„WENECJA”, „ŚLUBY PANIEŃSKIE”, „KOŁYSANKA”, „ŚWIĘTY INTERES”, „MAŁA MATURA 1947”, „MOJA KREW”, „WICHRY KOŁYMY” (o filmach 22. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. I) )

Wprawdzie Festiwal Filmu Polskiego jest dopiero na półmetku, to jednak – kontynuując wątek jesieni w kinie – chciałbym już teraz podzielić się z Wami wrażeniami jakie wyniosłem po obejrzeniu siedmiu filmów, które znalazły się w repertuarze chicagowskiej imprezy.

”WENECJA” (reż. Jan Jakub Kolski)
** * * * * *

Okrutny świat widziany oczyma dziecka nie przestaje być światem tajemniczym i magicznym

„Wenecja” to bez wątpienia najpiękniejszy wizualnie film Jana Jakuba Kolskiego – co jest zachwytem tym większym, że przecież dotychczasowe jego filmy też pod tym względem sroce spod ogona nie wypadały, wyróżniając się urodą wręcz magiczną spośród innych obrazów polskiego kina nurzających się z namiętnością wręcz turpistyczną w szarzyźnie i przaśności europejskiej prowincji, jaką niektórzy widzą nasz kraj od zawsze.
Każde dziecko wie, że JJK to jeden z najbardziej oryginalnych naszych twórców filmowych, że jego filmy rozpoznać można na kilometr, i że zawsze jest w nich magia, którą Kolski wyciąga jak królika za uszy z przepastnego i zaczarowanego kapelusza swojej dziecięcej wyobraźni. Przy czym, jego pierwsze filmy nie udawały tego, że są jakąś drugą stroną lustra naszej twardej, prozaicznej i rozczarowującej rzeczywistości, tworząc swój autonomiczny a cudowny świat niczym z baśni dla dzieci mniejszych i większych. Z czasem jednak (głównie z prozaicznego względu, jakim był brak materialnych środków do kreacji tychże światów) Kolski zbliżał się do „realizmu”, nie rozwiewając wszak swej poetyckiej aury i nie pozbywając się wielkiej a zmysłowej wrażliwości na barwę, obraz, muzykę… ani tej lirycznej głębi i subtelnego drżenia pod „ludzkimi żebrami” (te ostatnie, ujęte w cudzysłów słowa, to autorskie określenie JJK odnoszące się do… serca, duszy, nerwów, trzewi – czyli do ludzkiej wrażliwości.)

Chłopięce marzenia zderzają się z realnym koszmarem

„Wenecja” Kolskiego to czysta poezja dla oka, ale już nie miód dla naszej duszy – bo tyle w nim gorzkiej i bolesnej melancholii, że można nią obdzielić kilka najsmętniejszych nawet obrazów. Bo taki też był okres, w jakim osadzona została akcja filmu, którego pomysł zaczerpnięto z jednego z opowiadań Włodzimierza Odojewskiego (chodzi konkretnie o „Sezon w Wenecji”). Jest to historia 11-letniego chłopca, którego dojrzewanie przypadło (czy musimy dodawać: jakże niefortunnie?) na czas wybuchu II wojny światowej, niemieckiej okupacji, sowieckiej „wyzwoleńczej” inwazji i… dość nieodpowiedzialnego szlajania się jego własnej matki, która pozostawiła go na pastwę niespełnionych marzeń, znienawidzonego miejsca (popadły w ruinę pałac zaludniony niespełnionymi w życiu ciotkami) i bolesnych doświadczeń tamtego okrutnego czasu.
Trudno twórców „Wenecji” posądzać o jakiekolwiek zapożyczenia (z wyjątkiem ścieżki dźwiękowej, która ponoć okazała się być plagiatem, więc musiano ją zmienić – nota bene na znakomitą), ale film przywiódł mi do głowy pewne skojarzenia… choćby z „Tajemniczym ogrodem”, choćby z „Labiryntem Fauna” czy z „Alicją w Krainie Czarów”, a nawet z „Pannami z wilka”… ale to pewnie dlatego, że oglądam zbyt wiele filmów. Obraz Kolskiego ma natomiast bardzo specyficzny i ogarniający wszystko (przemożnie) klimat, co jest już bez wątpienia jak najbardziej autorską zasługą samego reżysera, ale i również – nie można o tym nie wspomnieć w jakiejkolwiek uczciwej recenzji tego filmu – operatora zdjęć Artura Reinharta.

Marcin Walewski w „Wenecji”

Kolskiemu udało się również (jakimś cudem?) ożenić w swoim filmie ogień z wodą. Woda to wg mnie powolna akcja, niespieszne tempo, długie a wymowne spojrzenia, rozległe panoramy, ciemna chromatyka… Ogień zaś to te krótkie, ale jakże dramatyczne i bolesne spięcia: strzał w tył głowy polskiego oficera w Katyniu, wyrok wykonany (przez dzieci, zresztą) na volksdojczu, Niemiec-meloman mordujący żydowskiego chłopca, sowiecki wirtuoz-pianista robiący w piwnicy masakrę za pomocą swojej pepeszy, czy wreszcie – last but not the least – zbombardowanie i ostrzelanie przez niemieckie samoloty kolumny polskich żołnierzy (muszę tu napisać, że ta ostatnia scena jest zrealizowana przez polskich filmowców bez mała genialnie – moim zdaniem Hollywood i sam Spielberg mógłby się czegoś z niej nauczyć).
Chociaż… zauważam tu lekko niepokojącą nutę w ewolucji Kolskiego, jako twórcy kina. Czyżby to była skłonność do postępującego z wiekiem poddania się fatalizmowi, a nawet pesymizmowi ludzkiego losu?
Mam nadzieję, że nie – że to jeszcze nie ten czas, a może nawet nigdy do tego nie dojdzie i Jak Jakub pozostanie jednak chłopcem do końca swojego życia? Wbrew temu co powiedział na ten temat w jednym ze swoich ostatnich wywiadów:
„Jestem chyba w tym najlepszym okresie swojego życia – to te najwłaściwsze, najlepsze 5 lat w mojej pracy, kiedy już jestem wystarczająco dojrzały i zaawansowany warsztatowo, żeby móc ten świat (filmu) organizować przemyślnie; a (z drugiej strony) mam ciągle tę ciekawość małego chłopca, który wygląda przez moje oczy i chce się dziwić światu. Pewnie ta kombinacja nie potrwa długo, bo jak każdy mężczyzna w moim wieku zacznę cynicznieć i nie będę miał już ciekawości patrzenia na kolejne rzeczy, i nie będę się dziwił, i nie będę robił dużych oczu, i nie będę się czerwienił ze wstydu…”
Panie Janie Jakubie Kolski – to czerwienienie ze wstydu można sobie darować, ale życzę Panu, by nie uległ Pan cynizmowi a oczy nadal miał Pan szeroko otwarte od wiecznego zadziwiania się tym naszym strasznym i cudownym zarazem światem.

Okrutne czasy to także czasy przyśpieszonego dojrzewania

*

”ŚLUBY PANIEŃSKIE” (reż. Filip Bajon)
** * * * * *

Niekiedy zasadne wydaje się pytanie, czy warto ruszać stare i zmurszałe trupy polskiej literatury, przewracając je na różne strony, wygrzebując „uniwersalizmy”, reanimując, post-modernistycznie udziwniając (co najczęściej nazywa się „uaktualnianiem”)… Czy nie lepiej zostawić je w środowisku w którym „czują się” one najlepiej – czyli we własnym sosie kontekstu epoki i jej konwencji, tudzież w muzeum zbiorowej wyobraźni odwiedzanym zazwyczaj przez szkolne wycieczki pędzone tam tłumnie w ramach obowiązku poznania kanonu szkolnych lektur?

