CZY S…SYN MOŻE NAPISAĆ „HYMN O MIŁOŚCI”?

czyli moja i telemacha KRÓTKA HISTORIA NIKCZEMNOŚCI

(rzecz poniekąd także i o Św. Pawle)

*

HYMN O MIŁOŚCI

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,

a miłości bym nie miał,

stałbym się jak miedź brzęcząca

albo cymbał brzmiący.

Gdybym też miał dar prorokowania

i znał wszystkie tajemnice,

i posiadał wszelką wiedzę,

i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.

a miłości bym nie miał,

byłbym niczym.

I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,

a ciało wystawił na spalenie,

lecz miłości bym nie miał,

nic bym nie zyskał.

Miłość cierpliwa jest,

łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą;

nie dopuszcza się bezwstydu,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi,

wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję,

wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje

(…)

Znany nam wszystkim „Hymn o miłości” pojawił się kiedyś w komentarzach pod jednym z wpisów na moim poprzednim blogu. Zaraz potem pojawiły się tam intrygujące słowa telemacha:

TELEMACH: A zatem 13 rozdział pierwszego listu do Koryntian. Logosie to jest pole minowe, wierz mi. Ukłony.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, ja nie muszę Ci wierzyć, ja to wiem. Każdy z wersów tego listu może być przedmiotem krytycznej analizy, można te słowa przepuścić przez młynek różnej maści wyznawców – od strukturalistów po post-strukturalistów, od konstrukcjonistów po dekonstrukcjonistów – wszystkie te modernizmy tudzież różne kretyn-izmy…
Może pozostałem jakimś reliktem idealistycznej epoki – może ciągle kołacze się we mnie jakiś naiwny romantyzm – bo jednak słowa „Hymnu o miłości” nadal wydają mi się być czymś wspaniałym, a w przeszłości zdarzało się, że dostarczały mi wielkiego wzruszenia. Po prostu dotykają czegoś, co siedzi we mnie głęboko i wcale się tego – przy całej swojej małości, marności i niedoskonałości – nie wstydzę, ani też tego nie ukrywam.
Powiem Ci, że ja się wcale nie boję takich „pól minowych”. Bo niby co mogą mi zrobić? Wysadzić mnie z jakiegoś intelektualnego siodła? Zdradzić moją naiwność i sentymentralizm? Uświadomić mi, żem cymbał brzmiący? Że „Hymn o miłości” to nieosiągalny w naszym życiu idealizm? Ja o tym wszystkim wiem.

TELEMACH: „Hymn o miłości” przepiękny. Niepowtarzalny – i wszystkie „izmy” niewiele mają z tym wspólnego. Pole minowe znajduje się jednak gdzie indziej, wkraczamy na nie gdy konfrontujemy ten tekst z niektórymi szczegółami z życia jego twórcy. Theillard de Chardin powiedział kiedyś: „nieważne na co się patrzy, ważne skąd się patrzy”. Nad wyraz słusznie moim zdaniem. Myśl Theillarda można jednak rozszerzyć: nie ważne co zostało powiedziane, ważne kto to powiedział. I zaczyna się robić dziwnie. Dziękuję za inspirację, zajmę się tematem gdy się uporam z podatkami.

Parę dni minęło i oto czym dał nam znać o sobie znać telemach„Z podatkami się nie uporałem, ale tematem zająłem się mimo to. Wyszło z tego…” (i tutaj znalazł się link do jego wpisu pt. „HAGIOGRAFIA. ŚWIĘTY SZCZEPAN”, który w całości pozwolę sobie tutaj przytoczyć:

Święty Szczepan jest świętym wyjątkowym. Pierwszy męczennik Chrześcijaństwa zasługuje na naszą szczególną uwagę. Przypatrzmy mu się zatem bliżej bo warto. Myliłby się ten, kto by sądził, że nasz Szczepan – zwany dalej dla ułatwienia studiów porównawczych Stephanosem – zawdzięcza swą palmę męczeństwa i tytuł świętego nienawistnym poganom, którzy uwzięli się na zwolenników religii opartej na miłosierdziu i miłości bliźniego. Było zupełnie inaczej i z perspektywy czasu raczej śmiesznie.

