KONIEC KINA?

W cyklu „rozmowy z Telemachem” kolejna – i chyba ostatnia – dyskusja, tym razem o kinie. Wywołana ona została przy okazji artykułu o filmach Krzysztofa Kieślowskiego („Nic prócz humoru różowego, czarnego, okrutnego… „) na moim poprzednim blogu. W związku z dominującym ostatnio na tych stronach tematem filmowym, przytaczam ją tutaj in extenso, gdyż moim zdaniem, poruszony w niej został dość istotny problem zmian zachodzących w naszej kulturze. Spróbujmy sobie przy tym odpowiedzieć na następujące pytanie: jaki jest nasz obecny stosunek do kina, które przecież w znacznym stopniu kształtowało kiedyś naszą wrażliwość, wzbogacało wiedzę o świecie, pobudzało wyobraźnię, a nawet wzniecało pragnienia.

*

*

• TELEMACH: Kieślowskiego niegdyś nieomal czciłem. To było tak dawno temu, o ile pamiętam po obejrzeniu „Z punktu widzenia nocnego portiera” spać całą noc nie mogłem. Genialny i zapomniany dokument. Problemy rozpoczęły się w latach 80tych. Nie poradziłem sobie z koncepcją kina jako moralitetu dla krytyków.
A recepcja Kieślowskiego?
Pewnie podobna jak w przypadku innych wielkich zmarłych. Kieślowski  zdołał dołączyć do świata kina, który bezpowrotnie odszedł. Jest na tej samej półce co reszta jego zmarłych kolegów oglądanych przez krytyków, adeptów reżyserii i krytyki oraz kilku koneserów. Jest go dużo w leksykonach. Ze świadomości widza został wymazany (z wyjątkiem, co zrozumiałe jest, Polski). Nie ma się jednak czego wstydzić. Kto w Polsce zna wczesnego Antonioniego lub De Sicce? Joselianiego z okresu przed-emigracyjnego? Albo filmy Aldricha i Kazana?

LOGOS AMICUS: Telemachu, nie mogę się zgodzić z tym, że Kieślowski „ze świadomości widza został wymazany” (z wyjątkiem Polski).
Myślę, że się go pamięta we Francji, a już jestem pewien tego, że się go pamięta w Stanach. W Ameryce był on – w czasie tej dekady po jego śmierci – najbardziej znanym reżyserem europejskim (i najczęściej wyświetlanym). Wyszło tutaj kilka książek o nim, zorganizowano kilkanaście przeglądów jego filmów. (Oczywiście mówię o środowisku ludzi zainteresowanych kinem innym, niż hollywoodzkie. Przyznam, że trochę mnie to dziwiło, ale ze względu na solidarność plemienną siedziałem cicho.)

To fakt, Joselianiego prawie nikt nie zna (toć to prawie kloszard), jednak Antonioni i De Sicca dość mocno usadzeni są w historii światowego kina i raczej nie da się ich stamtąd wyrugować. Aldricha rzeczywiście szkoda („Parszywa dwunastka” to za mało), bo był to reżyser bardzo wyrazisty i mający wiele do powiedzenia.
Jeśli chodzi o Kazana, to osobiście nigdy go nie zapomnę za „Układ” (ale – to prawda – bardziej za książkę, niż film).

• TELEMACH: Logosie, ze świadomości WIDZA – nie zaś krytyka z ambicjami. Jak wiesz chyba, wynikające z solidarności plemiennej myślenie życzeniowe ma tutaj raczej małą moc sprawczą. Kieślowski jest częścią kina, które jako powszechne zjawisko kulturowe zmarło w latach 80-tych XX wieku. Podzielam Twój żal, nie zmienia to jednak faktu, że reżyserzy-autorzy przestali być już przed laty organizatorami masowej wyobraźni, inspiratorami dyskusji i inicjatorami nowych estetyk. Od ponad ćwierćwiecza nie doczekaliśmy się żadnej nowej szkoły – kopenhaskie eksperymenty pomińmy milczeniem, bo była to raczej sezonowa moda.
Sądzę że Kieślowski – będąc częścią zamkniętej epoki miał jako Twórca szczęście. Zdążył na pociąg zwany kinem autorskim. Pociąg ten jednak już dawno odjechał a szyny rozebrano. Co jest smutne.

LA: Telemachu, a czy krytyk filmowy nie jest także WIDZEM ?
Ja zresztą nie miałem na myśli „krytyków z ambicjami”, tylko bardziej ambitnych, choć nieprofesjonalnych amatorów kina – i to konkretnie w Stanach. A takich jest tysiące.

• TELEMACH: Krytyk jest również widzem. Ale – powiedzmy sobie szczerze – że nie jest grupą docelową. Nie jest tym odbiorcą o którym mówiłem. On jest również. Między innymi.
Powiadasz amatorów takiego kina są tysiące? I to jest – drogi Logosie właśnie jak sądzę istota problemu. Bo kino – w swych założeniach nigdy nie miało być elitarne. Należałem sam do tych, którzy niegdyś żywili nadzieję że tak być może a czasami nawet powinno. Nieubłagana jest jednak wymowa cyfr w epoce panowania homo oeconomicus. Tysiące. Kropla pasjonatów w oceanie konsumentów kultury masowej. Jeśli wylądowaliśmy w tym rzędzie wielkości to jesteśmy w jednej lidze z miłośnikami poezji starogreckiej, baletu wczesnoromantycznego lub ekspresjonistycznej rzeźby. W niszy. Istotą kina była zaś jego masowość. Nawet elitarność wyrażała się w setkach tysięcy odbiorców.
Nie zamierzam umniejszać roli Kieślowskiego, wspaniały gość był. Nie przepadam jednak za kreowaniem i pielęgnowaniem złudzeń w celu poprawy dobrego samopoczucia. Kino autorskie stało się domeną garstki skorej do nostalgii i obdarzonej dobrą pamięcią. Ja znam to z czterech krajów w których spędziłem ostatnie dwa dziesięciolecia. Trudno mi uwierzyć w równoległy rozkwit ruchu niekomercyjnych kin studyjnych w USA, który w swej masowości umknął mej uwadze. I wierz mi – wcale mnie to nie napełnia ani zadowoleniem ani satysfakcją

LA: Telemachu, mnie naprawdę nie obchodzi to, czy filmy Kieślowskiego zobaczyło 8,956 osób, czy też 645,823. (Bardziej się tym powinni przejmować dystrybutorzy, chociażby.)

