SZCZĘŚCIE OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH

*

 

W jedno popołudnie przeczytałem „Los utracony” Imre Kertésza. (To, aby przeczytać coś „od deski do deski” tzw. „jednym tchem”, nie zdarza mi się zbyt często. Pierwszy raz, pamiętam, coś podobnego przytrafiło mi się jakieś 25 lat temu – z „Ferdydurke” Gombrowicza. Nie wiem czy to zestawienie ma tutaj jakikolwiek sens, bowiem obie książki trudno ze sobą porównać, jako że przynależą do zupełnie innych literackich światów. Tym, co je łączy jest być może pewien rodzaj mentalnej integralności: Gombrowicz dokonuje spójnego w swej groteskowości opisu świata wyobrażonego, Kertész próbuje zaś scalić – w sposób rozbrajająco rzeczowy – w jedno egzystencjalne doświadczenie świat rzeczywisty, który ma wszelkie cechy koszmaru i absurdu.)

* * *

„Los utracony” to świat okupacji i obozów koncentracyjnych widziany oczami 15-letniego chłopca, tyle że opisywany przez trzydziestoparoletniego mężczyznę.
Być może już tutaj widzimy jakąś sprzeczność?… Tym bardziej dla nas jaskrawą, kiedy zważymy na niechęć pisarza, (którą spotkać można choćby w jego „Dzienniku galernika”) do wszelkich literackich chwytów, nawet tych, które nazywamy stylem. Niemniej jednak jest to opis bardzo efektywny i przekonywujący.

Kertész chce się wyzwolić z potwornej traumy jaką przeżył w czasie wojny, ale wie, że nie jest to możliwe, jeśli zdecydował się aby żyć nadal  (pisze: będę ciągnął moje życie, które nie nadaje się do tego, by ciągnąć je dalej). Inni wybrali jako formę ucieczki samobójstwo, które kontempluje też niekiedy i sam Kertész.

Ludzie, którzy przeżyli obóz koncentracyjny mają poczucie przynależności do jakiejś innej kasty. W pewnym sensie żyją w innym, niż my, zwykli śmiertelnicy (bez doświadczeń obozowych) świecie. I nie chodzi tu tylko o potworny uraz spowodowany przeżytym koszmarem, ale o coś w rodzaju przemeblowania całej rzeczywistości – psychologicznego i cywilizacyjnego przenicowania, przewartościowania świata.
Każdy z więźniów doświadczył tego w inny sposób.
Jedni stracili wiarę w Boga, inni w człowieka, w cywilizację, jeszcze inni we wszystko z wyjątkiem… kromki suchego chleba czy ziemniaczanych obierzyn.

Jak możemy zrozumieć człowieka, który na ugotowane na twardo jajko patrzy jak na objawienie i nie może wyjść ze zdumienia widząc np. bezinteresowną ludzką sympatię, o czułości i miłości nie wspominając?

* * *

Imre Kertész

Imre Kertész (Nobel 2002) pisał swoją książkę (niezbyt zresztą wielką objętościowo) przez wiele lat, ale ta czasochłonna elaboracja nie jest w tekście widoczna. Narrację odbiera się tak, jakby była jedną nieprzerwaną strugą świadomości, którą autor wyzwolił z siebie za jednym zamachem. Dopiero inne źródła pokazują, jak własnowolnie panował on nad owym strumieniem, jak drobiazgowo i pedantycznie deliberował nad każdą myślą, słowem, zdaniem…
Lecz to nie powinno być dla nas aż tak istotne. Ważne jest to, jakie znaczenie może mieć ta książka dla innego człowieka. Co jest warta w świecie, w którym dymiły kominy krematoriów, gdzie możliwe są masowe ludobójstwa?
Z tego co ujawnia nam Kertész w swoim „Dzienniku galernika” możemy wnioskować, że dla niego napisanie „Losu utraconego” – z jednej strony było wprawdzie wszystkim, ale z drugiej już – niczym. Bowiem, wg niego, nie ma takiego absurdu, którego człowiek nie mógłby w sposób naturalny przeżyć: kiedy ktoś ukradnie mu los; kiedy uświadomi sobie, że jest totalnie zniewolony a jednocześnie bezkreśnie wolny; kiedy poczuje, że jego byt staje się ogromnym ciężarem a zarazem czymś… nieznośnie lekkim. Wtedy wystarczy tylko iść krok za krokiem.
W ten sposób można pokonać każdą drogą.

