„ZERO”, „MATKA TERESA OD KOTÓW”, „MISTYFIKACJA”, „ZWERBOWANA MIŁOŚĆ”, „CUDOWNE LATO”, „HUŚTAWKA” (o filmach 22. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce – cz. II)

Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce dobiega końca. Oto omówienie pozostałych filmów, które znalazły się w jego repertuarze.

Co decyduje o naszym życiu: precyzja przypadku czy pozorny chaos przyczyn i skutków ("Zero")

*

„ZERO” (reż. Paweł Borowski)
** * * * * *

Co decyduje o naszym życiu? Przypadek? A może poddane jest ono żelaznej zasadzie przyczyny i skutku?
W jakie relacje wchodzimy z innymi ludźmi, których nie znamy – spotykając ich na ulicy, w szpitalu, w sklepie, autobusie? (Wędrujących monad, które kolidują, to znów łączą się ze sobą – współdziałając lub rywalizując?) Czy rzeczywiście jesteśmy jak te (widoczne w „Zerze”) kulki Newtona, które przekazują sobie energię kinetyczną, uderzając w siebie i od siebie odskakując? Czy jedno nasze „tak” lub „nie” może zadecydować o czyimś życiu lub śmierci? Jaka jest w tym wszystkim nasza rola: bezwolnego trybiku mechanicznej rzeczywistości, czy też siły, która wprawia w ruch poszczególne jej elementy?
Czy ktoś potrafi przekonująco dla nas na wszystkie te pytania odpowiedzieć? Pytanie retoryczne.
Nie łudźmy się także, że dostarczy nam tych odpowiedzi „Zero”. Nie, Paweł Borowski w swoim doskonałym pełnometrażowym debiucie jedynie owe mechanizmy i reguły nam unaocznia. Należy dodać: niesłychanie precyzyjnie, obrazowo i sugestywnie, ukazując pozornie chaotyczny i przypadkowy zbiór kilkudziesięciu (!) osób, które zaludniają społeczne universum jakiegoś większego miasta w Polsce (choć równie dobrze mogłoby się to dziać wszędzie).

Zderzamy się ze sobą jak kulki Newtona (Marian Dziędziel jako taksówkarz w "Zerze")

Pomysł formalny „Zera” nie jest nowy (to dlatego, jak widzę, wszyscy w recenzjach rzucili się gremialnie, by wytknąć reżyserowi „zapożyczenia” choćby od Iñárritu, czy Altmana). Ale przecież to, że ktoś stosuje jakąś (techniczną w sumie) formułę, czy też raczej formę, nie oznacza tego, że nie może jej wypełnić swoją oryginalną, artystyczną treścią, która z „plagiatem” nie ma nic wspólnego.
A wykorzystanie tej formuły przez Pawła Borowskiego jest niezwykle zręczne, rzec można – mistrzowskie. Ja przynajmniej tak to odbierałem: te płynne przejścia od jednej postaci do drugiej, od jednego epizodu do drugiego, w sposób harmonijny scalający różne wątki; te  układające się jak w kalejdoskopie fragmenty świata stykających się ze sobą ludzi, pozornie chaotyczne, ale jakby prowadzone na sznurku jakiejś wyższej konieczności, którą zwykle nazywamy losem? (A w filmie montażem ;) )
To prawda, że widz nie przyzwyczajony do tego sposobu narracji może się czuć początkowo zagubiony, jednak dość szybko wszystkie te kawałki filmowego puzzla zaczynają się układać w dość czytelną i uzupełniającą się sukcesywnie całość.

Tak się zastanowiam, co może oznaczać to „Zero”? Rondo opowieści, która zatoczyła krąg by powrócić do punktu wyjścia, czyli zerowego? Czy też zerowy bilans strat i zysków w transakcjach, które przez cały czas zawierają ze sobą wszyscy pojawiający się na ekranie ludzie? Zwróćmy na to ostatnie uwagę, bo owa ciągła wymiana pieniędzy, jakiej jesteśmy świadkami oglądając film, to bardzo czytelny trop, choć nie do końca jednoznacznie wyjaśniony. Gdyż interpretacja, oczywiście, powinna należeć do nas. A jaka ona jest? Czy ma to sugerować, że wszystkie nasze relacje, związki i kontakty z innymi ludźmi to nic innego jak takie transakcje – handel wymienny, czyli nie bezinteresowność ale zawsze „coś za coś”? Czy też to, że życie zawsze zamieni nas w końcu na drobne? Albo że los i przypadek to są takie waluty wymienne, którymi „siły wyższe” kupczą naszym życiem?
A może tytułowe „Zero” to odniesienie do zerowej entropii, w której ostatecznie zastygnie całe nasze Universum, nie wspominając o nas, żywych – jak na razie – jego elementach?

Trzeba jednak przyznać, że cała ta mozaika nie układa się w obraz nazbyt optymistyczny. Niemal wszyscy bohaterowie „Zera” kończą dość marnie, pozostawieni sam na sam ze swoim pokręconym losem, odseparowani od innych ludzi, mimo pozornej bliskości i wzajemnego „zazębienia” . Każdy z nich ma jakąś ciemną stronę, drugie dno, gdzie osadzają się wszystkie ich wady i słabości. Niemal wszyscy wszystkich okłamują, stwarzają pozory, coś skrywają, chcą kogoś wykorzystać… No i jeszcze te tragiczne wypadki (trzeba przyznać, że trochę ich za dużo, jak na jeden dzień z życia szeregowych ludzi).
Ale czy można mieć do kogokolwiek o tę  raczej ciemną paletę zdarzeń pretensje? Może i można, ale ja akurat w tym przypadku nie chcę ich artykułować. Wystarcza mi bowiem satysfakcja z tego, że obejrzałem oto film nietuzinkowy, absorbujący, dający do myślenia… jednym słowem – znakomity.

„MATKA TERESA OD KOTÓW” (reż. Paweł Sala)
** * * * * *

Gdzie kończy się zły charakter a zaczyna psychopatia? ("Matka Teresa od kotów")

*

Paweł Sala znalazł na nas, widzów, sposób dość perfidny: już przy pierwszym kontakcie wali nas obuchem po łbie, no a potem to już tylko się znęca i jątrzy, rozgrzebując ranę, wcale nie ułatwiając nam zrozumienie tego: dlaczego?
Dlaczego dwóch braci zamordowało własną matkę, odrzynając jej głowę, pakując do szafy, gdzie jej ciało zaczęło gnić i wydzielać potworny trupi odór?
Czy usprawiedliwia go to, że postanowił zabawić się w Hitchcocka? Czy mnożąc przeróżne możliwości interpretacji i motywów tej zbrodni, budując misternie autorską (mocno przecież wykoncypowaną) strukturę filmu, nie zdradza on swego etosu beznamiętnego dokumentalisty, którego głównym celem winno być dotarcie do tzw. „obiektywnej” prawdy (czyli rozjaśnienie ludziom w głowach ich wizji świata, aby stał się on dla nich bardziej zrozumiały i sensowny?)
A Sala z premedytacją postępuje wręcz przeciwnie, mnożąc jedynie znaki zapytania, mącąc nam w umysłach, celowo podsuwając różne tropy, być może nawet mylące – co jest już jednak pewnego rodzaju manipulacją.
I, jak się wydaje, ci, którzy przed filmem uklękli – te wszystkie haczyki połknęli, przyłączając się do chóru zachwyconych niejednoznacznością i enigmatycznością obrazu.