Niezbyt też rozumiem tok Twojego myślenia, związany z poglądem na elitarność kina. Przecież, jeśli filmami jakiegoś reżysera zainteresuje się autentycznie te kilka tysięcy odbiorców, to jak najbardziej jest to odbiór elitarny, więc to kino można nazwać elitarnym. (Cóż to za elita licząca kilkaset tysięcy osób? To jakaś horda raczej!)

Zawsze będzie istniał podział na filmy elitarne i masowe, bo kino może być zarówno sztuką wyższą, jak i plebejską – może się lokować zarówno w parnasie, jak i w suterenie. A fluktuacje dotyczące liczby odbiorców są czymś normalnym.
Gotów jestem jednak podzielić Twój żal i nostalgię za kinem autorskim par excellence (choć to nieprawda, że filmów autorskich już się nie kręci); za czasami, kiedy kino odgrywało znaczną rolę w kształtowaniu świadomości intelektualnej, wpływało na ludzi myślących, poddawało do refleksji zagadnienia istotne i fundamentalne… Ta epoka kina przeminęła i już się więcej nie wróci.
A jednak, moim zdaniem, nie jest to powód do rozpaczy. Jeśli ktoś się nie zniechęcił do kina, nie „stracił do niego serca”, to nawet wśród produktów dzisiejszych jego twórców może znaleźć coś dla siebie, zaspokoić swój głód kinomana, oczekującego czegoś więcej, niż plebejskiej rozrywki.
Mnie się to udaje.
Dzięki chociażby takim filmom, jakie robi np. Alejandro Gonzáles Iñárritu… żeby podać pierwsze z brzegu nazwisko. I nie martwi mnie to, że te filmy zobaczy tylko 14 tys. a nie 14 mln. widzów.
(Zresztą, nota bene zarówno „Amores perros”, jak i „Babel” oglądałem w pękającej w szwach sali kinowej, która może pomieścić blisko dwutysięczną widownię.)

PS. Mnie przebywanie w niszy zupełnie nie przeszkadza, pod warunkiem, że nie jest to… nisza grobowa. Bo przecież czasami jest tak, że im luźniej – tym lepiej, nieprawdaż?

• TELEMACH: Mijamy się. Ja o recepcji zjawisk i warunkach, które muszą/powinny być spełnione aby zjawisko dalej zasługiwało na nazwę zjawiska, a Ty o tym czy parę tysięcy to dużo. Postaram się to unaocznić na przykładzie opery. W XIX wieku była ona organizatorką zbiorowych emocji, targowiskiem próżności, zjawiskiem masowym z pierwszej strony gazety codziennej. Przyjazd Divy do metropolii był zdarzeniem rozpalającym namiętności, śpiewacy potrafili żegnać się arią na peronie z wielotysięczną rzeszą fanów a gazety pisały o tym tygodniami. Opera i jej twórcy rozpalali wyobraźnię tak jak dzisiaj masowe sporty. Za napisanie libretta można było nabyć rezydencję a miejsca w lożach były wykupione na lata. O to czy Verdi przewyższa Pucciniego lała się krew a straganiarki znały treść oper Wagnera na pamięć. Właściciele teatrów operowych robili na tym pieniądze. Obecnie opera i teatry operowe umarły by bez subwencji znudzonych zarządców finansów publicznych w ciągu tygodni. Świat opery jako organizatora masowej wyobraźni odszedł na zawsze.
I dlatego jest dla mnie w ocenie zjawisk kultury istotne to jak zachowuje się widownia i ile jej jest. Bo po przekroczeniu pewnego progu spadamy do zupełnie innej ligi zjawisk. Ja pamiętam czasy w których nie można było nie obejrzeć najnowszego filmu Bergmana bo oznaczało by to towarzyski ostracyzm i kompromitację. I to obojętnie o czym by ten film nie był, ile by nie kosztował i kto by w nim nie grał.

LA: Telemachu, przecież zgodziliśmy się co do tego, że pewna epoka kina odeszła w przeszłość i się nie wróci.  (I to ja jestem przeciw zamienianiu recepcji kina na cyfry.) Wszystko przemija, a raczej się zmienia i nie ma sensu rozdzieranie szat z tego powodu. W kulturze, (której rozwój połączony jest z rozwojem techniki i środków przekazu) jedno medium zawsze jest wypierane przez inne medium. Czy mamy rozpaczać z tego powodu, że już taką potęgą, jak np. w czasach międzywojnia, nie jest radio. Co najwyżej poczuć nostalgię. I postarać się zrozumieć istotę zachodzących zmian.
A jednak kino „ambitne” nadal powstaje (oczywiście – podobnie jak podana przez Ciebie dla przykładu opera – nie obyłoby się już ono bez subwencji.)

Co chciałem wykazać?
Otóż to, że amator filmu nadal jest w stanie znaleźć we współczesnym kinie coś, co jest godne uwagi; co jest interesujące, dające do myślenia, dostarczające estetycznej satysfakcji…
Stwierdzenie, że „kino się skończyło” bywa często usprawiedliwieniem tego, że przestaliśmy się nim interesować, że już „nie mamy do niego serca” (albo po prostu: że filmy nas nużą, że jesteśmy nimi znudzeni… etc.)
Moim zdaniem kino się jeszcze nie „skończyło”, podobnie jak nie skończyła się jeszcze literatura, opera, teatr… choć oczywiście owe dziedziny sztuki także są nękane różnymi kryzysami, i swoje apogea mogą już mieć za sobą.
Zmienia się również ich audytorium.

Nasze „mijanie się” wynika z czegoś innego: Twoje zainteresowanie kinem wygasło, moje nie. Dlatego widzimy je z innych perspektyw.

*  *  *

Photo: C4 (montaż własny)

Reklamy

komentarzy 26 to “KONIEC KINA?”