Stephanos był nieomal rówieśnikiem Chrystusa, rok młodszy od Nazareńczyka, przeżył go jednak jedynie o lat kilka. Zadbała o to gmina braci w wierze. A było tak:

Po śmierci Jezusa, malutka gmina chrześcijańska postawiła sobie za punkt honoru, obok głoszenia sławy Pana, opiekę nad potrzebującymi ze szczególnym uwzględnieniem nędzarzy, chorych, wdów i sierot. Opieka polegała na wspomaganiu takowych dobrym słowem a także uczynkiem. Mówimy tutaj o dobrach materialnych, sprawa jest raczej jasna i nie ma powodu aby owijać ją w bawełnę. W krótkim czasie doprowadziło to niebywałego wzrostu popularności Chrześcijaństwa, szczególnie wśród chorych nędzarzy oraz obdarzonych licznym potomstwem wdów. Te akurat garnęły się do nowej religii że aż ho. Gmina, a szczególnie stojący na jej czele Apostołowie stanęli w obliczu sytuacji kryzysowej, której niełatwo było sprostać. Rysowała się groźba rozłamu: frakcja judeoaramejczyków posiadała zupełnie inne wyobrażenia na temat priorytetów i misji chrześcijaństwa niż judeogrecy. Istotą kontrowersji było czy Apostołowie powinni poświęcić się w pierwszej kolejności zagadnieniom krzewienia wiary czy też raczej praktykowaniu miłosierdzia. Rzesza potrzebujących skłaniała się ku drugiemu wariantowi, Apostołowie preferowali pierwszy. Istotne też było, komu należy się więcej miłosierdzia: wdowom oraz sierotom aramejskim, czy też raczej judeogreckim. Aby uniknąć rozłamu, zwołano walne zgromadzenie chrześcijan i wybrano z łona obu frakcji siedmiu diakonów, których zadaniem była troska o nędzarzy, wdowy i sieroty, Apostołowie mogli w końcu odetchnąć i zająć się chwaleniem Imienia Pańskiego. Jednym z diakonów był nasz Stephanos, jak imię wskazuje mąż o greckim rodowodzie, wybrany w celu reprezentowania judeogreckich wdów i sierot. Te bowiem czuły się dyskryminowane, twierdząc że datki i zapomogi płyną raczej w kierunku zupełnie niewłaściwym, czyli nędzarzy aramejskich.
To właśnie z grupy podopiecznych Stephanosa rozczarowanych niewystarczającą ich zdaniem opieką wypłynął donos do Synhedrynu jakoby nasz miły diakon miał powiedzieć, iż Chrystus miał jakoby z całą pewnością powiedzieć iż Świątynię Jerozolimską należy zburzyć. Coś takiego i jeszcze kilka innych ciekawostek w tym stylu mających doprowadzić Synhedryn do białej gorączki. Stephanosa wezwano przed oblicze i zadano mu jedno jedyne pytanie, a mianowicie, czy zarzuty mają odbicie w rzeczywistości. W odpowiedzi Stephanos zaczerpnął oddechu i wygłosił zawiłą mowę obrończą trwającą dwa dni z której nikt niczego nie zrozumiał. Byłaby to sprytna taktyka, gdyby jakieś licho nie pokusiło naszego diakona aby – gdy główne niebezpieczeństwo zdawało się być zażegnane – wznieść nagle oczy ku niebu i zawołać: „Widzę jak otwiera się niebo a syn człowieczy stoi po prawicy Pana!”. Każdy może mieć chwilę słabości. Synhedryn potrzebował kilku sekund na skazanie Stephanosa na zwyczajowe w takim przypadku ukamienowanie. Nadzór natychmiastowego wykonania powierzono młodemu, zaangażowanemu człowiekowi o imieniu Saulus, znany zapewne większości polskich czytelników pod pseudonimem Szaweł. Z obowiązku wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając. Nie wiemy czy trafił i czy jego rzut był rozstrzygający. Gdyby jednak tak było, to byłby to ciekawy przyczynek do historii chrześcijańskiej martyrologii. Saulus przeszedł do historii jako Święty Paweł, Ojciec Kościoła, ten od podróży misyjnych i listów. Zestawienie – wśród jego rozlicznych zasług – obok sławiącej potęgę miłości pieśni zawartej w „Liście do Koryntian” również celnych rzutów kamieniami, których wynikiem był pierwszy męczennik kościoła może wprawić i wprawia w zadumę.
W rozlicznych pismach Św. Pawła na próżno szukać wzmianki o onegdaj ukamienowanym przezeń Stefanosie. Pamięć bywa zawodna, szczególnie jeśli chodzi o błędy młodości.

