zupełności tę książkę zdyskredytowała, zmiotła jakąkolwiek chęć potraktowania jej poważniej (w sensie: jako świadectwa czegoś, co miało miejsce w rzeczywistości).

      • sarna Says:

        Amicusie, wróć do słów profesora, a doczytasz się, że odnosi wrażenie, że tylko On widzi że król jest nagi, co ozn., że mimo tak przekonywujących faktów nic nie zostało tu stwierdzone ostatecznie. To, że mnie i zapewne jeszcze wielu innych jego słowa przekonują nie ozn. jeszcze, że poparły Go inne autorytety i znawcy tematyki, albo, że On sam to naukowo udowodnił kwestionując w odpowiedniej formie.

        Zdziwiły mnie Twoje słowa „może kiedy obejrzałabyś ten film, mogłabyś sądzić o tym, czy Weir zachował dbałość o szczegóły, czy nie”. Mam Twoje słowa i lekturę za sobą, co wystarcza by stwierdzić, że nie ma dbałości o szczegóły. Natomiast Ty znasz tylko jedną stronę medalu, obejrzałeś film, nie czytałeś książki więc na jakiej podstawie tak twierdzisz?

        No i uderzając w Twój nastrój do żartów odnoszący się bodajże do poprzedniego wpisu. Sądzę, że skład grupy jaki proponujesz to jednak zła strategia. Spotykałam barana na stanowisku „naczelny”, ale żeby sprawnie funkcjonować na całą resztę składali się homo sapiens.

        PS. To dobrze, że podróż minęła szczęśliwie. Kinol do góry i tak trzymaj.

        • Logos Amicus Says:

          Jeżeli fakty są przekonywujące, to sprawę można uznać za przesądzoną.
          Wygląda na to, że Weir dbał o szczegóły, ale na zasadzie: czy strażnicy odbierający więźniów na takiej to a takiej stacji, mogli być w takich to a takich mundurach. Albo: jakie karabiny mieli strażnicy na wieżach strzelniczych. Albo: jak wyglądała manierka żołnierska… Dla mnie to są jednak sprawy (detale) drugorzędne wobec historycznego kontekstu Gułagu, ukazania mechanizmów funkcjonowania państwa totalitarnego, wiarygodności psychologicznej postaci… etc. Po co więc były Weirowi wszystkie te jego studia, skoro on to wszystko w swoim filmie zignorował, skupiając się na wątku awanturniczym, czyli przygodzie grupki straceńców, którzy walczyli o przetrwanie znalazłszy się w warunkach ekstremalnych?
          Pomijam całe logistyczne nieprawdopodobieństwo, zarówno książki Rawicza, jak i filmu Weira – tu mogą oni sobie podać rękę (ale to zaznaczyłem już wcześniej, we wpisie).
          A obszarpane ubrania? Postrzępione chodaki? Zarośnięte i ogorzałe od zimna i słońca twarze? Rany? To wszystko w filmie jest (nota bene był on bodajże nominowany do Oscara w kat. najlepszej charakteryzacji).
          Ale co z tego? Przecież nie na tym polega oddanie autentyzmu i wiarygodność przedstawianej historii.

        • sarna Says:

          Wiele słusznych dlaczego i po co? Temat samego gułagu jako obozu przymusowej pracy został potraktowany w książce „wąsko” jako wprowadzenie do ucieczki. Książka właściwie jest o ucieczce, więc nie wiem co odpowiedzieć na tak postawione przez Ciebie pytanie :” po co więc były Weirowi wszystkie te jego studia, skoro on to wszystko w swoim filmie zignorował, skupiając się na wątku awanturniczym, czyli przygodzie grupki straceńców, którzy walczyli o przetrwanie znalazłszy się w warunkach ekstremalnych?”

        • Logos Amicus Says:

          Odpowiedź jest chyba prosta:
          bo on się w kino bawił, kręcił film komercyjny.

          A nakręcenie kompleksowego filmu o gułagach pewnie go przerastało (ie. przerastało środki i możliwości, którymi on dysponował).