  1. Torlin Says:

    Bardzo bliskie mojemu sercu są Wasze rozważania. I rozumiem Was właściwie obydwóch. Ja mam podobne uczucia. Swoje stanowisko postaram się opisać w punktach, skrótowo:

    1. Tego rodzaju filmy były zawsze elitarne, tak jak od tysiącleci tego rodzaju sztuki były dla wybranych. Tak naprawdę od zawsze czymś takim interesowało się góra 5 – 10 % obywateli. I dzisiaj jest to samo.
    2. Wpadliśmy w kult pieniądza, a co za tym idzie w kult słupków (poparcia, widzów, dochodów). Teraz producent dziesięć razy się namyśli, niż da pieniądze na elitarny film.
    3. Nie ma już takich reżyserów, skończyła się epoka wielkich indywidualności, są tylko niezmiernie sprawni rzemieślnicy. Nastąpiła urawniłowka. A wśród aktorów jest inaczej? Znajdziesz chociaż jednego aktora charakterystycznego? Wszyscy są piękni, zdrowi, mądrzy i bogaci. Gdzie te czasy, gdy Ludwik Benoit grał więźnia.
    4. Koniec epoki XX wieku i początek naszego wieku to dominacja młodzieży i dzieci. To oni wskazują trendy i mody, oni chodzą do sal filmowych, oni przynoszą żywą gotówkę. I dlatego na produkcje dla nich zawsze znajdą się pieniądze, na filmy trudniejsze trzeba znaleźć producenta – pasjonata.
    5. Nie znoszę Kieślowskiego i nigdy go nie zaliczałem do wielkich reżyserów. Tak zresztą jak i Zanussiego z wyjątkiem „Barw ochronnych”. Ale ja wiem, dlaczego tak jest, po prostu jest mi całkowicie obca wrażliwość – nazwijmy to – katolicka i filmów należących do tego nurtu ja po prostu nie rozumiem.
    6. Kino mnie znudziło. Jedyny film z ostatnich lat, który zrobił na mnie rzeczywiście wielkie wrażenie, to było „Między słowami”.

    Pozdrawiam i Ciebie, i Telemacha. Mam nadzieję, że nie będziesz narzekał, że krótko odpowiadam.

  2. jula Says:

    Nie wiem czy aż koniec KINA, filmu, chyba jeszcze nie ?…..
    Ja tak ogólnie to podzielam zdanie pana inż. Mamonia :D



    A tak w szczegółowości, to nie lubię chodzić do kina ;)
    Ja zdecydowanie preferuje oglądanie filmów w domku z paroma zaprzyjaźnionymi osobami. Czasami właśnie umawiamy się na oglądanie filmu w domu. I z reguły są to stare, znane, uznane filmy, które i nam się podobają, po prostu tylko i wyłącznie czysta rozrywka, mile spędzony czas przy filmie :)

  3. Don Dario Says:

    Nie wiem skąd takie wielkie słowa – zaraz koniec kina. Kino ma się doskonale. Dowodem te wszystkie wspaniałe producje, które można oglądać na mniej komercyjnych imprezach. Zainteresowanie kinem ambitniejszym też jest niemałe. Czego przykładem tysiące widzów na projekcjach festiwalowych na imprezach takich jak sofijska Kinomania chociażby.

    Po prostu, podobnie jak w innych dziedzinach ludzkiej działalności pojawił się trudny do ogarnięcia pluralizm. Taka dla przykładu fotografia: początkowo piekielnie elitarna, trudna technicznie, kosztowna. Dziś lustrzankę cyfrową może mieć dosłownie każdy. Jeśli nie nową, to przyzwoitą z drugiej ręki. Wypączkowało tysiące różnych forum foto i galerii. Miliardy miliardów pstryknięć rocznie. Wśród nich miliony fotek bardzo dobrych i tysiące fantastycznych. Problem z nadmiarem jest taki, że trudno z powodzi chłamu wyłowić te wartościowe.

    Kino ma tę przewagę tutaj, że robienie filmów jest po prostu dużo droższe, a przez to mniej dostępne. Ale co będzie, kiedy pojawi się zalew produkcji z lustrzanek? Już przyzwoitej jakości technicznej? Kto to ogarnie? A przecież i tam będzie pereł bez liku.

    A Wy panowie, zdajecie się obaj tęsknić do centralizacji. Uznane autorytety, elitarność, a tak w zdecentralizowanym postmodernistycznym świecie nie do końca się da. Owszem grupki ludzi połączone podobna wrażliwością niczym wysepki na oceanie są i będą. Ale liczyć na supremację w kreowaniu masowej wrażliwości raczej już nie można, o ile wrażliwość w ogóle da się kreować. Może modelować co najwyżej. Ludzie myślący nadal będą czytać, nadal będą słuchać i nadal będą oglądać. Z potrzeby ducha i intelektu. Różnica dziś jest tylko taka, że Ci, którzy tych potrzeb rozwiniętych nie mają, nie wstydzą się wybrać masowej produkcji, mniej lub bardziej roztańczonej, pod gwiazdami, czy nie. Krzywa Gaussa drodzy Państwo – tak samo odnosi się do intelektu. Taka natura człowiecza. Ot, co.
    Serdecznie pozdrawiam.
    Don Dario

  4. Kartka z podróży Says:

    Tu u mnie w górach, na kresach zachodnich kraju a zarazem głębokiej prowincji jest dkf i w kinie komercyjnym co jakiś czas seanse kina studyjnego. Garstka ludzi oba kina odwiedza. No ale odwiedza. Ja czuję, że już swoje filmy obejrzałem więc sporadycznie tam bywam. Ale moje dzieci lubią ambitniejsze kino, więc czasem mi podrzucają jakieś perełki z najnowszych produkcji – są to ciekawe filmy, oglądam je z zainteresowaniem. Niektóre mnie nawet przejmują, śnią mi się po nocach. Na przykład ulubiony film mojej córki „Wszystko za życie”.
    Tak więc być może, że dobre kino przestało wpływać na masową wyobraźnie ale dociera do ludzi jakimiś tajemniczymi strumyczkami. Nie jest tak źle – po prostu jest zmiana. Więcej samotności, której nie sprzyjają pełne ludzi sale kinowe. To trochę jak w podróży tego chłopaka z filmu

  5. telemach Says:

    „A Wy panowie, zdajecie się obaj tęsknić do centralizacji”

    Don Dario – niech mnie ręka boska broni. Wręcz przeciwnie. Nie mylmy konstatacji z nostalgią. Z faktu (pewnego) nadmiaru, wynika dla mnie jedynie inflacja gatunku i marginalizacja pojedynczych utworów. I zgadzam się, że jest to zjawisko powszechne. Zgadzam się również z tym, że kino się (jako rodzaj ekspresji) nie kończy. Podobnie jak nie skończył się grecki dramat, bo co rusz ktoś, gdzieś Sofoklesa wystawi. Lub słuchowisko radiowe jako gatunek literacki.