Kto powiedział, że losem człowieka nie może być los więźnia obozu zagłady? To, że takich losów były miliony świadczy o tym, że umożliwiła to aż nazbyt łatwo konstrukcja świata, w jakim żyjemy. Ale czy można zwalać wszystko na konstrukcję? Albo na konstruktora? Albo nawet na ludzi „wrobionych” w tę konstrukcję?
No właśnie – kogo (lub co) można za to winić? I co wynika, tak naprawdę, z takiego obwiniania?

* * *

Czy kiedykolwiek będziemy mogli tak naprawdę porozumieć się z człowiekiem, który czyni takie oto wyznanie?:

Przecież nawet tam, przy kominach, w przerwach między udrękami, też było coś na kształt szczęścia. Każdy pyta o rzeczy trudne, o „koszmary„: choć mnie chyba to przeżycie pozostanie najbardziej w pamięci. Tak, przy najbliższej okazji, kiedy mnie znów zapytają, muszę im opowiedzieć o szczęściu obozów koncentracyjnych.

* * *

*

APENDYKS

KUZYNKA: Piszesz: Los utracony” to świat okupacji i obozów koncentracyjnych widziany oczami 15-letniego chłopca, tyle że opisywany przez trzydziestoparoletniego mężczyznę. Być może już tutaj widzimy jakąś sprzeczność?… Tym bardziej dla nas jaskrawą, kiedy zważymy na niechęć pisarza, (którą spotkałem w jego „Dzienniku galernika”) do wszelkich literackich chwytów, nawet tych, które nazywamy stylem. Niemniej jednak jest to opis bardzo efektywny i przekonywujący.

No właśnie, dlatego doceniam go jako pisarza bardziej niż np. takiego Kenzaburō Ōe. Kertész mówi tak, jak chcielibyśmy mówić o pewnych trudnych kwestiach, ale zwyczajnie się boimy lub uznajemy, że nie wypada. No i mistrzostwo świata ma u mnie za napisanie tej książki z perspektywy dziecka, a nie dorosłego, który w dziecko się wczuwa, bo ma akurat taką literacką potrzebę.
Ja naprawdę długo się nie mogłam pozbierać po „Losie utraconym”. Absolutnie zaskakująca i wstrząsająca książka.

LOGOS AMICUS: Wyższość Kertésza nad Kenzaburō Ōe wynika choćby z tego, że „Zerwać pąki, zabić dzieci” tego ostatniego jest przede wszystkim formą literacką – pewną figurą, stylistycznym pomysłem na opowieść, może nawet czymś w rodzaju… poezji koszmaru… Koniec końców – czymś wymyślonym.
Natomiast Kertész pisze własną krwią, strachem, bólem i trzewiami, trzymając je na smyczy, by nie zagnały go właśnie na manowce literackości.
Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, lirycyzm, mitologizacja, patos… etc.
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura.

*  *  *

Ilustracja: kadr z filmu – ekranizacji „Losu utraconego” Kertésza.

Advertisements

Odpowiedzi: 21 to “SZCZĘŚCIE OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH”

  1. the_book Says:

    Na zasadnicze pytanie Adorna: „Czy możliwe jest pisanie poezji po Holokauście?” Jak i również w odpowiedź na twoje stwierdzenie: „Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura” stwierdzam, że właśnie w takim momencie (w trakcie i po ludobójstwie) literatura jest niezbędna. W największym skrócie – jako Świadectwo! (Miłoszowe „poeta pamięta”). Wydaje mi się również, że nie o samą literaturę tu chodzi, ale o jej formę. Musi zaistnieć w jak najbardziej „precyzyjnym kształcie”. Dlatego według mnie Kertesz jest mistrzem (chociaż pewnie wolałby nim nie być!). Też byłam zachwycona i wzruszona tekstem Węgra.
    Pozdrawiam, serdeczności

