ODDALENIA I POWROTY…

*


*

„Całe życie badał, podpatrywał sekrety wielkich mistrzów malarstwa, po to tylko, żeby namalować strumień koło swojej rodzinnej wioski i dwie gęsi na brzegu.”
Gdyby tak powiedziano o mnie, byłbym zadowolony, bo znaczyłoby to, że czegoś się nauczyłem. I byłoby mi trochę smutno, bo ten powrót do strumienia i gęsi dowodziłby, że nie zyskuje się niczego przez techniczną umiejętność, poza szacunkiem dla prawideł gry. A ja wyruszając w moją podróż, miałem nadzieję odkryć ukrytą formułę, pozwalającą przeniknąć w sam ogród rzeczywistości, tam gdzie prawidła gry są już niepotrzebne.

Czesław Miłosz, „Życie na wyspach”

*

Odkryć „ukrytą formułę”. Ale czy taka formuła istnieje? A jeśli istnieje, to czy jest nam dostępna?
Wyrosłem w ogrodzie rodzinnego domu – w ogrodzie mojego dzieciństwa. Chciałem poznać inne ogrody, także ten ogród rzeczywistości, o którym pisze Miłosz.
Ale dlaczego? Co mnie do tego skłaniało? I do czego ta wiedza była (jest) mi potrzebna? Czy naprawdę łudziłem się, że odnajdę ów Master Key of Perception – czyli klucz do wszystkiego, który otworzyłby mi Drzwi Poznania na oścież?
A może to była zwykła ciekawość? Albo odwieczny atawizm pchający nas z miejsca na miejsce – za następną górę, za kolejne lasy, jeziora, rzeki, morza i oceany… bo być może tam, i być może nawet tuż za rogiem jest… jeśli nie raj, to nasza Ziemia Obiecana, albo co najmniej jakiejś miejsce ciekawe i ekscytujące, gdzie będzie nam dobrze tak, że zechcemy się tam rozmnażać?
Była to (jest) pogoń za czymś. Ale może też i ucieczka? Chęć odnalezienia siebie prawdziwego, czy może pragnienie, by o sobie – a raczej o tym, co nam sprawiało ból i cierpienie – zapomnieć?

Pamiętam, że pociągało mnie wszystko to, co było w kontraście z łagodną falistością wzgórz moich stron rodzinnych – łąk, pól, lasów i rzek Podkarpacia. Neony wielkich miast, egzotyczne wyspy, niezwykłe budowle i starożytne ruiny, ośnieżone szczyty gór i złote piaski pustyń, wspaniałe latające maszyny, rajskie ptaki i burzliwy ocean, ludzie o innym kolorze skóry, szybkie samochody pokonujące bezkresne przestrzenie po drogach amerykańskiego Zachodu…
Kiedy więc, po wielu latach nieobecności w kraju, lądowałem na warszawskim Okęciu i patrzyłem na roztaczającą się pode mną monotonię mazowieckiej równiny, doznałem niezwykle silnego wzruszenia – nie tylko z radości, że oto za chwilę noga moja stanie na ojczystej ziemi, że zaraz spotkam najbliższą rodzinę i dawno nie widzianych przyjaciół, ale i z wdzięczności za te wszystkie dary poznanego świata – kalejdoskop obrazów, wspomnienia o ludziach, ich twarzach i uśmiechach; wrażenia, które wiozłem ze sobą w swoim wnętrzu – zebrane na obcych ziemiach, na pustyniach i w dżungli, pod niebotycznymi górami, tudzież górami jak z bajki; wśród olśniewających kolorów, na wyspach bardziej lub mniej dziewiczych, w lasach baśniowych i fantastycznych kanionach, pod wodospadami jak z innej planety, na dzikich plażach odległych mórz i oceanów; niezwykłe widoki, te nieba wiszące nad różnymi krainami;  wschody i zachody Słońca, które jednak wszędzie było inne, choć przecież zawsze było to samo…

A wiedza? I jaka wiedza?
Czy było nią zdobywanie informacji, gromadzenie danych, kolekcjonowanie obrazów? Coraz szersze ogarnianie świata? Coraz lepsze rozumienie „prawideł gry”? I czy te przejrzane już „prawidła” mogły wzbudzić mój szacunek? A może wręcz przeciwnie: okazywały się być czymś nieludzkim, niezależnym od wszystkich naszych nadziei, wysiłków, działań i intencji? Czymś łagodzonym tylko przez kulturową otulinę cywilizacji? Poparte wysiłkiem wprowadzenia weń ładu za pomocą ludzkich przykazań, reguł, obyczajów, tradycji, nakazów i zakazów? Zasad, które wszędzie są inne ale zawsze mają ten sam antropologiczny cel i paradygmat: chcą nas wydźwignąć ze stanu zwierzęcej (bez)świadomości; wyróżnić i odseparować od tej pulsującej, poddanej ciągłej przemianie magmy, którą tworzy cała ożywiona materia.

