MIŁOŚĆ W CZASACH DONOSÓW („Różyczka”)

*

Miłość, zdrada i polityka. (Magdalena Boczarska i Andrzej Seweryn w filmie Jana Kidawy-Błońskiego "Różyczka".)

*
*  *  *
Czy od filmu Kidawy-Błońskiego można oczekiwać tego, by oddawał tzw. prawdę (zarówno tę „namacalną” – fizyczną, jak i psychologiczną) o rzeczywistych ludziach, do których życia nawiązuje? (A należy tu wspomnieć, że scenariusz dość dokładnie opiera się na autentycznej historii Pawła Jasienicy i jego żony Zofii Beynar-O’Bretenny, agentki Służby Bezpieczeństwa, którą to panią sama „bezpieka” wepchała do łóżka pisarza, a która jeszcze z pogrzebu swego męża napisała gorliwy raport dla SB.)
Cóż… mam co do tego pewne wątpliwości. I to nie dlatego, że odtwórcy głównych ról, czyli Magdalena Boczarska i Andrzej Seweryn zupełnie nie przypominają aparycją tamtej pary, a obraz jest bardziej żywy i kolorowy, niż ówczesne peerelowskie scenerie. Głównym powodem jest to, że „Różyczka” to po prostu serwujący nam fikcję film rozrywkowy, należący do głównego nurtu kina popularnego. Wydaje mi się, że Kidawa-Błoński doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego nalega (tak, jak to zrobił po projekcji, na spotkaniu z chicagowską publicznością), by jego filmowej opowieści nie wiązać raczej z osobami Jasienicy i jego żony.
Napisawszy, że „Różyczka” to kino popularne i w zasadzie nic więcej, muszę przyznać zarazem, iż jest to film zrealizowany bardzo sprawnie, by nie napisać znakomicie, a tym samym mogący dostarczyć widzowi sporej satysfakcji.
A jednak zastrzeżenia twórców filmu by nie widzieć w „Różyczce” historii konkretnych, znanych z imienia i nazwiska ludzi, którzy istnieli naprawdę, brzmią dwuznacznie, ponieważ – z drugiej strony – roszczą sobie oni pretensje do tego, by „Różyczkę” traktować jako studium odzwierciedlające „prawdę” o czasach, do których film nawiązuje (a więc PRL-owską rzeczywistość drugiej połowy lat 60-tych, ze szczególnym nawiązaniem do Marca ’68) – co np. widoczne jest w wykorzystaniu zdjęć i dokumentalnych „migawek” z tamtego okresu.
Niewątpliwie ich intencją było również to, abyśmy i na filmowych bohaterów, mimo iż fikcyjnych, patrzyli jak na ludzi z krwi i kości, dostrzegając przy tym całą ich psychologiczną złożoność.
Być może ta ambiwalencja wynika już z samej istoty każdego dzieła sztuki (w tym i dzieła filmowego), które za pomocą „kłamstwa” fikcji, chce przedstawić „prawdę” rzeczywistości?
Ale, ale… zostawmy tu tak wielkie słowa, jak „sztuka” i „dzieło” i zajmijmy się bliżej „Różyczką”.
*  *  *

Czy esbek może mieć duszę? Robert Więckiewicz w roli "prowadzącego" TW "Różyczkę" kapitana SB.