Fredro – reaktywacja (Maciej Stuhr i Borys Szyc w filmowych „Ślubach panieńskich”)

Kiedy polskim filmowcom taki reanimacyjny zabieg się udaje (jak np. Wajdzie z „Weselem” czy „Panem Tadeuszem”) to odpowiadamy, że niekoniecznie – że dobrze się stało, iż kino to truchło rewitalizowało. Kiedy zaś udaje się miernie i zwłoki nie trzymają się – nomen omen – kupy (jak np. Kawalerowiczowi z „Quo Vadis” czy Hoffmanowi z „Ogniem i mieczem”), to nasza odpowiedź brzmi: tak, lepiej było nie ruszać, nie tykać, nie kręcić…
„Śluby panieńskie” Filipa Bajona stoją tu gdzieś pomiędzy: tak jakby reanimacja nie powiodła się do końca – tzn. coś się tam rusza, ale już raczej nie podskoczy; niby jest OK, ale jednak coś szwankuje; niby kolorowo, dziarsko, staro-polsko i zabawnie, ale coś jakby na niby, więc trzeba się ratować laptopem, ciężarówką, plastikiem i komórką.
Ale nie róbmy sobie (aż takich) jaj z pogrzebu. Bowiem wysiłek Bajona (i innych twórców filmu, w tym zwłaszcza aktorów) zasługuje na choćby mały dyg i czapkę z głowy.
Co więc powstrzymuje nas od ukłonu do samej ziemi (o powaleniu na kolana nie wspominając?)
Otóż powodów jest kilka. Być może Fredro tak się postarzał, zmuzealniał i zmurszał tak, że już nic go ruszyć nie może, nawet talent Bajona, Więckiewicza, Szyca, scenografów, kamerzystów i Stuhra? Być może „śluby panieńskie” w odniesieniu do naszych współczesnych dziewic i panienek mogłyby się już tylko wydać śmiechu wartym „obciachem”, albo i nawet „badziewiem”? Być może, po prostu, całe to zamieszanie to wiele hałasu o nic? Być może…
Ale mnie najbardziej doskwierały te pomysły Bajona z komórkami, plastikiem i tabloidem z Olszówką na okładce. Moim zdaniem – nie przypiął, ni przyłatał. Mało: rozbijają one wg mnie cały film, bo zmuszają nas (tak obcesowo i brutalnie zresztą) do porzucenia konwencji – tak, że dalej już nie mogliśmy udawać, że to wszystko ma sens i zaczepienie w jakimś spójnym świecie, choćby w świecie naszej wyobraźni (który przecież, na swój sposób, też musi być spójny). Jednym słowem: Bajon popsuł nam tym zabawę. Tym bardziej, że ta jego współczesność wypadła tak strasznie niemrawo i jest jej tam tyle, co kot napłakał.

Dalsze podchody polskiego kina do lekko zmurszałej narodowej literatury (Anna Cieślak i Marta Żmuda-Trzebiatowska w „Ślubach panieńskich” Fredry i Bajona)

Oczywiście, że podobnych zabiegów (z łamaniem konwencji, chronologii i spójności epoki;  z przypominaniem widzowi, że to tylko kino, że wszystko na sprzedaż, że to tylko taka zabawa „na niby”) w kinie dokonywano bez liku. Lecz takie operacje zawsze niosą ze sobą pewne ryzyko i udają się stosunkowo rzadko. Bajon zaryzykował i… udało mu się to średnio – a właściwie to nie udało mu się to wcale, i na jego miejscu te komórki i plastiki z Fredry bym wyciął. Bo do imć hrabiego pasują one jak wół do karety i tylko mogą przewrócić go w grobie – do czego, miejmy nadzieję, nie dojdzie.

Polskie wampiry – cokolwiek anemiczne

„KOŁYSANKA” (reż. Juliusz Machulski)
** * * * * *

Mimo wielkiej sympatii jaką przejawiam (osobiście) do Juliusza Machulskiego, czuję się zmuszony napisać, że jego najnowszy film, (który w zamierzeniu miał być „pełnokrwistą komedią”) wzbudził we mnie uczucia nad wyraz mieszane: od bardzo umiarkowanego rozbawienia po… niestety, zażenowanie. Ja wiem, że Machulski kinem się bawi (bo jak sam mówi to dla niego „zabawka”), tylko – na Drakulę! – dlaczegóż on się tym kinem bawi na poziomie 12 letniego chłopca (a nie chłopca 50-letniego, który jest przecież  niezwykle sprawnym rzemieślnikiem kina, człowiekiem o niepoślednim poczuciu humoru i nietuzinkowej inteligencji)?
Wydaje mi się, że cała reżyserska para Machulskiego poszła w „Kołysance” na zabawę w pastisz filmów grozy (o wampirach), przy jednoczesnym zaniedbaniu takich „drobiazgów” jak fabuła (w tym filmie prawie żadna) i dramaturgia (której w „Kołysance” też w zasadzie nie ma, bo wszystko staje się przewidywalne, mimo pozorów oryginalności). Malownicza scenografia, robiąca wrażenie charakteryzacja, dobre aktorstwo (choć z tym ostatnim jest w „Kołysance” różnie)… wszystko to właściwie tylko wzmaga moje poczucie, iż oto zmarnowano dobry skądinąd pomysł na niezłą komedię o polskich wampirach, która jednocześnie miałaby jakiś ostrzejszy satyryczny… hm…ząb. Niestety, te ząbki wyleciały, jak – nie przymierzając – cudacznemu dziadkowi wampirowi, granemu w „Kołysance” przez wyróżniającego się niebanalna urodą Janusza Chabiora.
A zaczęło się świetnie: sama czołówka filmu jest rewelacyjna! Niestety, im dalej, tym robiło się już coraz bardziej swojsko, czyli dość anemicznie, mdło i nijako, no i w końcu wszystko osiadło na sitcomowej mieliźnie.
Z przykrością pisze te słowa, bo życzę Machulskiemu jak najlepiej, ciągle się niestety zawodząc na jego komediowym wyczuciu, które zbyt często nie wyrasta ponad poziom sztubackiego skeczu. Może nadszedł czas by trochę… spoważnieć? Tym bardziej, że ostatni film reżysera jakim był „Koń trojański”, sprawił mi doprawdy miłą niespodziankę. Może właśnie dlatego, że objawił się tam Machulski w roli kogoś, kto potrafi opowiedzieć ciekawą historię o ludziach, niekoniecznie usilnie przy tym dowcipkując i robiąc ze swoich bohaterów niezbyt rozgarniętych przygłupów?
*

„ŚWIĘTY INTERES” (reż. Maciej Wojtyszko)
** * * * * *

Piotr Adamczyk i Adam Woronowicz w „Świętym interesie” – tym razem już nie tacy święci

Komedie są potrzebne. Zwłaszcza w Polsce – w kraju gdzie często na pierwszy plan pcha się siermiężna powaga, cierpiętniczy dramatyzm i nacjonalistyczno-religijna histeria. Szkopuł w tym, że film Macieja Wojtyszki jest właściwie dowcipem na jedną chwilę, takim filmowym „wicem”, o którym po śmiechu (przypominającym wszak niekiedy rechot) dość szybko się zapomina. Nawet, jeśli jest on solidnie opowiedziany i przedstawiony. A w „Świętym interesie” biorą przecież udział najbardziej „święci” z wszystkich „świętych” polskich aktorów – Piotr Adamczyk (pamiętny z roli Jana Pawła II) oraz Adam Woronowicz (filmowy ksiądz Jerzy Popiełuszko). I w kontekście filmu Wojtyszki, wybór właśnie tych aktorów na odtwórców głównych ról w „Świętym interesie”, nie wydaje się być przypadkowy.
Ale nie wydaje się też być zasadny, bo czymś ponad przeciętnym, ci – skądinąd dobrzy – aktorzy w tym filmie raczej wykazać się nie mogli.
„Święty interes” ma swoje dobre momenty, jest całkiem nieźle sfotografowany (a nawet pobrzmiewa w nim muzyka naszego wielkiego kompozytorskiego tuza Zygmunta Koniecznego – ach ten nasz rodzimy przerost formy nad treścią!) lecz zawartość myślowa, (którą przecież trudno nazwać intelektualną) jest dość mizerna i toporna, by nie napisać – prostacka (ech, te komercyjne skłony i dygi filmowych producentów „pod publiczkę”).
Przedstawiciele chicagowskiego Festiwalu (jak również producent filmu) mówili o nagle wzmocnionej  -przez zachodzące obecnie w naszym kraju wydarzenia – aktualności filmu Wojtyszki (bo powodzie, bo wojna o religijne symbole, bo zderzenie zapyziałej i będącej „sto lat za murzynami” polskiej wsi ze świetlaną europejską Unią…), ale chyba raczyli żartować, że „Święty interes” we wszystkie te problemy wchodzi głębiej, niż ironiczny przytyk pod adresem naszej ludowej religijności, która pada na klęczki przed krzyżem (czy jakimkolwiek pseudo-sakralnym a odpustowym gadżetem, którym w tym filmie jest stara warszawa należąca ponoć ongiś do Karola Wojtyły), by zaraz potem rzucić „ch…m” czy „k…ą”, tudzież utopić sąsiada w małej łyżce wody.
*

„MAŁA MATURA 1947” (reż. Janusz Majewski)
** * * * * *

„Mała matura” – z wynikiem dostatecznym (plus), czyli weterani robią kino solidne ale dość przeciętne