    Skończyła się jedynie (nieodwołalnie, jak się wydaje) masowość i powszechność emocji inicjowanych przez poszczególne filmy. Gdyby Godard przyszedł nie przed nieomal 50 laty, lecz obecnie – to uzyskał by (ewentualnie) swoje 15 minut. A wtedy potrafił rozpalić do czerwoności emocje i umysły całego pokolenia, stać się estetycznym i intelektualnym patronem adeptów reżyserii na dziesięciolecie.

    A z marginalizacji wynika dla mnie (i pozostanę przy swoim) niepomierna śmieszność, gdy w mówieniu i pisaniu o filmie pojawia się rodzaj narracji, sugerujący że nadal chodzi o dzieła znaczące i (uznawanych powszechnie za) wybitnych twórców. Odbiorca, widząc że wokół niego nie ma nikogo z kim można dzielić emocje, poszedł sobie do domu. I znaczące dzieło znaczy sobie dalej (przeważnie jako torrent do ściągnięcia) dla garstki studentów, nostalgików gatunku, krytyków i innych dziwaków.

    Ale czy z tego wynika, że ja tęsknię do centralizacji? Albo, że sądzę iż kiedyś było lepiej? Ależ skądże.

    A swoją drogą – to była ciekawa dyskusja. Dobrze, że przypomniałeś.
    Kiedyś to były na blogach rozmowy! ;)

  6. Don Dario Says:

    „Skończyła się jedynie (nieodwołalnie, jak się wydaje) masowość i powszechność emocji inicjowanych przez poszczególne filmy”

    Nie mam pewności, czy kiedykolwiek kino miało aż tak wielki wpływ na masową wyobraźnię. A jeśli miało, to znaczy, że musiało schlebiać masowym gustom by porwać masy. Albo musielibyśmy uznać, że owe filmy docierały do samej istoty człowieczeństwa, powodując rezonans archetypów i u intelektualisty i budowlanego robotnika.
    Próba godzenia masowości i powszechności z elitarnością chyba z definicji skazana jest na niepowodzenie?

    Prędzej jestem skłonny uznać, że film obchodził tylko nielicznych. Tak samo zresztą jak książka. Owszem, drukowało się książki w olbrzymich nakładach, dzięki temu docierały wszędzie. Ale czy rzeczywiście były czytane? Po zmianie systemu gospodarczego, całkowite nakłady drastycznie się zmniejszyły, za to wzrosła liczba drukowanych tytułów. Znaczy to, że ludzie nie mają monochromatycznych potrzeb, wolą tęczę. Prysł mit rozwiniętego czytelnictwa, jako dowodu na wyższość kulturową systemu, w którym nawet prosty robotnik ma rozwinięte potrzeby intelektualne.

    W czasach, kiedy istniał 1 program telewizyjny i zaledwie kilka wydawnictw łatwiej było skupić uwagę intelektualistów na jednym temacie. Wyemitowano kolejny odcinek teatru telewizji i nikt nie rozmawiał o niczym innym, bo nie było alternatywy. Kiedy pojawiła się mnogość oferty kulturowej, uwaga podzielona została na wiele mniejszych strumyczków. Pojawił się wielogłos, a wraz z nim i pozorny chaos. Dziesiątki pomniejszych, wzajemnie zakłócających się dyskusji.
    Z samej natury pluralizmu wynika owa ‚wada’, która sprawia, że nic, lub prawie nic nie brzmi dostatecznie głośno by dotrzeć do wszystkich.

    Co jakiś czas wracam w swoich prywatnych rozważaniach do opozycji masowy – elitarny. Ze średnim skutkiem. Ciągle jakieś dopowiedzenia się pojawiają, jakieś dookreślenia.

  7. Kartka z podróży Says:

    Zgadzam się z Don Dario.
    To, że kina pękały w szwach nawet na ambitnym repertuarze a książki kupowało się spod lady wcale nie znaczy, że ten przekaz wpływał na ludzi. Można ich świadomość porównać do gymowej piłeczki, która naciskana zmienia kształt by po chwili wrócić do pierwotnej formy. Czy widzicie w świadomości pokolenia 50-60 latków wpływ lektur i filmów którym się masowo i z pasją oddawali?
    Pozdrawiam

    • Torlin Says:

      Kartko błagam. Cóż oznacza zdanie: „Czy widzicie w świadomości pokolenia 50-60 latków wpływ lektur i filmów którym się masowo i z pasją oddawali?” To znaczy, co mamy robić? Mnie się wydaje, że po prostu tamta kultura nas ukształtowała.

  8. Kartka z podróży Says:

    Torlinie, to bardzo proste pytanie. Przypomnij sobie tytuły najsłynniejszych filmów pierwszej połowy lat 70-tych np oskarowych czy nominowanych do Oskara i zastanów się czy cokolwiek z idei tych filmów staramy się wprowadzić w życie. Czy świat który stworzyliśmy ma cokolwiek z nimi współnego?
    Pozdrawiam

  9. Torlin Says:

    Ależ Kartku, dlaczego ja miałbym cokolwiek wprowadzać w życie. Ani czasy te, ani okoliczności. I górnolotnie stwierdzając, inne realia społeczno – ekonomiczne.
    Chodzi o coś innego, te filmy mnie ukształtowały, wyrzeźbiły moją wrażliwość, zdefiniowały mi filmowe piękno. Do dzisiaj wspominam „Wieczór kuglarzy” Bergmana czy „Powiększenie” Antonioniego. A to, że bez bólu wchodzimy w tematykę fantasy, jest reperkusją uwielbienia realizmu magicznego w „Stu latach samotności”. I tak mógłbym i o „8 i pół”, o „Lamparcie” („Magnacie”), „Przygodzie” czy „Ukrytej twierdzy”.

  10. Kartka z podróży Says:

    O tym też piszę Torlinie. Kino to żaden organizator masowej wyobraźni tylko tylko medium oddziałujące na jednostki. Gdyby faktycznie wpływało na masową wyobraźnię – nawet w latach swej świetności – świat dziś byłby po prostu inny.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Przede wszystkim przepraszam za długie milczenie spowodowane oddaleniem od internetowych łączy, które uniemożliwiło mi wzięcie udziału w Waszej dyskusji.
      Zaległości nadrabiam.

      Torlinie, odpowiem podobnie, jak Telemachowi: z mojego punktu widzenia nie jest istotne to, jaki procent widzów ogląda taki a nie inny rodzaj filmów. Dla mnie ważne jest to, że takie (interesujące mnie) filmy powstają, i że ja mam sposobność (oraz chęć) je obejrzeć.