Trzeba przyznać, że film ten żyje dzięki bardzo dobrej reżyserii, świetnie napisanemu scenariuszowi, ale przede wszystkim – dzięki wyrazistej grze aktorskiej, zwłaszcza Roberta Więckiewicza (odtwarzającego rolę oficera „bezpieki” Romana Rożka), który niejako „kradnie” cały ten filmowy show.
W centrum uwagi leży jednak sama Kamila (pseudonim „Różyczka”) i jej związek z pisarzem Adamem Warczewskim, którego ma ona za zadanie uwieść, inwigilować i oczywiście składać na niego raporty do SB. Problem w tym, że mimo iż Kamila jest dziewczyną Rożka, (może się wydawać, że jednak wiąże go z nią coś więcej niż seks) to wchodzi ona w coraz bardziej intymny związek z Warczewskim, który z czasem staje się dla niej nie tylko mentorem, ale i kochankiem, a wreszcie i mężem.
To prawda, że Kamila na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia wybitnie sprawnej intelektualistki, zdającej sobie sprawę z politycznej gry jaka wokół niej się rozgrywa. Ma ona jednak tę zaletę, że obdarzona jest niezwykle ponętnym ciałem, któremu nie może się oprzeć nawet taki tytan erudycji, myśli i społecznego morale, jak Warczewski. Powiedzieć jednak, że Kamila jest pustą idiotką a nawet zwykłą k…ą (jak co poniektórzy ją w filmie nazywają) byłoby mimo wszystko zbyt daleko idącym uproszczeniem. Bo „Różyczka” z czasem zdobywa także i naszą przychylność, a nawet sympatię. Widzimy jak dziewczyna coraz bardziej przywiązuje się do (starszego przecież od niej o całe pokolenie) mężczyzny, jak stopniowo uświadamia sobie wagę – tak, nie bójmy się tego jakże niemodnego dziś słowa – ideałów, które on reprezentuje i wyznaje… jak staje się ona po prostu pełniejszym i bardziej świadomym (siebie i innych ludzi) człowiekiem.
Także w samym Warczewskim, mimo że uroda Kamili jest dla niego punktem wyjścia do nawiązania z nią bliższych (hm…) stosunków, zaczyna się rodzić głębsze uczucie, w które nawet jesteśmy skłonni uwierzyć (również za sprawą świetnej, jak zwykle zresztą, kreacji Seweryna). Koniec końców dostrzegamy, że… tak, tak, nie zżymajmy się na tę konstatację – zaczyna w tym wszystkim chodzić o prawdziwą miłość.
*  *  *

Polityka wchodząca ludziom do łóżka - jeden z wielu perfidnych tricków sytemu totalnej kontroli

No ale co z tym Rożkiem?
To prawda, biorąc pod uwagę sposób, w jaki przedstawia go scenariusz, wydać się on nam może zwykłym palantem, gburem, brutalem i służalczym wobec systemu pionkiem, to w interpretacji Więckiewicza postać ta nabiera niespodziewanej głębi. Może właśnie dlatego odczułem naturalny odruch sprzeciwu, kiedy sam Kidawa-Błoński nazwał Rożka „prymitywem”. Być może Rożek to prymityw, ale dzięki Więckiewiczowi zaczynamy wierzyć w to, że „zdrada” Kamili staje się dla niego osobistą tragedią.
Mimo tego, że lata 60-te kojarzą się większości pamiętających je Polaków z peerelowską siermiężnością i szarością, to „Różyczka” ową szarość przełamuje okazując się filmem (dosłownie i w przenośni) barwnym, przykuwającym uwagę i mimo swojej skłonności do melodramatyzmu, zasługującym na bardziej pogłębioną analizę. To, po „Rewersie” Lankosza, drugi ważny w polskim kinie obraz ukazujący rzeczywistość nie tak dawnego okresu w historii naszego kraju, bez świadomości której niemożliwe wydaje się być zrozumienie tego wszystkiego, co dzieje się obecnie w Polsce .
* * *

Fikcja i rzeczywistość: żona Pawła Jasienicy Zofia Beynar-O'Bretenny oraz Magda Boczarska jako filmowa "Różyczka"

Przy okazji tego filmu odżyła w naszym kraju bulwersująca sprawa Pawła Jasienicy i donoszącej na niego żony. Wielu z nas nie mogło się pomieścić w głowie, jak można pisać donosy na kogoś, z kim dzieli się najbardziej intymne momenty swojego życia, kto jest tą naszą „drugą połówką”; wreszcie po kimś, kto  jest ostatnią osobą, po której moglibyśmy się spodziewać, że będzie naszym politycznym wrogiem, wydającym nas na pastwę represyjnego systemu.
Zostawiając na boku fikcję, zastanowiłem się nad tym, jak to jest możliwe z psychologicznego punktu widzenia. Siłą rzeczy, aby temu podołać, należało zwrócić uwagę na samą „bohaterkę” naszego skandalu, czyli żonę Jasienicy, Zofię Beynar-O’Bretenny. A tutaj możemy tylko polegać na świadectwach ludzi, którzy ją znali, a i tak nie do końca, bo przecież to, kim jesteśmy naprawdę, nie pokrywa się raczej z tym, jak nas widzą inni. Czyżby więc pozostawały tylko domysły?
Cezary Łazarewicz w swoim, opublikowanym w „Polityce” artykule pt. „Nesia doniesie wszystko. Podwójne życie żony Jasienicy”, przytacza opinie tych, którzy się z tą kobietą zetknęli osobiście.
Oto, co pisał o niej np. Stefan Kisielewski: Jest to osoba wyszczekana, inteligentna, bywała, jeszcze »akówka«, ale coś mi za mądra.
Wydaje mi się, że owo „coś mi za mądra” należy brać jednak z przekąsem, bo szczególnej bystrości w Nesi raczej nikt nie zauważał. Ot, choćby jej znajoma Marta Miklaszewska: Miała bardzo dużo wdzięku i była niezwykle towarzyska. Ale żaden intelekt to nie był. Po półgodzinnej rozmowie stawała się już bardzo nudna, bo okazywało się, że nic nie wie i niczym się nie interesuje, poza sukienkami, zagranicznymi wycieczkami i ploteczkami.
Natomiast „prowadzący” ją, (jako TW „Ewa-Max”) kapitan SB Adam G. wyraził się o niej bez ogródek: O Ewie myślałem: a to kurwa, i jednocześnie zacierałem ręce. Ona robiła więcej, niż do niej należało. Pokazywała mi prywatne listy, zanim ją o to poprosiłem.
Należy dodać, że to właśnie jemu Zofia Beynar-O’Bretenny zadedykowała swoją, wydaną (pod pseudonimem Zofia Darowska) w 1970 roku książkę zatytułowaną „Tajemnica piastowskich orłów”, napisaną niewątpliwie przy wydatnej pomocy Pawła Jasienicy, u boku którego w końcu ją pochowano.
No cóż… trudno jest jednak połapać się w tej love story alla polacca.
*  *  *