Film całkiem niezły, acz do bólu poprawny. Nic dziwnego, Janusz Majewski to „stary wyjadacz” polskiego kina, mając na swoim sumieniu jedną z najlepszych polskich komedii, a mianowicie pamiętnych „C.K. Dezerterów”.
„Mała matura 1947” wszak nakręcona jest już bardziej „po bożemu”, bez anarchizmu, sprośności i dezynwoltury tamtego filmu, co jednak nie oznacza, że sztywno, kostycznie, bez polotu i na kolanach. Nie, to obraz „gładki” ale dający się oglądać z zainteresowaniem; operujący stereotypami, lecz korespondujący dość wiernie z rzeczywistością historyczną Polski pierwszych lat powojnia; no i zaludniony ciekawymi personami (a jednocześnie weteranami) polskiego aktorstwa, wśród których prym wiodą Jan Zborowski, Olgierd Łukaszewicz i Wojciech Pszoniak (wszyscy oni sprawiają wrażenie/boć przecie nie anieli/jakby z wystąpienia w „Małej maturze”/niezły ubaw mieli). Wspomnieć także wypada o Arturze Żmijewskim i Marku Kondracie, którzy jednak zachowują bardziej poważne, a może nawet marsowe oblicze, no i może jeszcze o ein Knie Soni Bohdziewicz.
Oprócz tego Majewski pozwolił wystąpić w swoim filmie całej paczce młodych debiutantów, którzy grają absolwentów krakowskiego gimnazjum im. Jana III Sobieskiego. I to właśnie oni są głównymi bohaterami „Małej matury”. Dodać należy, iż młodzieńcy ci wywiązują się tu ze swojego obowiązku całkiem przyzwoicie (naturalnie z wyjątkiem… momentu, kiedy udają się gremialnie, czyli tzw. „całą churmą” do burdelu).
Żarty żartami – ale śledząc losy filmowych bohaterów nie zawsze jest nam jednak do śmiechu. Bo były to czasy, kiedy było już wiadomo, że bez upodlenia Polaków przez „Ruskich” obyć się nie może, że młodość chmurna i durna doświadczona zostanie nie tylko przez hormony ale i przez wredną politykę, że zabawy w patriotyzm mogą się skończyć tragicznie…
Na pewno film Majewskiego kamieniem milowym kina polskiego nie jest, jest natomiast kawałem solidnej filmowej roboty, i choćby ze względu na to warto mu poświęcić te półtorej godziny swojej uwagi.
*

„MOJA KREW” (reż. Marcin Wrona)
** * * * * *

Rzecz w naszym kinie dotychczas niespotykana: miłość polskiego boksera do wietnamskiej imigrantki (desperacka, mroczna i gwałtowna)

Film mocny, brutalny, bez mała desperacki… również w tej swojej rozedrganej nerwowości chorobliwy tak, jak jego główny bohater – pocięty, zakrwawiony, posiniaczony i śmiertelnie chory bokser Igor, grany z ciężkim, ale jednocześnie nie pozbawionym polotu fatalizmem umęczonego życiem naturszczyka przez Eryka Lubosa, (który rasowym aktorem bez wątpienia jest, więc owo miano „naturszczyk” traktować tu należy jak komplement).
Jak już wspomniałem, „Moja krew” to film mocny – z mocną kreacją Lubosa, solidną realizacją (zdjęcia, muzyka, montaż…) – ale niestety z niezbyt mocnym (przynajmniej miejscami – bo pomysł nań był bez wątpienia bardzo oryginalny i ciekawy) scenariuszem, którego w kilku momentach rozkłada jego nieprawdopodobieństwo (i to zarówno jeśli chodzi o wydarzenia, jak i psychologię postaci). Również główny wątek odnoszący się (a jest to niewątpliwie pewna nowość w kinie nad Wisłą) do zderzenia kulturowego polskiej rzeczywistości z Azją, pozostaje na pewnej stereotypowej płyciźnie – i wygląda na to, że bardziej był on potrzebny autorom filmu do podbudowania postaci Igora i jego życiowego dylematu, niż wyrastał z chęci jakiejś głębszej mentalno-kulturowej eksploracji obcego nam świata.
Napisawszy to, nie mogę wszak nie pochwalić młodej wietnamskiej debiutantki (Luu De Ly), która wniosła do filmu Wrony wielką delikatność i kruchość, tak potrzebną przecież w kontrapunkcie do brutalności, szorstkości i gwałtu, jakim przepełniona jest postać Igora.
Tak więc, Polak z Wietnamką tworzą parę niezwykłą, ale przedstawienie ich relacji w tym filmie na pewno nie wyczerpie zapotrzebowania w naszym kraju na zajęcie się problemem stosunku Polaków do mniejszości etnicznych, które przecież w Polsce istnieją, choć spychane są na margines społecznej świadomości.
Uwagę zwraca styl w jakim Marcin Wrona zrobił ten film. Niby nonszalancki, spontaniczny i niedbały, a jednak w tej swojej clipowej, werystycznej manierze niezwykle precyzyjny, konsekwentny i zdecydowany. Rezultatem tego niezwykłego mariażu jest oryginalność, która może być kiedyś rozpoznana jako znak firmowy tego reżysera, czego mu zresztą życzę.
„Moja Krew” to właściwie debiut fabularny Wrony. Wszystko wskazuje więc na to, że  będzie można się po nim spodziewać jeszcze lepszych niż omawiana tu „Moja krew” filmów (i, podobno, jego najnowszy obraz „Chrzest”, takim właśnie filmem jest, o czym chciałbym się jak najszybciej przekonać).

Mocna i brutalna „Moja krew” Marcina Wrony

*

„WICHRY KOŁYMY” („Within the Whirlwind”, reż. Marleen Gorris, Niemcy/Polska/Belgia)
** * * * * *

Nie łudźmy się – te miliony ofiar, które zginęły w sowieckich Gułagach, to nie jest sprawka tylko jednego potwora (jakim chcemy widzieć Stalina). To wszystko było możliwe dzięki koszmarnie choć chaotycznie rozbudowanej machinie systemu, który nota bene tworzyła (wprawiała w ruch i oliwiła) nie tylko Komunistyczna Partia ZSRR, ale większość Rosjan. W tym (a może nawet zwłaszcza?) ci, nawiedzeni ideowo karierowicze, których de facto reprezentantem była także Eugenia Ginsburg,  główna bohaterka „Wichrów Kołymy”.

Emily Watson i Agata Buzek – razem na nieludzkiej ziemi

Ginsburg to znana postać. Jej „Stroma ściana”, w której opisała swoje doświadczenia łagrowe na zesłaniu na Syberii (w sumie, w niewoli, spędziła ona 18 lat swojego życia), to obok książek Sołżenicyna i Szałamowa kanon literatury „łagrowej”. Ale jak na ironię, w odróżnieniu od innych autorów (także tych naszych, rodzimych, takich jak np. Józef Czapski i Gustaw Herling-Grudziński), autorka właściwie nigdy (dobrowolnie, czy też raczej świadomie i z rozmysłem) dysydentką komunizmu się nie stała (a nawet, po tych doświadczeniach łagrowych, wstąpiła ponownie do KPZR). „Wrogiem ludu” stała się niejako z nadania swojej macierzystej partii, oskarżona ( i skazana na 10 lat ciężkich robót) za udział w spisku, w którym zresztą nigdy nie wzięła udziału.
Lecz niestety, reżyserkę  Marleen Gorris (jak również autorów scenariusza), te ideowe meandry i dotarcie do sedna (oraz genezy) totalitarnego koszmaru nie wydają się zbytnio obchodzić. Obchodzi ich natomiast głównie inteligentna, silna choć wrażliwa oraz żywotna choć pozbawiona wolności kobieta i jej walka o przetrwanie w nieludzkich warunkach obozowej rzeczywistości. Także miłość, jaka ją w obozie spotkała. Oto dlaczego „Wichry Kołymy” są bardziej melodramatem, niż autentycznym i dogłębnym oskarżeniem systemów totalitarnych, z ich masowym zamienianiem ludzi w niewolników i uśmiercaniem. I jako takie, są filmem naprawdę niezłym, absorbującym, sprawnym technicznie, ze znakomitym wystąpieniem grającej główną rolą Emily Watson (pamiętnej z ról w tak dobrych filmach, jak „Przełamując fale” Larsa Von Triera czy „Hillary and Jackie” Tuckera).
Warto też wspomnieć, że film jest międzynarodową koprodukcją, ze sporym udziałem polskich aktorów (Agata Buzek, Maria Seweryn, Zbigniew Zamachowski, Krzysztof Globisz) i został nakręcony głównie na terenie naszego kraju.
*

„Wichry Kołymy” – czyli mroźnie ale i melodramatycznie

*
Reklamy

komentarzy 40 to “„WENECJA”, „ŚLUBY PANIEŃSKIE”, „KOŁYSANKA”, „ŚWIĘTY INTERES”, „MAŁA MATURA 1947”, „MOJA KREW”, „WICHRY KOŁYMY” (o filmach 22. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. I) )”

  1. Deus ex Machina Says:

    Mogą się przydać (clipy):

    „Wenecja”:

    „Śluby panieńskie”:

    „Święty interes”:

    „Kołysanka”:

    „Moja krew”:

    „Wichry Kołymy”:

    • ajar Says:

      No to mam kilka nowych i ciekawych filmów wartych zainteresowania.
      Dziękuję za ten i wcześniejsze wpisy

    • czarodziej Says:

      Kolski stworzył kolejny, wspaniały film, o którym w kilku zadaniach nie sposób napisać. Dzięki niezwykłym zdjęciom oraz scenografii możemy przenieść się na drugą stronę ekranu i zapomnieć o tym, że jesteśmy w kinie. I nawet jeśli nie do wszystkich przemówi dramaturgia czy tempo filmu, trudno będzie poczuć się zawiedzionym. Bo na „Wenecję” można spojrzeć również jako na wielką galerię cudownie wyczarowanych obrazów.