Dlaczego Św. Szczepan został patronem bednarzy, woźniców, murarzy, tkaczy, krawców i cieśli pozostanie tajemnicą tych, którzy na ten pomysł wpadli. Skierowane do niego modlitwy pomagają jak ręką odjął w przypadku napadu szału, bólów głowy i ataków kamicy nerkowej.

(telemach)

*

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu Drogi, przypominam sobie, jak kiedyś, w jednej z chicagowskich garkuchni, popijaliśmy sobie z Andrzejem Mleczko golonkę piwem. Na moje pytanie o źródło twórczych popędów, Mistrz odpowiedział: „A co mnie to obchodzi, czy ktoś napisał dobrą książkę ślęcząc w bibliotece, modląc się na klęczkach, czy też grzejąc wódę, balangując i pieprząc przy tym panienki – każdej nocy inną !?”
Wprawdzie niezbyt harmonijnie koresponduje ta odzywka z poetyką „Hymnu o miłości” Św. Pawła, to jednak porusza coś istotnego, jeśli chodzi o proces twórczy, czy też o wartościowanie dzieła artysty poprzez pryzmat moralnej oceny jego życia.
Telemachu, nie podzielam Twoich – wybacz, że tak to nazwę – insynuacji, które każą kwestionować moralną weryfikowalność słów Szawła, zważywszy na jego przeszłość. Dajesz mocny przykład w jego domniemanym uczestnictwie w ukamienowaniu Św. Szczepana. Chcę również zaznaczyć to, że nie jest do końca pewne, czy „Hymn” został napisany przez Św. Pawła (tudzież w takiej wersji, jaką znamy), ani też to, czy Szaweł rzeczywiście brał czynny udział w tym ukamienowaniu męczennika, (które zresztą było wykonaniem, zgodnego z ówczesnym prawem, wyroku Sanhedrynu… choć ponoć bez kontrasygnaty). Pewne jest natomiast to, że słowa „Hymnu i miłości” towarzyszą ludziom od blisko dwóch tysięcy lat, mocno na nich oddziaływając.
Jakie znaczenie może mieć przy tym to, kto jest ich rzeczywistym autorem, jakim był on człowiekiem, jaką miał przeszłość, w jakich okolicznościach je napisał?
Ważna jest moc tych słów – tu i teraz! Siła trafienia w ludzkie uczucia i serce.
Ponadto: jeśli już przyjmiemy że „Hymn” napisał Św. Paweł, i jeśli już zaczniemy brać pod uwagę jego przeszłość, to, moim zdaniem, słowa te nabierają w tym kontekście dodatkowej mocy i wiarygodności. Przecież nawrócenie Szawła w drodze do Damaszku można uznać niemalże za jeden z kamieni milowych Chrześcijaństwa, w tym samym nowożytnej cywilizacji Zachodu – symbolem moralnego wstrząsu, który prowadzi do ekspiacji; dowodem na ludzką zdolność do przemiany swojego życia, (a nawet i osobowości), odkupienie grzechów, wkroczenie na drogę cnoty… (celowo używam tych słów, które jednak w dalszym ciągu mają dla wielu ludzi wartość i nie wydają się im jeszcze śmieszne – tak jak, podejrzewam, śmieszne wydają się Tobie).
Koniec końców, przeszłość Św. Pawła jako człowieka złego (bo był prześladowcą pierwszych Chrześcijan) jest wszem i wobec znana, rzec można – ikoniczna. Tym bardziej cenione jest dobro, które później czynił – a jego listy mogą być wysłuchiwane z należną im uwagą i przejęciem.
Dzięki Bogu i poecie za lirykę i piękno „Hymnu o miłości”.