Pogrzeb Pawła Jasienicy w 1969 roku (Zofia Beynar-O'Bretenny stoi pierwsza z prawej). U góry: Paweł Jasienica w swojej bibliotece oraz Zofia Beynar-O'Bretenny (zdjęcie zrobione podczas pogrzebu męża).

*
Advertisements

komentarzy 31 to “MIŁOŚĆ W CZASACH DONOSÓW („Różyczka”)”

  1. Don Dario Says:

    Witam serdecznie, do wymienionych przez Pana tytułów dodałbym filmy: ‚Rysa’ oraz ‚Róże Kawasakiego’ znane u nas jako ‚Czeski błąd’. Filmy te doskonale się uzupełniają z ‚Różyczką’ i ‚Rewersem’ oraz niemieckim „Życie na podsłuchu’ – rozwijając bogatą gamę aspektów SPRAWY. Wydaje się, że kino krajów postkomunistycznych jest w obecnym okresie u szczytu zainteresowania tematyką. Temat jest uniwersalny i piekielnie interesujący. Równie dobrze można by go rozegrać w każdym innym totalitaryzmie, nie tylko w reżimach komunistycznych.

    • Logos Amicus Says:

      Ostatnio doszedł jeszcze do tej kolekcji obrazów dotyczących SPRAWY najnowszy film Marty Meszaros pt. „Ostatni raport o Annie” (myślę wkrótce coś o nim napisać).
      Każdy z tych obrazów jest inny, wszystkie są dobre, ale chyba najmocniejszym a zarazem najbliższym oddania perfidii systemu inwigilacji stosowanej przez państwo totalitarne i jego dewastacyjnego działania na ludzi (zarówno z jednej, jak i z drugiej strony), było niemieckie „Życie na podsłuchu”.

  2. czara Says:

    Dobrze, że padł tutaj tytuł „Życia na podsłuchu”, bo rzeczywiście analogia aż się sama nasuwa. To, co podobało mi się w Różyczce, to wielowymiarowość postaci – przemiana Kamili, o której piszesz, ale też Rożek. „Prymityw” czy nie, reżyserowi udało się go pokazać jako człowieka kierowanego nie tyle chamstwem czy chciwością, ale głębokim strachem i brakiem akceptacji własnej tożsamości. Płaci za to wysoką cenę.

    A wątek żony Jasienicy bardzo ciekawy. Warto byłoby go pociągnąć. (Choć nie zgadzam się, że „zastrzeżenia by nie łączyć Różyczki z tą historią brzmią dwuznacznie.” A to dlaczego? Nie można zrobić „studium” inspirującego się rzeczywistością bez przekopiowania książki biograficznej fakt po fakcie?)

    • Logos Amicus Says:

      Dobrze Czaro, że wspomniałaś tu o strachu i braku akceptacji własnej tożsamości, jaki odczuwa Rożek. W tę jego miłość trudno jest jednak uwierzyć… Bardziej wygląda mi to na chuć, a potem wściekłość samca, któremu zabrano samicę, a na dodatek „pozbawiono” (niejako) męskości, odbierając mu także broń.