  2. Torlin Says:

    Ja tak na szybko, bo do pracy. Bardzo lubię „Ogniem i mieczem”, wcale nie uznaję ten film za słaby, a momentami jest on wręcz piękny. Ale rozumiem, że każdy ma prawo do własnego zdania.

  3. jula Says:

    Wow, dzięki Tobie jestem bliżej „KULTURY” w Polsce. ;D
    Jeszcze z przyjemnością zaglądałam na bloga R. Grzeli, (byłam z Kultura naprawdę na bieżąco ) ale ponieważ, chyba mu przestała Wirtualna płacić, to się wycofał z prowadzenia go, a szkoda?… ;)
    Jakub Kolski zawsze był dla mnie „baśniowy” a „Jaśmin” :)

    Co do Fredry, to sam się obroni, bo wbrew pozorom, nowoczesności i etc… (nie oglądałam jeszcze i myślę, że konwencja utrzymana historycznie na czasy Fredry starczyłaby, bo 1- historia, 2- obyczaje wówczas i to wszystko specyficznym językiem, (te rozgrywki damsko-męskie ciągle są aktualne), bo przecież kobiety z Wenus a mężczyźni z Marsa ;)
    Na Fredrze, „Zemście” – wg. mnie poległ i sam Wajda, ale tutaj okrutny dobór aktorów :(
    Ta pierwsza „Zemsta”, gdzie Klarą była młodziutka Beata Tyszkiewicz, jakże inna, taka bardziej naturalna, idealnie wpasowana w epokę :D

    Zresztą jest zapotrzebowanie w obecnych czasach na filmy z epoki. ;D
    Świadczy o tym choćby duża oglądalność filmów na podstawie książek sióstr Austen. Choćby „Duma i uprzedzenie”, gdzie trafne obserwacje psychologiczne, humor i wątki romansowe sprawiły, że książka cieszy się wielką popularnością także współcześnie – w plebiscycie BBC z 2003 roku na ulubioną książkę brytyjskiego czytelnika (UK’s Best-Loved Book) „Duma i uprzedzenie” zajęła drugie miejsce, zaraz po „Władcy Pierścieni” !!!! …
    Czyli po prostu wystarczyłoby rzetelne odtworzenie sztuki Fredry, bo mamy i trafne obserwacje psychologiczne, humor i wątki romansowe !!!

    Pa! :D

    • Logos Amicus Says:

      Jula, nie mam nic przeciwko „filmom z epoki”, a nawet lubię je oglądać, pod warunkiem, że… wydadzą mi się dobre ;)

      Człowiek – jego natura – nie zmienia się tak szybko jak te wszystkie epokowe wokół niego dekoracje i gadżety. To dlatego np. klasyczne tragedie greckie (a nawet Jane Austen ;) ) będą aktualne zawsze.

  4. Torne Says:

    Witaj

    Zgodnie z obietnicą zajrzałem na Twój blog :) ale to nie „Tamara Drewe” jest iskrą do zostawienia komentarza, a „Moja krew”. z ciekawością czytam wszystkie pozytywne komentarze na temat tego filmu, ponieważ na mnie zrobić złe wrażenie. odrzuca mnie przede wszystkim szowinistyczna historia, to jak główny bohater traktuje wszystkich wokół, w czym nie czuję ani odrobiny „prawdziwego życia”, a czystą artystyczną kreację. owszem, ma chwilami niezłe zdjęcia, ale to jedyna zaleta. dla mnie „moja krew” to przykład kina, w którym nie liczy się ani historia ani bohaterowie, liczy się tylko twórca i chęć pokazania przez niego, jakim to wielkim artystą jest.

    • artcich Says:

      Marcin Wrona zrobił film osobisty. Tak, jak go czuł i jak go widział. A miał pomysł odważny i kontrowersyjny. Pokazać historię osoby, która wobec opinii „lepszego” świata na to nie zasługuje, jest rzeczą zaiste bezkompromisową. Taki jest też ten obraz, który czerpie swoją siłę z tego antybohatera, ale mimo wszystko postaci na swój przewrotny sposób interesującej. Najwyraźniej o to chodziło reżyserowi, żeby opowiedzieć o potrzebie człowieczeństwa w każdym, nawet najbardziej zdeprawowanym osobniku.

      • Torne Says:

        Czy naprawdę opowiedzenie historii niesympatycznego człowieka (ale przecież tylko do czasu) to taki odważny i kontrowersyjny pomysł? Osobiście nie wydaje mi się, żeby tak było. Może gdyby bohater nie przechodził przemiany? No ale wtedy byłby to inny film.

    • Logos Amicus Says:

      „…„moja krew” to przykład kina, w którym nie liczy się ani historia ani bohaterowie, liczy się tylko twórca i chęć pokazania przez niego, jakim to wielkim artystą jest.”

      Torne, skąd ta pewność, że (dla twórców tego filmu) nie liczyła się ani historia ani bohaterowie?
      Rozumiem, że swój zarzut co do chęci pokazania siebie jako wielkiego artysty (sugerujesz, ze jest to główny, a może nawet i jedyny powód, dla którego zrobiono ten film), odnosisz zarówno do kreacji Lubosa, jak i reżyserii Wrony.
      Czy nie za dużo tych podejrzeń?

      Zgadza się, bohater jest szowinistyczny, aspołeczny może nawet socjopatyczny. Ale czy o takich ludziach nie należy robić filmów? (Bo nam się nie podoba ich postawa i charakter? A czy jeśli nie podoba się nam bohater, to również musimy odczuwać niechęć do samego filmu?)

      Moim zdaniem nie jest to „szowinistyczne historia”. Ta historia ma zupełnie inne przesłanie, nie szowinistyczne (być może naiwne i nie do końca konsekwentnie i wiarygodnie przeprowadzone, ale jednak). To mianowicie, że nawet w tak brutalnym i zniszczonym człowieku jakim jest główny bohater, mogą się zrodzić wyższe uczucia. I jeszcze to, że możliwe jest zbliżenie do obcej kultury, mimo ksenofobicznych uprzedzeń. I to, że może się do siebie zbliżyć dwoje diametralnie różnych od siebie ludzi… I to, że za brutalnością i aspołecznym zachowaniem może się kryć wrażliwość, rozpacz, ból, zagubienie… itd.

      • Torne Says:

        Aktor zawsze jest „sługą” reżysera. Jeśli tak nie jest, to znaczy, że reżyser jest kiepski i nie potrafi kontrolować tego, co się dzieje na planie.

        A co do szowinizmu. Film widziałem rok temu, więc na całe szczęście niewiele już z niego pamiętam. Zrobił na mnie wrażenie obrazu, który początkowo miał opowiadać o przyjaźni umierającego brutala z psem. Potem jednak autor scenariusza uznał, że nielegalna emigrantka będzie fajnie wyglądała, ale samego scenariusza już nie zmienił, stąd słowa kierowa do bohaterki to komendy w stylu „siedź”, „leź” itp. Jasne, można opowiadać o szowinistach, którzy kobiety traktują jak suki, ale czy trzeba to robić w sposób aż tak ostentacyjnie łopatologiczny?

        Podobnie z przesłaniem, jest tak oczywiste, że nawet ślepy by je zauważył. Od kina artystycznego, do jakiego Wrona najwyraźniej aspiruje (a przynajmniej takie robi na mnie wrażenie) oczekuję jednak więcej wyrafinowania, a mniej oczywistości.

        • Logos Amicus Says:

          Aktor nie zawsze jest „sługą” reżysera. Wielu reżyserów pozwala swoim aktorom na wielką swobodę interpretacyjną. (Być może dlatego, że wiedzą czego się po/od nich spodziewać i mają do nich zaufanie… i poniekąd właśnie dlatego ci aktorzy są „ich” aktorami. Swoją drogą takich tandemów aktor-reżyser jest sporo. Zwykle rozumieją się oni bez słów – aktor wyczuwa, co reżyserowi w nerwach gra, a reżyser wie, że aktor w jego wizji zawsze jakoś się znajdzie. Oczywiście, że zdarzają się reżyserzy despoci, ale tej dyktarurze poddają się tylko aktorzy, którzy nie mają klasy, charakteru, artystycznej koncepcji i silnej osobowości.
          Koniec końców: to, że reżyser nie zawsze traktuje aktora jak „sługę”, nie musi oznaczać, że jest on reżyserem kiepskim.