Jak z Hitchcocka?

A Salę zdradza właśnie ten Hitchcock, który mistrzem suspensu był, ale z realizmem to już wiele wspólnego nie miał, bawiąc się właściwie swoją konwencją i zapraszając do tego widzów, którzy zresztą dość pokornie mu w tym ulegali. Bo to była zabawa. Ale i wielka sztuka.
Dlatego na film Sali wypada patrzeć bardziej jak na film, a nie silić się na dociekanie tego, co zdarzyło się w (poza filmowej) rzeczywistości, do której – zwróćmy na to uwagę – film ten wyraźnie i ostentacyjnie wręcz się odwołuje.

Obserwując więc „Matkę Teresę od kotów” z takiej właśnie perspektywy, muszę przyznać, że reżyser jednak tej wielkiej sztuki dokonał, przykuwając uwagę, prowokując i zmuszając do myślenia, choćby tylko było to myślenie o filmowych postaciach.
To prawda, w obrazie tym można się doszukać tak wielu niuansów, ciekawych wątków i zastanawiających szczegółów, że moglibyśmy je bez końca analizować, gubić się w domysłach, rozkładać całość na czynniki pierwsze… co akurat tutaj może być zajęciem stymulującym, absorbującym i ciekawym. Jak również wskazywać nie tylko na wysoki stopień psychologicznego skomplikowania ukazanych w filmie ludzkich zachowań, ale i na zawarte w nim bogactwo merytoryczne i formalne. I to jest niewątpliwie sukces „Matki Teresy od kotów”, a konkretnie twórców tego filmu, którzy zdołali to osiągnąć za pomocą… tak, tak… nie bójmy się tego słowa – artyzmu.
Przejmujące aktorstwo, niesamowite ujęcia, niezapomniany, archetypiczny i katarktyczny jak w antycznej tragedii chór starych kobiet, chwytająca nas za mózg, uszy, nerwy i serce scena finałowa… Długo by tak można…

„MISTYFIKACJA” (reż. Jacek Koprowicz)
** * * * * * – film ogólnie
** * * * * * – aktorstwo, ze szczególnym wskazaniem na Ewę Błaszczyk

Żart z Witkacego? (Jerzy Stuhr w "Mistyfikacji")

Tak niezbornego polskiego filmu to ja już dawno nie widziałem. W „Mistyfikacji” jak na dłoni widać, że nawet jeśli poszczególne elementy filmu są niezłe, produkcja solidna, aktorzy do gry się przykładają, a nawet mają z niej frajdę, scenariusz jest ciekawy a historia niebanalna, to niekoniecznie jako całość film też musi być dobry.
Dlaczego więc to wszystko nie trzyma się kupy? Nie chcę wskazywać palcem, ale możemy się domyślić: to właśnie ten brak formy, czyli czegoś, czemu Witkacy, (który, jakby nie było, jest głównym bohaterem filmu Jacka Koprowicza) poświęcił większość swoich rozmyślań o sztuce. Ja nie mam pretensji o to, że nie zobaczyłem na ekranie prawdziwego Witkacego (Jerzy Stuhr jako Witkac to żart chyba jakiś), ani nawet o to, że film nie miał właściwie nic z tego jego – nomen omen – ducha. Ja mam pretensje o to, że starano mi się sprzedać kabaret jako powieść metafizyczną, a powieść metafizyczną jako kabaret – mieszając to wszystko ze sobą bez ładu i składu. To jest po prostu brak artystycznej koncepcji, albo tej koncepcji nietrafiona egzekucja.

Historia opowiedziana w filmie opiera się na założeniu (sugestii?), że Stanisław Ignacy Witkiewicz we wrześniu 1939 roku swe samobójstwo upozorował, do grobu na Podlasiu złożono zwłoki kogoś innego, natomiast sam pisarz, malarz, filozof i prowokator żył sobie w najlepsze (?) w PRL-u aż do końca lat 60-tych, w mieszkaniu swojej kochanki Czesławy Oknińskiej, która tę wspólną próbę samobójczą rzeczywiście przeżyła. Teza ta (fabularna) wzmocniona jest faktami: rzeczywiście do Zakopanego, po ekshumacji domniemanego grobu Witkacego, przywieziono zamiast niego szkielet jakiejś młodej kobiety; rzeczywiście, jeszcze długo po wojnie do Oknińskiej przychodziły kartki z podpisem Stasia; rzeczywiście zaczęła ona sprzedawać obrazy Witkacego, które (ponoć) wcześniej spłonęły w Powstaniu Warszawskim… itd. Ale pewności oczywiście nie ma, więc także w filmie Koprowicza potraktowane jest to dość dwuznacznie: sugeruje się bowiem, że żyjący po wojnie Witkiewicz może być wytworem chorej wyobraźni (schizofrenia lub rak mózgu) Oknińskiej (granej przejmująco – być może nawet zbyt przejmująco jak na ten rodzaj filmu – przez Ewę Błaszczyk).

Zjawiskowa Ewa Błaszczyk (w roli muzy Witkacego)

A jednak odroboinę (?) zirytowało mnie to, że Witkacego przedstawiono w tym filmie jako skapciałego satyra i obleśnego erotomana, redukując jego inspiracje do kochanek, tzw. „loda” i „kurew” (bo tylko „kurwy dają prawdziwą wolność artyście” – jak wykrzykuje raz po raz w filmie Stuhr Starszy); zaś jego myśl filozoficzną do sztubackich neologizmów, typu: „na dudka-wystrychizm, kłamizm, neo-naciągizm, fałszyzm, nabieryzm, w pole-wyprowadzizm”... (czym ponoć mamy się zachwycić doceniając myślicielską oryginalność i przenikliwość naszego bohatera).
No, proszę wybaczyć! Dzieła Zebrane Stanisława Ignacego Witkiewicza (nota bene dobrego znajomego Malinowskiego, Schulza, Gombrowicza, Nałkowskiej…) liczą dobre 25 tomów! Czy nie należało mu się choć ciut, ciut więcej jakiejś… złożoności i głębi?
A tak… co o nim może sobie pomyśleć młodzież, która o Witkacym dowie się oglądając tę… no cóż… „mistyfikację”?