      To moje użycie słowa „dwuznaczność” samo jest trochę dwuznaczne :) – stąd pewne nieporozumienie.
      Oczywiście, że można zrobić ‚studium’ inspirujące się rzeczywistością bez przekopiowania książki biograficznej, ale zawsze będzie to interpretacja „rzeczywistości”, a nie prawdziwe jej oddanie. Zresztą, scenariusz niemal dokładnie kopiuje jednak wątki obecne w biografii Jasienicy i jego żony donosicielki. Być może zastrzeżenia twórców filmu to także skutek „pogróżek” adwokatów rodzin naszych „bohaterów”, którzy ostrzegli wszystkich, że kojarzenie postaci filmowej z osobą Jasienicy może być karalne :)

      Wątek żony Jasienicy rzeczywiście jest ciekawy, ale czy ona sama też jest taka „ciekawa”?
      Co ten Jasienica w niej widział, to ja doprawdy nie wiem (co innego, gdyby była ona podobna do Magdy Boczarskiej ;) )
      No ale Jasienica to też Sewerynem nie był ;) – ot, sprawia wrażenie jakiegoś kostycznego starszego pana.
      (Oczywście trywializuję… pisząc to z przymróżeniem oka, zresztą ;) ).

      • czara Says:

        Spodziewałam się rzeczowej dyskusji, a Logos w jakichś frywolnych nastrojach ;)
        Dla mnie Zofia właśnie jest bardziej fascynująca niż Kamila (płci męskiej proponuję po prostu niezerkanie na zdjęcia:) (a swoją drogą na tych fotografiach obie panie są w drastycznie różnym wieku więc takie porównania..;)

        W kobietę, która początkowo z niskich pobudek angażuje się w takie świństwo, ale potem ludzka strona w niej się odzywa – łatwo mi uwierzyć. W Zofię, do końca grającą czułą małżonkę – trudniej. A to właśnie ona jest realna i to jest fascynujące. Ale, jak to zawsze za Twainem powtarzam, fikcja musi być prawdopodobna, prawda nie…

        W kopiowaniu „wątków” nie ma nic złego – większość pisarzy czy scenarzystów to robi. Ale tu obie historie przyjęły zupełnie różny obrót, więc to jednak licentia poetica :)

        • Logos Amicus Says:

          Czaro, muszę się przyznać, że trudno mi jest tę kobietę rozgryźć (mam tu na myśli autentyczną żonę Jasienicy a nie jej filmowy odpowiednik). Kobieta zawsze jest dla mężczyzny pewną tajemnicą… również dltego, że jest nieprzewidywalna. Po mężczyźnie zazwyczaj wiadomo czego się spodziewać, ale już o kobiecie tego powiedzieć nie można ;)

          Ale jednak człowiek – kobieta czy nie kobieta – to skomplikowane i pełne sprzeczności zwierzę. Tkwią w nim często zdumiewające skrajności. Ktoś zrazu zachowuje się jak świnia, by przy innej okazji zachować się po ludzku, a czasem może wręcz szlachetnie.
          Tak samo Zofia. Również jestem skłonny uwierzyć w to, że potrafiła być wobec Jasienicy czułą małżonką (i że była w tym szczera), a jednocześnie z zimną krwią (a może nawet i satysfakcją) smarowała obciążające go raporty do SB.
          A łóżko?
          To mi jest wyobrazić sobie chyba najłatwiej. Kobieta czasami zdolna jest zachowywać się jak modliszka – uprawiać z mężczyzną namiętny seks (wbrew mitycznej famie, że do tego potrzebne jest jej uczucie) by zaraz potem wsadzić mu pod żebra nóż. Zresztą, dotyczy to nie tylko kobiet, ale generalnie ludzi i wielu par małżeńskich, gdzie miłość sąsiaduje z nienawiścią, a fizyczny pociąg przeplata się ze wstrętem.

          PS. A może Ty pomożesz mi objaśnić Zofię? W końcu jesteś kobietą, więc Tobie powinno być łatwiej ;)

          PS2. Skoro, jak piszesz, łatwo Ci jest uwierzyć w to, że „ludzka strona się w niej odzywa” to dlaczego już w „Zofię, do końca grającą czułą małżonkę” trudniej? Przecież małżeńska czułość jest właśnie tą „ludzką stroną” :)

        • czara Says:

          Obawiam się, że Ci nie pomogę :) Te męskie teorie na temat kobiet zawsze mnie szokują. Dla mnie bowiem niektórzy mężczyźni bywają tak samo nieprzewidywalni jak niektóre kobiety :)
          O Zofii natomiast wiem za mało, żeby móc choćby próbować ją rozgryzać. Dlatego liczyłam i wciąż jeszcze nieśmiało liczę na Ciebie.