      – Żaden prawdziwy (nazwijmy go nieco górnolotnie) artysta kina nie robi z zamierzenia filmów „elitarnych”. On po prostu robi swoje. A że zwykle groszem nie „śmierdzi” to zmuszony jest dokonywać pewnych wybiegów, by zdobyć środki na realizację swojego dzieła. Natomiast rasowy producent filmowy zawsze musi się liczyć z tym, czy wyłożone przez niego pieniądze się zwrócą, a jeszcze lepiej – czy będzie miał on ze swojej inwestycji zysk. A ten jest możliwy w zasadzie tylko wtedy, gdy zrobi się film „rozrywkowy” dla tzw. „szerszego” widza.

      – Uważam, że bardzo dobrych reżyserów nadal nie brakuje. Ponadto, w kinie traktowanym jako sztuka nie plebejska (a o takim tu mowa) nie istnieje coś takiego jak „urawniłowka”. Nie brakuje też aktorów charakterystycznych. Ale Ty przecież nie chodzisz teraz do kina, więc skąd masz to wiedzieć? :)

      – Dominacja dzieci i młodzieży, powiadasz? Tak, jeśli chodzi o konsumpcję „gadżetową”, nowinki techniczne, no i rzeczywiście – kino, największe zyski czerpie się z kieszeni młodocianej widowni.

      – Moim zdaniem zbyt surowo oceniasz Zanussiego i Kieślowskiego, ale to osobny temat, który trudno skwitować w paru zdaniach.

      „Kino mnie znudziło” – piszesz. Ale to chyba nie jest wina kina (co zresztą niedawno sam przyznałeś). Myślę, że gdybyś oglądał więcej filmów, to miałbyś większe szanse na obejrzenie czegoś, co zrobiłoby na Tobie większe wrażenie – nie tylko „Między słowami”, który to film rzeczywiście dobry jest, ale takich dobrych, jeśli nie lepszych filmów powstaje jednak w dalszym ciągu sporo.

      Jula, piszesz: „Ja tak ogólnie to podzielam zdanie pana inż. Mamonia”.
      No, to trochę rozbrajające oświadczenie :)

      Don Dario, ten tytuł „Koniec kina” nadałem mojemu wpisowi z przekąsem… a na dodatek postawiłem tam pytajnik, też zresztą retoryczny :)
      O tym że żadnego apokaliptycznego końca kina nie obserwuję świadczą chociażby ostatnie moje posty, gdzie zdałem (po swojemu) relację z dwóch wielkich festiwali filmowych, dzieląc się wrażeniami – bardziej lub mniej obszernie – z ponad 30 filmów.
      Również i Ty piszesz na swoim blogu o wielkiej filmowej imprezie, jaka odbyła się ostatnio w Sofii. Pozwól, że zacytuję Twój akapit, bo jest on tu jak najbardziej a propos i na miejscu:

      „Nie spodziewałem się, że na projekcję filmu Nanga Parbat zwalą się takie tłumy. Cieżko było kupić bilet, na szczęście sprzedawano też miejsca stojące. Kino było pełne, włącznie z każdym skrawkiem podłogi. A wśród podłogowiczów i ja. Nikt podczas filmu nie wyszedł. Wrażenia niesamowite. Spada lawina: huk, drżenie podłogi i ciała. Zdjęcia również niesamowite. A historia, mimo że doskonale znana (bo to przecież biografia Reinholda Messnera i jego tragicznie zmarłego brata Güntera) i tak trzymała w napięciu. Nie mam pewności, czy rosły facet, który siedział na podłodze obok mnie płakał, czy tylko wzrok mu się zmęczył, bo i mnie w pewnym momencie nieco obraz się zamazał ;-). Jeśli tak wygląda frekwencja na pozostałych filmach, to jestem pod wrażeniem głębokim!”

      Cóż więcej trzeba. Te słowa jedynie potwierdzają i wzmacniają moją argumentację, jakiej użyłem w dyskusji z Telemachem.
      Poza tym: słuszne są Twoje uwagi o współczesnym „trudnym do ogarnięcia pluralizmie” i wybuchu przeróżnych możliwości kreacyjnych, z których zresztą korzysta się – jeśli chodzi o „masowość” – różnie.

      Kartko, dziękuję pięknie za przypomnienie „Into the Wild” Penna. Ten chłopak z filmu niejako ucieleśnia „mit podróżny”, o którym już kiedyś – na początku naszej znajomości – wspomniałeś (pamiętasz?)
      Pozdrawiam

      Telemachu, teraz gdy tak z większego dystansu patrzę na tę naszą wymianę zdań, dociera do mnie jeszcze bardziej to, jak bardzo się w niej „mijaliśmy”. Mówiliśmy bowiem o dwóch różnych – zmieniających się w czasie – aspektach percepcji kina i jego roli w masowej (czy też elitarnej) wyobraźni. Ponadto, Twoje rozważania były z gruntu… nostalgiczne – tak trochę podejrzewam, że bardziej Ci tęskno za… sobą samym z tamtego okresu (a konkretnie – za ówczesnym Twoim oglądem i reakcją na świat, w tym na świat kina), niż za epoką, która z większym respektem traktowała film i inne sztuki, takie choćby jak literatura, opera, teatr.
      PS. Widzę, że w jednym rządku umieściłeś „garstkę studentów”, „nostalgików gatunku”, „krytyków” i „innych dziwaków”. Mam nadzieję, że w tym wszystkim podzielasz moją sympatię dla dziwaków? :)

      Torlinie, Kartko, mogę odpowiedzieć za siebie: filmy obejrzane przeze mnie w czasach mojej wczesnej (zwłaszcza) młodości były ważnym czynnikiem kształtującym moją wrażliwość, kreślącym poglądy na istotne sprawy tego świata i – jak pisze Torlin – rzeźbiły moją wrażliwość, definiując zarazem filmowe piękno. Ale jak tak czytam Torlina, który to stwierdza, to się dziwię temu jego zobojętnieniu na kino, a zwłaszcza niechęci do Zanussiego (który reżyserował moralitety „ateistyczno-chrześcijańskie” podobnie jak Bergman) oraz do Kieślowskiego, (którego filmowe obrazy były często czystym „filmowym” pięknem i którego kino jest przecież bardzo pokrewne poetyce tej, jaką reprezentował choćby właśnie Antonioni ze swoim „Powiększeniem”). Zapewnim Cię Torlinie, nadal powstają obrazy pełne (zdefiniowanego już dawniej) filmowego piękna, które nota bene najlepiej ogląda się w kinie na dużym ekranie.