          Masz jednak rację z tą oczywistością w obrazie Wrony. Jest ona rzeczywiście tam obecna – ta widoczna dość często gruba kreska i miejscami zbyt przerysowane aktorstwo (ale nie zgodziłbym sie tu na określenie tego „łopatologią”).
          To prawda – dałem reżyserowi pewien kredyt.
          Może wynikło to po prostu ze zwykłej przychylności? (Mogę chyba sobie na to pozwolić, bo nie uprawiam tu przecież oficjalnej, zawodowej krytyki – w której, być może, poddawanie się czemuś takiemu jak personalna przychyloność, nie uchodzi.)

          Muszę jednak zaznaczyć, że niektóre sceny z filmu Wrony naprawdę bardzo mi się spodobały i wiem, że chętnie obejrzę jego nastepny film, jakim jest bodajże „Chrzest”.
          Z drugiej strony, mógłbym też sporo powiedzieć o tych mniej udanych, deczko popsutych elementach „Mojej krwi” – i pewnie wtedy nasze opinie bardziej by się do siebie zbliżyły :)

          PS. A co do tej „suki”, to – swoją drogą – ciekawego spostrzeżenia dokonałeś ;)
          Też mnie te sceny raziły, ale później, kiedy wietnamska dziewczyna zaczęła być traktowana bardziej po ludzku, to je Wronie (i Łobusowi) po prostu wybaczyłem.

  5. kaluza Says:

    Podoba mi się, jak Machulski zagrał z horrorową konwencją i poradził sobie z wampirzym apetytem. Nikt tu się nie wgryza w szyje, nie ma strumieni posoki, trupów, upiornych efektów.
    Gorzej, że pomysłu na kontynuację znakomicie rozpoczętego filmu już Machulskiemu zabrakło. Cała intryga kręci się w kółko wokół jednego patentu, a dowcipy z prowincjonalnych policjantów i księży, z rewizjonistycznych Niemców i miastowych przybyszów zamiast odczarowywać schemat prowincji rodem z telewizyjnych seriali, raczej go powielają.

  6. aniak Says:

    Nie jestem zwolenniczką polskich produkcji, ponieważ uważam, że są jedną wielką kaszaną. Za czasów takich filmów jak: „Kilerów 2”, czy „Dzień świra”, było się z czego pośmiać i oglądanie miało sens. Jednak teraz polskie filmy komediowe to dno. Ukazują jedynie tragiczny obraz społeczeństwa polskiego zamieszkującego wsie oraz ich brak obycia w życiu.

    „Święty Interes” mogę zaliczyć do jednych z tych, które swoim istnieniem nie ukazują nic ciekawego na czym by można było oko zawiesić. Na dodatek cała fabuła to jakaś bajeczka, która przyprawia o mdłości. Jedynym plusem może być występ Piotra Adamczyka, który niejako swoją osobą delikatnie ratuje ten film, bo sam powoduje kilka komicznych sytuacji.

  7. tamaryszek Says:

    A propos „Wenecji”:
    „Panny z Wilka”? Na to nie wpadłam – a jednak zrozumiałe skojarzenie. Cztery kobiety mierzące się z tym samym mitem. Nie ma Wiktora Rubena, ale jest matka, która nie umiała ich kochać.
    A tu życie przemija, z mężczyznami nie udaje się stworzyć niczego satysfakcjonującego [trochę mi uleciały z pamięci powody; wiem, że bohaterka Cieleckiej jest spragniona czego innego niż wierny i przewidywalny mąż]. Więc ta kobiecość przemijająca, zrywająca się raz jeszcze do lotu, lekko żółknąca, ale i silna, obruszona na siostrzaną wersję i potrzebująca jej niczym lustra.
    Twoje zestawienie Kolskiego z Wajdą (Iwaszkiewiczem?) pomaga mi uchwycić jeszcze jeden walor tego filmu.
    Bo oczywiście: Reinhart, i to przemieszanie piękna ze złem. I bieg przez las, i ostrzał samolotowy – tak, tak.

    Co do Wrony – Lubos świetny!

    Zatrzymam się na „Ślubach panieńskich”. Widziałam niedawno, a wczoraj rozmawialiśmy z Filipem Bajonem, który zamysł swój objaśniał i z zarzutami się mierzył.
    Nie sposób bym się utożsamiała z reżyserskimi zamierzeniami, ale kilka przywołam.
    – Że mało Fredry w Fredrze?
    Bajon deklaruje, że to nie miało być kino lektur szkolnych, dlatego aktorzy „nie grają Fredrą”. A ściślej: gra w tym starym, miniastym stylu Grabowski, Olbrychski, Opania, ale nie młodzi, oni mają mówić prozą (niszcząc teatralną tradycję tak zachwalaną przez Łapickiego m.in.).
    Albin (Szyc) jest zupełnie nie z Fredry. Zamiast płaczliwego amanta – nieborak, ale „freudowskim zwierzęciem podszyty”, bo FB tak go widzi. Według reżysera: „te dwie pary są cholernie nieżyciowe”… żywiołowa Klara z niemrawym Albinem?, anielska Aniela z ruchliwym Guciem? Intryga jedno, prawdopodobieństwo drugie. Stąd pytanie: a jak mogliby się oni podobierać? I tu wchodzi ta współczesność, czyli pomysł a la „Kochanica Francuza”. Na scenie trwa spektakl, w kuluarach – życie. Gadżety (papierosy, komórki, okulary Stuhra…), to plan filmowy, bohaterowie Fredry są zarazem aktorami tworzącego się filmu i między nimi też zachodzą relacje. Klara nie chce Radosta, ale Trzebiatowska już owszem…
    Gawęda reżysera – świetna. Film… co tu dużo mówić, ja już go zapominam.
    Pozdrawiam
    ren

    • Logos Amicus Says:

      Tamaryszku, można się utożsamiać z reżyserskimi zamierzeniami, ale my przecież powinniśmy oceniać (i oceniamy) nie intencje a efekt. A jaki on jest każdy widzi. Aktorzy moim zdaniem jak najbardziej grają Fredrą (niemal wzszyscy… a ci, którzy się z tego wyłamują, to bardziej naruszają spójność filmu – rozbijając konwencję, pod którą Fredro jest skrojony – niż przyczyniają się do wzbogacenia filmu).
      Szyc, jak dla mnie, jest zbyt slapstickowy (gania jak przygłup w kalesonach, bije po gębie swojego sługę i nawet lane na niego kubły z zimną wodą z tej bahawioralnej aberracji wyprowadzić go nie mogą). I – wybacz że to piszę – nigdy bym nie wpadł na to, że jest on „freudowskim zwierzęciem podszyty”. To, że tak go widzi Filip Bajon, nie oznacza wcale, że tak jest (może takie były jego intencje, ale to raczej też mu nie wyszło).

      Pomysł ze wstawkami z naszej współczesności byłby może dobry gdyby został konsekwentnie doprowadzony do końca. Czyli prowadzony równolegle do akcji fredrowskiej i podobnie jak ona rozwinięty. Ale on potraktowany został przez reżysera (a może przez montażystę?) tak na pół gwizdka i przez to wypadł nader blado i nie na miejscu.
      Same plastiki, fury i komóry, tudzież łapanie przez Więckiewicza za tyłek Pani Marty Żmudy-Trzebiatowskiej to za mało.
      Zresztą… hm… o wilku mowa. Feler ten właściwie uświadomił mi z całą oczywistością sam Robert Więckiewicz na jednym ze spotkań jakie odbyły się z nim na chicagowskim Festiwalu. Powiedział właśnie ni mniej ni więcej tylko to, że jego zdaniem tych scen ze współczesności było w filmie Bajona za mało (prawopodobnoie Bajon usunął sceny, w których zagrał Więckiewicz, więc mu trochę było ich żal – i to była taka zakamuflowana pretensja do reżysera).

      Koniec końców – uważam, że lepiej wyglądałyby „Śluby panieńskie” Bajona, gdyby wyrzucić z nich te nowoczesne wstawki (i dołożyć nawet więcej Fredry, który nota bene też został nieźle przez filmowców przycięty).

      • tamaryszek Says:

        Usunął rzeczywiście. Filip Bajon mówił, że coś ze dwie minuty, czyli niedużo. Mnie powołanie się na inspirację „Kochanicą Francuza” bardzo zaskoczyło. Zauważyłam, że są w filmie dwie rzeczywistości – ta ze sztuki Fredry i ta z planu filmowego. Ale relacje między aktorami są takie niewyraźne, że pomysł został chyba zaprzepaszczony. Przy alternatywie: jeszcze więcej współczesności lub tylko Fredro – ja bym obstawiła opcję pierwszą. Wtedy można by podejrzewać, że o coś w ogóle chodzi. Wskrzeszanie Fredry dla filmu nie trafia mi do przekonania. To już ewidentne stawianie na baczność ducha innej epoki. A duch jak to duch… sflaczały nieco.

        Ja się nie utożsamiam z tym co mówi reżyser, bo przecież jestem widzem. Zgadzam się, że ciekawy pomysł powinien się sam bronić.

