CON AMORE

*

Antonio Canova, „Amor i Psyche”, Luwr, Paryż (zdjęcie własne)

*

Miłość.
Najpiękniejsze a zarazem najbardziej strywializowane ludzkie uczcie.

Napisano o niej wszystko, do cna zbanalizowano, przenicowano na wszelkie możliwe sposoby. Dlatego tak ostrożnie podchodzimy do tego, by wyrazić się o niej wprost.
Nie obawiają się tego jedynie ci, którzy właśnie są zakochani – ci, którzy w tej danej chwili (tu i teraz) oddychają miłością… Im niepotrzebne są słowa. A jeśli już nawet wyrażają swą miłość, to wystarczają im te słowa najprostsze lub milczenie, czasem tylko gest lub czułe spojrzenie.

*

Każdy zdrowy i normalny człowiek pragnie miłości, bo tylko w relacji z drugim człowieku może się spełnić – jedynie w drugiej podobnej mu istocie może się odbić jego człowieczeństwo, niczym w lustrze, w którym przeglądamy się samym sobie i innym, gdzie szukamy sensu, gdzie przypatrujemy się wszelkim fenomenom życia.

*

Nasz głód miłości jest wielki, więc często mylimy z nią seks lub pożądanie.
Choć samo pożądanie nie jest jeszcze miłością, to zawiera w sobie jej ziarno, obietnicę, nadzieję… Wydaje nam się nie tylko przyprawą, ale i samą treścią, jaką wypełniamy naszą chwilę zespolenia ze światem – ów moment spełnienia, który odczuwamy jako afirmację istnienia.

*

Miłość może się obejść bez rozumu, tym bardziej bez tego rozumu może się obejść  seks i pożądanie, dlatego tak irracjonalne wydają się nam często zachowania kochanków i tych, którzy do siebie lgną, by zaznać choć tej chwili rozkosznego spazmu.

Rozsądek jest końcem wszelkiego nastroju, a przecież tylko on (nastroj) może ocieplić naszą egzystencję, uczynić ją bardziej znośną, uduchowioną – ubrać, udekorować tę scenę zimnego i obojętnego świata, na której rozgrywają się drama naszego życia.

*  *  *

Do napisania powyższych słów sprowokowała mnie pewna wiadomość, o której zresztą wspomniałem w jednym z komentarzy do tekstu o bachanaliach. Otóż przeprowadzono ostatnio badania, które wykazały, że częstotliwość doznawania przez kobiety orgazmu jest wprost proporcjonalna do stanu konta jej partnera, czyli do grubości … jego portfela; innymi słowy: zależy od posiadanego przez niego bogactwa.
W pierwszej chwili uległem pozornej oczywistości tej rewelacji,  lecz zaraz potem zdobyłem się jednak na spojrzenie krytyczne. Jest to bowiem nic innego, jak kolejna sensacyjka, która pod płaszczem naukowości stara się nas epatować zbyt daleko idącą i upraszczającą wszystko (by nie napisać – prostacką) konkluzją. Jeśli już nawet przyjmiemy kulturowo-biologiczną przesłankę tych wniosków o kobiecym pożądliwym wpatrzeniu się w pieniądze swojego kochanka, które stymulują jej orgazm, to musimy zauważyć, że pomylono tutaj skutek z przyczyną.

Oczywiście nie same pieniądze doprowadzają kobiety do erotycznej ekstazy, a posiadający je partner. Ta proste spostrzeżenie prowadzi do dalszego oczywistego wniosku, że jednak materialne bogactwo nie ma tutaj żadnego znaczenia, znaczenie natomiast ma sam mężczyzna, który właśnie dzięki cechom doprowadzającym kobietę do orgazmu, zdobył również pieniądze.
Koniec końców, ów mężczyzna upoiłby erotycznie kobietę, nawet gdyby był biedny jak mysz kościelna, a stan jego konta wynosiłby zero (bo np. nie przejawia on szczególnych skłonności do gromadzenia dóbr materialnych – a jego siła życiowa skierowana jest gdzie indziej).
Okazuje się, że coś wręcz trywialnie oczywistego jest ignorowane przez jakieś pseudo-naukowe doniesienia, których jedynym celem jest epatowanie medialnym sensacjonizmem.