  11. czara Says:

    Logosie, wróciłbyś już i zaserwował nam jakąś nieodgrzewaną potrawę ;)
    Czy kino się „skończyło”? Na pewno się zmienia, jak cały świat. Zawsze będą jednostki patrzące jedynie w dal i wzdychające, że „kiedyś to było lepiej”. ;) Ja jednak zgadzam się z Twoją konstatacją – najważniejsze, że wciąż można znaleźć to, czego się w kinie szuka, a nie to, że większość widzów pójdzie oglądać coś zupełnie innego.

    • Logos Amicus Says:

      Postaram się :)
      Ale, ale… czy przypomnienie tego co było – a co być może zostało pominięte lub przeoczone – musimy od razu nazywać „odgrzewaną potrawą”?
      Może lepszym określeniem jest jednak „wspomnienie”? ;)

  12. Markucjo Says:

    W rozważaniach nad kulturą masową przewija się stale jeden w wątek. Jest nim pytanie o wolność samodzielnego wyboru wartości kulturalnych, o swobodę myślenia, o samodzielność rozwoju umysłowego, o wykorzystywanie tych wszystkich możliwości, które tkwią w każdym człowieku. To one rozwinięte czynią zeń wartościową i twórczą osobowość ludzką.

    Przeciw kulturze masowej przemawia fakt, że wolność służy tu przeobrażeniu nowoczesnego społeczeństwa w społeczność myślącą i reagującą stadnie i jednakowo, co przekreśla szanse rozwoju osobowości ludzkiej w całej jej złożoności i różnorodności.
    Na jej korzyść świadczy, że dzięki swojemu niewątpliwemu wpływowi uniformizującemu, odgrywa rolę kojącą, a więc przez kulturę masową realizuje się pewna wersja wyzwolenia i usamodzielnienia człowieka, a przynajmniej pogodzenie go z samym sobą w takich granicach, w jakich jest to możliwe w ramach nowoczesnego społeczeństwa masowego.

    Określenie kultury masowej jako „kultury czasu wolnego” powoduje pytanie o jej „świat wartości”. Człowiek włącza telewizor, idzie do kina, udaje się do dyskoteki lub kupuje książkę sensacyjną nie wtedy, kiedy chce świadomie dokonać pewnego wysiłku umysłowego lub kulturalnego (nauczyć się czegoś, dokształcić, pogłębić swoją wiedzę), ale po to by odpocząć, odprężyć się, zrelaksować, oderwać od codzienności i zabić w jakiś sposób czas wolny, pozostawiony mu do dyspozycji.
    Oczywiście są i wyjątki; wielu ludzi chodzi do kina nie tylko po to by obejrzeć film dlatego, że wszyscy go oglądają, ale np. z racji swych zainteresowań artystycznymi postępami sztuki filmowej, wielu włącza telewizor na określone tylko programy, po których spodziewa się korzyści intelektualnych nie zaś tylko zmysłowych, wreszcie młodzież śledzi rynek muzyki z uwagą mającą w sobie coś ze skrupulatnego kolekcjonerstwa.

    A jeśli chodzi o kino dla wybranych, wysublimowane? Nie łudźmy się, że kiedyś kształtowało ono „masową wyobraźnię” – to byłby przecież antonim.
    Właściwie to zawsze tak było – im wyższa półka, tym mniej ludzi tam sięga. Wszystko zmienia się raczej w aspekcie ilościowym, nie jakościowym.

    • Logos Amicus Says:

      Kino jest częścią zarówno tzw. kultury „masowej”, jak i „elitarnej”. Nasza dyskusja była właściwie sporem o to, czy te zbiory są rozłączne czy też mają ze sobą jakąś część wspólną – i w jaki sposób te zależności rozkładają się w czasie (tzn. jak było z tym w przeszłości, a jak jest teraz).
      Wygląda na to, że wszystko tu jest sprawą zmieniających się proporcji. Tym bardziej, że – jak sam napisałeś – zmiany mają raczej charakter ilościowy, niż jakościowy.

  13. remigiusz Says:

    Rzadko wzrusza mnie coś do tego stopnia, żebym miał przyjemność z oglądania tego. A już absolutnie rzadko dotyczy to sztuki współczesnej. Największą frajdę sprawia mi oglądanie filmów, a te jak wiadomo trudno zaliczyć do sztuki wysokiej. Kino wyszło z masowej rozrywki i przy takiej masowej rozrywce pozostało. Próby robienia z kina sztuki wysokiej są dość kulawe i kończą się zwykle tym, że takie dzieło ogląda się w kinach studyjnych w towarzystwie trzech osób. Takie filmy nie trafiają do szerokiego widza dlatego moim zdaniem nie powinno im przysługiwać miano filmu. Elitarność nie jest domeną kina.

    • Logos Amicus Says:

      Jeśli już jesteśmy przy podziałach na sztukę „wysoką” i „niską” (których osobiście nie lubię i staram się jednak uniakać), to nie mogę się godzić z tym, że kino nie może reprezentować sztuki „wysokiej”. Kino bowiem to medium, które może operować na różnych poziomach artyzmu: od nic nie wartej filmomanii po kreację wysublimowanego arcydzieła.
      I jak każdy rodzaj sztuki (bo przecież kino jest/może być sztuką) ma swoją „elitarność” – czy to wśród twórców, czy to wśród odbiorców kina.

  14. telemach Says:

    „Widzę, że w jednym rządku umieściłeś „garstkę studentów”, „nostalgików gatunku”, „krytyków” i „innych dziwaków”. Mam nadzieję, że w tym wszystkim podzielasz moją sympatię dla dziwaków? :)”

    Logos: pewnie. Nie będę udawał studenta. Krytykiem nigdy nie zamirzałem zostać – będąc wyznawcą Swifta najzwyczajniej bym się wstydził. Bo – jak słusznie zauważył podziwiany przeze mnie mistrz:

    Lastly, a true critic (…) is like a dog at a feast, whose thoughts and stomach are wholly set upon what the guests fling away, and consequently is apt to snarl most when there are the fewest bones

    Tak, że pozostaje tylko dziwactwo. Noszone dumnie i z podniesioną głową. Przynajmniej, gdy nikt inny nie patrzy ;)

    • Logos Amicus Says:

      Robiłem kiedyś za tzw. „krytyka” – no i już wtedy było mi trochę z tego powodu wstyd ;)
      Ale przynajmniej starałem się warczeć mniej niż mlaskać nad smakowitością kostek, których zresztą wcale nie było tak trudno znaleźć :)
      A bycie dziwakiem? Alibi jak każde inne, tylko że chyba lepsze – no i ciekawiej być może.