„ZWERBOWANA MIŁOŚĆ” (reż. Tadeusz Król)
** * * * * *

Skradzione serce prostytutki ("Zwerbowana miłość")

Wbrew nieszczęsnemu, moim zdaniem, tytułowi, (tak a propos: jeśli chodzi o tytuły, to podejrzewam, że są one czasami bardziej wymysłem producentów i dystrybutorów filmu, niż jego rzeczywistych twórców…  podobnie zresztą sprawy się mają z plakatami, które niekiedy przystają do filmu jak pięść do nosa… a wszystko to wydaje się być kierowane powodami czysto komercyjnymi) fabularny debiut Tadeusza Króla zaskoczył mnie bardzo, bardzo pozytywnie. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak klimatycznie, nastrojowo i z wielkim wyczuciem stylu zrobionego filmu.
Mimo że obraz ten nawiązuje do konkretnych wydarzeń najnowszej historii Polski (koniec lat 80-tych, rozsypujące się demoludy, padający peerel, konstytuujący się okrągły stół, popłoch i reorganizacja wewnątrz służb specjalnych), to bardziej niż naszą swojską szarzyznę, przypominał mi on kino noir i francuskie filmy Nowej Fali, zwłaszcza w momentach wielkich zbliżeń kamery i sączącej się spoza kadru, jazzującej i lekko hipnotyzującej muzyki (a wszystko to najczęściej spowite było półmrokiem, rozjaśnianym wszakże grą nocnych świateł).
Ale oczywiście, film Króla to nie tylko obraz i dźwięk. To także love story – opowieść o miłości i innych ludzkich uczuciach. Miłości – należy dodać – w swojej banalności i zwykłości niezwykłej, bo takiej, która zrodziła się między… prostytutką (piękna i zdolna aktorsko Joanna Orleańska)  a esbekiem (piękny inaczej, ale równie zdolny Robert Więckiewicz, który wydaje się ostatnio specjalizować w rolach „ludzkich” esbeków, patrz: Rożek w „Różyczce”).
Naturalnie kryminalna intryga stanowi główną oś dramaturgiczną filmu, ale jego duszę wypełnia jednak rozbudowana psychologia postaci, których Król traktuje nie tylko z zainteresowaniem, ale i wielką empatią, poświęcając im swoją – rzec nawet można, intymną – uwagę. To pewnie dzięki temu film momentami staje się dla nas czymś przejmującym. A tego raczej nie mogła by dokonać sama tylko fabularna sensacyjność wątku.

Seks, miłość i reorganizacja służb specjalnych (Joanna Orleańska i Robert Więckiewicz w "Zwerbowanej miłości")

*

„CUDOWNE LATO” (reż. Ryszard Brylski)
** * * * * *

Podczas spotkania z reżyserem, które odbyło się po projekcji filmu w kinie Pickwick w pod-chicagowskim Park Ridge, wstała pewna kobieta i zamiast skierować pod adresem Ryszarda Brylskiego jakieś pytanie, złożyła mu komplement: „Cudowne lato” bardzo jej się podobało, miło jej się ten film oglądało i czuła ulgę, że wreszcie pokazano coś, co nie jest związane z naszą narodową martyrologią, ani z polityką, czy też światem przestępczym.
Jednym słowem: sielanka, mimo, że film jest opowieścią dziejącą się niemal wyłącznie w… zakładzie pogrzebowym i na cmentarzu.
I taka jest prawda – jeśli ktoś oczekuje, że w kinie dostarczy mu się rozrywki na dobrym poziomie mydlanej opery, to „Cudowne lato” jest filmem właśnie dla niego.
Z drugiej zaś strony, powiedzmy sobie szczerze, wybitne dzieło filmowe to nie jest. I szukanie w filmie Brylskiego czegoś więcej ponad konfekcyjną rozrywkę i chwilę wytchnienia od prozy dnia naszego powszedniego, byłoby nieporozumieniem.

"Cudowne lato" na cmentarzu (i urocza Helena Sujecka jako zakochana pracownica zakładu pogrzebowego)

To dlatego siedziałem na tym spotkaniu z Brylskim cicho, zwłaszcza wtedy, kiedy reżyser spytał się o to, co nam, widzom, w jego filmie najbardziej się podobało. Bo przecież niejakim faux pas (psującym być może innym zabawę) byłoby, gdybym zdecydował się wówczas wyrazić swoją prawdę, mówiąc, że najbardziej to podobało mi się wystąpienie debiutującej w filmie Heleny Sujeckiej oraz (niemal epizodyczna) kreacja Jerzego Treli. To bowiem byłoby równoznaczne z tym, że np. scenariusz, czy gra innych aktorów (w tym Katarzyny Figury, która, powiedzmy sobie szczerze, zbyt wiele w „Cudownym lecie” do zagrania nie miała) – podobały mi się już mniej (co też jest prawdą). A – jak zauważyłem – scenariusz i reżyseria były jednak oczkiem w głowie Brylskiego.
Jaki jest mój zarzut pod adresem scenariusza? Otóż, moim zdaniem, jest to historia opowiedziana niejako „na siłę”, z grubawą cokolwiek fastrygą, a jednocześnie cokolwiek się jednak „rozłażąca”. A na dodatek: z mało przekonującymi zwrotami akcji, jak np. w przypadku pojawiającej się ni stąd ni zowąd cygańskiej wróżki, która niczym deus ex machina wyskakuje w „Cudownym lecie” na ekranie tylko po to, by wzmocnić wątły nieco wątek, tudzież rozruszać apatycznego skądinąd ojca głównej bohaterki oraz przydać barwności jej hipochondrycznemu dziadkowi.
Ale, jak już napisałem, oczekiwać po filmie Brylskiego czegoś więcej ponad sympatyczną rozrywkę z mało absorbującym nasze wyższe funkcje intelektualne zrębem, byłoby nieporozumieniem, więc muszę się przyznać: pasuję i dalej tego obrazu poddawać jakiejkolwiek krytyce nie chcę. Co można chyba uznać za małą porażkę, bo przecież takie właśnie oczekiwania miałem.
Aby jednak nie kończyć w tak minorowym nastroju, wspomnę jeszcze raz o Helenie Sujeckiej, młodej aktorce z Wrocławia, która po raz pierwszy stanęła przed obiektywem kamery i pod światłami rampy i mimo początkowego zagubienia, (o którym wspomniał sam Brylski) poradziła sobie z rolą koncertowo i obdarzyła graną przez siebie postać sporym wdziękiem i wiarygodnością. Tym większy to wyczyn, iż występuje ona niemal w każdej scenie „Cudownego lata”, więc – siłą rzeczy – musiała wziąć na siebie niebagatelny ciężar całego niemal filmu. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy ją mogli zobaczyć na ekranie ponownie.

