KONIEC ŚWIATA (nad Jeziorem Michigan)

czyli zawierucha śnieżna co się zowie – Chicago, 2 luty, AD 2011

*

White stuff, waving flag & whinny smile!

*

Zasypało nas. Przywiało to gdzieś z głębi kontynentu i szalało nad brzegami Jeziora Michigan przez kilkanaście godzin.

Świat się zmienił, nie powiem, także kolorystyczne – zrobił się taki biały. I ta cisza po burzy. Niesamowita. Jakby nagle spadła na nas z nieba jakaś zimno-puchowa apokalipsa. Ale taka… bezgłośna, cicha, miękka, choć zrazu groźna, przeraźliwie dująca, rozbuchana i zacięcie sypiąca.

Wiadomo było, że nadciąga. Każdy żył w pewnym napięciu, podnieceniu i oczekiwaniu. Gdybym był w wieku szkolnym to bym się cieszył, że nie muszę iść do szkoły. Ale jako że jestem w wieku pracującym, to… też się cieszyłem, ale z tego, że nie muszę jechać do pracy.

To nie jest aż taka tragedia, jak się siedzi w ciepłym mieszkaniu i wygląda na szalejąca za oknem śnieżną zawieruchę. Ma się zapas wody, chleba, wina, łososia i kawy. I wiadomo, że tak naprawdę to nic ten żywioł człowiekowi nie może tu groźnego zrobić. Bestia się wścieka a ty się gapisz zaciekawiony, lekko podekscytowany – bo to się zdarza nie częściej, jak raz na dwadzieścia lat, ale ty i tak widzisz coś takiego po raz pierwszy w życiu.

Jeszcze cieplej robiło się człowiekowi, kiedy widział, jak ten biały, dmący smok solidaryzuje  ludzi. I przemienia ich w dzieci. Dzieci podniecone i rozpaplane (co najbardziej było widoczne w telewizji) – że oto dzieje  się coś, co przewraca do góry nogami ich codzienną rutynę, że nie muszą już udawać dorosłych i że nagle mogą się oddać lekkiemu zdumieniu. Bo tak naprawdę, to była zabawa z tą małą białą dętą (pseudo)apokalipsą. (Z wyjątkiem tych dwóch tysięcy samochodów, które utknęły na całą noc gdzieś nieopodal downtown przy Lake Shore Drive nad jeziorem.)

Ale najlepszy był spacer wokół mojego domu, już po przejściu zimowej wichury. Ulice całe w zaspach – śnieg leży jak na szczerym polu, czarnego asfaltu można się tylko domyślać, żaden samochód nie zakłóca tej idylli brnięcia po kolana w białej masie ze śnieżnego puchu – ach, chwilo jesteś piękna, trwaj… jeszcze tak ze dwa dni dłużej! Sceneria jak z filmu katastroficznego – The Day After – albo The Road – ale bez tej grozy, nieludzkiej pustki i totalnej demolki Armagedonu. Za to z wielką ulgą, że oto cywilizacja wielko-miejska poszła sobie na urlop, że się wycofała, pozwoliła swoim metropolitarnym szczurkom zostać w swoich ciepłych i przytulnych norkach – taka mała, chwilowa, urbanistyczna prostracja. Podobali mi się ci spotkani podczas tego spaceru Amerykanie. Uśmiechnięci, solidarni, pogodzeni… a co  mi tam! Zapieprzam szuflą, dmucham odśnieżaczem, pcham zaboksowany samochód… Z tym wszystkim można sobie dać radę. Gorzej z tymi san’of’biczami, co przez swoją absurdalną chciwość i głupią pazerność zrujnowali amerykańskie marzenie, rozwiali ten mityczny, ale dość konkretny, American Dream – but… forget it, enjoy yourself, have a nice day – good bye and good luck!

*

Winter siege

*


Snowy X-ing (Jewel wall, Commons & Leland)

(zdjęcia własne)

Więcej obrazków zasypanego przez śnieżycę Chicago, zobaczyć można TUTAJ. Zrobiłem je wczesnym popołudniem, w środę, 2 lutego, podczas godzinnego spaceru po zasypanych śniegiem, nieprzejezdnych – i ledwo dających się przejść – ulicach mojego sąsiedztwa.

*

Advertisements

komentarze 23 to “KONIEC ŚWIATA (nad Jeziorem Michigan)”

  1. dziadparyski Says:

    A na Starym Kontynencie, w kraju kwitnącego absurdu pada sobie w najlepsze deszcz. Jak na klęskę śnieżną to można wyjść z domu, bo jednak, sądząc po zdjęciach, to inspirująca jest. To deszcz każe mi zawsze spływać do domu.