          „PS2. Skoro, jak piszesz, łatwo Ci jest uwierzyć w to, że „ludzka strona się w niej odzywa” to dlaczego już w „Zofię, do końca grającą czułą małżonkę” trudniej? Przecież małżeńska czułość jest właśnie tą „ludzką stroną” :)”
          Tak, ale akcent tu położyłam na „grającą”! Nie potrafię zrozumieć, skąd czerpała, nie wiem – siły? żeby właśnie do końca występować w tej podwójnej roli.

        • Logos Amicus Says:

          Czaro, to moja „teoria” na temat kobiet jest wypowiedziana z przekąsem i na poły żartobliwie (ileż motikonów mam do tego dołączyć aby tak to zostało odebrane? ;) ;) ;) )
          Oczywiście że i mężczyźni potrafią zachować się nieprzewidywalnie (jak zresztą wszyscy ludzie), także mężczyzna jest zdolny wsadzić kobiecie nóż pod żebra, albo i w plecy.

          „Nie potrafię zrozumieć, skąd czerpała, nie wiem – siły?”

          Może po prostu była bardzo żywotna i na swój sposób ambitna? :)

          „O Zofii natomiast wiem za mało, żeby móc choćby próbować ją rozgryzać. Dlatego liczyłam i wciąż jeszcze nieśmiało liczę na Ciebie.”

          Ja także wiem o niej za mało, by to zrobić. Zresztą, podejrzewam, że nawet gdybyśmy ją znali osobiście, to mielibyśmy z tym kłopoty.
          Człowieka naprawdę trudno jest oceniać (osądzać) jednoznacznie. Choćby dlatego, że motywy jakimi się on kieruje są często ze sobą sprzeczne. Nie wspominając o tym, że jego zachowanie zależy także od okoliczności, w jakich się on znajduje.

      • czara Says:

        Ale grzebanie w jego (człowieka) psyche jest fascynujące prawda?
        Cieszę się, jeśli pisane z przekąsem, a z emotikonami to lepiej nigdy nie przesadzać ;)
        (jak ktoś nie widzi i bez tego przymrużenia oka, to już nic mu nie pomoże – kajam się;)

  3. Kartka z podróży Says:

    Historię znam, sporo na ten temat czytałem ale niestety nie oglądałem filmu. Natomiast pamiętam z 80 – 90 -tych lat ubiegłego wieku, kilka podobnych sytuacji dotyczących moich dalszych znajomych, których partnerzy (partnerki) byli uwikłani w kontakty z policją polityczną. Bardzo dramatyczne historie – jedna zogniskowała się nawet w chorobie psychicznej. Nie sądzę, by tego typu zdarzenia były tylko historią, bo państwo nadal stosuje podobne metody, o czym można w krajowej prasie wyczytać. Dziwne, bo część opinii publicznej te metody popiera – nie słychać większych sprzeciwów. Dlatego widziałbym to szerzej, bo problem chyba dotyka zdrady. I nie myślę tu o zdradzie w kontekście seksualnym ale o takiej „mocnej” zdradzie w sensie wydania sekretów, tajemnic, spraw intymnych wyciągniętych od drugiego człowieka. I to też jest zjawisko powszechne.
    Niestety recenzje z filmu, które czytałem dość dydaktycznie (zrozumiale) wskazywały na totalitarne źródła zachowań bohaterki. To zabawne, bo Różyczek i Różyczków współcześnie nie brakuje.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      To prawda, że „Różyczek” i „Różyczków” współcześnie nie brakuje – tak jak i nie brakowało ich w jakichkolwiek czasach. Jednakże systemy totalitarne namnożyły tego typu ludzi co niemiara, bo opierały się one na totalnej kontroli wszystkich i wszystkiego, stosując przy tym bardzo rozbudowane sposoby „wynagradzania” za tego typu usługi.
      Zresztą każde państwo ma do dyspozycji jakiś aparat przemocy oraz „służby” odpowiedzialne za „bezpieczeństwo” kraju. I niestety, każda taka „służba” ma tendencję do nadużywania swoich uprawnień (w ostatnich czasach – pod pretekstem „walki z terroryzmem”) i ciągłego rozszerzania swojego pola inwigilacji.