    • Logos Amicus Says:

      Jestem tego samego zdania, że właśnie w takich momentach totalnej zarazy i mordu na niewyobrażalną skalę, literatura nie powinna milczeć
      Ale zważ, że – wbrew pozorom – nie ma między tymi dwoma stwierdzeniami („powinna kończyć się literatura” i „literatura nie powinna milczeć”) sprzeczności.
      Chodziło mi właśnie – co też sama zauważyłaś – o formę.
      Bo „Los utracony” także jest literaturą, ale taką, która – jak mi się wydaje – jest wobec horrendum ludobójstwa czymś… bardziej adekwatnym, odpowiednim.
      Właśnie dlatego taki np. Borowski wg mnie lepiej oddał w swoich opowiadaniach to, co się działo w obozach zagłady, poprzez swoją rzeczowość, powściągliwość i prostotę.
      Wypada trzymać się rzeczowości, ziemi, konkretu… Wydaje mi się bowiem, że w przeciwnym razie istnieje niebezpieczeństwo popadnięcia w jakiś… estetyzm, „artyzm”, sentymentalizm, mitologizację – w coś, co mogłoby zawoalować, czy też wręcz „zafałszować” prawdę i rzeczywistość; jednym słowem – w „literaturę” właśnie.

      To nie znaczy, że ja nie lubię w literaturze wyszukanej, wysublimowanej, poetyckiej, misternej formy. Tylko, że akurat w tym przypadku taka wypracowana, czy wyszukana forma nie wydaje mi się być właściwa – jest wg mnie czymś „nie na miejscu”. (Nie wiem, może to jakieś takie moje dziwactwo?)

      Pozdrawiam

      • czara Says:

        Zgadzam się z the_book! Literatura właściwie tam się powinna zaczynać, nic bowiem nie pomaga tak zrozumieć i przeżyć świata jak właśnie literatura. Ale narzucanie odpowiedniej formy do tematu wydaje mi się przesadą, „estetyzm, artyzm i sentymentalizm” to są pułapki, w które można wpaść niezależnie od formy. Herta Muller pisze czasami o sprawach bardzo trudnych, a jednak pisze o nich bardzo poetyckim stylem, już nie wspominając o „poezji pieców krematoryjnych”…

        • Logos Amicus Says:

          …nic bowiem nie pomaga tak zrozumieć i przeżyć świata jak właśnie literatura.

          Czaro, poczytaj sobie o tym jak komuś wyrywają paznokcie a później poddaj się temu, by wyrwano je Tobie.
          Jak myślisz – co bardziej i mocniej trafi do Ciebie i pozwoli Ci zrozumieć czym są tortury?

          PS. A co to jest „poezja pieców krematoryjnych”?

        • czara Says:

          Nie za bardzo widzę, co to pytanie ma wnieść. Najprawdopodobniej nie doświadczę osobiście ogromnej ilości sytuacji i emocji, które spotkały innych, nie pojadę w w tysiące miejsc i nie stanę się nikim innym. Jednak dzięki literaturze, a szerzej rzecz traktując – sztuce, mogę doświadczyć tego świata i mieć tysiąc żyć.
          A poezja łagrowa to wiersze pisane przez więźniów obozów koncentracyjnych. W zbiorach po dziadku natrafiłam na takie wiersze pisane przez jego współtowarzysza. Ogromne wzruszenie.

        • Logos Amicus Says:

          Przede wszystkim Czaro: przepraszam za to dość drastyczne porównanie.
          Chciałem tylko powiedzieć, że najbardziej pozwala zrozumieć i przeżyć świat nie literatura a samo życie właśnie. Czyli: literatura w stosunku do życia jest czymś wtórnym. Czyli: nie można życia zastępować (moim zdaniem) literaturą.
          Koniec końców, mimo wszelkich rewerencji jakimi obdarzamy literaturę (nierzadko jest to pewien rodzaj miłości), nie można z niej czynić jakiegoś fetysza, bożka, czegoś, co stoi ponad życiem, co jest od samego życia ważniejsze.
          O to mi chodziło.
          Po prostu nie mogę się zgodzić z Twoim stwierdzeniem, że „…nic bowiem nie pomaga tak zrozumieć i przeżyć świata jak właśnie literatura”.