„HUŚTAWKA” (reż. Tomasz Lewkowicz)
** * * * * *

Między wiernością a namiętnością ("Huśtawka")

Kiedy namiętność i pożądanie stają się miłością? Czy mężczyzna (albo kobieta) ma prawo do pokochania kogoś innego, niż własną żonę (albo męża)? Jeżeli tak, to jakie to jest prawo, jeżeli nie, to kto (lub co) nam je odbiera? Jak mocno wiąże nas małżeństwo, (które jest przecież pewnego rodzaju społeczną umową)? Albo, innymi słowy: w jaki sposób warunkuje ono naszą wolność (lub zniewolenie)? Jak się ma obowiązek do namiętności, a lojalność do wolności?
W jakim stopniu natura determinuje naszą skłonność do „grzechu” (że użyję tego staromodnego, wychodzącego już z użycia, terminu).
Kiedy człowiek staje się (w oczach innych) draniem (lub suką?), kiedy zaś bohaterem a nawet obiektem kultu, który poszedł za głosem wielkiej miłości, tudzież – patrząc na to z innej perspektywy – własnych potrzeb i pragnień? Kiedy zostaje niewolnikiem własnych uczuć, a kiedy walczącym o nie buntownikiem? Jak się mają genitalia do porywów serca, a hormony do miłosnej czułości?

Pomyślał by kto, że skoro o takich pytaniach mowa, to „Huśtawka”, czyli debiut filmowy Tomasza Lewkowicza, jest obrazem złożonym, obdarzonym głębią i prowokacyjnym. Ale to nie do końca prawda. To kolejny, en-ty film zajmujący się trójkątem mąż-żona-kochanka w sposób dość przewidywalny, co nie oznacza, że do końca nudny. Bo jest w tym filmie co nieco krwistości, zapętlenia, kobiecości, uroku i barwy (głównie za sprawą grających główne role Pań: Joanny Orleańskiej i Karoliny Gorczycy); jest też sporo  desperacji, niezdecydowania, huśtania się i miotania (a to już zasługa grającego, rozdartego między namiętnością a obowiązkiem, męża i kochanka Wojciecha Zielińskiego).

To jest jednak okropne, że mając uroczą, dobrze ułożoną, schludną i posiadającą klasę żonę (o małej córce i drugim dziecku „w drodze” nie wspominając), czuje się jednocześnie zgubną, odbierającą rozum i rozsądek namiętność do niezrównoważonej (choć gorącej erotycznie) artystki ze skłonnościami do samobójstwa. To jest jednak okropne (i poniżające), kiedy – mając przy boku piękną kobietę (tutaj: atrakcyjną tak jak Joanna Orleańska) – mężczyzna, zamiast niej, wybiera… onanizm (tylko dlatego, że jest ona jego żoną?). To jest jednak okropne, kiedy za plecami w kinie słyszę komentarze kobiet (i dziewczyn), radzące temu człowiekowi, żeby się powiesił (swoją drogą, łatwość z jaką w takich sytuacjach kobiety ferują o winie mężczyzn – zarazem nimi pogardzając – jest co najmniej zastanawiająca).
Tak, teraz sobie uświadomiłem, że „Huśtawka” nie jest jednak filmem, który pozostawia nas w sferze nadto komfortowej. Ale to akurat nie musi być traktowane jako tego filmu wada. Wręcz przeciwnie: może być nawet jego zaletą. I chyba jednak jest.

Jak zatrzymać niewiernego męża? (Joanna Orleańska w ""Huśtawce")

*

Reklamy

Komentarzy 28 to “„ZERO”, „MATKA TERESA OD KOTÓW”, „MISTYFIKACJA”, „ZWERBOWANA MIŁOŚĆ”, „CUDOWNE LATO”, „HUŚTAWKA” (o filmach 22. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce – cz. II)”

  1. Torlin Says:

    Jejku!
    Gdybym ja widział tyle polskich filmów, ja na ostatnim w kinie to chyba byłem na „Nigdy w życiu”. Ale to nie jest wina tylko polskich filmów, ja coraz mniej oglądam pełnometrażowych kompozycji filmowych, bo mnie one nużą. Nie jestem kinomanem.

  2. Hallmark Says:

    Jest w „Zerze” coś fascynującego, co w kinie zdarza się rzadko. To, co najważniejsze, dzieje się nie na ekranie, lecz w nas. Każdy z widzów sam może wybrać bohatera, z którym się zidentyfikuje. A może zaniepokoi go właśnie anonimowość współczesnego życia? To, że nic nie wiemy o sobie, o bliskich, nie umiemy uważnie rozglądać się wokół? Czasem się okłamujemy, czasem bywamy pryncypialni, a w obu przypadkach możemy przeżyć równie wielkie tragedie. Coś się dzieje, ale nie wyciągamy wniosków, nie potrafimy zmienić swojego życia. Stale jesteśmy w punkcie zero.
    Niepokojący film, z którym każdy musi uporać się sam.

  3. remigiusz Says:

    Bardzo ciekawy wywiad z reżyserem Zera Borowskim przeczytac mozna tutaj

    http://film.onet.pl/F,19070,1581188,1,596,artykul.html

    Niestety film mi uciekl i to juz dawno temu. Ale slyszalem o nim same dobre rzeczy od ludzi, na ktorych opini polegam.
    Zwerbowanej milosci chyba jeszcze u nas w kinach nie bylo. Podobno ma byc w grudniu.

    • Logos Amicus Says:

      Muszę przyznać, że bardzo mnie dziwi to, że „Zero” przeszło tak u nas w kraju bez echa (a moje zdziwienie było tym większe, że – jak się dowiedziałem – jest to właściwie film z ubiegłego roku, więc mogłem oczekiwać, że gdzieś tam coś o nim mówiono i pisano, a ja tego nie pamiętałem – widocznie dlatego, że pisano o nim zdawkowo). Być może film Borowskiego nie miał szczęścia, bo np. na Festiwalu w Gdyni 2009 cała uwaga widzów i krytyków skupiła się wówczas na „Rewersie” Lankosza i „Domu Złym” Smarzowskiego, nawiasem mówiąc – bardzo dobrych debiutach.
      Ja zresztą podejrzewam, że o tej całej recepcji filmów w naszym kraju (chodzi mi o odbiór w środowisku filmowym) decydują czasem względy, że tak powiem, poza-artystyczne. Ja w tym nie siędzę i może dlatego niekiedy się dziwię takim a nie innym opiniom, nagrodom na festiwalach, czy też prasie jaką ma film…
      A przecież „Zero” jest filmem bardzo dobrym nie tylko w mojej opinii. Oto właśnie się dowiedziałem, że na ostatnim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Mediolanie zdobył on aż trzy głowne nagrody: dla najlepszego filmu, za najlepszą reżyserię i najlepszy montaż. To we Włoszech zauważyli mistrzostwo polskiego „Zera” a w naszej Gdyni nie?
      Coś mi tu nie gra ;)

  4. iwona Says:

    „Cudowne Lato”- film mily, odpoczynku, relaksu i usmiechu – i gdyby nie pytania rezysera czy ujawnienie analiz i przemyslen scenariusza, to nie domyslilabym sie zeby az tak filozoficznie do niego podejsc. Mloda aktorka – rzeczywiscie brawa dla niej. I dobrze, ze rezyser wypunktowal jej prace, jej podejscie i wyrazenie mlodszych lat w ciele starszym – choc jak sie tak zastanawialam, to chyba az taka „dorosla” to ona nie jest i chyba nie jest az tak trudno (?) cofnac sie 6 lat do tylu. No ale… moze sie myle. Trela – mam wrazenie, ze gra juz wciaz na jedna nute. Ostatnio widzialam go w Krakowie, Teatr Stu – wrzesien – i ten sam wyraz twarzy, ta sama intonacja – tam gorala, tu dziadka. Ale nawet jesli, to jego styl jest warty ogladniecia. Figura, ktorej jakos nie trawie, na szczescie miala role znikoma. Choc niby wciaz krecilo sie wokol niej.

    „Matka Teresa od Kotow”- hm, chyba duzym zainteresowaniem sie nie cieszy(l) ten film w Polsce – bylam jedyna w kinie, ale moze i lepiej bo film dosc brutalny, emacjonalnie. Analiza problemow psychicznych u czlonkow rodziny, zyjacych w ich terrorze i uscisku. Znalezli uczieczke, tylko tyle ze nie tam gdzie powinni. W kazdym badz razie film dosc mroczny i cieszylam sie, kiedy zobaczylam slonce po wyjsciu z sali kinowej – i nabralam jeszcze wiekszego przekonania, ze trzeba ludzkosc uswiadamiac o zaburzeniach psychicznych, szczegolnie dzieci i mlodziezy. Bo kotom jak widac latwiej pomoc niz wlasnym dzieciom.

    „Zwerbowana Milosc” – nie wiem czemu, ale kiedy film oparty jest na faktach autentycznych ja podchodze to niego jako do semidokumentu. I tak w tym przypadku widzialam te role. O kobiecie, ktora miala dosc instynktu zeby przechytrzyc tych najprzebieglejszych. No i o szczerym oddaniu i pomocy na „dnie” spolecznym a nie wyzynach. Mialam rowniez przyjemnosc (lub moze nieprzyjemnosc) wysluchac dyskusji z Wieckiewiczem–coz, moge powiedziec, ze dobrze iz Agnieszka Holland pisze role pod niego, bo watpie czy cos innego umie zagrac, a na pewno niewiele powiedziec.
    A co do festiwalu, ktory sie konczy – nabieram przekonania, ze coraz bardziej wole dokumenty :) moze mi to kiedys „minie”. Tak jak wole „non fiction” na papierze, tak i filmy dokumentalne sa dla mnie mocnym przezyciem. Na tyle mocniejszym, ze wiecej o nich mysle, dyskutuje, czy analizuje. I tak tez ten festiwal zakoncze :)
    pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      „Cudowne lato”. Do wszystkiego można podejść filozoficznie ;) Co do Treli – podzielam Twoje zdanie (choć ja po prostu od dawna tego aktora lubię, mimo, iż rzeczywiście gama jego gry aktorksiej nie jest zbyt szeroka, zdeterminowana może w dużym stopniu przez tę jego wyrazistą aparycję). Figurze należy się moim zdaniem uznanie, choćby dlatego że cały czas nieźle – jeśli chodzi o pozycję w polskim kinie – się trzyma.

      „Matka Teresa od kotów”. Wątpię czy twórcy tego filmu liczyli na to, że zdobędzie on popularny poklask. Rzeczywiście jest to obraz mało radosny, ale ja akurat nie dobieram sobie filmów do oglądania z klucza happy – not so happy. Nie boję się filmów mrocznych, z założenia niepokojących. Mam zresztą pod tym względem zaprawę od dawna, dzięki m.in. filmom takich reżyserów jak Bergman, Kubrick, Kurosawa, Stone, Peckinpah, Scorsese… Nie szukam w kinie jedynie rozrywki – obrazów lekkich, łatwych i przyjemnych. Zaś jeśli ktoś tylko takie filmy uznaje – to niech od „Mastki Teresy od kotów” trzyma się z daleka.

      „Zwerbowana miłość”. A ja jednak nigdy, mimo że film oparty jest na faktach, nie podchodzę do niego jak do semi-dokumentu. Zawsze widzę w nim raczej artystyczną interpretację rzeczywistości, niż próbę jej zdokumentalizowania.
      A propos dokumentów. W Towarzystwie Sztuki przez te dwa tygodnie trwania Festowalu prezentowane były same dokumenty. Ale ja już nie miałem na to czasu – skupiłem się na filmach fabularnych. A szkoda, bo – z tego co wiem – wyświetlono tam kilka bardzo interesujących pozycji. Jest jednak szansa, że będę je mógł obejrzeć w przyszłości na DVD.
      A jeśli chodzi o Więckiewicza? Na festiwalu było go bardzo dużo (bo zagrał aż w sześciu filmach) i właściwie każda jego rola była inna – tak, że zaprezentował się on nam z wielu różnych stron. Nie jest więc prawdą to, że „nic innego nie umie grać”. A że nie jest wielkim mówcą ani gawędziarzem? Cóż, nie musi się takim być, aby być dobrym aktorem :)

      Jakie filmy dokumentalne widziałaś?

      • iwona Says:

        Tez licze, ze wiekszosc z dokumentow zobacze, bo musze powiedziec, ze wybrane byly doskonale a ja za bardzo czasu nie mialam. A ogladnelam „Ala z elementarza”, „Perecowicze”, „Sen o atomie”- Na seansie tych dwoch pierwszych obecni byli prawdziwi „Perecowicze” – wiec po senasie wywiazala sie bardzo informatywna duskusja. Musze przyznac, ze dala mi ona wiele. Nie tylko z punktu widzenia historii, ktora w zasadzie poznaje coraz bardziej, ale pozwolila mi na namacalne spotkanie naocznych swiadkow owych wydarzen. Moglam posluchac, i zobaczyc ludzi ktorzy stali sie czescia pewnej polskiej historii. Niesamowite uczucie jakiego doswiadczylam nie dal mi zaden film fabularny czy beletrystyka. Owszem, wywoluja one uczucia – tego zaprzeczyc nie moge, jednak jak dla mnie sa one ulotne. Te prawdziwe zostaja na dluzej, i ciagna sie u mnie latami. To samo dotyczylo „Ali z elementarza” – powiem, ze poczulam pewna czesc wspolna z tymi dwoma dokumentami, zobaczylam tam siebie. I to jest wlasnie to o czym pisze. W dokumencie mozna zobaczyc siebie, bo to sie stalo czy dzieje naprawde. Przynajmniej jesli chodzi o moja osobe. W zasadzie do dokumentu moge tez zaliczyc film fabularny „Cisza”, ktora tez zobaczylam.