  2. miziol Says:

    No widzisz Amicusie jak fajnie. Czasami natura da nam chwile wytchnienia od absurdu zycia. Czekam na relacje jak to sie zacznie rozpuszczac :))

  3. Ada Says:

    Toż to prawdziwa „zawieja w Michigan” jak z wiersza! A czy „zapada serce w śnieg”, Amicusie? Pewnie nie, to dzielny naród i Ty odważny, a zatem – sursum corda :)

    Pozdrawiam z szaroburych, przed-przedwiosennych małopolskich pól – halny od dwóch dni łamie gałęzie, zgina drzewa, niepięknie jest, nie. Trzymaj się :)

  4. georgeeliot Says:

    Zdjęcia do notki mają w sobie element jakiegoś magicznego zaskoczenia i skojarzyły mi się z obrazami Magritte’a. Te ujęcia to coś więcej, niż tylko piękny śnieg. :)

  5. Torlin Says:

    Bardzo bym Cię prosił Amicusie, abyś napisał fragment: „Z tym wszystkim można sobie dać radę. Gorzej z tymi san’of’biczami, co przez swoją absurdalną chciwość i głupią pazerność zrujnowali amerykańskie marzenie, rozwiali ten mityczny, ale dość konkretny, American Dream – but… forget it, enjoy yourself, have a nice day – good bye and good luck!” jeszcze raz, ale żebym mógł zrozumieć. Przepraszam, to nie jest złośliwość, to mnie ciekawi, ale nic nie rozumiem.

    • Logos Amicus Says:

      Torlin: Przepraszam, to nie jest złośliwość, to mnie ciekawi, ale nic nie rozumiem.

      Sorry, Torlin, but which part?

      (Tłumaczenie na „nasze”: „Przepraszam Torlinie, ale której części” […zdania nie zrozumiałeś?] ) ;)

  6. czara Says:

    Przyłączam się do apelu Torlina – też nie zrozumiałam :)
    A w ogóle świetna notka, wreszcie się tu pojawiło trochę Ameryki!

    • Torlin Says:

      Jak każde słowo angielskie albo przypominające angielskie przetłumaczysz na polski, to zrozumiemy.

      • Logos Amicus Says:

        Ufff… a już się obawiałem, Torlinie, że będziesz mi kazał przetłumaczyć to: „… co przez swoją absurdalną chciwość i głupią pazerność zrujnowali amerykańskie marzenie”

        Z ochotą więc spełniam Twoją prośbę (Droga Czaro, dla Ciebie też wszystko):

        „san’of’biczami” – potocznie, fonetycznie (chodzi o liczbę mnogą son of the bitch, czyli o syna suki vel sukinsyna ;) )

        American Dream – Amerykańskie Marzenie (pisane z dużej litery, bo to była jednak Duża Sprawa)

        but… forget it – ale zapomnij o tym

        enjoy yourself – baw się dobrze

        have a nice day – miłego dnia

        good bye – do (dobrego) zobaczenia

        good luck! – powodzenia! (szczęścia!)
        ***
        No i może jeszcze tłumaczenia podpisów pod zdjęciami):

        white stuff, waing flag & whinny smile – biała masa, powiewająca flaga i cierpki uśmiech

        winter siege – zimowe oblężenie

        Snowy X-ing (Jewel wall, Commons & Leland) – śnieżne skrzyżowanie, ściana Jewela (chodzi o supermarket), Commons & Leland (nazwy własne krzyżujących się ulic)
        ***
        Sorry… chciałem się pochwalić, że znam (trochę) angielski :)

        • iwona Says:

          znam angielski, ale nie zrozumialam co chciales tym przekazac??? :)

        • iwona Says:

          Zmarnowanym amerykanskim marzeniem w kontekscie sniegu??

        • Logos Amicus Says:

          Zmarnowane amerykańskie marzenie nie było w kontekście śniegu, tylko w kontekście katastrofalnej polityki USA ostatniej dekady (zwłaszcza G.W. Busha) i nieopanowanej chciwości amerykańskich sonofabitches (choćby tych „s..w” z największych banków i korporacji).

        • iwona Says:

          Aaaa, to rzeczywiscie wybrales niezly temat do wspolkontekstu ;) – ja tam w ogolnym rozrachunku wole Busha niz rozrzucanie pieniedzy przez Obame

        • Torlin Says:

          Teraz zrozumiałem, ale mimo wszystko ciągle jest dla mnie zastanawiające, jaki związek mają śnieżyce z sukinsynowską polityką banków i niejakiego Busha. Przedtem nie rozumiałem angielszczyzny, teraz nie rozumiem, dlaczego ten akapit znalazł się właśnie w tym wpisie.
          No ale chociaż nacieszyłeś się śniegiem. :D

      • Logos Amicus Says:

        Torlin: „jaki związek mają śnieżyce z sukinsynowską polityką banków i niejakiego Busha”

        Żadnego.
        Ale ma z tym związek samopoczucie Amerykanów, których zaśnieżyło i zawiało.