*  *  *
Redukcja miłości – a nawet samego pożądania – tylko do biologicznych przesłanek, jest zbytnim uproszczeniem, odzierającym człowieka z tego, co jest dla niego najbardziej cenne – a mianowicie z jego kultury. Gdyż kultura ta jest nie tylko jakimś ubocznym produktem ślepej ewolucji, a czymś, co tworzy w świecie materii ożywionej odrębną, swoistą, wyższą i wyjątkową jakość.
Ponadto – i wydaje mi się to niezwykle istotne – w procesie rozwoju ludzkiej cywilizacji, doszło do czegoś w rodzaju kosmogoniczego sprzężenia zwrotnego: nasza kultura jest już w stanie wpływać na siły, które ją – za pośrednictwem człowieka – urzeczywistniły (wliczając w to siły kierujące ewolucją).

To wygląda tak, jakby kreacjonizm (jakkolwiek nazwiemy siły progresywne, kreatywne Wszechświata) włączył swój dodatkowy program.
Stworzenie może już dotknąć boskości, dzięki której powstało: kropla powraca do swojego Oceanu.
Może to jest właśnie ten poszukiwany przez nas sens…
Cel, którym zamyka się koło bytu?

*  *  *
Prawdziwa ludzka miłość nie szuka swych przyczyn w wirujących atomach, skręcających się łańcuchach cząsteczek, w chemicznych kwasach i zasadach…
Dla człowieka zakochanego wystarczającą afirmacją jego uczucia jest poczucie samej miłości – jednej z niewielu metafizyk, której jest wówczas pewny.

*  *  *

Advertisements

Odpowiedzi: 34 to “CON AMORE”

  1. sarna Says:

    I tak – i nie. I nie – i tak.
    W sumie ciekawa teoria. Z kobiecego punktu widzę to nieco inaczej niż Ty i autor teorii, choć zapewne jakieś ziarno prawdy w tym jest. Sądzę, że o wszystkim przesądza indywidualny charakter każdej znajomości. Faktem jest, że miło być z mężczyzną ładnie pachnącym, nie przeżywającym katuszy gdy wertujesz kartę dań, którego stać na kwiaty dla partnerki i napiwki dla kelnera. Moim zdaniem to jednak mężczyźnie bardziej pomaga w nawiązaniu znajomości świadomość zasobnego portfela.
    Zapłacić za orgazm? Ten kto twierdzi, że to możliwe, nie wie o czym mówi. Zapewne płacił za nędzą podróbkę ;)

  2. Orchi Says:

    Cudownie Logosie … :)
    Nie ma miłości bez egoizmu.

    • Logos Amicus Says:

      Orchi, miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować.
      Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie :))
      To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).
      W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem :)
      (Mając przy tym często poczucie bezinteresowności :) )

      Zdarza się jednak również, że człowiek niejako „zatraca się” w miłości – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze ;) ). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

      • Orchi Says:

        Logosie, napisałeś: „Zdarza się jednak również, że człowiek niejako „zatraca się” w miłości – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to, w pewnym sensie, można uznać za najwyższy rodzaj miłości, na jaki nas stać. W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.”