      A co do motywów, jakimi kierowała się żona Jasienicy pisząc na niego raporty do SB, to mogły być one różne. Począwszy od tego, że robiąc to mogła mieć poczucie, że jest kimś ważnym, „specjalnym” (może miała nawet poczucie wypełniania jakiejś misji?); po chęć zyskania pewnych przywilejów, a nawet finansowych gratyfikacji (podobno SB wypłacało jej za to kapusiostwo 500 zł. miesięcznie – co w tamtym czasie było jednak sumą nie do pogardzenia).
      Tak czy owak, ta pani zachowywała się obrzydliwie.

  4. fan Says:

    „RÓŻYCZKA” to świetne kino ze znakomitą rolą MAGDY BOCZARSKIEJ (nagroda dla niej na Festiwalu w Gdyni jest moim zdaniem w pełni zasłużona).

    Film jest czytelny, wartki, mocny, przy tym inteligentny.

    Jeśli „ŻYCIE NA PODSŁUCHU” miało szansę na świecie, nie widzę przeszkód – „RÓŻYCZKA” też sobie poradzi – moim zdaniem to lepszy film od „Życia…”.
    Wydarzenia 68r. przedstawiono klarownie i największy laik nabierze orientacji. Świetny scenariusz, reżyseria, zdjęcia, muzyka, aktorstwo.
    Profesjonalizm w każdym calu!

  5. Mason Says:

    Jak wiadomo film zdobył Złote Lwy na festiwalu filmowym w Gdyni. Członek jury, Xawery Żuławski skomentował werdykt słowami, że wygrał film, który wyróżniał się na tle innych i jest to kino, które może na długo pozostać w naszej pamięci. Po seansie miałem zupełnie inne odczucia. „Różyczka” to kino tanie, posługujące się prostymi do bólu środkami, by wywrzeć jakiekolwiek wrażenie na widzu. Reżyser zapomniał o jednej bardzo ważnej rzeczy – widz nie jest głupi i potrafi myśleć. Nie trzeba mu podawać wszystkiego na tacy. Kino to rozrywka, ale też świątynia nauki. Zamykamy się w ciemnym pomieszczeniu, odcinamy się od ulicznego zgiełku i wyciszamy się. Mamy sporo miejsca i czasu na myślenie, jak i wyciąganie radochy z ekrany. Niestety czasami trafiają się takie filmy jak „Różyczka”, które nic nowego nie wnoszą, tylko są zlepkiem wcześniej widzianych filmów. Ot, taki koktajl Kidawy-Błońskiego. Dziękuję dolewki nie będzie.

    „Różyczka” nie jest filmem nędznym. Nie jest też filmem złym. To przeciętne do bólu kino. Takich filmów nie można nagradzać. Gdybyśmy przez lata nagradzali tylko takie produkcje, to nasze kino sięgnęłoby dna i prawdopodobnie nigdy nie ujrzałyby światła dziennego takie perełki jak „Rewers”, „Plac Zawiciela” czy „33 sceny z życia”. Film Jana Kidawy-Błońskiego to schematyczny kolos, który z kroku na krok dotyka dna. Pomysł z łączeniem archiwalnych materiałów dokumentalnych z samą historią pozostawię bez komentarza. Ten film po prostu sam się pcha do grobu. A samobójców na razie nam nie trzeba. Z tym poczekajmy jeszcze kilka miesięcy, kiedy to premierą będzie miała „Sala samobójców” Janka Komasy.

    • Logos Amicus Says:

      Nie uważam, że „Różyczka” jako film dotyka dna. Nie widzę też, aby pchała się ona do grobu. Te pejoratywne opinie są wg mnie dość mocno przesadzone.
      Uważam, że połączenie dokumentalnych materiałów archiwalnych miało sens, bo właśnie one sprawiały, że film lepiej osadzał się w swoim czasie, nabierając pewnego autentyzmu, uwiarygadniając bardziej opisywaną historię.

  6. magda Says:

    Produkcji „Różyczki” towarzyszyła aura obyczajowego skandalu, pisano o kontrowersyjnych scenach rozbieranych, a Magdalenę Boczarską wypytywano o granie momentów intymnych zbliżeń z Andrzejem Sewerynem. Rzeczywistość jest pozbawiona pikanterii prasowych doniesień. Istotnie, u Kidawy-Błońskiego mamy erotykę, ale typową, polską. Więc albo nieco grubiańską w wydaniu brutalnego kochanka-boksera, albo naznaczoną mistycyzmem, a nawet pewnym męczeństwem w interpretacji starzejącego się profesora. Należy do tego dodać prymitywne poczucie smaku realizatorów, które nakazuje, kiedy bohater mierzy nagą bohaterkę wzrokiem od stóp do głów, koniecznie dokładnie ten sam ruch wykonać kamerą filmując ciało aktorki. Jakby bali się, że Polacy pozbawieni są wyobraźni i wszystko muszą dostać gotowe i saute.
    Nie wykorzystano największego potencjału – problemu inwigilacji i moralnej oceny takiego postępowania. Podczas gdy w „Życiu na podsłuchu” oglądamy ludzki dramat i żywe postaci, które wplątane w sieć zależności wykonują desperackie ruchy by się z niej uwolnić, w „Różyczce” historia uczucia profesora Warczewskiego i jego nemezis w cieniu komitetu centralnego sprowadza się wyłącznie do opowieści z papierowymi postaciami. Należy do tego dodać drażniącą manierę zamieszczania, obok zwykłych ujęć, oryginalnych archiwalnych zdjęć stolicy (a nawet wyjątków z gomułkowskich przemówień) na taśmie czarno-białej. W „Rewersie” podobny zabieg służył stylowemu przekazowi, tutaj jest zbędną cepeliadą.

    • Logos Amicus Says:

      Różne są odcienie erotyki i moim zdaniem nie jest źle, jeśli film stara się tę różnorodność oddać.
      Bowiem inny był jednak seks w wykonaniu Rożka, a inny w przypadku Warczewskiego.
      Niby wszystko sprowadza się do tego samego ;) – to jednak erotyzm jest inny w przypadku różnych ludzi, zależąc od ich osobowości i kultury.

      Zgadzam się, że film mógł pójść dalej w drążeniu problemu inwigilacji, ale wg mnie wcale już nie musiał poddawać tego ocenie moralnej. Taka ocena ewentualnie należy do widza.

  7. Aga Says:

    Nie widziałam „Różyczki” więc trudno mi oceniać. Spróbuję nadrobić zaległości, choć nadal mimo poprawy, autentycznie boję się polskiego kina, zarówno tego rozrachunkowego jak i nie daj boże, komediowego.
    Wracając do Miłości w czasach zarazy inwigilacji, jeden z przedmówców wspomniał o niemieckim „Życiu na podsłuchu”. Przyznaję kawał dobrego kina. Świetnie zagrane. Po mistrzowsku rozegrane ludzkie dramaty. Przemiana agenta stasi, który na naszych oczach z bezdusznego UB-eka staje się Aniołem Stróżem głównego bohatera, wiarygodna psychologicznie.
    Pewnie zabrzmi to trywialnie ale przy oglądaniu niemieckojęzycznych filmów, przez pierwsze 15 minut przeszkadza mi … język:-).
    Przy okazji Amicusie, kiedy weźmiesz na warsztat „Cząstki elementarne”, które z jednej strony ocierają się pornografię, a z drugiej są jednym z najbardziej bolesnych obrazów ludzkiej samotności. Przejmujące kino.

    • Logos Amicus Says:

      Cześć Agnieszko :)
      „Różyczka” pewnie niedługo wyjdzie na DVD. Warto sięgnąć. Myślę, że nie będziesz się nudzić :)

      Uważąm, że niepotrzebnie boisz się polskiego kina (w ostatnich latach pojawiło się jednak sporo dobrych filmów – głównie rozrywkowych, ale i te są dla ludzi ;) )
      Polecam „Rewers”, „Świnki”, „Dom zły”, „33 sceny z życia”, „Wojnę polsko-ruską”… Ostatnio widziałem też dość sympatyczny obrazek pt. „Waszystko, co kocham”, jak również film, który mnie zaskoczył (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) – „Erratum”.
      Poza tym, czeka mnie w listopadzie Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce, więc lepiej być dobrej myśli (tzn. spodziewać się, że trafi tu do nas kilka niezłych polskich filmów).

      Pozdrawiam

      PS. Zdecydowanie częściej powinnaś zostawiać tu swój ślad :)
      Zapraszam.