  15. Chihiro Says:

    Zgadzam się z Tobą, Logosie, i Don Dario. Kino się nie skończyło i jeszcze długo, długo nie będzie zmierzać ku końcowi. Jestem przekonana, że obecnie dobrych reżyserów jest więcej niż kilkadziesiąt la temu, a to dlatego między innymi, że nareszcie przestaliśmy być w kwestiach kina światowego tacy euro-i amerykańskocentryczni. Afryka dorobiła się swoich filmowców, a także Ameryka Południowa, kontynenty, które zawsze były na marginesie kinematografii. Teraz Ameryka Południowa świeci triumfy. Oczywiście triumfy w kategorii kina niszowego, ale o tym – mam wrażenie – tu mówimy, a nie o masówce.
    Drugą kwestią jest technologia. O ile dawniej trzeba było mieć pieniądze, by nakręcić dobry film (nawet kameralny), o tyle dziś kamery cyfrowe są tanie, nie trzeba liczyć się z każdą szpulą tasmy filmowej i można do woli eksperymentować. Po kamerę chwytają ludzie, tórych dawniej nie byłoby na to stać. Oczywiście sporo kręci się miernoty, ale sporo też dobrych filmów.
    Mam wrażenie, że ludzie narzekający na upadek dobrego kina wykazują się lenistwem w podejściu do nowych prądów, nowej stylistyki i estetyki, nowej tematyki, nowych głosów. Że zasklepieni są w tym, co uważają za „dobre kino” i uparcie nie są w stanie swej definicji zmienić.

    We mnie kino nadal budzi te same emocje, które budziło dawniej. Kształtuje moją wrażliwość, powiększa wiedzę o świecie, pobudza wyobraźnię (wybacz kopiowanie Twoich określeń ze wstępu). Do każdego filmu staram się podejść z otwartością i ufnością, że coś mi da. A że oglądam dużo i to bardzo różnych filmów – szanse na poszerzani horyzontów są wielkie.

    Rozważania na temat masowości są ciekawe, ale chyb z gruntu skazane na nieporozumienia. Bo czy wszyscy rozumiemy masowość identycznie? Dla mnie także kino niszowe może być masowe. W tym sensie, że np. o nagrodzonym Złotą Palmą w tym roku „Wujku Boonmee…” Apichatponga Weerasethakula mogę porozmawiać z widzami z większości krajów europejskich, USA i wielu krajów Azji. Kiedy to w przeszłości tajski film docierał do tak wielu odbiorców w tym samym czasie?
    A czy kino było kiedykolwiek masowe? Bywało, jeśli Chińczykom kazano oglądać propagandowe filmy w fabrykach, kiedy oglądnie filmów było obowiązkiem. Kiedy człowiek miał wybór, nigdy „masy” nie oglądały tego samego. A jeśli duża grupa ludzi oglądała to samo to z braku wyboru, bo nic innego nie było. Lecz trzeba pamiętać, że „oglądała” nie równa się „rozumiała”, „czerpała korzyścia”, „wzruszała się”.

    • Logos Amicus Says:

      Mam świadomość tego, że moja dyskusja z Telemachem mogła się wydać cokolwiek anachroniczna, zwłaszcza dużo młodszym osobom, do których i Ty się zaliczasz ;)
      Jak może zauważyłaś, niejako broniłem w niej współczesności, uznając przy tym fakt, że pewne epoki kina są już raczej pieśnią przeszłości i że nie ma co zbytnio z tego powodu rozpaczać, bo to naturalna kolej rzeczy jest.
      A ja dzisiejsze kino widzę w pełnym rozkwicie.
      Masz rację, obecnie dobrych i bardzo dobrych reżyserów jest na pęczki – co zapewne jest skutkiem rozwoju technologii i łatwiejszego dostępu do środków produkcji filmowej. A ilu widzów je ogląda? I że nie trafią(trafiają) one do tzw. „masowej” publiczności? Z mojego punktu widzenia jest to sprawą wtórną – i (dość egoistycznie, to fakt) mogę stwierdzić, że tak naprawdę zbytnio mnie to nie obchodzi. Dla mnie istotnym jest to, że – jak już wcześniej powiedziałem – mam zarówno sposobność, jak i chęć by te filmy oglądać.

      Wypada też dać sobie spokój z dyskusjami roztrząsającymi problemy kultury „masowej” i „elitarnej”. Ten podział bowiem staje się coraz bardziej sztuczny, a co najważniejsze – niepotrzebny. Właściwie, to przestał mnie on już dość dawno obchodzić, a to co o tym pisałem jest chyba tylko echem moich ongisiejszych zainteresowań – nazwijmy to – socjologią kina, inspirowanych dawnymi szkołami metodologii badań kultury.
      Jeśli chodzi o mnie, to nie mam najmniejszego problemu z tym, by korzystać zarówno z produktów zaliczanych do kultury „masowej” (niesprawiedliwie kojarzonej z „niską”), jak i „elitarnej”, (która przecież nie zawsze jest aż tak „wysoka”).

      PS. Czytałem Twoją recenzję „Wujka Boonmee…”. Żałuję że nie mogę skonfrontowaćmoich wrażeń z Twoimi bardzo interesującymi uwagami o tym filmie, którego niestety nie widziałem, mimo że znalazł się on w repertuarze ostatniego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago. Po prostu nie mogłem być na jego projekcji. Może więc przy innej okazji?

      • Chihiro Says:

        Logosie, zgadza się. Bronisz współczesnego kina konsekwentnie i nie zasklepiasz się w konwencji typu „Za moich czasów to było prawdziwe kino, a teraz…”. Bardzo u Ciebie cenię tę otwartość na nowinki kinowe. Masz rację, przemijanie pewnych epok to naturalna kolej rzeczy i nie ma co się czepiać na siłę tych, które odchodzą i uparcie odmawiać uczestnictwa we współczesnym życiu kulturalnym.