        Można więc w jednym zdaniu rzec – „miłość znaczy śmierć”

  3. sarna Says:

    A co do Twoich rozważań, że „znaczenie natomiast ma sam mężczyzna, który właśnie dzięki cechom doprowadzającym kobietę do orgazmu, zdobył również pieniądze” to tu się skłaniam do zgody z Tobą. Istotny jest sam mężczyzna, bo jak to mówi stare przysłowie: lepiej zgubić z mądrym niż znaleźć z głupim.
    Z uwagi na socjologiczny aspekt z zainteresowaniem poobserwuję tę dyskusję.
    PS Widzę, że szybko reagujesz na słowo orgazm :)

  4. miziol Says:

    Zestawienie milosci i kultury wydaje mi sie nieco egzotyczne. Milosc jest bardzo ulotna i nietrwala. Milosc rozumiana jako szal uczuc i ogien gorejacy. Sztuka wymaga dlugotrwalego skupienia, jesli ma byc cos warta i nie byc trywialnym kiczem. Zatem widze tu pewna sprzecznosc.
    Co natomiast wydaje mi sie ciekawe, zwierzeta, ktore nie tworza zadnej sztuki potrafia kochac w sposob ciagly i staly. Pan moze zmieniac partnerki jak rekawiczki, a jego pies bedzie go kochal niezmiennym, stalym uczuciem. Pozdrawiam

    • Orchi Says:

      hmm, miziole, ale pies chętnie pokryje wszystkie suki na osiedlu… Ups, ale to inna relacja: pan i pies to wszak przyjaciele ;)

      • miziol Says:

        Hmm, Orchi, chyba mowimy o roznych rzeczach. Ja o milosci a ty o seksie. Pies pokryje wszystkie suki, bo graja w nim hormony, ale on ich nie kocha. Mezczyzna tez moze isc do burdelu i kupic sobie seks, ale to nie ma nic wspolnego z miloscia.
        Slusznie zauwazylas, ze pan i pies to przyjaciele. Milosc jest po prostu rozwinieciem przyjazni. Potem sie przewaznie troche z powrotem zwija. Wtedy mamy do czynienia z tzw. udanym zwiazkiem. Ale z tym to jak z Yeti. Wszyscy wiedza, ze istnieje, ale nikt naprawde nie widzial. Bywa i tak, ze po wielkiej milosci nastepuje przegiecie w druga strone i przychodzi nienawisc. Taka juz ludzka, pokrecona natura.
        Pies nikogo nie nienawidzi. Jesli jest agresywny to tylko dlatego, ze sie boi. Jego agresja trwa tylko tak dlugo, jak dlugo trwa niebezpieczenstwo. A czlowiek? Potrawi nosic w sobie nienawisc latami i wywalic ja w calkiem nieoczekiwany sposob.

        • sarna Says:

          Miziol, piszesz „Zestawienie miłości i kultury wydaje mi się nieco egzotyczne…Sztuka wymaga długotrwałego skupienia, jeśli ma być coś warta i nie być trywialnym kiczem”.
          A miłość nie?

        • Logos Amicus Says:

          miziole,
          miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym.
          Zważ jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
          Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
          Napiszę wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.
          Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej proweniencji) „chuci”, do pożądania, seksu.
          Poza tym: nie można utożsamiać sztuki z kulturą, bo to nie to samo. Sztuka jest jedynie częścią kultury.

          * * *
          Trudno przywiązanie psa do człowieka nazwać miłością, choć ja też skłonny jestem widzieć to jako pewien rodzaj miłości (bo sam bardzo psy kocham, uważając je za stworzenia wprost cudowne).

        • miziol Says:

          Zajechałeś mnie ze słabszego boku Amicusie i zadałeś straszną ranę. Rzeczywiście postawiłem znak równości między kulturą i sztuką, co jak mi się wydaje jest błędem dosyć powszechnym. Może w części to wynika z faktu, że kultura, jako zjawisko, coraz bardziej zaczyna ograniczać się do sztuki. Coraz mniej w nas zachowań, które są ekspresja jakiejś kultury.
          Społeczeństwa się ujednolicają, życie stało się szybkie i nerwowe, a jedyne, ciekawsze objawy jakiejś kultury można już zaobserwować tylko na krańcach cywilizacji, którymi interesujemy się raczej rzadko. Mam na myśli kulturę duchową i społeczna, bo kultura materialna rozwija się w najlepsze!!
          O kulturze politycznej nawet nie warto wspominać, bo to już martwe pojecie.
          ****
          Jestem ciekawy jaka jest według ciebie różnica pomiędzy miłością i przywiązaniem. Dla mnie to tylko gra słów na opisanie tego samego zjawiska. Różnica leży chyba tylko w poziomie egzaltacji.
          Pozdrawiam.