A może Miłosz pojmuje owe „prawidła gry” trywialnie – właśnie jako techniczną umiejętność, biegłość w opanowaniu rzemieślniczego warsztatu, mistrzowską zręczność? Także jako możliwość poruszania się po ogrodowych ścieżkach, zdolność urabiania materii, nadawania formy czemuś, co jest (z pozoru) chaotyczne, amorficzne i bezkształtne?
Wtedy szacunek dla „prawideł gry” byłby po prostu szacunkiem dla sztuki.
Ale dlaczego „strumień i gęsi”?
Czy wynika to z konieczności uporania się z tym, co w nas prenatalne i pierwotne – z wizją wiecznego powrotu do źródła, czyli tam gdzie usadowiony jest konkret świata istniejącego niezależnie od widzimisię naszej (jakże mocno przecież ograniczonej) percepcji?

Po co jednak wychodzić z celi, gabinetu, wioski, getta, warsztatu… i wikłać się w nasze mity podróżne?
Może dlatego, że wchodzenie i zagłębianie się w mity jest naszym przeznaczeniem i definiuje niejako nasze człowieczeństwo? Bo bez mitu zastyga życie duchowe człowieka, wysycha jego wyobraźnia a wokół robi się pusto, głucho, ciemno i bezbarwnie… A mit podróżny jest do pobudzenia naszej psyche równie dobry, jak każdy inny. Może nawet lepszy (bo jest w stanie rozruszać także nasze mięśnie)?
Mit nowego, nie poznanego jeszcze świata. Mit poszukiwania naszego świętego – albo tylko świeckiego, choć z metafizyczną tęsknotą – Graala, czy też kamienia filozoficznego, który zamieniłby wszystkie nasze wątpliwości, wahania i niewiedzę w wiarę, nawet jeśli byłaby to wiara w niemożność poznania i zgoda na istnienie w oparach absurdu, i nad otchłanią lodowatej nicości.
*  *  *

Oto wybitny kompozytor przestaje tworzyć muzykę, ucieka do swojej chałupy w górskiej wiosce Ząb i robi tam… meble.
Czy to jest zwątpienie w sztukę? Utrata wiary w jej znaczenie, powołanie, sens i moc wpływania na sprawy istotne, w tym na ludzkie życie? A może po prostu zamiana narzędzia, którym się tworzy – w tym przypadku pióra (do pisania partytury) na piłę, młotek i dłuto (do robienia krzeseł)?
Czy aby dla Góreckiego właśnie te krzesła nie były owym Miłoszowym wiejskim „strumieniem” i „gęśmi”, do których się wraca z udoskonalanym przez całe życie warsztatem i mistrzowską biegłością?
Artysta rezygnuje z blichtru i szpanerstwa sławy, wraca do swojej wsi, rozprawiając się przy okazji z absurdem za pomocą swej wiary.

Ziemia, na której wyciągnięto nas za uszy z nicości, jest często ziemią, do której chcemy, by wrzucono nasze kości. Albo też rozsypano popioły pod niebem, na którym po raz pierwszy zobaczyliśmy słońce, gwiazdy i księżyc – w powietrzu, które zaczerpnęliśmy z pierwszym naszym oddechem, i które może wypełnić nasze ostatnie tchnienie.
*  *  *

Jednak nadal jesteśmy w podróży, wymyślamy, roimy sobie nasze mity i nimi żyjemy, zgłębiamy tajniki wiedzy i sekrety mistrzów, poznajemy obce nieba, ogrody i oceany; zachwycamy się, zadziwieni stale otaczającymi nas cudami świata i samym istnieniem.
Wszak może ktoś zapytać: po co podróżować, skoro i tak wrócimy do punktu wyjścia? Do wiejskiego strumienia i gęsi, do naszej zagrody – by napoić i obrządzić konia, by zasadzić jeszcze jedno drzewko w ogrodzie; do warsztatu – by zrobić stół i krzesła? I czy taki powrót nie jest pewnym rodzajem rezygnacji?
To prawda, pętla naszego bytu kiedyś się zamknie. Lecz ważne jest nie tyle miejsce, gdzie to nastąpi, a nawet samo zapętlenie się początku z końcem. Istotne jest wszystko to, co było (i jest) pomiędzy: droga – czyli nasze życie.
*  *  *

Może to zwyczajne – wracać tą porą roku do domu, do miejsc ziemi rodzinnej, do wspomnień tego, co już się w naszym życiu wydarzyło. Do refleksji – jak, po co i dlaczego? Do pytania o to, kim naprawdę jesteśmy i jak się zmieniamy? O to, jaki sens i kierunek ma droga, trakt, na który weszliśmy – wszystkie te nasze pogonie, ucieczki, powroty… I czy pozostaniemy sobą? A może się gdzieś zagubimy, zatracimy… może zmienimy nie do poznania?  Lecz  nie nazywajmy tego fatalizmem, ani nawet przeznaczeniem. Może to po prostu zwykła kolej rzeczy? Jest oto czas, by się poddać chwili spokojnej refleksji, która pozwoli nam uświadomić sobie to, co najważniejsze.
Czego wszystkim – wraz ze Świętami i nadchodzącym Nowym Rokiem – życzę.
*  *  *


*
Zdjęcia własne: polna droga w zimie i dom mój rodzinny na Podkarpaciu.
*
Reklamy

komentarzy 38 to “ODDALENIA I POWROTY…”

  1. tamaryszek Says:

    Logosie,
    to chyba mój najulubieńszy Twój tekst.
    Nie mam w głowie nic na odpowiedź. Poza tym, że i komentarz, i jego punkt wyjścia (Miłosz) są dla mnie świątecznym preludium. Czymś, czego mi brakowało w nieco sprofanowanej codzienności. Nutą, która przypomina zapomnianą tonację.
    Pozdrawiam (przedświątecznie)
    ren

  2. jula Says:

    Bardzo ciekawie napisane. Mogę powiedzieć, że Ciebie rozumiem. Sama jednak wybrałam inny sposób życia ;)
    Od zawsze jednak byli i podróżnicy, i prowadzący osiadły tryb życia – bo inaczej nie byłoby państw i tego całego kolorytu różności. :D
    Tak się jeszcze zastanawiam nad HMG.
    Bo „Oto wybitny kompozytor przestaje tworzyć muzykę, ucieka do swojej chałupy w górskiej wiosce Ząb i robi tam… meble.”
    Czy jak to ładnie określiłeś „Miłoszowym wiejskim „strumieniem” i „gęśmi”, do których się wraca z udoskonalanym przez całe życie warsztatem i mistrzowską biegłością?”
    Tak sobie myślę, że jednak Ci artyści mieli poczucie spełnienia, wiedzieli że ktoś ich dostrzegł – jednym słowem znali swoją wartość. Bo zdarzają się i inne, smutne odejścia od wytyczonej drogi :(
    Czytałam ostatnio powieść Janusza Głowackiego pt.”Good night Dżerzi”. Jest to w pewnym sensie książka o Jerzym Kosińskim. Marta Fox, współczesna polska pisarka, która też prowadzi bloga, tak napisała: „Książka Janusza Głowackiego (Dżanus) to nie tylko mierzenie się z legendą Kosińskiego, to także rozważania o wielkiej mistyfikacji i jej psychologicznych proweniencjach, o warsztacie pisarza, smaku i zapachu słów, przypadku, przeznaczeniu, piekle cytatów i tym, że już wszystko było, prócz naszego pojedynczego życia w tym życiu.”
    Głowacki natomiast tak pisał: „On był na pewno inteligentny, i to bardzo. Może nawet inteligentny na tyle, że podejrzewał, że większość tego, co napisał, jest nic niewarte i rozsypie się jak domek z kart przy najbliższym podmuchu. I dlatego potrzebuje jakiegoś wielkiego spektaklu ostatecznego Pamiętasz, Raul, Dżerzi często mówił, że samobójstwo to najlepszy sposób na przedłużenie sobie życia”.

    Ps.
    – Piękny ten Twój dom rodzinny na Podkarpaciu i ja zwykle cudne zdjęcie (Ta technika i oko artysty ). !…
    – Ja uwielbiam takie klimaty Świąt Bożego Narodzenia – już ich chyba nie ma :(

    Białe ściany. Wapnem bielone.
    Bije radość z świętych obrazków.
    Wzory srebrniuteńkich koronek
    szron na oknach ślicznie wygłaskał.
    Bzy w okiściach. Listki paproci.
    W izbie ciepło. Miło. Przytulnie.
    Drwa trzaskają ogniem z komina.
    Pies pod ławą z kotem się czuli.
    Śnieg na dworze. Luty mróz. Zima.
    Wniósł ją ojciec z siana brzemiączkiem.
    Zapachniało siano łąkami.
    Biały obrus pachnie krochmalem.
    Biel opłatków jaśnieje na nim
    w złotych paskach, w siwych, rumianych.
    Cieszą się z nich aniołków buzie.
    W rondlu postny zaskwierczał olej
    – matka postne racuchy smaży.
    Obok huczy garnków półkole,
    pryska smakiem grzybów i warzyw.
    Kłęby pary okap połyka.
    Przy choince jazgot dzieciarni.
    Starsza siostra wiesza łakocie.
    Tu srebełko; tam lichtarz wprawi;
    ówdzie piernik, strojony w złocień.
    Zdobi całą w łańcuch kolorów.
    Tak się staje śliczność. Odmiana.
    W głos pulsuje rade powietrze.
    Weseleją święci na ścianach.
    Ściany białe i coraz bielsze.
    Biały obrus. Opłatki białe.
    Mroźny zachwyt okna oniemił.
    Szron zaklęty w blaszki świetliste
    różowieje, skrzy się i mieni
    w bzów okiściach, w paproci listkach.
    Na choince potop śliczności.
    Ojciec twarz swą w dobroć wygłaskał.
    Już opłatki matka rozwija.
    Buzie dzieciąt – aniołki w blaskach.
    Pierwsza gwiazda zabłysła. Wilia.
    W imię Ojca i Syna!… Wilia!..

    Stanisław Młodożeniec

  3. nutta Says:

    Lubię cytat z Tischnera: „Przestrzenią człowiekowi najbliższą jest dom. Wszystkie drogi człowieka przez świat mierzą się odległością od domu.” Bo człowiek jest i domatorem, i podróżnikiem równocześnie. Podróżnikiem w sensie dosłownym, jako ten, który przemierza świat i nabywa wiedzę i doświadczenia oraz „widoki niezwykłe”, lecz bywa podróżnikiem w marzeniach lub osobą chłonącą cudze opowieści – dom wtedy rozszerza się niesamowicie.

    Piękne jest Twoje Podkarpacie, a pewnie w ten czas przedświąteczny skupia w sobie bogactwo duchowe pokoleń.