        Co do aktorow – nie chodzi mi o zdolnosci do gawedziarstwa w zestawieniu z aktorstwem. Jednakze pewna inteligencja moim zdaniem pozwala aktorowi grac role roznorakie. A jak dla mnie Pan Wieckiewicz raczej roznorakosci nie potrafi zagrac, trzyma sie w fabule facetow macho. A to wiaze sie z pewna zdolnoscia do wyrazanie mysli. Jakos widzialam dosc spora roznice miedzy inymi osobami sztuki, z ktorymi mialam przyjemnosc ogladac i sluchac rozmowy.
        Najprzyjemniejsza byla dla mnie wczorajsza z Radoslawem Piwowarskim. Inteligenty czlowiek, z idea, dowcipny, i umiejacy znalezc sie w danej sutuacji. Co do Pani Figury, nie umiem az tak ocenic jej talenu – nie mam az takiego warsztatu, zeby cos do rzeczy napisac. Jestem zielonym odbiorca kina :) w kazdym badz razie, aktorka ta jak dla mnie kreuje role charakterystyczne z pewna stala minka, wydetymi ustami, i tembrem glosu. No i ma niewatpliwe pewne specyficzne cechy w swej budowie ciala :))

        • Logos Amicus Says:

          Trochę mi żal, że nie widziałem tych dokumentów. Zwykle, podczas Festiwalu, udaje mi się obejrzeć kilka filmów dokumentalnych, ale w tym roku jakoś tak wypadło, że nie mogłem się z nimi zapoznać. Skupiłem się na filmach fabularnych, bo to była chyba jedyna okazja, by zobaczyć je w „prawdziwym” kinie, czyli na dużym ekranie (co, przynajmniej jeśli chodzi o niektóre filmy, jak np. „Wenecja”, jest dla mnie dość istotne, gdyż nic moim zdaniem nie zastąpi projekcji w sali kinowej, z całym tym specyficznym misterium magicznej latarni ;) )
          A jednak najbardziej mi szkoda tego, że ominęły mnie spotkania z bohaterami tych filmów (także z ich twórcami), bo zwykle te dyskusje są bardzo interesujące, a bywa że i fascynujące i rzeczywiście na długo zostają w naszej pamięci.

          Radosława Piwowarskiego miałem przyjemność poznać osobiście. Właściwie to spotykałem się z nim za każdym razem, kiedy był w Chicago – i to były długie, wielogodzinne rozmowy w cztery oczy ;) (wyszły z tego dwa opublikowane w prasie wywiady – będę chyba musiał kiedyś do nich wrócić, w ramadch podróży nostalgiczno-retrospekcyjno-sentymentalnych ;) , tym bardziej, że w zasadzie nigdy na swoim blogu nie podejmowałem tego wątku wywiadowczego w moim życiu, a był on dość mocno – w latach 90-tych – rozbudowany ;) )
          Z tego co wiem, to tym razem przyjechał tu Piwowarski po to by przypomnieć swój film sprzed wielu lat pt. „Yesterday”, (do którego też mam wielki sentyment).
          Swoją drogą ciekaw jestem jak Ty odebrałaś ten film, bo odnosi się on właściwie do młodzieńczych doświadczeń starszego pokolenia (Twoich rodziców?)

        • iwona Says:

          A to ciekawa jestem tych rozmow z Piwowarskim. Jak zamiescisz je na blogu to daj znac ;)
          „Yesterday”- drugi raz widzialam ten film, wlasnie po ok 20 latach od „pierwszego razu” – i …czy skleroza, czy tez wlasnie to, ze to fabularny obraz, nie pamietalam zbyt wielu wrazen, jedyne co pozostalo we mnie to pozytywne raczej uczucie „dobrego filmu”. I szczerze powiedziawszy nie odebralam tego w kontekscie epoki moich rodzicow, a raczej w kontekscie „konfliktu pokolen” i w kontekscie udzialu ksiedza (kosciola/wiary) w komplikowaniu ludziom zycia ;)))) – kazde pokolenie ma swoje problemy a jednak sa one wciaz uniwesalne – proba odrebnosci, zaistnienia, pasji, lamanie ustalonego porzadku swiata, niestabilnosc emocjonalna, wiara w idealy i potrzeba bycia zrozumianym, a przedewszystkim kochanym. Musze przyznac, ze ten film ma raczej przeslania ponadpokoleniowe. To raczej „rozyczka” wywolala u mnie zastanowienie o jakosci zycia moich rodzicow, w wieku kiedy startowali ze swoja dorosloscia. Nieciekawie, choc patrzac na ich i moje zycie, moge powiedziec, ze „nie liczy sie gdzie tylko z kim” – :))

        • Logos Amicus Says:

          Z tego co pamiętam, to właśnie najwięcej rozmawialiśmy o „Yesterday” ;)

          A tak na marginesie: myślę kiedyś zamieścić na moim blogu przynajmniej… wspominki tych wywiadów, które przeprowadziłem na początku mojego pobytu w Stanach (a było ich dobre pół setki), może jakieś małe ich fragmenty. Nigdy chyba o tym tutaj nie pisałem, a właściwie to szkoda, żeby ten materiał odchodził w zapomnienie, bo ma on walor dokumentalny, archiwalny.
          Posiadam jeszcze taśmy z tych wywiadów, kilka zostało nagranych na video (na pewno wywiad ze Stuhrem, Pietrzakiem). Muszę coś z tym zrobić, zanim się one same wymażą ;)
          Np. Niemen – mam gdzieś nagranych kilka rozmów z nim (w prasie została opublikowana zaledwie mała ich cząstka), a przecież to postać w polskiej kulturze ważna, rzec można – historyczna.
          Podobnie jest z Zanussim, Olbrychskim, Jandą, Góreckim, Urbaniakiem, Pietrzakiem, Machulskim, Pszoniakiem, Zaorskim, Nowickim, Dymną, Meszaros… etc.
          W sumie – fajna to była (i pouczjąca niewątpliwie) przygoda :)

  5. Ziel Says:

    Huśtawka jest wspaniałym przykładem, w jaki sposób dobry, choć oklepany i znany wszystkim pomysł można popsuć. Zamiast dramatu psychologicznego emitującego w stronę odbiorcy całą gamę uczuć, emocji i innych doznań artystyczno-psychologicznych zmuszających do chwil zastanowienia, dostajemy coś na kształt telenoweli, gdzie losy bohaterów nie są zbyt porywające. Niekończące się wykręty i tłumaczenia Michała, głównego bohatera zarówno w stosunku do symbolu spokoju ogniska domowego, jego kochającej żony, jak również w stosunku do kochanki, nie przypominają niczego innego, jak właśnie operę mydlaną będącą kooperacją meksykańsko-wenezuelsko-amerykańską.
    To tyle o jednym filmie.