        • Logos Amicus Says:

          miziole, nie zjechałem tylko zwróciłem uwagę.
          A z tą raną to raczysz przesadzać :)

          Ja kulturę rozumiem bardzo szeroko, jako wszelką aktywność człowieka., a konkretnie: to co jest dla niego swoiste i wyodrębnia go ze świata zwierzęcego.

          Miłość a przywiązanie?
          To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością.
          Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
          Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości…

          Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

  5. Sadoq Says:

    Niby wszystko w sprawie miłości przenicowane, a jednak okazuje się, że nie tak do końca. Dowodzą tego choćby wpisy pod Twym postem.
    Każdy człowiek i rozumie i czuje słowo MIŁOŚĆ inaczej. Podstawia pod nie swoje doświadczenie i wiedzę. A że jesteśmy różni, to i definiowana rzeczywistość jawi się każdemu inaczej.

    Ktoś dobrze ujął w jednym z komentarzy sprawę miłości: wszyscy wiemy że jest, ale nikt jej nie widział

    • Logos Amicus Says:

      Sadoqu, są przecież także i tacy, którzy w miłość nie wierzą :)

      • Sadoq Says:

        Miłość to nie kwestia wiary… To kwestia emocji i przeżywania.
        Mówienie o miłości to także nie jakiś sylogizm, gdzie jedno wynika z drugiego, to także nie jest równanie kończone formułą quod erat demonstrandum.

        • Logos Amicus Says:

          Oczywiście Sadoqu, ale ja nie to miałem na myśli.
          Naturalnie, że miłość to nie kwestia wiary, ale właśnie „emocji i przeżywania”.
          Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż właśnie nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.) O to mi chodziło.

          PS. Prawdą jest również, że w prawdziwej miłości nieczego się nie musi dowodzić.

  6. Kartka z podróży Says:

    Piszesz Logosie – „Zdarza się jednak również, że człowiek niejako „zatraca się” w miłości – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze).”

    To nie jest jakiś najwyższy rodzaj miłości. To jest właśnie miłość. Te inne rodzaje są tylko jej pozorami, substytutami, namiastkami. Egoizm jest przecież wyrazem miłości samego siebie. Trudno powiedzieć – „Kocham Cię bo mi się to opłaca”. Jasne więc, że miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy. Nie można powiedzieć przecież o ostrożnej, wykalkulowanej czy wyrachowanej miłości. Często ludzie mylnie chyba nazywają wykalkulowany, przyjemny układ towarzyski, miłością.
    Pozdrawiam