    Tobie też niezwykłych spotkań i polskiej, świątecznej atmosfery życzę:)

  4. czara Says:

    A może po prostu wracamy, bo jesteśmy splecieni ciasną siatków więzów krwi, wspólnie spędzonych lat, uśmiechów, kłótni i walk? Mam wrażenie, że gdyby nie rodzina, nie stawiałabym już nogi na „ziemi rodzinnej”…
    I Tobie wiele owocnych reflekcji (owocujących w ciekawe notki, na przykład;)!
    PS Niesamowita ta proliferacja linków, w pierwszej chwili myślałam, że to google addwords ;)

  5. Miriam Says:

    Miłosz napisał też:
    „Niektórym z nas, również mnie, było dane odwiedzić okolice naszego dzieciństwa, w których kształtowała się cała nasza wrażliwość. Ogromna siła i głębia przeżycia takiej chwili zaprawiona była melancholią, bo nie można dwa razy wstąpić do heraklitejskiej rzeki.”

  6. Torlin Says:

    Podróżnik nie jest równy podróżnikowi. Odczucia domu rodzinnego nie są u każdego z nas takie same.
    Ja mógłbym dać przykład Andrzeja Stasiuka, a szczególnie jego książki „Jadąc do Babadag”. Tak się złożyło, że długie lata na wakacjach włóczyłem się po krajach środkowej i wschodniej Europy, byłem w wielu miejscowościach, które Stasiuk opisuje. I miałem kompletnie inne wrażenie, zupełnie inne myśli, aż czasami dochodzę do wniosku, że widzieliśmy inną rzeczywistość. A przecież to były te same wioski, te same miasteczka. Mnie się wydaje, że to zależy od nas, naszego wychowania, naszej percepcji.
    Jeżeli piszesz o potrzebie podróżowania, poznawania, masz oczywiście rację. Ale do tego dany człowiek musi mieć „gen podróży”, a to nie każdy ma. Nie każdego interesuje, co jest za rogiem ulicy. Ja miałem 10 lat, jak wędrowałem godzinami (kilometrami) po Warszawie, patrzyłem na nazwy ulic, sklepiki, napisy, uczyłem się Warszawy.
    Pozdrowienia

  7. Kartka z podróży Says:

    A ja Logosie nie lubię wracać na stare śmieci. Mój dom jest ciągle nieodkryty. To znaczy lubię wracać, ale wspominając. Realne powroty były zawsze rozczarowujące. To co kiedyś wydawało mi się wielkie okazywało się karłowate, to co było kolorowe zastawałem bure … Tak więc, przede mną droga – to mnie pociąga. Pewnie umrę w drodze – tak bym w każdym razie chciał. Taki fragment z drogi w kraju Basków – miejscowość Puenra la Reinaa. A zarazem wspomnienie z domu, w którym spędziłem dzieciństwo – to się przecież wszystko miesza.

    „…Brzegi, spięte starym kamiennym mostem, stromo opadały w dół ku leniwie płynącej wodzie. Tu, ścianą starych kamienic kończyło się miasto. Zbliżył się do ich murów, pod którymi w zagrodach i klatkach żyły jak na wsi kolorowe koguty, pstre kury, kaczki kołyszące się na boki i stada białych gołębi. Psy pilnujące inwentarza budziły się na jego widok i rozleniwione ciepłem obwąchiwały mu nogi przyjaźnie machając ogonami. Wiejskie nastroje szopek, gołębników, psich bud i klatek dla królików. Całe to zwierzęce towarzystwo mieszkańcy ukryli przed falą turystów za murami miasta. Pod oknami sali prób, skąd teraz już na całego grzmiały baskijskie pieśni, rozłożył się na trawie. Odpoczywał grzejąc plecy ciepłem płynącym od ziemi. Zasypiał po nerwowym dnu. I gdy odpływał odezwały się ukryte głęboko w pamięci spokojne wspomnienia z dzieciństwa, bezpieczne jak podwórka starych domów pełnych zwierzęcej menażerii schowanej przed ludzkimi oczami. Ciepłe wspomnienia łaszących się kotów i psów, do których mówił niegdyś jak do ludzi i odczytywał w ich oczach zrozumienie. Znów usłyszał muzykę orkiestry strażackiej płynącą z remizy w gorące, letnie wieczory na Kujawach. Zatopił się w słodyczy wspomnień jak w zapamiętanym z dzieciństwa smaku cukru na chlebie. Baskijscy strażacy grali już tylko dla niego marsze i żałobne pieśni tego kraju….”