        Film średni. Ale Stuhra i Więckiewicza oglądałam z przyjemnością. Podobno Radost był od początku pomyślany na Więckiewicza, pozostali aktorzy z castingu.

  8. Behemot Says:

    „Moja krew” to moim zdaniem film zdecydowanie zaslugujacy na uwage – przypomina mi w klimacie „Wojownika” .. ze wzgledu na duzy poziom refleksyjnosci jaki pozostawia po wyjsciu z sali kinowej …

    poza tym doskonale zdjecia – szczegolnie nocne ujecia starej pragi oraz muzyka bardzo dobrze wspolgrajaca z fabula …

    dodatkowo wielkie brawa za zaangazowanie Marka Piotrowskiego w roli trenera – mimo, ze aktor z niego zaden to jego obecnosc nadala dodatkowo specyficznego klimatu.

    Zdecydowanie do obejrzenia

    • Logos Amicus Says:

      Wydaje mi się jednak, że „Wojownik” miał inny klimat. Jeśli przypominał „Moją krew” to właściwie tylko dlatego, że także opowiadał człowieku, który musi się zmierzyć z końcem swojej sportowej kariery.

      Ale wymowa, przesłanie i właśnie klimat tych obu filmów bardzo się, moim zdaniem, od siebie różniły.

      Dziękuję za przypomnienie o wystąpieniu w tym filmie Marka Piotrowskiego. Ucieszył się z niego także mój kolega (Alek Bilik), który napisał o nim (przed wieloma laty) książkę pt. „Kickboxer” ;)

  9. iwona Says:

    „Sluby Panienskie”- wstawki nowoczesnosci psuly wszystko, prawie. Absolutnie szokowaly, przerywaly ciaglosc pojmowania i odbioru, taki zgrzyt po ktorym trudno znow bylo poczuc nastroj filmu. Dla mnie chaos. Fredro tendencyjny facet, jakis taki bezsens :) … W kazdym badz razie widowiskowo, piekne wnetrza, krajobrazy…no i nagle ten telefon komorkowy. Orginalnosc, ktora nie wypalia..

    „Wenecja”- piekny obraz. Sliczne zdjecia. Magiczne. Dodatkowo przemiana kobiety, kazdej z nich. Obraz rodziny, klopotow, pozorow, i potrzeb. Odkrywanie siebie. Jednak jakze bezowocne w obliczu nieszczesc, ktore namacalnie spotkalo ich wszystkich. Ale moze warto bylo, nawet na chwile.

    „Wichry Kolymy”- wlasciwie dokumentalne ujecie, z ludzkim czynnikiem. Ten czynnik dal wielomwymiarowosc filmu. Inaczej bylaby to „Kronika Filmowa”. Wzruszyl mnie , wycisnal lzy ale i dal nadzieje i wiare w sile czlowieka. Reszty nie widzialam – no ale festiwal wciaz trwa. :)

    • Logos Amicus Says:

      No popatrz, mamy podobne wrażenia. (Kto by pomyślał ;) _
      Ale jednak nie do końca

      Parę uwag:

      Fredro tendencyjny był tak, jak tendencyjna była jego epoka ;) Ponadto, moim zdaniem, te komediowe rymowanki sprawdzić się mogą tylko w konwencji epoki, w której powstały. Bajon to właściwie zrobił, ale popsuł efekt całości tymi współczesnymi wstawkami. Zupełnie wg mnie niepotrzebnymi i cokolwiek na siłę.

      „Wenecja” Kolskiego, właśnie ze względu na swoją plastyczna urodę, powinna być oglądana w kinie, bo tylko na dużym ekranie można to ujrzeć w całej swojej pełni.

      Jeśli chodzi o mnie, to jednak uważam, że „Wichry Kołymy” nie miały żadnego ujęcia dokumentalnego, miały natomiast dość silne ujęcie melodramatyczne… stąd Twoje łzy ;)

      A co do reszty Festiwalu? Widziałem jeszcze kilka innych filmów (bardzo spodobało mi się „Zero”, także miło mnie zaskoczyła „Zwerbowana miłość”). Festiwal kończy się praktycznie dopiero w niedzielę. Chciałbym obejrzeć jeszcze dwa filmy: „Huśtawkę” i „Ciszę”.

      A Tobie mogę polecić „Różyczkę”, (jeśli jej jeszcze nie widziałaś). Grają ją w kinie Golf Glen 5 w najbliższy czwartek.

      • iwona Says:

        „Rozyczke” i „Zwerbowana Milosc” widzialam. :)
        Fredro – dlatego kiedys napisalam, ze mnie lekko zdenerwowal. Bedac szkolnym uczniakiem przelknelam te tendecje bez zmruzenia oka. I az sie dziwie, ze polonistki tez ;D (co mnie jednak uderzylo, to interpertacja „Slubow Panienskich” mojego podrosnietego dziecka plci zenskiej – wczesniej nie znajacego Slubow Panienskich – nie przelknela juz tego az tak latwo, hahaha)
        Wenecja – jak najbardziej kinowy film.
        „Wichry Kolymy” – mam jednak odczucie kronikarskie :)
        Dzieki za namiary. Pogrzebie jeszcze po programie i zobacze na czym oko zwiesze ;))

        • Logos Amicus Says:

          Swoją drogą jestem ciekaw, jaką „tendencję” Fredry masz na myśli (i czego nie „przełnęła” Twoja córka).

          Tak a propos: ja „Śluby panieńskie” widziałem w sali pełnej amerykańsko-polonijnych dzieciaków (załapaliśmy się przypadkiem akurat na seans dla młodzieży szkolnej). Wątpię, czy cokolwiek z Fredry (i przesłania Bajona) do nich dotarło (sądząc po reakcjach i komentarzach, jakich byłem świadkiem ;) )
          Nawiasem mówiąc, w tych „spędach” szkolnych uczniów na ekranizacje tzw. literatury narodowej, widzę pewien… automatyzm i pójście po najmniejszej linii oporu. Bo do tego, by właściwie (i jakoś głębiej) oni to odebrali, trzeba ich odpowiednio przygotować. Inaczej niewiele z tego mogą zrozumieć i nazwą klasykę ramotą i „nie wiadomo co to miało być”.

        • iwona Says:

          Tendecja to pokazania meskiego rodu jako przebieglejszego, i jednak madrzejszego od niewiast (ktore nieudolnie probuja swoich sil) – plus wzburza krew podwojna moralnosc mezczyzn (co tez ma wplyw na nieudolnosc panienek) – co do corki to min. zgodzilysmy sie w tym samym temacie, co wiecej wspomniala o lekkim plagiacie Shakespeare’a. Z tym polemizowac nie bede, bo w te rejony nauki sie nie zapuszczalam.
          A mlodziez polonijna i filmy – nauczyciele ida na latwizne. Mlodzi ludzie sa nie przygotowani z jednej strony, z drugiej nauczyciele zupelnie nie zwracajacy uwagi co maja dzieciaki ogladac. Zenada. No ale moze cos im w glowach zostanie. Moze nawet to amerykanskie postrzeganie tez ma jakas wartosc.

    • mucha72 Says:

      Wichry Kolymy? Tak oto wicie rozumiec ie, dielektycznie, okazuje sie ze w czasie komunizmu cierpieli tylko komunisci i Zydzi.

  10. BLOG FORUM GDAŃSK Says:

    W związku z tematyką Twojego bloga, która porusza kwestie związane z kulturą, mamy przyjemność zaprosić Ciebie do udziału w Blog Forum Gdańsk 2010 – pierwszej tego rodzaju konferencji w Polsce, na którą zaprasza Miasto Gdańsk.

    BLOG FORUM GDAŃSK 2010 to forum wymiany opinii dla twórców najciekawszych blogów, naukowców, dziennikarzy
    oraz przedstawicieli środowiska biznesu. Podczas Blog Forum Gdańsk będziemy rozmawiać o szansach, barierach i kierunkach rozwoju polskiej blogosfery.

    Tematyka, którą poruszasz na swoim blogu, będzie m.in. omawiana w ramach następujących bloków tematycznych:

    Społeczna i kulturalna rola blogosfery€
    Publicystyka w dobie nowych mediów€

    Mamy nadzieję, iż zechcesz dołączyć do grona uczestników wydarzenia, które odbędzie się w dniach 11 i 12 grudnia w Gdańsku. Udział w konferencji jest bezpłatny, ale wymaga wcześniejszego zarejestrowania. Zachęcamy do szybkiej rejestracji. Liczba miejsc jest niestety ograniczona. Można to zrobić tutaj.
    (…)

    Poniżej szczegółowe zaproszenie.