  7. Orchi Says:

    Przychodzi mi w tej chwili przede wszystkim taka myśl: Nam się wydaje, że jesteśmy odrębni, ale nie możemy przeżyć, jako jednostka. To co nazywamy miłością jest dbaniem o interesy naszej „całości” „żyjącej” w różnych organizmach.
    Przeczytałam niedawno artykuł w gazecie o tym, iż miłość można by z powodzeniem zaklasyfikować do choroby psychicznej. Jeśli nie dbamy o własne interesy podlegamy autodestrukcji – powoli umieramy.
    Jedyną formą uzasadnionej miłości jest miłość do własnych dzieci, bądź najbliższej rodziny, społeczności, grupy reprezentującej nasze interesy. Każdy inny gest rzekomej miłości jest zagraniem, zaistniałym tylko w jednym celu – zyskać (coś dla siebie), tyle że okrężna drogą.
    Kultura jest oszustwem, piękną formą walki o dominację i wpływy i dostęp do środków do życia. Daje nam poczucie bezpieczeństwa bez potrzeby walki wręcz, ale pozostaje przemocą, intelektualnym przekrętem. Fajnie, kiedy ktoś może sobie sprostać wymogom obecnej, istniejącej w danym czasie, modnej „kultury”. Ale w demokracji dominująca grupa kreuje jej nowy i główny nurt.
    Kultura wyrosła z religii, a religia z zacofania. Kiedyś „mądrzy” sprawowali władzę i robili ludzi w balona, robili z nich ciemnotę. Teraz ciemnota, dzięki „miłości” osiągnęła władzę – liczebną przewagę, dzięki której możliwy jest świat w obecnym stanie.
    Idee są wieczne, człowiek jest tylko materią, ich nośnikiem.

    Summa summarum, tylko w jednym wypadku jest możliwa miłość, którą zacytowałeś. W przypadku egoizmu…, ……, ……,

    • Kartka z podróży Says:

      Orchi
      Przez większość życia „podlegamy autodestrukcji – powoli umieramy”. Bez względu na to czy dbamy czy nie dbamy o swoje interesy. Dbanie o swoje interesy pozwala nam co najwyżej zapomnieć o autodestrukcji, której podlegamy. Gdybym urodził się w XIX wieku statystycznie od 20 lat powinienem już nie żyć.
      Szczerze mówiąc jedynym impulsem, który mnie ożywia, jest przeżywanie miłości od czasu do czasu. To mi wraca choć na jakiś czas witalność. A potem znów podlegam autodestrukcji i obumieram. I nie jest to miłość do rodziny ani grupy społecznej.
      Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      To co pisze Orchi wydaje się bardzo sugestywne, ale… wieloma jej stwierdzeniem trudno mi się jest zgodzić. Z wyjątkiem tego – paradoksalnie trochę – co widzę w jej ostatnim zdaniu, w którym konkluduje, że prawdziwa miłość jest możliwa tylko w przypadku egoizmu.
      Tylko, że dla mnie egoizm ma tutaj wartość pozytywną (ale to wymagałoby szerszego ujęcia).

      Nie zgadzam się natomiast z tym, że:
      – miłość można zaklasyfikować do chorób psychicznych (wg mnie jest wprost przeciwnie: zdolność do miłości jest przejawem psychicznego zdrowia)
      – jedyną formą uzasadnionej miłości jest miłość do własnych dzieci (wg. mnie nie tylko: każdy rodzaj miłości ma/może mieć swoje uzasadnienie)
      – kultura jest oszustwem, „intelektualnym” przekrętem, przemocą… (nieprawda: kultura jest najwyższym przejawem człowieczeństwa, jest tym, co wyodrębnia nas zarówno ze świata martwej materii, jak i zwierząt; tym co nie tylko definiuje, ale i konstytuuje nasze człowieczeństwo)
      – religia wyrosła z zacofania (nieprawda: religia pomogła ludziom stworzyć kulturę – czyli zapoczątkowała proces, który trudno uznać za za-cofanie-się)

      Ponadto: to, że ci, którzy sprawowali władzę, robili ludzi „w balona”, robili z nich „ciemnotę”, rzeczywiście się zdarzało, ale przenosząc to ogólnie na całość fenomenu sprawowania władzy jest zbyt daleko idącą przesadą, (a użycie słów – „w balona”, „ciemnota” – trąci moim zdaniem wulgarnością i prostactwem).
      – człowiek nie jest tylko materią (jeśli ktoś pisze, że istnieją idee – i to „wieczne” – a później to, że człowiek jest „tylko materią”, przeczy samemu sobie. Nawet, przyjmując ten tok rozumowania, jeśli człowiek jest „materią”, to przyjmowane przez niego „idee”, stają częścią jego samego – więc przestaje być „tylko materią”.