    Pozdrawiam

  8. Pan Tarei Says:

    Ciekawy komentarz na blogu Kartki z Podróży zamieścił niedawno „staruszek”:
    „Kartko! Twój Bóg nie przyszedł do Ciebie z pierwszymi widokami burzy z piorunami i tęczy po niej. Nie przyszedł z pierwszymi słowami Twojej Mamy i Twego Ojca. Musiałeś nauczyć się czytać chłonąc choćby stwierdzenia o Objawieniu, Nawiedzeniu, cudach, ale także o opium dla mas. Nie rodzimy się gotowi, to znaczy uformowani.
    I tego uformowania często się boimy. Często w sensie mierzalnej liczby wystąpień w badaniach socjologicznych. Tak jak dzisiejsze Twe poglądy polityczne, tak dzisiejsze Twe poglądy na to “skąd przyszliśmy i dokąd idziemy” rodziły się w wymuszonej ciszy stanu wojennego. Gdyby nie stan wojenny puściłbyś się na Świętego Jana w Bieszczady i wrócił na z płonących lasów bukowych na inaugurację semestru zimowego. Bogatszy o cud natury i własne przemyślenia.
    Miałeś na nie odwagę. Ale pierwsze kroki stawiałeś trzymając się łydki Mamy i uczyłeś się rozpoznawać godzinę 18-ą po dzwonach na Anioł Pański.
    Nie urodziłeś się Kartką z Podróży. I rzadko kto w podobne podróże do świata i do siebie wybiera się. I nie miejmy im tego za złe. Cieszmy się, tak jak TU cieszymy się z Ciebie, że gdy Ty lub Tobie podobni ruszą na szlak, to spotkają ludzi z sercem na dłoni. Nie wstydźmy się tych słodkich słów. Rozumiejący ból istnienia i jego ograniczenia, takie gesty, choć nie w dziecięcym stylu, wykonują. To serce być może będzie miało postać paczki papierosów w geście częstowania, być może innego prozaicznie wyglądającego gestu.
    Nikt nie rodzi się człowiekiem wierzącym i nikt nie rodzi się ateistą. Nikt nawet nie rodzi się Człowiekiem. Człowieczeństwo to jest proces. Proces zmieniający człowieka.
    Nie rodzimy się wolni. I większość z nas woli umrzeć zniewolonymi. Wolność boli. I choć nigdy o to nie pytałem, wiem żeś do wolności przeszedł przez ból. Taki jestem zarozumiały. Gdybyś pamiętał na świeżo wszystkie napisane słowa to zza mej pogodnej twarzy umiałbyś odczytać jak się do tej pogody dochodzi. I nie wiem, czy koniecznie trzeba przejść przez ogień by być człowiekiem ze swym bogiem.”

    Ładne.

  9. Kartka z podróży Says:

    To prawda – piękny komentarz. Przejął mnie i wzruszył.

  10. alElla Says:

    Życzę zdrowych i wesołych Świąt oraz pomyślności w Nowym Roku!

  11. Adam Lizakowski Says:

    Życie jak podróż, podróże jak życie różnie się układają
    są romantyczne i szalone, czasem przez nie
    nie chce się spać ani jeść, serce przepełnia radość,
    mogą być drogą do poznania czegoś nowego,
    początkiem nowego wiersza, znajomości, miłości,
    albo przykrym obowiązkiem, bez celu lub zdobyciem
    nowych doświadczeń – podróże kształcą mawiali starożytni,
    to zmysłowa przyjemność lub fizyczny lęk przed nieznanym,
    one nadają sens ludzkiemu istnieniu, przenikają tajemnicę…
    poznania – odłożył książkę – za oknem wagonu dworzec
    Katowice – do przedziału wsiadła młoda, piękna dziewczyna,
    wyrzeźbiona w marmurze, oczy wbiła w książkę o zarządzaniu,
    to dla mnie za trudne – poczuł jak kurtyna płomieni wyrasta
    pomiędzy nim a nią zanim coś z tego zrozumie ona z marmuru,
    on z krwi, książka z drzewa zamienią się w popiół.

    Adam Lizakowski, cyklu „Wiersze krośnieńskie”

  12. Awicca Says:

    Piękny post o skarbie jakim jest dom nasz rodzinny i ziemia ojczysta nasza. Szkoda, jaka wielka szkoda, że nie mam już do kogo wracać na święta. A oddałabym każdą najpiękniejszą podróż, za święta z moją mamą w jej maleńkiej kuchence i poranną kawę z jej makowcem i pierogami z grzybami :)))

    Życzę zdrowych szczęśliwych Świat Rodzinnych w domu z choinką i ciepłem domowego ogniska :)

  13. Danielle Says:

    Wyruszamy w podróż i zostawiamy za sobą naszych bliskich, mieszkanie, codzienne problemy, zostawiamy za sobą nasze miasto, które tak dobrze znamy i w naszym wnętrzu miesza się napięcie, radość i smutek. Ale kontynuujemy podróż ku naszemu marzeniu. W trakcie podróży dowiadujemy się wielu nowych rzeczy, zbieramy doświadczenia, zmieniamy się. Nawet nie zauważamy, ale się zmieniamy. Sama podróż nas jakoś zmienia. Różnicę dostrzegamy może dopiero po powrocie do domu, kiedy spotykamy się z naszymi przyjaciółmi, kiedy wydaje się nam, że miasto, w którym żyjemy jakoś się zmieniło i często odczuwamy, że przyjaciele też są już inni.
    Wielcy Mędrcy starożytnych czasów przyrównywali w przenośni życie do jednej z takich podróży. Uczniom mówili, że są na ścieżce lub na drodze do poznania tak samo jak i oni sami. My też przechodzimy poprzez taki proces jako indiwiduum, lub społeczeństwo już tysiące i tysiące lat.
    Już długo jesteśmy w podróży. Czasami zmęczeni, czasami natchnięci naszymi zwycięstwami w pokonywaniu przeszkód na drodze, odkryciami, jaki jest nasz własny wewnętrzny potencjał i zewnętrzne możliwości. Jesteśmy miło zaskoczeni, że ciągle zostaje dużo do odkrycia, a jesteśmy przerażeni kiedy czasami wracamy, słabo przygotowani, kiedy ginie cel naszej podróży…