TELEMACH: Drogi Logosie, Twój interesujący nad wymiar komentarz zasługuje na równie staranną i rzetelną odpowiedź. A może nawet na nowy wpis. Bo temat odpowiedzialności za własną przeszłość i i granic prawa do swobodnej ekspiacji jest tematem fascynującym. Za słowo „insynuacje” nie obrażam się – użycie terminu może być uznane za zasadne jeśli przyjmiemy Twój tok rozumowania.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, sam wszak napisałeś: „‘Hymn o miłości’ (jest) przepiękny, niepowtarzalny…” Czyli co… jeśli Św. Paweł okazałby się sukinsynem, to hymn ten przestałby być „przepiękny” i „niepowtarzalny”?
A z tego co wiemy, Św. Paweł sukinsynem raczej nie był… w każdym razie tak było po wstrząsie, jakiego doznał w drodze do Damaszku (był ponoć przez kilka dni nieprzytomny). Wtedy stał się innym człowiekiem. Należy przecież odróżnić jego zaangażowanie w prześladowanie Chrześcijan, (o której każdy wie i bez Twoich wywodów) od późniejszej działalności misjonarskiej, której się poświęcił, wędrując po wielu krajach basenu Morza Śródziemnego.
Nieszczęsne ukamienowanie Św. Szczepana dzieli od napisania listów do Koryntian 20 lat. W tym czasie Św. Paweł był człowiekiem, który niósł innym dobre słowo, radę, pociechę, ukojenie… Tym sposobem Paweł odpokutował za grzechy Szawła, i im zadośćuczynił… choćby przepięknym i niepowtarzalnym „Hymnem o miłości”. Pisanie że: „z obowiązku (nadzoru ukamienowania) wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając” jest po prostu pomówieniem, bo przecież nie znamy tak naprawdę przebiegu tego zdarzenia.
Co więc zyskujemy dyskredytując moralną kompetencję Św. Pawła przy pisaniu „Hymnu o miłości”?
Usprawiedliwienie naszego sarkazmu?

TELEMACH: Logosie, myślę sobie że to wszystko nie jest takie proste jak by się z pozoru wydawało. Sądzę również, że o wiele nam do siebie bliżej niż przypuszczasz. Tekst ma w istocie – jak zauważyłeś – charakter lekko prowokacyjny. I nie chodziło mi w nim ani o moralny osąd czynu Szawła/Pawła, ani o podważenie niezaprzeczalnego piękna „Hymnu o miłości”. Rozumiem ten tekst raczej jako zaproszenie do refleksji nad kolejnym dziejowym aspektem tego co sam dla siebie nazwałem „Niekończącą się historią ludzkiego szaleństwa”, nad paradoksalnym pomieszania losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen.
Pomijam już monthypytonowskie niemalże losy gminy chrześcijańskiej w pierwszych dziesięcioleciach jej istnienia – jeśli chcemy być uczciwi to musimy przyznać, że nie wiemy nawet czy Dzieje Apostolskie (w tym przypisywany Św. Łukaszowi fragment D. App. 8.1-9, w którym poczytać możemy o udziale Szawła w egzekucji Szczepana) nie zostały w znacznym stopniu zełgane w II wieku n.e. Również pisma Pawła – w tym list do Koryncjan – mogły powstać już po jego śmierci i zostać mu wraz z budującą historią o cudownym nawróceniu najzwyklej przypisane przez nadgorliwego skrybę łgającego ku chwale Pańskiej. Dla mnie to wszystko nie jest aż tak ważne. Dla mnie istotny jest archetyp sytuacji, w której ten sam człowiek, z takim samym zapałem i niezachwianym przekonaniem czyni to, co on sam uważa za dobro, a co okazuje się być w zależności od punktu widzenia i historycznej perspektywy albo problematyczne albo najzwyczajniej złe. Chodzi mi o typ człowieka pozbawionego dobrodziejstwa wątpliwości, gotowego poświęcać dla wartości uważanych przez siebie za wyższe, to co jego zdaniem poświęcone być może i nie cofającego się nawet przed udziałem w mordzie.
Mam z tym poważny kłopot. Z jednej strony widzę w naszym kraju nagonkę na ludzi, którym niezależnie od oceny ich dzieła i dalszego życiorysu, zapalczywi katoliccy talibowie nie są gotowi wybaczyć najmniejszego grzechu młodości. Nawet gdy wynikał on z nieświadomości, niedojrzałości, braku alternatyw lub błędnej oceny sytuacji. Michnik, Bauman, Szymborska, Miłosz, Szczypiorski, Woroszylski. You name it…
Z drugiej strony zastanawiam się, czy gdyby Eichmann stanął po wojnie na czele założonej przez siebie Amnesty International to czy gotów byłbym przyznać mu prawo do ekspiacji, czy gdyby Beria założył Ligę Humanistyczną to gotów byłbym mierzyć go tą samą miarą jaką zwykliśmy przykładać do Św. Pawła, aktywnego uczestnika odrażającego mordu na lekko obłąkanym bliźnim mającym „widzenie”.
Logosie, ja nie znam odpowiedzi na te pytania, ale jak być może zauważyłeś, nie roszczę sobie pretensji do formułowania jednoznacznych i słusznych odpowiedzi i szermowania ocenami. Wystarczy mi, że zastanowię się wraz z innymi, czy niektóre pytania nie powinny być trochę inaczej sformułowane. Stąd też tytuł tego bloga.
A wracając do Św. Pawła to ja boję się najzwyczajniej w świecie ludzi przekonanych bezgranicznie o słuszności swych aktualnych poglądów. Najzwyczajniej się ich obawiam. Nieswojo mi się robi gdy widzę gorliwych zwolenników prawdy gotowych zatłuc wpierw kamieniami Chrześcijanina, aby potem z równie fanatyczną gorliwością zacząć budować instytucję kościoła, który po upływie trzech stuleci sam zacznie się przekształcać w bezlitosną machinę niszczącą swych przeciwników lub najzwyczajniej mających odwagę myśleć inaczej. Święty Paweł jest dla mnie takim właśnie modelowym reprezentantem gorliwego fanatyka. Ktoś potem w imię wyznawanych przez niego dogmatów palił żywcem Katarów i Albigensów, ktoś uruchomił Inkwizycję, ktoś inny napisał z jego imieniem na ustach „Młot na czarownice”. I szczerze powiedziawszy mam takie dziwne przeczucie że Paweł – gdyby żył dajmy na to w Rewolucyjnej Rosji to nawróciłby się ponownie na neandertalski ateizm i propagowałby wieszanie popów i palenie cerkwi. W imię nowej religii której oddałby się z takim samym przekonaniem jak tym poprzednim.
To wszystko mi się nasuwa i kojarzy gdy widzę gdzieś zachwyt nad „Hymnem o Miłości”. Którym też się zachwycałem i nadal zachwycam.
A z Andrzejem Mleczko się zasadniczo zgadzam. Do momentu gdy przypomnę sobie że Pol Pot w młodości pisywał podobno całkiem piękne wiersze.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, Twój komentarz jest niezwykle interesujący ale uwalniający taką kaskadę wątków i tematów, że nie sposób odnieść się do tego wyczerpująco w kilku zdaniach. Zabrzmiało to dość osobiście – niczym coś w rodzaju Twojego credo (może raczej dis-credo). Widzę tu pole do szeroko zakrojonej dyskusji… Może w końcu udałoby się nam wyeliminować parę zbędnych pytań na zadane odpowiedzi?