      * * *
      My z Kartką oddaliśmy tu niejako hołd tej miłości „najwyższej”. Ja pisząc, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”, a Kartka, konkludując: „Jasne więc, że miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”

      Ale należy sobie zdawać sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – a zarazem, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
      Taka miłość (najbardziej chyba) działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden (niebagatelny wszak) mankament: jest destruktywna.
      A ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być jednak czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

  8. Awicca Says:

    Mężczyzna który potrafi u kobiety wywołać ekstazę to ten co nie koniecznie jest materialnie zasobny, ale czuje ciało tak, jak się mówi o paniach lekkich obyczajów, że na dobrą prostytutkę trzeba się urodzić. Zresztą do wszystkiego trzeba mieć zamiłowanie, dotyczy to spraw od erotyki po kucharzenie :)
    A i owszem kobiety, co niektóre zawsze są usatysfakcjonowane erotycznie, gdy partner ma pokaźny portfel, wynika to z kobiecej psychiki, z potrzeby bezpieczeństwa dla niej samej i jej stada (dzieci, babcie, taty). Jest bardziej rozluźniona i szczęśliwsza, a co za tym w łóżku z mężczyzną również odprężona – otwarta na wszystkie przyjemności zmysłowe. To zupełnie naturalne. Wszystko w świecie ma swoje uzasadnienie, tak było od czasów człowieka pierwotnego. Ten samiec, który miał lepszy szałas i dobrze polował, miał wzięcie, a reszcie zostawało to co, tamten nie chciał.
    W grę wchodzi oczywiście i oszustwo, kobieta udaje, że nawet zimny sopel lodu doprowadza ją do orgazmu, i starzec z niesmacznym ciałem, byle przeżyć przy nim kilka chwil w „luksusie” np. na Karaibach w 6 gwiazdkowym Hotelu Palace. To kwestia psychiki.

    Co do miłości, z nią jest tak jak z muzyką, jeden kocha jazz, a inny disco polo, wpada mu w ucho jakiś kawałek, w serce, nogi same się poruszają w określonym rytmie i ciało też. I nikt nam z głowy nie wybije, że ta kobieta, albo ten mężczyzna to przecież zwykłe przeciętniaki, a więc w czym tu się zakochiwać. Serce rządzi się z goła innymi i często bardzo nieprzewidywalnymi prawami. Ja to nazywam przeznaczeniem w drodze, a co z nim zrobimy, tym przeznaczeniem, hmm, to już inna sprawa :)
    Natomiast nie jestem pewna czy wszyscy mężczyźni kochać potrafią, pewnie chcą tę miłość otrzymać i być kochanymi, czasem za swoje pieniądze, stąd i nieporozumienie.
    Z męska miłością zawsze jest problem, czy to tylko pożądanie, czy miłość na długie lata, nie mająca z pożądaniem nic wspólnego.
    A może jest tak, że mężczyźni oddzielają te dwie sprawy, jak Tajowie ;)
    Pozdrawiam.

  9. Jula Says:

    CON AMORE ?…
    Oglądałam film pod tym tytułem „Con amore” znaczy po włosku „z miłością, pieszczotliwie”. Termin ten stosuje się również w języku muzycznym, (tłumaczony bywa wtedy zwykle jako „z uczuciem”), w którym oznacza wskazówkę interpretacyjną dla wykonawcy danego utworu. W tytule filmu Jana Batorego włoski frazeologizm zachował oba znaczenia. „Con amore” to bowiem zarówno poruszająca opowieść o miłości i szlachetności uczuć, jak i – starannie („z uczuciem”) wkomponowany w świat filmowych obrazów – koncert chopinowski. Scenariusz melodramatu napisała Krystyna Berwińska na podstawie własnej powieści, która wówczas jeszcze (1975 r.) Aktorzy tak pięknie odgrywają sceny miłosne !…

    Miłość nie jedno ma imię, bo to naprawdę, jak sam napisałeś, pojęcie bardzo obszerne :D … I czasami dla każdego co innego może być :) …
    Może stąd szukanie pokrewnej „duszy” i etc… ?…

  10. sarna Says:

    A mnie tam wiosna w duszy gra :)
    Jak napisałam andsolowi: jakem sarna – strzygę łyżkami, macham bukietem i mam gdzieś etykietę.
    Smutne i przykre te rozważania Amicusie. Love is love, reszta to gdybania o niej.