  14. jula Says:

    Cudownie ubrana ta Twoja kraina dzieciństwa w Szadź, niemal bajkowa ;D )))

  15. Logos Amicus Says:

    tamaryszku, może się wydawać, że pewne tonacje zapominamy, ale one przecież nadal gdzieś tam w nas brzmią.
    PS. Mogę Cię już chyba pozdrowić świątecznie :)

    julo, piękny wiersz Młodożeńca, ale to niestety jest już pieśń przeszłości. Gdzież choćby te ściany wapnem bielone i radość, która bije ze świętych obrazków? :)

    nutta, piszesz: „Bo człowiek jest i domatorem, i podróżnikiem równocześnie.” Mam wrażenie, iż to określenie pasuje do mnie jak ulał :) Niby paradoks i dwoistość, ale ja jednak nie widzę w tym sprzeczności :)

    czaro, to jest trochę frapujące pytanie: na ile nasze przywiązanie do jakiegoś miejsca jest przywiązaniem do ludzi, z którymi w tym miejscu się zżywamy? Twoja sugestia mówi, że to bardziej nasze związki z ludźmi, niż z materia środowiska, ale czy tak jest do końca? Czy pewne krajobrazy, topografia, architektura miejsc, obrazy środowiska… nie wrastają w nas podobnie jak ludzie? Zwłaszcza kraina naszego dzieciństwa i wczesnej młodości – pejzaż, który otaczał nas, kiedy dorastaliśmy i się kształtowaliśmy. Czy nie staje się on dla nas czymś w rodzaju toposu, do którego później odnosimy wszystkie napotkane w naszym życiu krajobrazy świata?

    Miriam, to prawda, nie można dwa razy wstąpić do tej samej rzeki, ale można do naszych o niej wspomnień. Ale to się wiąże z ową melancholią, o której mówi Miłosz.

    Torlinie, to co piszesz świadczy tylko o tym, jak bardzo subiektywnie odbieramy i przeżywamy wszystko to, co nas otacza. Bo ten obraz filtrowany jest przez nasze wnętrze – nasze zmysły, wrażliwość, intencje… To właśnie na tym percepcyjnym styku wymyślamy i budujemy nasze ludzkie światy. Nic w tym dziwnego: wszak świat bez człowieka jest światem… nieludzkim ;)

    Kartko: dzięki za piękny fragment i… BUEN CAMINO!

    Pan Tarei: bardzo mi się ten komentarz „staruszka” spodobał. Świetnie napisany!

    alEllu, dziekuję! I nawzajem! Wszystkiego Dobrego! Z uśmiechem :)

    Adamie, witam. Tak się zastanawiam, czy jesteś teraz w Chicago czy na Dolnym Śląsku? A może pod Krosnem, albo i jeszcze gdzie indziej chwytasz świat w swoje poetyckie strofy?

    Awicco, dziękuję za życzenia. To, że tak ciepło i z taką czułością wspominasz swoją mamę, jest Twoim wielkim skarbem.

    Danielle, to jest nasz kolejny paradoks: wyjeżdżamy bo chcemy aby coś się zmieniło; wracając pragniemy, aby wszystko pozostało takie samo. I odnosimy często wrażenie, iż nic nie możemy zmienić, albo że nic już nie jest takie samo :)

    POZDRAWIAM WSZYSTKICH

  16. liritio Says:

    Nie do końca umiem komentować teksty refleksyjne, chociaż chciałabym. Ale za dużo sprzecznych myśli w głowie się kotłuje i wybrać tę właściwą jest niełatwo.
    Jednak pięknie jest mieć tę krainę, gdzie „weselszy deptałem twoje trzęsawice” jak to Mickiewicz napisał, do której można wrócić albo chociaż o tym powrocie marzyć. Taka teoretyczna stała w życiu, złudna opoka, która jednak (mnie) daje stabilność.
    Co do powrotów po latach obserwacji i nauki (?), zdania nie mam. Za mało lat jeszcze obserwuję.

    I na sam koniec chciałam Ci życzyć radości z tych Świąt, przede wszystkim radości :) mam wrażenie, że w okresie Bożego Narodzenia tę radość łatwo stracić.

    • sarna Says:

      „mam wrażenie, że w okresie Bożego Narodzenia tę radość łatwo stracić” ?
      ?
      Mam wręcz inne doświadczenia poparte długoletnią praktyką;)
      Oczywiście Wszystkim życzę Świat w rodzinnej, miłej atmosferze.

      • liritio Says:

        Sarno, jesteś w takim razie szczęściarą :) podobnie jak wiele innych osób, na które „magia” świątecznego nastroju działa pozytywnie.
        Ja mam doświadczenia raczej odwrotne, ale nie jestem w tym sama, broń Boże nie mam na myśli jakiejś wybitnej depresji, po prostu brak tej świątecznej radości. Wynika to zapewne z wyjątkowości tych kilku dni, które obnażają ewentualną nie-wyjątkowość świątecznego otoczenia.