          To m.in. dlatego napisałem coś takiego w moim komentarzu dla kuzynki: „Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, lirycyzm, mitologizacja, patos… etc. Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura.”
          ***
          Czaro, to wszystko przypomniało mi pewien fragment z „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ, obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim. I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza):

          „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas.. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”
          (Jarosław Iwaszkiewicz, „Dzienniki 1911 – 1955”, str. 225)
          (podkreślenie moje)
          ***
          Piszesz Czaro: „Jednak dzięki literaturze, a szerzej rzecz traktując – sztuce, mogę doświadczyć tego świata i mieć tysiąc żyć.”

          Moim zdaniem jednak, są to tylko (piękne, nie przeczę) złudzenia, taka namiastka… Sama o tym dobrze wiesz (jak zresztą każdy z nas).
          Jeszcze raz powtórzę: literatura (czy też szerzej: sztuka) nie może zastąpić życia. Choć oczywiście, pozwala nam to życie (czy też świat) piękniej i pełniej przeżyć.

        • czara Says:

          Upierasz się (nie użyję tu drastycznego porównania;) ale ja mam wrażenie, że mówimy o dwóch różnych rzeczach. Dlaczego piszesz o „zastępowaniu życia”? To brzmi tak jakby był jakiś wybór – „a nie, dziękuję, ja do obozu nie pójdę, wolę sobie o nim poczytać”. To nie jest, wydawało mi się, dyskusja o tym, czy fajnie się jest zakochać czy może lepiej przeczytać romansidło.
          Chodzi mi o to, (1) że pisanie (twóczość) często jest najlepszym sposobem, żeby zmierzyć się z tym co się przeżyło, zarówna dla twórcy, jak i odbiorcy. (2) A forma, jaką twórca wybierze, może jednych bardziej przekonywać, drugich nie, co jest lepsze lub gorsze – to jest kwestia indywidualnego talentu i indywidualnego odbiorcy.
          To moim zdaniem.
          A z Iwaszkiewiczem nie mogę się nie zgodzić, bo on pisze o swoich subiektywnych uczuciach i pozostaje je tylko uszanować. Faktem jednak jest to, że Wielki Tydzień Andrzejewskiego przetrwał i wciąż pozwala na jakieś cząstkowe (kalekie, oczywiście tu się zgadzamy) przeżycie tamtych czasów.

        • Logos Amicus Says:

          „To nie jest, wydawało mi się, dyskusja o tym, czy fajnie się jest zakochać czy może lepiej przeczytać romansidło.”

          A ja myślałem, że o tym :)
          No bo jak, Droga Czaro, inaczej miałem traktować Twoje słowa: „… NIC bowiem nie pomaga tak zrozumieć i przeżyć świata jak właśnie literatura.”
          Nie zgadzam się właśnie z tym „NIC”, które, musisz przyznać, zabrzmiało dość kategorycznie.

          Bo jest całe mnóstwo ludzi, którzy jednak zastępują życie literaturą. Ich sprawa. Ja uważam, że lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
          A Ty mnie tu raczysz takimi pięknoduchowymi – wybacz – frazesami, że dzięki literaturze możemy mieć „tysiąc żyć”.

          Natomiast w zupełności zgadzam się z tymi Twoimi dwoma punktami (bo to jest oczywistość).
          Piszesz, że o to Ci (w pierwszym komentarzu) chodziło.
          Ale jak ja mogłem to wykoncypować z tego Twojego (słynnego już ;) „…nic bowiem nie pomaga tak zrozumieć i przeżyć świata jak właśnie literatura.”
          Naprawdę uważasz, że to oznacza to samo co:
          „(1) że pisanie (twóczość) często jest najlepszym sposobem, żeby zmierzyć się z tym co się przeżyło, zarówna dla twórcy, jak i odbiorcy.
          (2) A forma, jaką twórca wybierze, może jednych bardziej przekonywać, drugich nie, co jest lepsze lub gorsze – to jest kwestia indywidualnego talentu i indywidualnego odbiorcy.”