*  *  *

Tak sobie teraz czytam (ponownie) tę rozmowę i zastanawiam się, gdzie też leży pies pogrzebany w tych moich polemikach (nieporozumieniach?) z Telemachem, (które sobie na swój sposób cenię, a dowodem na to jest choćby ten wpis). No cóż, dochodzę do wniosku, że ma to wiele wspólnego… nie tyle z intelektem, co z tym, co anglojęzyczni nazywają guts – z pewnym rodzajem wewnętrznego przeczucia, intuicji, piętna charakteru… co dopiero później wspierane jest racjonalną (jak by się mogło wydawać), intelektualną argumentacją. Dyskusja z mizantropem jest jednak trudna.
Oto Telemach czyta mój wpis, gdzie przywołuję piękno i wielkość „Hymnu o miłości” Św. Pawła i naraz zapala mu się światełko: „Wierz mi Logosie, to jest pole minowe”, by zaraz potem wysmażyć wielce stylizowany (i mocno zabarwiony jednak tak charakterystycznym dla siebie sarkazmem) tekst o „monthypytonowskich losach” pierwszych chrześcijańskich gmin, tudzież o tym, że jednak Paweł to był kawał sukinsyna, i takim właściwie do końca pozostał (a durni i naiwni ludzie uznali go za „świętego” i się podniecają tym, co on w swoim zakłamaniu i fałszywości wyskrobał).
Co ciekawe, później Telemach pisze, że on wcale tego nie chciał, i że tak naprawdę to chodziło mu o refleksję „nad kolejnym dziejowym aspektem tego co sam dla siebie nazwałem „Niekończącą się historią ludzkiego szaleństwa”, nad paradoksalnym pomieszania losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen.”
Jeśli tak, to uważam że nawiązanie w tym kontekście do Św. Pawła (i podanie go jako exemplum) jest nad wyraz chybione. A tym bardzie chybione (być może nawet skandaliczne) jest zestawienie Św. Pawła z takimi figurami jak Pol Pot, Beria czy Eichmann…