        A poza radością można by życzyć także relaksu duszy i ciała, oraz obowiązkowo ogromnego bałwana, pod warunkiem, że jest z czego i gdzie takiego stworzyć :)

        • sarna Says:

          Bałwana liritio łatwo stworzyć z pierwszej literki mojego imienia :) To zresztą mój świateczny podpis na kartkach. Wystarczy do pisanego E dorysować kapelusz, oczy, nos, miotłę, a nawet narty i bałwan jak z unijnej normy. W tym roku materii na niego nie brakuje za oknem. Ta zima jest szczególnie malownicza, a las wygląda jak sceneria z baśni Andersena Królowa Lodu. I jak tu nie czuć magii świąt?
          Jakkolwiek to zabrzmi zarozumiale, wiem Liritio, że jestem szczęściarą. Ufam, że wcześniej czy później też doświadczysz tego uczucia, czego Ci życzę.

  17. jula Says:

    Logosie Amicusie ale to ciągle aktualne ;)

    „W izbie ciepło. Miło. Przytulnie.
    Drwa trzaskają ogniem z komina.
    Pies pod ławą z kotem się czuli.
    Śnieg na dworze. Luty mróz. Zima.”…//

    „W rondlu postny zaskwierczał olej
    – matka postne racuchy smaży.
    Obok huczy garnków półkole,
    pryska smakiem grzybów i warzyw.
    Kłęby pary okap połyka.
    Przy choince jazgot dzieciarni.
    Starsza siostra wiesza łakocie.”…//

    „Na choince potop śliczności.
    Ojciec twarz swą w dobroć wygłaskał.
    Już opłatki matka rozwija.”//

    Po prostu – tradycja – w której przyszło nam wyrosnąć , ciągle w nas jest !… ;) ))) :D )))

    • Torlin Says:

      Ta tradycja to chyba z lekko wiejska, dla chłopaka z miasta niestety Święta nie kojarzą się z izbą, drwami

      • jula Says:

        A w którym pokoleniu z miasta ?… ;D )))

        Bo np. mój brat kupił sobie domek pod Krakowem w pewnej wsi , która w średniowieczu była grodem .

        Nawet te rytuały ze wsi zostały przeniesione do miasta. :D
        Teraz to i na wsiach bogatych jest inaczej.

        A w starych kamienicach gdzie w piecach się pali nadal, niektórzy porobili kominki i nadal drwa używają ;) !

        PS.
        Chyba ,że potomek magnackiej rodziny, bo drobna szlachta, to też raczej izby :)
        Takie widziałam w skansenie. Teraz domek na wsi , to jak pałacyk ! :D

  18. emilka Says:

    Stasiuk napisał kiedyś: „Miałem 10 lat. Siedziałem blisko pieca i przyglądałem się ich życiu. Byłem chłopcem z miasta i wydawało mi się, że to, co widzę, nigdy nie przeminie. Być może, dlatego dzisiaj tamte obrazy nawiedzają mnie jak powracający sen. Albo jak wieczność, dzięki której pamięć odzyskuje siły i wiarę”.
    Czy nawiedza nas wieczność?

    • Torlin Says:

      Może dlatego ja Stasiuka nie czuję, to co on pisze jest dla mnie tak przeraźliwie obojętne. Nadaję na kompletnie innych falach. Mam zresztą to samo z Kapuścińskim.

  19. Torlin Says:

    L.A.!
    Składam Tobie i Twoim Komentatorom najserdeczniejsze życzenia świąteczne, wspaniałych tekstów, świetnych zdjęć i pojedynków słownych na argumenty. :D

  20. jula Says:

    L.A. !
    Moja ulubiona kolęda dla Ciebie i wszystkich twoich gości :D

  21. Kartka z podróży Says:

    Logosie
    Wszystkiego najlepszego z okazji świąt i Tobie i wszystkim Twoim Gościom!

  22. Ada Says:

    Drogi L.A.
    czy mogę do Twoich rozważań dodać inny jeszcze wiersz Miłosza? Myślę, że go znasz – więc tylko dla przypomnienia.
    [z tomu „Gucio zaczarowany” 1962]

    ***

    Lubiłem go, bo nie szukał idealnego przedmiotu.
    Kiedy słyszał jak mówią: „Tylko idealny przedmiot którego nie ma
    Jest doskonały i czysty”, rumienił się i odwracał głowę.

    W każdej kieszeni nosił ołówki, szkicowniki,
    Z okruchami bułki, akcydensami życia.

    Rok za rokiem okrążał grube drzewo
    Przykładając dłoń do oka i mrucząc w podziwie.

    Jak zazdrościł tym co drzewo rysują jedną kreską!
    Ale przenośnia wydawała mu się czymś nieskromnym.

    Symbol zostawiał dumnym, zajętym własną sprawą.
    Z patrzenia chciał wyprowadzić nazwę samej rzeczy.

    Kiedy był stary, targał brodę żółtą od tytoniu:
    „Wolę tak przegrać, niż wygrać jak oni”.

    Jak Peter Breughel ojciec przewrócił się nagle
    Próbując spojrzeć w tył przez rozstawione nogi.

    I wznosiło się dalej drzewo niedosiężne.
    O iste, o istliwe aż do rdzenia. Było.