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/blog-forum-gdansk-2010.jpg?w=780

    Pozdrawiam,
    Ewa Protaziuk

  11. salina Says:

    Mógłbyś Amicusie każdy z tych filmów bohaterem odrębnej notki uczynić :-) A tak nie wiadomo, któremu z poruszonych tu problemów pierwszeństwo dać, na czym się skoncentrować? „Osiołkowi w żłoby dano…”
    Mimo, że żadnego z tych filmów nie oglądałam, to przynajmniej „Śluby panieńskie” znam i „Stromą ścianę” przeczytałam. I z tego co tu napisałeś, co widziałam jako „zajawki” w naszej telewizji – nie nabrałam ochoty żeby popędzić na te filmy do kina.
    „Plastik”, „plastikowe”- te określenia wydają się robić teraz karierę. W Twoim omówieniu też mi mignęło i wcale mnie nie zdziwiło. Też mam takie odczucie. Jeśli ze „Stromej ściany” robi się melodramat, miłosną historię, to wybacz, wręcz w głowie mi się to nie mieści! Zresztą już to jedno zdjęcie jest wiele mówiące: te śliczne, wykremowane buzie, z umytymi włosami, malowniczo zapętlonymi chustami, w zalotnym bereciku. Gdzież to jest? Na Kołymie czy w studio filmowym gdzie trzeba udatnie udawać, że zimno, i po marnym obiadku?
    Chodzi mi o to, że film, jeśli chce uchodzić za dzieło ważkie i artystyczne, musi odwoływać sie do autentycznych, zatem oryginalnych, zdarzeń, uczuć, postaw. Nie może być „plastikowy”, nijaki, średni, pasujący do każdego czasu i miejsca. Tak jak i owe „Śluby panieńskie”. Z tego co piszesz wygląda, że twórcy nie bardzo wiedzieli co chcą powiedzieć: pokpić z „ramotki”? pochwalić się dziedzictwem cywilizacji XXI wieku? pochwalić się utalentowanym aktorem, mrugającymi do widza „to nie ja jestem taki, ja tylko gram takiego”?
    Nie jest to dla mnie ani odkrywcze ani interesujące.
    I już wiem, dlaczego tak rzadko chadzam do kina ;-)
    A Ciebie Amicusie, jak zawsze, serdecznie pozdrawiam :-)

    • Logos Amicus Says:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/ginsburg.jpg?w=780
      Eugenia Ginsburg
      * * *

      Salino, moją notkę o „Wichrach Kołymy” pisałem z myślą o Twoim wpisie, w którym dzieliłaś się wrażeniami z lektury wspomnień Eugenii Ginsburg, jakie ukazały się tego roku w naszym kraju – w formie książki pt. „Stroma ściana”. I prawdę mówiąc liczyłem na Twoją reakcję na moje nazwanie Ginsburgowej „nawiedzoną ideowo karierowiczką”, co być może było zbyt obcesowym z mojej strony podkreśleniem tego, że była ona przekonaną komunistką i w rzeczywistości była częścią stalinowskiego systemu, który już wówczas (lata 20-te i 30-te XX wieku) miał miliony istnień ludzkich na sumieniu. Trudno zaprzeczyć, że Eugenia Ginsburg była nad wyraz aktywną działaczką „nowego porządku” i czerpała z tego wymierne korzyści, pełniąc prominentną rolę w ówczesnej kazańskiej elicie.
      Liczyłem poniekąd na Twoją obronę tej kobiety, bo jesteś ode mnie bogatsze o lekturę jej wspomnień, więc powinna Ci być ona bliższa.
      Ja jedynie zapoznałem się z podstawowymi faktami z jej biografii, przeczytałem parę artykułów… ale to chyba jednak zbyt mało, by wyrobić sobie pogłębioną opinię o tej – bez wątpienia ciekawej i ważnej – postaci.
      Ciągle liczę, że odniesiesz się do tego, co o niej napisałem.
      * * *

      A jeżeli chodzi o film?
      Tak, „Wichry Kołymy” można zaliczyć do melodramatów, ale ten melodramatyzm jest tam jednak dość realistyczny, na pewno nie ckliwy czy mydlano-operowy; ma też pewną wagę psychologiczną. Wydaje mi się, że był to swego rodzaju haracz, jaki producenci filmu musieli zapłacić za to, by film się (komercyjnie) sprzedał (bo przecież ktoś na niego wydał pieniądze, licząc na to, że zwródcą się koszty jego realizacji) – takie tam prozaiczne powody.

      Jakby nie było, to ja jednak jestem za tym by, nawet takie – podkolorowane nieco melodramatycznie – filmy powstawały, bo dzięki nim ludzie, zwłaszcza młodzi, mogą się w ogóle dowiedzieć, że coś takiego jak łagry było, ile ludzi tam zginęło i że to wszystko działo się tak niedawno, właściwie wczoraj (więc nadal jest częścią naszego rzeczywistego świata i niestety może się powtórzyć w przyszłości, bo przecież w efektywności uśmiercania innych ludzi nasza cywilizacja – jak pokazuje historia i fakty – robi ciągłe postępy i nie ma powodu, by sądzić, że na gułagach i obozach koncentracyjnych to się skończyło).

      PS. A ja do kina chodzę często (zwłaszcza ostatnio ;) ), i mógłbym Ci Salino napisać dlaczego, ale to może innym razem :)
      Pozdrawiam

      • salina Says:

        No dobrze Amicusie, domagasz się krytyki, spróbuję zrobić co się da ;-) Swoja drogą, już któryś raz z kolei przyznajesz, że spodziewałeś się mojego oburzenia, z różnych powodów zresztą, chyba muszę się nad sobą zastanowić…
        Czy Ginsburg była „nawiedzoną ideowo karierowiczką”? Myślę, że nie, raczej kimś kogo teraz nazywamy „lemingiem”. Wierzyła w komunizm, wierzyła i ufała władzy. Nie zastanawiała się nad tym co się działo w ZSRR, nie niepokoiły jej bezsensowne oskarżenia, donosy, aresztowania, znikanie ludzi, aresztowania – wierzyła w „spiski” i winę ofiar, akceptowała „kary”, jak niemal wszyscy radzieccy obywatele. Jej mąż był ważnym urzędnikiem w tym systemie, bywali w najwyższych gremiach partyjnych a więc i państwowych, należeli do wąskiej, najbardziej uprzywilejowanej grupy społecznej. Co wcale nie czyniło ich bezpiecznymi! Niespodziewanie ktoś zrobił donos na nią samą… Tak ufną, wierną systemowi, bez żadnej wobec niego winy! I już nie było ratunku.
        I właśnie to, w dużej mierze stanowi o atrakcyjności „Stromej ściany” – ten upadek ze społecznych wyżyn na samo dno. To, jak to się odbywało, krok po kroku. Jak wpływało na świadomość, uczucia, psychikę, postawę bohaterki, jak ją od nowa kształtowało.
        Ważne jest, że opowiada to ona sama, wykształcona humanistka, inteligentna, świetnie pisząca. Miała doskonałą pamięć i znalazła sposób na przetrwanie: na to co z nią i wokół niej się działo patrzyła jakby z boku, obserwując i zapamiętując. Właściwie pisała w głowie na bieżąco tą książkę, uczyła się jej na pamięć, żeby gdy tylko to będzie możliwe, przenieść ją na papier.
        A ta miłość, która chyba w filmie zajęła poczesne miejsce, cóż, to końcówka jej katorgi. W książce nie poświęciła jej zbyt wiele miejsca. Podobnie jak temu, że stała się tam osobą wierzącą, katoliczką. Pisząc o sobie, tak naprawdę nie siebie ustanowiła główną bohaterką swej książki…

        • Logos Amicus Says:

          Salino, ja się oburzenia z Twojej strony nie spodziewam nigdy, bo przecież wiem, że raczej w ten sposób nie reagujesz, zwłaszcza gdy wchodzisz z kimś w polemikę :)

          I dziękuję Ci bardzo za ten (wyważony) głos w sprawie Żeni Ginsburg, bo mi tego kontr-balansu w jej ocenie brakowało.
          Zresztą, postaram się sam przeczytać „Stromą ścianę” i prawdopodobnie wrócę kiedyś do tego tematu (literatury „łagrowej”), który zresztą zawsze mnie interesował – a podsycany był ongiś lekturą m.in. Czapskiego i Herlinga-Grudzińskiego (o ile dobrze sobie przypominam, rozmawialiśmy o tym przy okazji Osipa Mandelsztama).