Telemach jakby ignorował moje przypomnienie, że przecież tak naprawdę to niewiele wiemy o tym, jaki był udział Szawła w ukamienowaniu Szczepana, ani też nawet nie jesteśmy pewni tego, że autorem „Hymnu” jest Św. Paweł, a tym bardziej nie mamy zielonego pojęcia, jakim tak naprawdę był on człowiekiem… etc.
Zamiast tego (w ostatnim komentarzu) powtarza z uporem człowieka, który jednak (na to wygląda) jest „przekonany bezgranicznie o słuszności swych aktualnych poglądów” i raczy nas taką oto filipiką:
„Nieswojo mi się robi gdy widzę gorliwych zwolenników prawdy gotowych zatłuc wpierw kamieniami Chrześcijanina, aby potem z równie fanatyczną gorliwością zacząć budować instytucję kościoła, który po upływie trzech stuleci sam zacznie się przekształcać w bezlitosną machinę niszczącą swych przeciwników lub najzwyczajniej mających odwagę myśleć inaczej. Święty Paweł jest dla mnie takim właśnie modelowym reprezentantem gorliwego fanatyka.”
Czyli wracamy do punktu wyjścia (jakby żadnej dyskusji nie było).

A ja się mogę zapytać: czy to, co zrobił tu Telemach nie jest właśnie „paradoksalnym pomieszaniem losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen”, czyli jego własnym przyczynkiem do pogłębienia zjawiska, nad którym tak on boleje?

*  *  *

Św. Anna (fresk z Faras, VIII w.)

*

Advertisements

komentarzy 16 to “CZY S…SYN MOŻE NAPISAĆ „HYMN O MIŁOŚCI”?”

  1. Awicca Says:

    I kto by pomyślał, że tyle można rozprawiać na temat Hymnu o miłości ?
    Tak mogą tylko mężczyźni.
    Czyżby autor tekstu był kobietą zepchniętą gdzieś na margines chrześcijańskiej teologii ?
    A nie lepiej po prostu złożyć palec na ustach jak św. Anna z fresku powyżej, i nie rozprawiać nad tym, co trzeba poczuć , nie analizować ?
    Mówię to jako kobieta i wiem.
    Tych słów nie trzeba bronić, a już na pewno zastanawiać się kto jest ich autorem, czy są „prawdziwie”? Trzeba je poczuć.
    Bez względu na to kim był, w momencie pisania, czuł w sobie tę świętość – miał ją, zasługiwał na nią, żeby mieć. W przeciwnym razie nie mogłyby powstać takie słowa, które gdy się je czyta, to sama ich wibracja sprawia, że gdzieś w okolicach serca, człowiek czuję iż mógłby być tak doskonałym jak Anioł, albo Absolut, a nie jest.
    A czy mógłby, pośród ludzi na ziemi która żywi się cudzą śmiercią i wiecznym zmartwychwstaniem, przeżyć do starości. Utopia ? Czy stosując się do pięknych słów tego hymnu przeżyłby choć wiek szkolny ? Czy jednak zginąłby przed czasem, zabity tą bezwarunkową miłością nieodwzajemnioną, jak pięknym ostrym jak sztylet diamentem ugodzony.
    Ale jakże pięknym by się stał w swoim sercu i sercach nielicznych, albo żadnych.
    I jaki bez-pamiętny by umarł, bo o szaleńcach i romantycznych naiwniakach, nikt przecież nie wspomina po śmierci. Dobrych GRACZY historia wspomina, by nie popadli w zapomnienie. Któż z nas nie che być nieśmiertelnym docenionym i ocalonym dla potomności.
    Ot i słabość ludzka, być jak owa miedź brzęcząca i cymbał brzmiący. Tych ocala pamięć ludzkości, super graczy na postumentach wystawia, w grobowcach sławnych ciało składa i na pomnikach wywyższa, ulicom imiona nadaje, do podręczników, gazet i encyklopedii wpisuje, relikwie z nich robi, dla potomności pozostawia, tych co GRACZAMI byli dobrymi i aktorami do samego końca w roli swej wytrwali.
    Nie wiem czy jako przestrogę dla nas, tak ich upamiętniają, czy na przykład, żeby się w kamień przed czasem nie zamieniać w ciele, gdzie dusza szuka miejsca otwartego na uczucie i miłość.
    Tuła się biedna samotna niedowartościowana sierota, romantyczna taka i głupia nie modna, zapomniana, z kąta w kąt serca martwego przesuwana się do umysłu gwałtownego, ciała cierpiącego i niczego dla siebie znaleźć nie może, więc umiera pogrążona w rozpaczy.
    Umysł zachłanny przytłacza ją wciąż tymi wszystkimi ogranymi filozoficznymi frazesami, szuka wyjaśnień dla tego i tamtego, bada, analizuje, czyta i wtłacza i wtłacza bezustannie, co mu kto podpowie do jednego ucha, a potem do drugiego, inaczej. Matki słucha, ojca, sąsiadki, żony a może kochanki, na studiach się uczy, jak żyć trzeba i czego serce potrzebuje; bądź ważne serce, dumne i szlachetne, mówi umysł, ale przede wszystkim bądź twarde i nie zwyciężone, bo jak zmiękniesz, to do skopania, nie duszę, ale du…, nadstawiać będziesz.
    Bo dusza to wymysł teologów i poetów.
    A dusza swoje wertuje od początku; Nic nie mów kochany, nie rozprawiaj, nie mędrkuj, nie cenzuruj mnie – serca, a kochaj, tylko mnie kochaj ( tak bym to ujęła)
    Czy Paweł, czy jaki inny człowiek to napisał, musiał czuć, żeby coś tak niematerialnego, w celujące słowa ubrać.
    Udało mu się sens życia w słowie pisanym zawrzeć i dla nas pozostawić.
    Podziwiam go za to bez względu, kim był, czy nikczemnikiem, czy świętym warchołem. Dla mnie mógłby być nawet kosmitą ;)
    A któż z nas nigdy w nikogo „kamieniem”, nie rzucił ;)