        Mnie, szczerze mówiąc, podział na kino „masowe” i „elitarne” też męczy, wydaje mi się anachroniczny i sztuczny. Czerpmy z całej palety kulturalnej co nam się żywnie podoba :)

        Odnośnie „Wujka Boonmee…” to może będziesz miał okazję obejrzeć ten film w kinie? U nas pokazywano go najpierw na festiwalu, ale teraz wciąż jest w powszechnej dystrybucji i w wielu kinach można go obejrzeć. Na seansie, na którym byłam, sala wprawdzie nie była pełna, ale tak na oko z 50% miejsc było zapełnionych (sala na jakieś 250 osób), więc całkiem nieźle. Na pewno Złota Palma pomogła w dystrybucji i zwiększyła zainteresowanie kinomanów.

  16. Dominik Says:

    Czy kino współczesne straciło swoją wysublimowana pozycję-środka szerzącego kulturę i stało się jedynie skutecznym sposobem walki z nudą, zapełniającym wolny czas i nie wnoszącym nic pożytecznego do naszego życia?
    Amerykanizacja, masowość kina i szerząca się komercjalizacja rzucają dziś cień na ten, od dawna przecież poszerzający horyzonty wynalazek XX wieku Jednak nawet to nie jest w stanie zniweczyć różnorodnych zalet, które cechują kino od momentu wynalezienia go przez braci Lumiere, oraz jego ogromnej popularności.

    Wprowadzenie nowych technik (szeroki ekran, stereofonia) oraz gwałtowna ekspansja telewizji wpłynęły na rozwój sztuki filmowej wzbogacając ją i uatrakcyjniając. Zaczęto tworzyć niezapomniane widowiska. Okazało się możliwe swobodne operowanie czasem i przestrzenią (kino trójwymiarowe), luźna dramaturgia. Powstało wiele nowych gatunków filmów, które zaczęła cechować bardzo szeroka i różnorodna tematyka począwszy od komedii po melodramaty i filmy historyczne, co spowodowało większe zainteresowanie ludzi filmem, pozwalając każdemu znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Dzięki temu doszło do tego, iż obecnie filmy przedstawiają widzom wszystkie dziedziny życia, podejmują skomplikowana problematykę psychologiczną, pokazują różne wizje przyszłości… pokazuje światy – zarówno rzeczywiste jak i fikcyjne – w całym ich skomplikowaniu i bogactwie.

    Uważam, że wpływ kina na widza jest niebotyczny. Dobry film bowiem potrafi wzruszyć, zbulwersować skłonić do chwili refleksji. Uczy i dostarcza wielu prawdziwych odczuć. Nowe technologie i gigantyczne budżety pomagają stworzyć niemożliwe wcześniej do nakręcenia obrazy…zapierające dech w piersiach sceny. Pozwoliły w realny sposób przedstawić wiele interesujących zdarzeń.Sprawiły iż sceny stały się bardziej rzeczywiste niż kiedykolwiek Pozwoliło to na pełniejsze i wierniejsze przedstawianie piękna przyrody, scen walki, różnych aspektów życia takich jak narodziny, choroba czy śmierć. Przekaz wielu filmów tych wartościowszych ma uniwersalny charakter, bo tak właściwie podobne sytuacje mogą wydarzyć się niemal wszędzie, niezależnie od miejsca i kultury danego kraju, jedynie w nieco innej scenerii i z nieco odmiennym przebiegiem zdarzeń. Jednak powinniśmy być świadomi tez tej drugiej strony kina współczesnego. Każdy z nas może w jakiś sposób wpłynąć na poziom i postać filmu, może wpłynąć na kształtowanie się kina w dzisiejszych czasach, bowiem zależy to tylko od nas-widzów na co patrzymy i jakie filmy popieramy.

    • Chihiro Says:

      Dominik, „Amerykanizacja, masowość kina i szerząca się komercjalizacja rzucają dziś cień (…)”? Przecież amerykanizacja bardzo silna była w latach 50-60. Musicale, także te propagandowe, pokazujące jak życie w USA jest wspaniałe, to wynalezek lat 50., rozpowszechniany i oglądany z otwartymi oczami na całym świecie. Spójrz na stare westerny, oglądane od Polski po Iran. Amerykanizacja i komercjalizacja to nic nowego, moim zdaniem teraz kino właśnie uległo deamerykanizacji.

      „Dzięki temu doszło do tego, iż obecnie filmy przedstawiają widzom wszystkie dziedziny życia, podejmują skomplikowana problematykę psychologiczną, pokazują różne wizje przyszłości… pokazuje światy – zarówno rzeczywiste jak i fikcyjne – w całym ich skomplikowaniu i bogactwie.” – Dominik, zastanów się, o czym piszesz. Bergman już w latach 40. i 50. podejmował skomplikowaną problematykę psychologiczną, pokazywał światy i rzeczywiste i fikcyjne. Satyajit Ray czy Ozu już w latach 50. tworzyli takie filmy, że dzisiejsi filmowcy wciąż stawiają j sobie za wzory. A co z filmami dystopijnymi z lat 20., ukazujących futurystyczny świat? Bez efektów specjalnych najnowszej technologii, ale „Metropolis” robi wrażenie i dziś. Nie sztuka wykorzystać komputery do tego stopnia, by z efektów specjalnych stworzyć naturalistyczne dzieło, sztuką jest małymi środkami dać widzowi wrażenie uczestnictwa w czymś niezwykłym.

    • Logos Amicus Says:

      „Czy kino współczesne straciło swoją wysublimowana pozycję-środka szerzącego kulturę i stało się jedynie skutecznym sposobem walki z nudą, zapełniającym wolny czas i nie wnoszącym nic pożytecznego do naszego życia?”

      Dominiku, pozwól, że odniosę się tylko do tego jednego akapitu.
      Kino od samego początku było głównie sztuką „jarmarczną”, czyli taką, która na swój sposób „walczyła z nudą”, „zapełniała czas wolny”, jednym słowem – było przede wszystkim rozrywką.
      Ale czy rozrywka nie wnosi nic pożytecznego do naszego życia?
      Trudno mi się z tym zgodzić. Człowiek potrzebuje „rozrywki” jak kania dżdżu.

      A co do „wysublimowanej pozycji kina – środka szerzącego kulturę”? Takie kino powstaje nadal. A to, czy przemówi ono do nas w ten sposób, zależy tylko od nas – od naszego „wysublimowania”, ciekawości, otwartości, wrażliwości…


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s