        • sarna Says:

          W zasadzie nie wiem dlaczego tak się upieram przy swoim. Film, to film i choćby o największych mękach i udrękach człowieka, to wszystko jest na sprzedaż (takie prawo rynku: jest popyt, jest podaż), a kryterium naczelnym jest dystrybucja i jeśli nawet nie przyniesie zysku, to przynajmniej powinien zapewnić zwrot nakładów. Jeśli nawet się z tym nie zgadzam, to przynajmniej rozumiem reguły.
          Właściwie, co mnie obchodzi czy ktoś pojmie, że w tamtej sytuacji buty były przepustką do życia, a nie wybrykiem mody, albo najdrobniejsza rana decydowała o tym czy dojdzie, czy skończy marsz, bo za kolejnym pagórkiem nie było kilku aptek prześcigających się w promocji środków opatrunkowych i dezynfekujących? Jak to mówi siedmiolatka: „no i co mnie ?” :), że ktoś patrzy jakby nie dostrzegał, że cywilizacja od tamtych bagatela 70 lat kłusuje w zastraszającym tempie i nie można współczesnych mierników odnosić do tamtej rzeczywistości.
          Pomyśl Amicusie, wojnę przywitaliśmy z ułańską fantazją na konikach i z szabelką w dłoni, a ostatnie jej akordy dobiegały z Hiroszimy i Nagasaki spowitych w dymach bomby atomowej. Zaledwie 5 lat, a nie 70 lat.
          Właściwie…co mnie tam;) Sumienie jest na okaziciela.

  7. jula Says:

    No i jak po werdykcie Jury oskarowym?….
    Chyba nie było zaskoczenia?… Ja nie byłam.

    Ja i tak najbardziej patrzyłam na kreacje dywanowe pań. ;)

    Tam była, jak zwykle, rywalizacja największych kreatorów mody ubraniowej, (suknie) biżuterie, buty i inne dodatki :D
    Chociaż też według mnie nic specjalnego ;)
    Bo najbardziej kobieca moda, to lata 50-te !…

    • Logos Amicus Says:

      Jula, mnie akurat moda nie zainteresowała w najmniejszym stopniu, a na panie wolałbym popatrzeć bez tych ich kreacji… chociaż… nie na wszystkie przecież ;)

      Widziałem tylko drugą część, ale podejrzewam, że niewiele straciłem, nie oglądając pierwszej. A i tę drugą oglądałem tak jakoś… z przyzwyczajenia i trochę od niechcenia. Fatalnie wypadła młoda para prowadząca całość (zdecydowanie bardziej wolałem patrzeć na Jamesa Franco uwięzionego między skałami w Utah), w sumie wydało mi się to wszystko dość prowincjonalne, sztuczne, nadmuchane – taka celebracja coś jakby na siłę.

      Nigdy z jakimś większym zachwytem nie patrzyłem na cały ten Oscarowy cyrk, ale zawsze można było na czymś oko zawiesić, dobrego dowcipu posłuchać, niezłe sceny z kina sobie przypomnieć… Tym razem jednak było wyjątkowo nijako i nudno, a czasem wręcz żenująco.
      I jednak: Oscary dla Firtha i Portman zbyt przewidywalne, Oscar za najlepszy obraz dla „Króla” to jednak przesada (w sumie zbyt mało było uznania dla naprawdę dobrych filmów, jakimi wg mnie były „The Social Network”, „127 Hours” i „Black Swan”).

  8. jula Says:

    Wszyscy krytycy kina, prawie zgodnie stwierdzają, że te nagrody były szyte właśnie na miarę lat 50-tych, to znaczy było docenione kino rzemieślnicze, nie wybitne. Wszyscy trąbią, że przegrało kino pokoleniowe, co by to nie oznaczało ;)…
    Nagrody dla najlepszych aktorów, jak najbardziej. Nie wiem, czy akurat za te kreacje, ale generalnie obydwojgu się należało. Bardzo lubię Firtha i Portman.
    Pozdrawiam! :)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s