    PS. Idę na ” Jak zostać królem” i „Burleskę”. Wg Ciebie to czas stracony czy warto zabaczyć?

    • salina Says:

      Przepraszam, że się wtrącam. Byłam na „Jak zostać królem” Sarno. Poza zupelnie nietrafionym tytułem, tj jego tłumaczeniem, film jest świetny.
      Zatem miłego wieczoru, z pewnością taki będzie :)

  11. miziol Says:

    Daj sobie spokój Sarno. Film jest do niczego. Dwa razy próbowalem obejrzeć i dwa razy zasnąłem po kilkunastu minutach.
    Uwielbiam Colina Firtha, ale tym razem trafił na marny scenariusz. Nuda.

    • sarna Says:

      Oj Miziole, dzięki za recenzję, ale tym razem jak kulą w płot :) Aż się zdziwiłam, że tak skrajnie różnie odebraliśmy ten film, bo przecież odpowiada mi Twoje spojrzenie na wiele kwestii, nie mówiąc o poczuciu humoru. O „Jak zostać królem” powtórzę za Saliną – świetny! Nie znam się na arkanach by gdybać czy jest to film wybitny, czy też nie, ale mogę mówić o tym jak go odebrałam. Ty mówisz o słabym scenariuszu, a mnie ta opowieść na dwóch aktorów uwiodła świetnymi dialogami, poczuciem humoru mimo powagi problemu, klimatem kina z epoki już minionej. Ten film ma coś ze sztuki teatralnej. Podobała mi się gra obu aktorów, ale szczególnie coś mnie urzekło w roli Lionela, człowieka z plebsu łamiącego zasady etykiety dworskiej, człowieka mądrego, pozbawionego fałszywej dumy. Piękna opowieść o trudnej przyjaźni, o przezwyciężaniu własnych słabości. Dawno Miziole nie doświadczyłam takiej satysfakcji z obejrzenia filmu.

      • sarna Says:

        I coś jeszcze. Ten film to również film o miłości, o trudnych wyborach. O miłości Edwarda, który wybrał miłość i abdykował, o miłości Elżbiety, która jest osłodą wszystkich upokorzeń Alberta, kandydata do tronu związanych z wadą wymowy i traumą z dzieciństwa. Jest w tym filmie wiele spojrzeń na miłość z różnej perspektywy, bo jest i miłość rodzicielska, i miłość w sferach możnych i plebsu, i miłość tkliwa jak i miłość wyrachowana, zabezpieczająca sobie kochanków na kilku frontach.
        Patrząc z perspektywy tego filmu, tego co spotkało później Lady Dianę pieniądze i luksusy nie są gwarantem miłości. Może łatwiej mężczyznom dzięki nim zdobywać kobiety, ale to nie ma nic wspólnego z miłością.

        • miziol Says:

          Ciesze sie Sarno, ze bawilas sie dobrze na tym filmie, ale ja albo nie doroslem do niego albo akurat jestem w takim stanie psychicznym, ze w ogole na mnie nie dzial. Chyba jedno i drugie. Chociaz, nie dalej jak wczoraj obejrzalem po raz chyba piecdziesiaty „Angielskiego pacjenta” i jak zwykle w koncowce probowalem nie patrzec na ekran i nie sluchac, a i tak (ku mojemu wstydowi) lzy same polecialy mi z oczu i kolejny raz obiecalem sobie, ze juz wiecej nie bede tego wyciskacza lez ogladal. I chociaz to historyjka mialka jak piasek pustyni, ale jednak genialnie zrobiona i wciaga od pierwszych sekund. A wracajac do „Krola..”, zabraklo mi tu wlasnie jakiegos blysku geniuszu realizatorow. Podobny zestaw aktoro odegral koncertowo swoje role w „Zakochanym Szekspirze” i tam Colin Firth mnie rozsmieszal albo nienawidzilem go a Geoffrey Rush zagral jedna z rol swojego zycia. Tutaj nic z tych rzeczy nie znalazlem. Musze natomiast zgodzic sie z Toba, ze to jest film o milosci i Helena Bohnam Carter zagrala absolutnie fantastycznie. Kiedy Colin meczyl sie przed mikrofonem ja wspolczulem wlasnie jej a nie jemu samemu. A moj stosunek do lady Diany jest raczej obojetny. Nie pasowala do miejsca i nie poradzila sobie z tym. Pozdrawiam

        • sarna Says:

          No już, jak szybko, sprawnie i precyzyjnie. Wiedziałam, że masz w sobie to coś, skoro polubiłam Twój sposób komunikacji już wieki temu. Przyznaję, że choć zdania o filmie nie zmieniam, to Twoje argumenty są interesujące i częściowo słuszne. Nie podzielam jednak opinii, że Lady Di „Nie pasowała do miejsca i nie poradziła sobie z tym”. To dlaczego nie poradzili sobie z tym również inni członkowie rodziny królewskiej np. Karo?, który był do tej roli przygotowywany od dziecka?

  12. Miriam Says:

    Erich Fromm w swoim studium „O sztuce miłości” pisał: „Jeśli dwoje ludzi, zupełnie sobie obcych, pozwala nagle, aby dzielący ich mur runął i zaczyna czuć wobec siebie bliskość, to własnie ten moment doznania jedności jest jednym z najbardziej radosnych, najbardziej podniecających doświadczeń w życiu.”
    A także: „Miłość jest sztuką, tak samo jak sztuką jest życie. Jeżeli chcemy nauczyć się kochać, musimy postępować w sposób identyczny jak wówczas, gdy chcemy nauczyć się jakiejkolwiek innej sztuki, powiedzmy muzyki, malarstwa, stolarstwa, sztuki medycznej czy inżynieryjnej.”
    pozdrawiam

  13. natalia Says:

    Tak właśnie… poszukiwanie miłości tej prawdziwej. W czasach kiedy naprawdę trudno nam się poruszać i odróżnić rzeczywistość od kłamstwa.
    Erich Fromm w książce „O sztuce miłości” pisze też, że współczesny człowiek popkultury, został tak zbałamucony przez przemysł konsumpcyjny, że siebie oraz osobę, obiekt swoich westchnień traktuje jak towar. To proste, jeżeli chcemy być z kobietą inteligentną, piękną, zadbaną i bogatą, sami musimy być piękni inteligentni zadbani i bogaci, żeby dojść mogło do zdrowej handlowej wymiany materiału jakim jesteśmy my sami. Fromm wspomina o tym, że tylko w naszym społeczeństwie doszło do absurdu wolności wyboru osoby, którą będziemy kochać. Inne pokolenia tego nie miały – wspomina. W dawniejszych czasach, zawieranie małżeństw w żadnym wypadku nie zależało od woli młodych ludzi. Z tego względu musieli się nauczyć kochać osobę, z którą byli, po to, żeby w sposób w miarę szczęśliwy przeżyć swoje życie. To uczenie się miłości polegało na akceptowaniu wad drugiej osoby i na pogodzeniu się z losem. Dowodzi to faktu, że miłości możemy się nauczyć. Miłość nie jest uczuciem niezależnym od nas, które trafia w nas jak piorun. To uczucie które – bardziej lub mniej świadomie – tworzymy my sami.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s