          Jakby nie było uważam, że wspomnienia Ginsburg są skarbem nie do przecenienia, jeśli chodzi o dokumentację zbrodni stalinowskich i XX-wiecznego totalitaryzmu.
          Na potwierdzenie tych słów pozwolę sobie przytoczyć fragment recenzji, jaką o „Stromej ścianie” napisał w „Polityce” Andrzej Garlicki:

          * * *
          „W znakomitej, nagrodzonej w 2004 r. nagrodą Pulitzera, książce Anne Applebaum pt. „Gułag”, Eugenia Ginzburg przywoływana jest 40 razy. Aleksander Sołżenicyn o 20 razy więcej, ale znakomity pisarz rosyjski Warłam Szałamow tylko 31 razy, a Gustaw Herling-Grudziński – 30 (autorka swobodnie czyta po polsku). Przytaczam te dane, bo ilustrują one wartość poznawczą łagiernych wspomnień Eugenii Ginzburg (…).
          „Stromą ścianę” autorka zaczęła pisać we wczesnych latach 50. minionego wieku, jeszcze na Syberii. Wierzyła, że proces destalinizacji w Związku Radzieckim będzie się konsekwentnie pogłębiał i że jej wspomnienia będą się mogły ukazać w jakimś moskiewskim wydawnictwie. W napisanym w 1955 r. krótkim wstępie stwierdza, „że w naszej partii, w naszym kraju znów zapanowała wielka leninowska prawda (…) dziś już można opowiedzieć szczerze o tym co było i co nie powtórzy się nigdy”. Myliła się. Jeszcze nie było można. Pozostał „samizdat”, lecz jego zasięg był niewielki. Na szerokie wody międzynarodowe wypłynęły wspomnienia Eugenii Ginzburg po opublikowaniu w 1967 r. we Włoszech oryginalnego tekstu pierwszego tomu równocześnie z włoskim przekładem. Za włoskim poszły przekłady na wiele innych języków i w końcu lat 60. autorka „Stromej ściany” stała się klasykiem literatury łagierniej.
          Te wspomnienia urzekają nie tylko zadziwiającą pamięcią, również najdrobniejszych szczegółów, ale i brakiem nienawiści dla katów. Gardzi nimi, nie usprawiedliwia ich, ale nie potrafi nienawidzić. Gdy ją aresztowano w wielkiej fali 1937 r., była przekonaną komunistką, pozostała nią i przez następne 18 lat pobytu w więzieniach i obozach Kołymy. Również i później, przez ostatnie dwadzieścia lat życia. Zmarła w 1977 r. w wieku 73 lat. Była matką znanego rosyjskiego pisarza Wasilija Aksjonowa (1932-2009).

          Eugenia Ginzburg stara się opisać system stalinowskich więzień i łagrów oraz ludzi w nim funkcjonujących. Ma niewątpliwy talent literacki, który sprawia, że tak grubą książkę czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Świetny przekład jest dodatkowym plusem. Autorka była aresztowana i więziona bez żadnego powodu. Nie konspirowała, była fanatyczną zwolenniczką ustroju, była inteligentką wierną Partii i Stalinowi. Nie miało to żadnego znaczenia, a w jakiejś mierze – stanowiło okoliczności obciążające. Wielka fala stalinowskiego terroru pochłaniała również i komunistów.
          Losy Eugenii Ginzburg pozwalają lepiej zrozumieć powolny i pełen zahamowań proces destalinizacji. Wciąż jeszcze w warstwie świadomości niedokończony. Od śmierci Stalina minęło 57 lat. Prawie trzy pokolenia. Był w tym czasie XX Zjazd KPZR i wstrząsający referat Chruszczowa o stalinowskich zbrodniach, rozpadł się Związek Radziecki i upadł komunizm, a wciąż jeszcze żyje w Rosji legenda Wielkiego Stalina.”
          * * *

          https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/stroma-c59bciana.jpg?w=780

  12. Miriam Says:

    „Wichrów Kołymy” nie oglądałam, ale pozwolę sobie zamieścić fragment recenzji, jaką o tym filmie napisał Artur Cichmiński:
    „Dramat Ginzburg, osoby zaangażowanej, szczerze wierzącej w partię i Stalina, był tym większy, że to właśnie system oraz ustrój, w który tak wierzyła zgotował jej ziemskie piekło. Profesor literatury na kazańskim Uniwersytecie zostaje, któregoś dnia oskarżona o udział w trockistowskim spisku i po 10 minutach rozprawy, bez dowodów winy skazana na dziesięć lat karnego obozu, co było przejawem swego rodzaju aktu łaski władz sowieckich, gdyż w każdym innym przypadku dostałaby wyrok śmierci. Trawiąca Związek Radziecki paranoja i psychoza Stalina jest jedynie punktem wyjścia do opowieści, która w głównej części rozgrywa się w surowej, siermiężnej scenerii obozu na Kołymie.
    Opowieść, która mogłaby być przypowieścią, traktatem o ponurych czasach totalitaryzmu, upodleniu jednostki, powszechnym terrorze na własnych obywatelach okazuje się jedynie suchym, mało pasjonującym obrazem, który niewiele już wnosi do prawdy o tamtych czasach. Nie jest też to głęboka i poruszająca analiza stanu ducha człowieka postawionego w iście ekstremalnej sytuacji. Wręcz piekło gułagu z czasem traci na swym upiornym charakterze i choć może nie staje się radosnym kurortem, to życie w nim, przynajmniej dla Ginzburg, robi się dość znośne. Więzienie pozostaje jednak więzieniem, dlatego o komforcie życia trudno też tu mówić. Poza tym Gorris serwuje wszystko to, co w takim przypadku pojawić się powinno. Śmierć, moralne zepsucie, obezwładniająca myśli i ciało beznadzieja. Tylko, że to już było.”

    • Logos Amicus Says:

      Wg mnie film ten nie jest „suchym”, ani „mało pasjonującym” obrazem.
      To prawda, że nie jest to utwór analizujący fenomen komunistycznego terroru, ale już stanem „człowieka postawionego w ekstremalnej sytuacji” się zajmuje. Z tego, że Eugenia Ginsburg warunki obozowe „zniosła”, trudno czynić wobec niej zarzut. Ponadto, nie zauważyłem, żeby reżyserka nie podkreśliła tych jakże przecież nieludzkich, panujących w obozie warunków.

      Nie uznaję też tezy autora tej recenzji o wtórności „Wichrów Kołymy”. Moim zdaniem, takie obrazy (nawet poddające się pewnym konwencjom kina) są potrzebne, i wiadomo, że jak zajmują się podobnym tematem, to i mówienia o „śmierci, moralnym zepsuciu i obezwładniajacej beznadziei” trudno im uniknąć (zresztą, dlaczego miałyby to robić, skoro to wszystko było wtedy na porządku dziennym?)

  13. karol Says:

    Pozory mylą. Patrząc na Jana Jakuba Kolskiego trudno dostrzec w nim największego wrażliwca polskiego kina. Spracowana, nieogolona twarz, postura niedźwiedzia i ramię sztangisty. Ale w środku – cała masa ciepła.

    „Wenecja”, to kolejny dowód świadczący o wyjątkowej wrażliwości tego reżysera. Znów bawi się w magika – jednak warto podkreślić, że to nie żadne czary-mary, triki i sztuczki. To zwykły talent. Talent do przedstawiania rzeczywistości w barwach innych niż te, które widzimy na co dzień. W chwili rozpoczęcia seansu Kolski nakłada nam na oczy specjalne soczewki – niby znamy już to, co widzimy na ekranie, ale z jakiegoś powodu nie wygląda to już tak, jak przedtem. Jeśli reżyser takie soczewki nosi „na stałe”, nie pozostaje nic innego, jak tylko zazdrościć.

  14. sven Says:

    Witam;
    Ostatnio miałem przyjemność obejrzeć „oceniane” tutaj najnowsze dzieło J. Machulskiego i dziwię się, że autor nie dostrzegł ukrytych tam paralel i przenośni, które są aż nadto oczywiste.
    I cóż dodać, to że film „wjechał” na amerykańskie salony można uznać za fenomen Reżysera.

  15. babka filmowa Says:

    „Wenecja” – niezwykły(jak zresztą każdy JJK) film o sile wyobraźni, która potrafi czynić cuda i przetrwać najgorsze. Mnie się skojarzył z „Pustym domem” Kim Ki Duka. Słusznie podkreśliłeś nazwisko Operatora A. Reinharta – jest genialny, także w „Nic” czy „Pora umierać” D. Kędzierzawskiej.

    Hm, „Moją krew” musiałabym zobaczyć, kiedyś nawet podjęłam taką próbę, ale przerwałam, coś mnie raziło w tym filmie. Natomiast „Chrzest” łyknęłam bez wiekszego bólu (mały ból sprawiała mi główna rola żeńska), trochę mi sie skojarzył z „Myszy i ludzie”.

  16. KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA | WIZJA LOKALNA Says:

    […] – jest coraz gorzej. Po znośnym jeszcze „Przedwiośniu”, były niezbyt udane „Śluby panieńskie”, zaś teraz reżyser zaserwował nam niezborne „PANIE DULSKIE”, według mnie filmowe […]

  17. „POWIDOKI”, „PROSTY FILM O MORDERSTWIE”, „LAS, 4 RANO”, „PLANETA SINGLI” – o filmach 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce | WIZJA LOKALNA Says:

    […] ale również w plastycznej urodzie obrazów, która swoje apogeum osiągnęła w przepięknej Wenecji przed sześcioma laty. Film bardzo mi się podobał, kręcony był – jak sam przyznał Kolski – […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s