    ***
    Logosie,
    Pięknych podróży, wielu zachwytów, rozpoznań i olśnień – niech złożą się w cudowną całość, formułę zdolną stworzyć sens wędrowaniu. Może to wędrówka jest celem, przyglądanie się niedosiężnym drzewom?
    Szczęścia!

    Pięknych, radosnych Świąt – życzę Tobie i wszystkim Twoim czytelnikom i gościom!

    czytająca najczęściej w milczeniu – z podziwem
    Ada

  23. jula Says:

    ═ HAPPY NEW YEAR ═
    2011

    …….*o*o*o*o*o*o
    ………o_o_oo_o_o
    ……. (´´´´´´´´´´)
    ………|´´´´´´´´|
    ………|________|
    ………|´´´__´´´|
    ………|´´ /´´\´´|
    ………|´´ \__/´´|
    ………|´´2011´´|
    ………|´´´´´´´´|
    ………|´´´´´´´´|
    ………|________|
    ………|********|
    ………|********|
    ………|********|
    ………|********|
    ……..„” ******* “„
    ……„” ********** “„
    …../ ************* \
    …„” ************** “„
    ../*****************’\
    . |******************|
    . |******************|
    . |’=============’==|
    . |…………………………….|
    . |………Happy……………|
    . |………..New…………….|
    . |………..Year…………….|
    . |……….2011…………….|
    . |…………………………… |
    . |……….Ҩĭĭт∂……………. |
    . |’===============’|
    . |******************|
    . |******************|
    . |******************|
    . |******************|
    ..\’*****************’/
    …=============
    Kolęda cichnie bo święta ,święta i już po ! – napisał przed laty W.Młynarski .
    No ale przed nami sylwester. :)
    Za nasze polskie życie, za takie , jakie jest, wypijmy wódki łyczek z domieszką cichych łez .

    Do siego ! …

    Ps. Mam nadzieję ,że się nie rozmaże , pod wpływem … ;)

  24. porcelanka Says:

    Też się czasem zastanawiam czy formuła, która pozwala zrozumieć więcej jest rzeczywiście tym Świętym Graalem, za którym warto uganiać się po świecie :) I czy zdobycie go jest miarą szczęścia. :)
    Myślę, że droga jest równie ważna jak cel. :) Dobrego 2011 roku Logosie! :)

  25. telemach Says:

    Wychynąwszy z wielotygodniowej bezinternetowej pustki przyłączam się (cokolwiek spóźniony) do życzeń. Wszyscy wszystkim – i tak jest dobrze. To dziwne, ale święta BN i Nowy Rok są tym czasem, w którym odczuwam, że jestem częścią wspólnoty. Dziwne uczucie, dobre, szybko niestety mija.

    P.S. Piękny tekst.

  26. Logos Amicus Says:

    Moi Drodzy,
    podobnie jak telemach jestem zanurzony w wielotygodniowej „internetowej pustce”, ale oto mam sposobnosc by z niej (wprawdzie tylko na chwile) wychynac i podziekowac Wam za wszystkie Wasze slowa zyczen i pamieci.
    Co tez niniejszym z cala serdecznoscia czynie :)

    Oby sie Wam wszystkim w tym dopiero co rozpoczetym roku dobrze dzialo !
    Zdrowia, ciekawosci, apetytu na zycie, przygod roznego rodzaju… w tym i tych duchowych ;)

    Do uslyszenia (przeczytania?) wkrotce.

  27. caddicus Says:

    Ziemia, na której wyciągnięto nas za uszy z nicości, jest często ziemią, do której chcemy, by wrzucono nasze kości. Albo też rozsypano popioły pod niebem, na którym po raz pierwszy zobaczyliśmy słońce, gwiazdy i księżyc – w powietrzu, które zaczerpnęliśmy z pierwszym naszym oddechem, i które może wypełnić nasze ostatnie tchnienie.

    Dla mnie to kwintesencja Twego wpisu. Jestem w wieku, w którym powoli rozważam moment gdy kości trzeba będzie złożyć. Jest coś smutnego w naszej tęsknocie za dzieciństwem i czasem minionym:

    W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę,
    Jest takie leśne jezioro ogromne,
    Chmury szerokie, rozdarte, cudowne
    Pamiętam, kiedy wzrok za siebie rzucę.

    I płytkich wód szept w jakimś mroku ciemnym,
    I dno, na którym są trawy cierniste,
    Mew czarnych krzyk, zachodów zimnych czerwień,
    Cyranek świsty w górze porywiste.

    Śpi w niebie moim to jezioro cierni.
    Pochylam się i widzę tam na dnie
    Blask mego życia. I to, co straszy mnie,
    Jest tam, nim śmierć mój kształt na wieki spełni

  28. mona Says:

    Istotnie, dziwny tekst. Jakby jakiś inny Logos go napisał. Taki pełen pokory i rezygnacji, bez intelektualnych „pretensji”.
    Muszę przyznać – czytało mi się całkiem dobrze, mimo upału…

  29. Don Dario Says:

    Pięknie portretujecie mechanizm psychologiczny, a także doznania wypływające z Waszych, i nie tylko Waszych, perygrynacji duchowych i przestrzennych mających na celu odnalezienie SENSU. Sam też jestem takim pielgrzymem poszukującym, i w przestrzeni, i w czasie, podobne też miewam odczucia.
    Pozdrowić po prostu chciałem, wszystkiego dobrego w nowym roku.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s