          ?

  2. Kartka z podróży Says:

    Kiedyś zacząłem czytać „Fiasko” Kertesza ale nie mogłem skończyć, bo boleśnie mnie przygnębiało. Chyba miałem taki zły okres życiowy wtedy. Książki o której piszesz Logosie nie znam. Ale wydaje mi się, że prawdziwym opisem tamtej rzeczywistości są opowiadania Borowskiego, o których zresztą wspominasz. Domyślam się tego, bo miałem okazję rozmawiać z byłymi więźniami. Kilku mężczyzn z mojej rodziny trafiło do obozów na początku wojny i dwóch przeżyło. Z dzieciństwa pamiętam wuja, który po powrocie z obozu właściwie tylko pił wódkę. Rodzina znając jego makabryczne przejścia podchodziła to tego ze zrozumieniem – miał u nich tzw „dożywocie”. Pamiętam, że chodziłem do niego do pokoju, na poddasze – byłem wtedy dzieckiem – a on ubrany w pasiastą piżamę grał mi akordeonie walce. Drugi dożył późnej starości. Pamiętam, że opowiadał mi jak więźniowie – księża katoliccy próbowali w Dachau nawracać kapłanów mariawickich – bardzo go te opowieści bawiły. Pod koniec życia odsunął się od ludzi i gdy zmarł znaleziono w jego mieszkaniu cale hałdy suchych skórek od chleba.
    Tak więc myślę, że Borowski prawdziwie opisywał świat obozów i więźniów. Tylko domyślam się, bo nie potrafię ogarnąć, wczuć się w tamten świat. Wyobraźni mi nie starcza i empatii mam za mało by do końca zrozumieć ten koszmar.
    Pozdrawiam

  3. betty Says:

    Tam, gdzie zaczyna się mordowanie ludzi…

    Myślę, że ogrom prawdy w tych słowach, suchej jak kartka papieru, bo też i słowa nie oddadzą „prawdy najprawdziwszej”, jedynie przybliżą – może sprowokują do empatii. Tak te słowa rozumiem, bo to, że literatura winna opisać, przybliżyć nas do tragedii, masakry, nie pozwolić nam zapomnieć – to oczywiste. Ale też forma ważna, bezwzględnie. Jakże ważnym jest styl i język, im prościej niczym w reportażu H. Krall, lapidarnych opowiadaniach Nałkowskiej, tym bliżej faktów i prawdy, bliżej człowieka z krwi i kości (tak bez maskarady).

  4. nutta Says:

    „Jestem wprost zdumiony jak niewiele oni tutaj wiedzą o tym, co działo się tam. Zdaje im się, że była jakaś niewielka grupa sadystów niemieckich, zwanych gestapo czy SS i sześć milionów galusowych Żydów, o złamanym stosie pacierzowym, poszło grzecznie i posłusznie jak barany na rzeź i tylko kilkuset bohaterów z wychowaniem syjonistycznym zbuntowało się, ratując na wieki honor żydostwa europejskiego.
    Ten, kto ocalał – myślą – popełnił chyba jakąś straszną zbrodnię, zabijał, zdradzał innych. O tych, co ocaleli, mówiono tu, że to ludzki proch, ludzki nawóz.”

    Cytat z opowiadania Irit Amiel z tomu „Osmaleni”, bo osmaleni to ci, którzy przeżyli, którzy wstydzili się tego, ukrywali ten fakt (w Izraelu), ludzie naznaczeni życiem i śmiercią. Nie było łatwo dać świadectwo prawdzie, uporać się z ogromem przeżyć, dobrać właściwe słowa (Czy słowa są właściwe?), ułożyć je we frazy. Kertesz zmagał się ze swoimi przeżyciami i koszmarami latami. Krall oczekiwała gotowości do zwierzeń, by być piórem opowiadającego. Borowski, Szmaglewska (nie zapominajmy o niej), w filmie „Ostatni etap”.
    A co sądzicie o młodych autorach, którzy sięgają do tematyki obozowej jak np. Gortat w powieści „Szczury i wilki” lub Boyne w „Chłopcu w pasiastej piżamie”?