    • lucas Says:

      Przesadny realizacyjny glamour podkreśla tylko sztuczność świata, który kreują na ekranie twórcy. Nie wierzę, że projektantka mody o artystycznej duszy mogła zakochać się bez pamięci w mdłym, zaobrączkowanym doktorku. Nie rozumiem, dlaczego żona naiwnie daje się nabierać na wykręty niewiernego męża. No chyba, że Michał jest kochankiem wszech czasów i umiejętnościami w sypialni rekompensuje brak polotu, poczucia humoru oraz emocjonalne popapranie.

      • Markucjo Says:

        Jeśli nie wierzy pan, że dziewczyna o artystycznej duszy może zakochać się w młodym, żonatym lekarzu, to tylko dowodzi jak niewiele pan wie o miłości. Miłość nie zna granic a cechy charakteru, osobowość, zawód czy stan cywilny mają tu często niewielkie znaczenie.
        Pozdrawiam.

    • autor.autor Says:

      W „Huśtawce” zawodzi reżyser i to bardziej jako scenarzysta. Jeśli chodzi o formę – również jest nierówno. Raz niezwykle czule i spostrzegawczo (komar na szynie, struny instrumentu), innym razem tandetnie (kamera cyfrowa). Niepotrzebnie też wpada w teledyskowy styl (scena deszczu na huśtawce, woda spływająca po rzęsie Karoliny Gorczycy). Zabrakło dyscypliny. Fajnie, że reżyser potrafi nakręcić takie rzeczy, ale filmowi to nie służy. Sceny te są za długie i w istocie niczemu poza popisem nie służą.
      No i ta haniebna, chilloutowa muzyka, (która nigdy do kina się nie nadawała). Odbiera napięcie i szlachetność poszczególnym scenom. Napięcie najlepiej buduje się w ciszy. Lepiej już po raz n-ty posłuchac zużytej dla potrzeb kina, ale wciąż wspaniale brzmiącej kompozycji Bacha na wiolonczelę niż polskie plumkanie nie na temat.

  6. liritio Says:

    Festiwale i debiuty, debiuty… A ja miałam iść na grany właśnie w Warszawie festiwal i nic z tego nie wyszło, ot, nie jest mi dane :)

    Więckiewicz staje się wszechobecny. Może to i dobrze, bo aktorem jest zacnym (lubię to słowo :), więc lepiej, że to on patrzy na mnie z każdego plakatu, niż jakaś „gwiazda” z „Klanu”. Ale i tak jest go dużo…
    „Zerem” mnie zafascynowałeś (chociaż nie ukrywam, że czytałam jedynie Twoją recenzję, także brak mi drugiej opinii), szczególnie, że ten efekt domina, kiedy moje działania mogą mieć wpływ na codzienność kogoś całkowicie mi nieznanego i znacznie oddalonego, to temat, który zawsze mnie pociąga. Również Altmana fanką jestem, także chyba „Zero” obejrzę przy najbliższej okazji, chociaż możliwe, że to pełne marazmu zakończenie mnie dobije.

    Również „Zwerbowana miłość” wydaje się ciekawa (znacznie ciekawsza, niż zapowiada tytuł).
    Natomiast na „Huśtawkę” prawie poszłam, ale jednak odstraszyły mnie słabe recenzje.
    Zdrada to temat powszechny, interesujący (na swój sposób), rzadko oferujący proste wnioski i ładną ścieżkę do potępiania winowajcy.
    Szkoda więc, że tak niewiele znam dobrych filmów podejmujących odwieczny trójkąt (przynajmniej ;), które nie psułyby wszystkiego banalnymi zakończeniami, ogólnym sprowadzaniem sprawy do pustych i utartych schematów.
    Jest taki duński film, „Praga”, poniekąd właśnie o zdradzie. Według mnie świetny, nawet mimo tego, że z żadnym z dwójki bohaterów bym się nie zgodziła.

    • Logos Amicus Says:

      Nie martw się liritio, jeśli nic nie wyszło z warszawskiego festiwalu w tym roku, to na pewno wyjdzie coś z następnego :)

      Jeśli lubisz amerykańskiego Altmana, to pewnie i polskie „Zero” Ci się spodoba.
      Nie wiem dlaczego piszesz o „pełnym marazmu zakończeniu” tego filmu. Jeśli to wynikło z mojej recenzji, to moja wina. To prawda, „Zero” ma dość pesymistyczną wymowę, ale chyba jednak nie ma tam marazmu, który kojarzy się z jakąś… dołującą degrengoladą, smętkiem, ciemną melancholią, biadoleniem…
      Ten film to taki majstersztyk, którego konstrukcja być może wygląda na sztuczną i wydumaną, ale jest zrealizowana z takim polotem, że to nie razi, a wprost przeciwnie: wszystko tam gra i pracuje jak w szwajcarskim zegarku. I (mnie przynajmniej) dostarczyło wiele satysfakcji.

      „Zwerbowana miłość” jest ciekawa, „Huśtawkę” chyba można sobie darować :)

      A propos „trójkątów”: wczoraj widziałem jeszcze jeden ciekawy film, zajmujący się właśnie trójkątem, ale w sposób zdecydowanie mocniejszy od tego zwyczajowego, jaki nam się serwuje w kinie (no może „Fatal Attraction” było tu wyjątkiem).
      Mówię o filmie „The Woman Who Dreamed About a Man” duńskiego reżysera Per Fly’a z międzynarodową obsadą (jedną z głównych ról gra Marcin Dorociński) i mocną rolą Dunki Sonji Richter. Jest to produkcja francusko-norwesko-duńsko-czesko-polska, widać tam trochę Paryża, trochę Kopenhagi, ale akcja w większości dzieje się w Warszawie.
      Miłość doprowadzona do obłędu. Niewykluczone, że mogłaby Cię poruszyć ;)

      Poniżej: foto z plakatu do tego filmu:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/womanthatdreamedaboutman.jpg?w=780
      „The Woman Who Dreamed About a Man”

      • kinofil Says:

        “Kobieta, która pragnęła mężczyzny” to kontrowersyjny film – dla większości widzów prawdopodobnie nudny, dla wrażliwców – przykry w odbiorze. Warto wspomnieć, że oskarża się ten obraz także o utrwalanie antyfeministycznych stereotypów płciowych (mężczyźni – zainteresowani tylko seksem, kobiety – niezrównoważone emocjonalnie masochistki).
        Sądzę jednak, że film ten znajdzie wąskie grono osób, które będą potrafiły się w nim rozsmakować. Warto zwrócić uwagę na zdjęcia (pięknie sfotografowana Warszawa) i muzykę, które kreują dość dobrze oniryczny nastrój. Mnie wprawdzie ten obraz “ostatniego warszawskiego tanga” jakoś nie uwiódł, lecz może tylko dlatego, że uwierzyłam za bardzo swego czasu zjadliwej ironii w głosie krakowskiego Poety wyśpiewującego z towarzyszeniem zespołu “Czarne ciasteczka” znamienne slowa: “bo miłość zbawia najlepiej w Warszawie”.