    A kościół, hmm. czy ten, czy tamten Bóg na jego czele i tronie zasiądzie, zawsze jakaś owca stado struje i nad bagno podprowadzi. Taka już nasza ludzka mentalność błądzić i szukać owego tajemnego składnika, przyprawy życia, kompletności, co nie jest głosem i niczym o co zabiegamy w życiu, a jednocześnie jest tym wszystkim.
    Trzeba odnaleźć skarb, tajemnego składnika :)
    Pozdrawiam jak zwykle ciepło :)

  2. Kartka z podróży Says:

    Logosie
    Zaczytałem się nocą w Wszej dyskusji. Przyznam, że pasjonująca i na wysokim poziomie. Frapująca wymiana poglądów.
    Co do meritum sporu to powtórzę to co nieraz już pisałem przy okazji podejmowanych przez Ciebie tematów. Choćby autor był z piekła rodem liczy się tylko jego dzieło. Biografia twórcy jest tylko ciekawym kontekstem dzieła.
    Pozdrawiam

  3. Miriam Says:

    Hymn o miłości czyta Krzysztof Kolberger:

    Pozdrawiam serdecznie

  4. salina Says:

    Niezwykły i zarazem zwykły jest św. Paweł (i jego ‚Hymn o miłości’ też).
    Najbardziej niezwykła wydaje się jego przemiana. „Olśniła go nagle światłość z nieba”, upadł, usłyszał głos: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?”
    Gdy się podniósł był innym człowiekiem. Nic to, że przestał widzieć, on przestał być Szawłem siejącym grozę wśród członków młodziutkiego wówczas Kościoła i stał się Pawłem, uczniem Chrystusa, Apostołem dla pogan (odzyskując z powrotem wzrok).
    Wszystko inne, poza nawróceniem skutkującym głęboką niezachwianą wiarą, wydaje się być całkowicie zrozumiałe dla zwykłego śmiertelnika, a więc ‚zwykłe’.
    Czemuż nazywać Szawła aż ‚sukisynem’? Nie jest większym od wielu innych nam znanych, a może i nas samych. Nie wierzył w Chrystusa, jego wyznawcy byli dla niego oszołomami, prześladował ich z przekonania, zresztą zgodnie z literą ówczesnego prawa. Nie był ‚letni’, był ‚gorący’ zarówno w pierwszym jak i drugim swoim życiu, w niewierze i w wierze. Oczywiście, mógł się zdobyć choćby na tolerancję… No ale czyż przez tą pierwotną nietolerancyjną zapiekłość nie jest lepszym, bardziej wiarygodnym świadkiem uzyskanej z nagła wiary?
    Mojm zdaniem ‚Hymn o miłości’ pasuje do niego bardziej niż do kogokolwiek innego, on z pewnością wiedział o czym pisze :)

  5. annybloog Says:

    Polecam książkę Bóg i seks. Co naprawdę mówi Biblia Coogana.