    • Kartka z podróży Says:

      Taka scena mi się przypomniała z kraju Basków. Kilka lat temu to zanotowałem
      „…solidnie zaspał. Baskijskie dziewczyny męczyły go nocą wypytywaniem o Polskę. Jesienią wybierały się na wycieczkę tradycyjną trasą młodzieżowych grup z Europy: Kraków, Auschwitz, Warszawa. Kiedyś też tam jeździł z wycieczkami szkolnymi, tłukąc się pijanym autobusem w trójkącie bermudzkim Wawelu, rampy i kolumny Zygmunta, ale nie chciało mu się tych wojaży wspominać. Męczące pytania i męczące odpowiedzi. Drażnił go ich entuzjazm i naiwność. Dziewczyny, jak to studentki, pełne były grzecznego, politycznego idealizmu. Wiele naczytały się o nowo wessanym pasie przygranicznym kontynentu i siłą rzeczy doszukiwały się powinowactwa losu Basków i Polaków. Intrygowała je, wyczuwana intuicją, wspólnota losów obu narodów wyrażana w podkładanych bombach, strzałach zza węgła i beznadziejnych powstaniach. Pytały o mitologię narodową, o wyraziste i dobitne jak slogany propagandowe symbole. Być może tak będą widziały Polskę? Może w ten sposób pokażą im kraj? Może nie zorientują się, że zwiedzają strefę sanitarną Unii i zarazem miejsce jej kwarantanny. Co zobaczą gdy trafią z rozgrzanego słońcem Bilbao na rampę w Auschwitz? O czym pomyślą widząc koniec kolejowej linii będący ostatnią stacją dla pociągów zjeżdżających tu w latach czterdziestych ubiegłego wieku z całej Europy? Co zrozumieją stojąc na bocznicy, na której kończyły drogę towarowe składy z Berlina, Paryża, Wiednia, Budapesztu, Amsterdamu i Salonik. Czemu właśnie tu kończyły bieg? Czy te Baskijki zadawać będą sobie takie pytanie? Myślał o zatopionych w jesiennej mżawce ulicach miasta, w którym od lat pracował. Przypomniał sobie zimną wilgoć, kałuże brudnej wody rozpryskiwanej przez pędzące w absurdalnej gonitwie samochody. Zobaczył szare i smutne twarze zmęczonych ludzi, którzy w oczach mieli czujne wyczekiwanie na cios i niespodziewany atak. Widział półmrok zasnutego chmurami nieba, mizerne i męczące światła żarówek o najniższej mocy zainstalowanych, aby było taniej. Poczuł dreszcze myśląc o cholernej depresyjnej szarówce w której tonęła jesienna rzeczywistość. Jesień to paskudna pora na wycieczkę po kraju. Świat jest wówczas nagi, nieosłonięty już litościwą zielenią, a jeszcze nie zamaskowany białym opatrunkiem śniegu. Jesienią Polska jest prawdziwa. Jesienią stara i przegrana Polska zmywa letni makijaż i łyka znieczulacze pod wódkę, by mogła odespać zimę i dożyć jakoś do następnego roku udręki….”

      • Logos Amicus Says:

        Świetnie napisane, Kartko. Tak… klimatycznie ;)

        Myślisz, że młodzież tak bardzo – i powszechnie – zastanawia się nad tymi koszmarami, które zafundowała sobie ludzkość w XX wieku?
        Czy właśnie tamte wydarzenia nie jawią im się jak coś, co się zdarzyło na innej planecie?
        Czy – tak naprawdę – nie jawią się one w podobny sposób także i nam samym?