      • liritio Says:

        Wyjdzie, albo i nie – ostatnio jedyne co mi wychodzi, to pójście do kina na 7ego Pottera, (serio, wyszło nawet wbrew mej woli :) I jak tu się ukulturalniać?

        A na „Kobietę, która pragnęła mężczyzny” chcę iść, chcę obejrzeć, tylko tego nie ma w polskich kinach, nie było i na razie nie będzie. A festiwale… No cóż, wygląda moja bytność na festiwalach tak, jak wygląda :)
        A chciałam zobaczyć, chociaż na polskich stronach ma średnie recenzje, ze względu na temat, na Dorocińskiego – jego lubię – i na te zdjęcia, które bardzo pięknie wyglądają.
        Natomiast powyższe ujęcie z plakatu to jak przeniesienie z „Powiększenia” :) ale to może skojarzenie tylko moje i na wyrost.

    • Logos Amicus Says:

      liritio, nie tylko Twoje i wcale nie na wyrost:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/blowup_poster.jpg?w=780

      To jest zresztą jakiś taki mocny trend ostatnio u nas w kraju, by – jak to się delikatnie mówi – „zapożyczać” pomysły na plakaty filmów rodzimej produkcji. Prawdę mówiąc, to nie wiem dlaczego tak jest. Przecież mieliśmy w Polsce znakomitych, światowej klasy plakacistów (dorobiliśmy się nawet czegoś takiego jak „polska szkoła plakatu” – nasze plakaty uznawane były za najlepsze na świecie) a teraz taki zjazd. Co się dzieje?
      Tych posterowych plagiatów było ostatnio sporo. Oto pierwszy z brzegu, jaki mi przychodzi do głowy:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/posters.jpg?w=780

  7. jula Says:

    Hmm, z tymi plakatami, to jak z reklamami, taki wszechobecny współczesny trend, (chyba taka nasza rodzinna wada). Ponoć, już Rej coś na ten temat gadał. Coś, że nie gęsi i etc.. .
    Skoro o drobiu, to ja o Kaczkach. Bo wczoraj oglądałam.
    W TVP1 było wręczanie „złotych kaczek ” – transmisja chyba z sali kongresowej z pałacu kultury w W-wie ;)
    Multum kategorii. Prowadząca G.Torbicka, jak zawsze świetna.
    Filmy raczej starsze, z ubiegłego roku i bez niespodzianek, te same nagrodzone, które były i w Gdyni ;)
    Ja natomiast o aktorach i ich kreacjach w całej ich karierze;
    słusznie D.Olbrychski i słusznie K.Janda.
    Co do tych filmów ze złotymi Kaczkami, (jakie to adekwatne, bo kraj zdominowany przez kaczkę i donalda;)
    Hmm, zastanawiam się, czy Ktoś, kto nie interesuje się zawodowo, jest w stanie te filmy obejrzeć ;), ja i to przez przypadek może dwa, trzy tytuły i na tym basta !…
    Szkoda mi mojego, zdrowia nerwów i etc..
    Ten wykreowany, czy kreowany świat, ta bajka z ekranu, to nie moja, ja jej już nie chce !…
    Ale to jest moje zdanie i ciesze się, że inni lubią oglądać i jeszcze chce im się gadać na temat tych filmów ;)

  8. czara Says:

    Twoja notka przypomina mi, że polskich filmów oglądam mało. Przydałby mi się jakiś taki festiwal… Z całej powyższej listy udało mi się zobaczyć tylko „Matkę Teresę od Kotów” – bardzo dobry film moim zdaniem, ale o tym już pisałam.
    PS A tak z innej beczki – byłam w Paryżu na filmie Skolimowskiego z 65 roku. Sala była pełna, a kolejka po bilety zajmowała pół ulicy. Po filmie szczere oklaski.

    • Logos Amicus Says:

      A ja ciagle czekam na sposobnosc obejrzenia najnowszego filmu Skolimowskiego „Essential Killing”.
      A z innej beczki (i na dodatek nie-polskiej): podobo niedlugo ma wejsc na ekrany najnowszy film Inarritu „Biutiful”. Bardzo jestem go ciekaw, bo wszystkie filmy tego rezysera wydaly mi sie wyjatkowe.
      O „Matce Teresie od kotow” pisalas? Wybacz, ale nie pamietam. Bede musial poszperac na Twojej stronie :)
      Pozdrawiam

      PS. Gdyby nie Festiwal w Chicago, to tez pewnie nie widzialbym tych filmow, o ktorych napisalem. Ale to byla sposobnosc, ktorej nie chcialem „przepuscic”. Poza tym, z organizatorami tej imprezy czuje sie „zwiazany” od wielu, wielu lat. No i – last but not the least – ja w dalszym ciagu bardzo lubie ogladac filmy w kinie, tudziez interesuje mnie to, co sie dzieje w polskim kinie.

  9. joan Says:

    Mnogość filmów jakie obejrzałeś, może przyprawić o zawrót głowy. Czy po obejrzeniu tylu pozycji nie miałeś lekkiego zamętu i przesytu?
    Z filmowej lawiny, wydłubałam kilka, które tez widzialam:

    Zero – swietny, inny, zaskakujacy
    Wenecja – doskonały wizualnie
    Kołysanka – niewypał
    Wszystko co kocham – według mnie nijaki
    Moja krew – mocny, ale ,,Chrzest” tego reżysera lepszy

  10. grześ Says:

    Hm, znowu z opisanych przez ciebie filmów oglądałem tylko jeden i ten jeden mi się oczywiście nie podobał:) (nie wiem, po co oglądać filmy, które się nie podobają, ale ja po prostu lubię oglądać filmy, acz mam też fazy na nieoglądanie, teraz właśnie taką mam)

    A nie podobała mi się „Matka Teresa od kotów” (właściwie ja jestem antyfanem jesli chodzi o polskie kino:))
    Nie zapadł mi ten film w pamięć, wydawał mi się przekombinowany, pozbawiony jakiegoś spójnego wyjasnienia tego, co się dzieje w nim. No bo z jednej strony tło społeczne (bieda , dysfunkcyjna rodzina itd), z drugiej sugestia, że właściwie zabił bohater, bo był chory psychicznie. Taka dla mnie bez sensu sprzeczność.
    Wkurzały mnie te mistyczne wątki, cała ta postać starszego brata i syna była przekombinowana, że aż strach.

    Z filmów polskich niedawno zrobionych wolę „salę samobójców” (acz też mam mnóstwo zarzutów do tego filmu, opisywałeś?)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s