        • iwona Says:

          I czy to nie jest piekne, ze Amerykancy raczej nie narzekaja tak jak Polacy? Mnie sie to osobiscie podoba. Widza, ze to oni musza wziac sprawy w swoje rece, a nie rzad (choc to sie pewnie zmieni pod wplywem obecnego establishmentu).

        • czara Says:

          Dzięki Logosie za tę lekcję angielskiego! Czuję się teraz znacznie bardziej bogatsza w wykwintne słownictwo ;)
          Good bye and good luck ;)

  7. liritio Says:

    Kiedy natura postanawia trochę zaszaleć (ale z umiarem!), faktycznie można zachwycić się pięknem, ciszą, która ogarnia wtedy otoczenie, więcej, poczuć jedność małego człowieka i wielkiego świata, kiedy „Zapieprzam szuflą, dmucham odśnieżaczem, pcham zaboksowany samochód… „.
    A patrząc po zdjęciach, faktycznie elegancko Was przysypało. Śnieg jest ładny :)

    Pamiętam, tego lata wróciłam do Warszawy i w momencie, kiedy siedziałam w autobusie do domu, lunął deszcz, jeden z wielu, który w tamtych dniach przetaczał się nad miastem. I kiedy dziesięć minut potem wysiadałam z autobusu, na ulicy nie było już żywej duszy, tylko te zwały wody płynące ulicami, wody, która sięgała do kostek. I ja, sekundy później już cała mokra. I jeszcze jeden facet, z którym mijałam się na przejściu dla pieszych, także przemoczony. I oboje szczerzyliśmy się do siebie i do tego zalewanego wodą miasta jak głupi :)
    Czasem zabawa „przyroda i ja” jest fajna, szkoda tylko że rozpieszczona miastem nie potrafię żyć w częściowej chociaż symbiozie z naturą. A to za zimno, za ciepło, za komarzasto, deszczowo, albo za sucho, zawsze coś nie tak…

  8. jula Says:

    Wow, nie widzę nikogo na biegówkach ?…
    No i skuter śnieżny by się przydał, taka zamiana kółek na płozy ;)

  9. Kartka z podróży Says:

    Dzięki za relację Logosie. Trzymając się tematyki to u mnie wszystko stopnialo – śladu po śniegu nie ma. Wybralem się dziś na spacer tzw przelomem Bobru. Tylko głęboko w jarach, po północnej stronie zostały placki śniegu. Natomiast bracia Czesi, tuż za górami ktore mam za oknem odnotowali dziś rekordy ciepła jak na tę porę roku. W niektolrych miejscowościach było ponad 15 stopni. Słyszałem, że anomalia pogodowe na całym świecie są wynikiem zakłóceń pradu morskiego EL Nino czyli Dzieciątko Jezus. Podobno El Nino i jego siostrzyczka La Nina robią takie psikusy jak huragany, śnieżyce, powodzie itp
    Jeszcze raz dzięki za ciekawą relację i piękne (jak zwykle) zdjęcia
    Pozdrawiam

  10. tamaryszek Says:

    Ale fotoreportaż! Obejrzałam również jego rozszerzenie na brulionie podróżnym (solidarni sąsiedzi – żywioły ludzi jednoczą!; i chyba uśmiech mimo zaskoczenia, co?).

    Wyznam, że czasem trudno mi sumiennie przebrnąć przez wszystkie komentarze. Zawsze są takie wielowątkowe, pogłębiające, zatrzymujące co rusz na czymś nowym…
    A pod tą notką są dialogi na moją miarę i na dzisiejszy nastrój.
    Ubaw! Ale przyznaj: jakich masz uważnych czytelników! Nikt nie chce słowa uronić. Chcemy zrozumieć każdą Twoją intencję! Dlaczego ta myśl w tym akapicie? A jaki związek między śniegiem a Bushem? Wszystko podszyte jest sensem. Inaczej nie może być…
    Zimo wróć!

  11. Paweł Macur Says:

    Hej, Czy jedynie mi blog mozolnie chodzi? Czekałem aż strona internetowa www się otworzy przeszło 1 minutę. Czy ktoś spotkał się z identycznym szkopułem? A może to wina hostingu na którym witryna www? Hmmm… Jeszcze tutaj wrócę, i przy okazji zajrzyj na stronę internetową Eurypton i zapisz się na darmową prezentację, a Twoje życie może odmienić się na lepsze!


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s