        • Kartka z podróży Says:

          Logosie.
          Myślę, że nie potrafimy oddać prawdy o tym co się działo za drutami, a głównie co czuli ludzie tam zamknięci. Możemy się ograniczyć do behawioralnego opisu tego co pozostało, ale próba wniknięcia w ten świat chyba się nie może powieść. Zawsze nasza, spokojna rzeczywistość będzie determinowała opis. To chciałem przekazać we fragmencie dla Nutty i we wcześniejszym wspomnieniu o znanych mi więźniach. Ani młody człowiek, który podejmuje taki temat nie jest w stanie go udźwignąć, ani ja nie jestem w stanie ocenić prawdy tego przekazu. Tak naprawdę mówimy tylko o swoich wyobrażeniach. Mogę się co najwyżej domyślać czym było doświadczenie obozowe. Mogę być świadomy istnienia tej tragicznej, egzystencjalnej tajemnicy ale nie mogę, czytając czy pisząc, jej przeżyć.
          Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          Dlatego Kartko, nie mogłem się absolutnie zgodzić ze stwierdzeniem Czary, która napisała, że „…nic nie pomaga tak zrozumieć i przeżyć świata jak właśnie literatura”.
          Litaratura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego (co nie oznacza, że nieważnym – ja chyba rozumiem, co Czara miała na myśli i teraz się trochę gryzę, że odpowiadając jej użyłem zbyt drastycznego porównania… tym bardziej, że to bardzo wrażliwa dziewczyna :( )

        • remigiusz Says:

          Niestety, m.in. i dlatego właśnie, że Holocuast tak trudno jest nam pojąć, to w dużej mierze traktuje się go jako zjawisko historyczne. W dodatku zjawisko zamknięte. Skoro zbrodniarze zostali już osądzeni, a ostatni świadkowie i uczestnicy owych wydarzeń powoli odchodzą z tego świata, można w zasadzie puścić je w niepamięć. Niestety, o czym pisze np. prof. Bauman w swoich książkach, Holocaust to nie tylko historia.
          Holocaust to także przestroga dla wszystkich zwolenników nowoczesnego trybu życia i postępu. To także okazja do refleksji nad kondycją człowieczeństwa we współczesnym świecie. A ta nie jest najlepsza.

    • Logos Amicus Says:

      nutto, powieści Boyne’a nie znam, ale widziałem kiedyś film nakręcony na jej podstawie.
      Pomyślałem sobie, że chyba nie zaszkodzi, jeśli przytoczę tu notkę, jaką napisałem o tym filmie po jego obejrzeniu. W tym samym mniej więcej czasie zetknąłem się z niemieckim filmem „Die Welle”, którego tematyka nawiązuje ściśle do poruszanych tu przeze mnie ostatnio tematów (dlatego też załączam także i parę zdań o nim):

      „CHŁOPIEC W PASIASTEJ PIŻAMIE” („The Boy in the Striped Pagamas”; Wielka Brytania, USA)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/02/boy-in-the-striped-sp.jpg?w=780

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/02/chlopiec-w-pasiastej-pizamie.jpg?w=780

      Wstrząsająca opowieść o przyjaźni dwóch 8-letnich chłopców przynależących do dwóch różnych światów, które dzieli przepaść. Jeden żyje w świecie ludzi, drugi – w świecie „zwierząt”; jeden należy do klasy panów, drugi – niewolników; jeden z nich ma na imię Bruno, drugi – Szmul; jeden jest Niemcem, drugi – Żydem. Bruno jest synem niemieckiego komendanta obozu koncentracyjnego, Szmul – synem więźnia. Spotykają się potajemnie, każdy po innej stronie znajdującego się pod elektrycznym napięciem kolczastego drutu.
      Bruno żyje jeszcze w błogiej nieświadomości okrutnego świata, Szmula dotknęła już tego świata melancholia, uderzyła jego brutalność. Obaj spoglądają na świat innymi oczami, obu wciąga bezlitośnie otaczający ich koszmar.
      Pomysł na scenariusz dość karkołomny, jednakże twórcy filmu zręcznie unikają zarówno niewiarygodności, jak i banału… obnażając absurd stworzonej przez człowieka rzeczywistości.
      * * *

      „FALA” (Die Welle, Niemcy)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/02/die_wellebl.jpg?w=780