    • Logos Amicus Says:

      O ile wiem, to Biblia nie jest Coogana ;)
      A co ona mówi NAPRAWDĘ to nie może nikt wiedzieć.
      Wszystko co się mówi o Biblii, to są jej interpretacje, które – bardziej lub mniej obiektywnie/subiektywnie – chcą (albo tylko udają, że chcą) dotrzeć do PRAWDY. I najczęściej jest to „prawda” taka, jakiej chcą interpretatorzy.
      Tak więc, nadal najlepszym sposobem na poznanie Biblii, jest jej osobista lektura.

      • annybloog Says:

        Tytuł może i nie jest kuszący, ale książka warta przeczytania. I nie chodzi tutaj o nawracanie… Może i masz rację, ale prawda/ prawdy istnieją. Czy tylko w naszym umyśle? Co jest drogą? Interpretacja?
        Religia jest wytworem społecznym, a ta książka min. pokazuje jej skomplikowanie, złożoność. Jak jest naprawdę? Być może nigdy się tego nie dowiemy, albo, by nie zabierać głosu za nas dwoje, napiszę, być może ja nigdy się o tym nie dowiem…

      • annybloog Says:

        A co do osobistej lektury, mam ją za sobą. Pamiętajmy jednak, że język jest żywy….I ten aspekt także porusza M.C.

  6. sarna Says:

    Zważywszy na to ile fałszywych „prawd” zafundowali nam na przestrzeni wieków urzędnicy Kościoła zastanawiam się czy nie jest to kolejna, wygodna bajka w celu manipulowania masami, które wierzą, lub wierzyć bardzo chcą. Owszem, hymn brzmi pięknie i sensownie, ale źródło podań tyle razy się już zdekredytowało, że budzi moje uzasadnione obiekcje.
    Skoro nie tylko prymasi polscy tacy jak Wyszyński czy Glemp, ale sam Jan Paweł II karmili nas świadomie fałszywym świadectwem o św, Wojciechu i Bolesławie Śmiałym, to dlaczego miałabym wierzyć komukolwiek w cokolwiek?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ale co ma być wg Ciebie „bajką”? Piękno „Hymnu o miłości” – i jego głębokie oddziaływanie na miliony ludzi i to na przestrzeni wielu, wielu wieków?
      No chyba, że sama nie wierzysz w Miłość – i także ją uważasz za „bajkę”.

      W mojej dyskusji z Telemachem wyraźnie napisałem, że właściwie nie ma to (dla mnie, w tym przypadku) znaczenia kto – i w jakich warunkach – napisał „Hymn o miłości”. Np. tutaj:


      „Chcę również zaznaczyć to, że nie jest do końca pewne, czy „Hymn” został napisany przez Św. Pawła (tudzież w takiej wersji, jaką znamy), ani też to, czy Szaweł rzeczywiście brał czynny udział w tym ukamienowaniu męczennika. Pewne jest natomiast to, że słowa „Hymnu i miłości” towarzyszą ludziom od blisko dwóch tysięcy lat, mocno na nich oddziaływając. Jakie znaczenie może mieć przy tym to, kto jest ich rzeczywistym autorem, jakim był on człowiekiem, jaką miał przeszłość, w jakich okolicznościach je napisał? Ważna jest moc tych słów – tu i teraz! Siła trafienia w ludzkie uczucia i serce.”

      * * *

      Co to znaczy „karmili nas świadomie fałszywym świadectwem”? Czy uważasz, że Jan Paweł II świadomie kłamał, chcąc nas wszystkich oszukać?
      To tak, jakbyś do tych ludzi reprezentujących Kościół miała pretensje, że – mówiąc np. o Pierwszych Rodzicach, Zwiastowaniu, Zmartwychwstaniu… etc. – „świadomie” nas oszukują, karmiąc nas „fałszywym świadectwem”.

      W każdej religii – dogmaty i tzw. „prawdy” wiary – wymykają się prostej, zero-jedynkowej weryfikacji prawda-fałsz.
      Innymi słowy: mając świadomość wagi religii w kształtowaniu ludzkiej cywilizacji – i wszystkich niemal kultur – nie można wg mnie mówić, że (ta czy inna) religia jest fałszywa.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s