      Ten temat zawsze mnie fascynował: mechanizm powstawania i funkcjonowania autorytatywnej władzy. Tutaj pokazane jest to przez pryzmat młodego pokolenia Niemców, co czyni go tym bardziej dla nas nośnym.
      Przyczynia się również do tego fakt, że scenariusz oparto na autentycznych wydarzeniach.
      Oto obdarzony charyzmą nauczyciel szkoły średniej, w ramach zajęć wprowadza w życie eksperyment polegający na stworzeniu modelu społeczności funkcjonującej w systemie opartym o rządy autorytarne. Eksperyment wymyka się jednak spod kontroli prowadząc do szokującego finału. W międzyczasie jego uczestnicy przechodzą szereg zaskakujących – nawet dla nich samych – transformacji.
      Film w bardzo sugestywny sposób odpowiada na pytanie, czy we współczesnym społeczeństwie europejskim możliwe jest odrodzenie się dyktatury, brutalnego nacjonalizmu i totalitarnej ideologii. Ta odpowiedź niestety brzmi: tak!
      Chciałoby się wydarzenia ukazane w filmie potraktować jako fikcję, ale nie pozwala nam na to choćby historyczna świadomość: koszmar społeczności manipulowanej i poddającej się zbrodniczym totalitaryzmom oraz ogłupiającym i zniewalającym ideologiom wydarzył się naprawdę i to zaledwie wczoraj – w samym środku „cywilizowanej” Europy.
      * * *

  5. jula Says:

    „Osądzić, udokumentować. Natomiast nie gloryfikować, nie tłumaczyć, nie robić z nich gwiazd popkultury”

    Tutaj podaje link do, myślę, że ciekawego artykułu. (w temacie;)

    http://konflikty.wp.pl/kat,1020231,title,Strazniczki-z-obozow-zaglady-piekne-bestie,wid,13092415,wiadomosc.html

    „”Pilnowanie więźniów”, „Praca niewymagająca wysiłku fizycznego”, zachęcały prasowe ogłoszenia. Oferty pracy dla kobiet wspomagających SS kusiły dobrymi warunkami pracy, gwarantowały zakwaterowanie, ubranie i wysokie pensje. Nie stawiano dużych wymagań: wiek 21−45 lat, dobra kondycja fizyczna i czysta kartoteka. Kursy na aufzejerki (od niemieckiego Aufseherin), czyli niemieckie nadzorczynie i strażniczki pełniące służbę w obozach koncentracyjnych, trwały od czterech tygodni do pół roku. Uczono ostrej postawy wobec więźniów, fanatyzmu i odporności na cudze cierpienie. Instruowano, jakie stosować kary, jak wykrywać sabotaż oraz informowano, co grozi za utrzymywanie kontaktów z więźniami. Na dobrze płatną pracę strażniczki obozowej decydowały się fryzjerki, bileterki, nauczycielki. W czasie rozmowy kwalifikacyjnej musiały wykazać się także wiedzą o nazizmie. Po egzaminie wstępnym podpisywały kontrakt z SS jako pomocnice (SS-Helferin). Ich zadaniem było pilnowanie więźniarek i nadzór nad ich pracą. Nosiły specjalne uniformy o wojskowym kroju, broń krótką, pejcze, baty i kije, mogły mieć służbowego psa. Awansowały tylko te, które potrafiły wykazać się szczególnym okrucieństwem.”

    http://www.schnell.blog.pl/
    :(

    filmy, kroniki dokumentujące tamte czasy!


    i na koniec film “Kapo” z 1959 r

    Myślę, że najważniejsze są dokumentny, filmy i zdjęcia ! :(

  6. natalia Says:

    Dla Kertesza Auschwitz jest najbardziej realnym doświadczeniem jego życia. Zło, które dla mnie jest niewyobrażalne, dla Kertesza przeciwnie, nie dziwi go wcale. Oświęcim można pojąć, bo wyniknął z czegoś bardzo racjonalnego, jak każde zło które wynika, z czegoś, co łatwo da się wyjaśnić: z jakiegoś instynktu, żądzy zysku, interesu albo szaleństwa. Natomiast pomoc, dzięki której Kertesz przeżył, dobro spotkane w tak ekstremalnie złych warunkach jest całkowicie irracjonalne, niewytłumaczalne, jak każdy cud, dla którego Kertesz nie ma żadnego uzasadnienia.

  7. O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH | WIZJA LOKALNA Says:

    […] lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza. Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s