      • Aga Says:

        Akurat „Wojnę” widziałam. Tu emocje równo się rozkładają. Jestem po stronie tych co doceniają:-) Żuławski (młody) stwierdził, że nie ma nic przeciwko nagrywaniu reklam ale zleceń brak. Potencjalni zleceniodawcy oczami wyobraźni, zamiast mieszania w garach, widzą gospodynię domową wciągającą zupę nosem. Ciekawe skąd te skojarzenia:-)
        Na marginesie, nie czytam Masłowskiej ale z przyjemnością oglądam. Gdybyś miał okazję to polecam „Dwoje biednych Rumunów …” TR W-wa.Palce lizać:-)

  8. Awicca Says:

    Przyznam się bez bicia, że ja Różyczkę pobrałam z sieci, do kina nie zdążyłam, przegapiłam, na DVD jeszcze nie wyszło. Z jakiegoś powodu chciałam ten film obejrzeć. Nie na pewno, nie ze względu na reklamowaną erotykę, choć jest jej sporo i ciekawie wyeksponowanej. Obydwaj panowie, to dwie różne historie miłośne. Najczęściej przy wyborze filmu, kieruję się przeczuciem, intuicją. I tym razem mnie nie zawiodła. Film bardzo mi się podobał. Jak na mój gust bardzo dobrze zagrane role główne, klimat PRL-u, cóż , możliwe, że zbyt pod-lukrowany. Szarzej i brzydziej w tamtych czasach, dla mnie zawsze było cudnie i zielono i na podwórku z piaskownicą :) . Mała byłam, ale… coś niecoś pamiętam.
    Wczoraj weszłam na Pana Stronę i też się zaskoczyłam, bardzo pozytywnie zresztą, że prawie w tym samym czasie, ten sam film mieliśmy przyjemność oglądać.
    Ale zrecenzowany zupełnie z innej strony. Nie ma co kryć, Pana, okiem męskim i fachowca. Cieszę się, że zajrzałam. Wzbogaciła mnie o wątek Jasieniców, jako bohaterów o których mówi się, że posłużyli reżyserowi jako podstawa do nakręcenia filmu. Co prawda wiedziałam, czytałam o tym wcześniej, że takie sugestie są, ale sama postanowiłam skupić się wyłącznie na prywatnym, wręcz emocjonalnym, odbiorze filmu.
    Pana recenzja, uzupełnienia moje psychologiczno – kobiece spekulacje, a chwilami i kąśliwe, pod adresem starszego pana i młodziutkiej blond pięknej Różyczki ;)
    Ale tego festiwalu w Chicago, oj zazdroszczę Panu, bardzo, zupełnie inny wymiar oglądania, w kinie i to nie byle jakim kinie, na nie byle jakim wydarzeniu kulturalnym.
    Cóż ja z podusią na kanapie, w czterech ścianach pokoju z filmem z Chomiczka, z ciepłą herbatką i kotem na kolanie (mruczał).
    Nie wspomnę, że po filmie miał Pan możliwość pogadania z reżyserem i podpytania się o to i owo, a u mnie z komputerem i chwila na prywatną „rozmowę” z panem blogiem :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    • Logos Amicus Says:

      Coś mi się wydaje, że od tego Pana (jakim mnie tu tytułujesz), niebezpiecznie blisko do Starszego Pana, którego tak niemiłosiernie (i kąśliwie, jak sama przyznajesz) skrytykowałaś w swojej recenzji „Różyczki” ;)
      Czy nie wierzysz, że miłość może nie zważać na różnicę wieku (powiedzmy – jednopokoleniową)?
      Zresztą, wydaje mi się, że każda miłość ma w sobie element egoistyczny, (który przecież wcale nie musi być wyrachowaniem).

  9. iwona Says:

    Film konczy sie filmowo. Odmieniona glowna boahterka, z nuta tragizmu, a w zyciu- jak w zyciu az tak romantycznie nie bylo. Czym sie kierowaly osoby donoszace- nie mam pojecia. Zdaje mi sie jednak, ze zona Jasienicy traktowala wszystko jako zadanie do wykonania. Wlaczajac w to swoje cialo i intymnosc. I mozna by bylo tak traktowac historyczne Maty Harii. Meska popedliwosc, i niekiedy zaskakujace umiejsowienie mozgu, pozwala na kobieca przebieglosc. Raczej i w filmie, i w zyciu widze, ze lud meski jest strasznie slabiutki…. ;)

  10. tamaryszek Says:

    Myślę, że masz rację demaskując to reżyserskie krygowanie się na prawdę/rozrywkę. Jest w tym jakaś gra. Odżegnują się od Jasienicy i sugerują uniwersalne tropy po trosze dla asekuracji. Ja czytałam wywiad, w którym reżyser nie powiedział wprost, że o Jasienicę chodzi. A przecież chodzi (co potwierdzasz także świeższą wersją reżyserskich odsłon), tyle że w filmie udało się połączyć oba wymiary: historyczny i fikcyjny. Opowieść się broni.

    Z zainteresowaniem przeczytałam to, co piszesz o Warczewskim, Kamili („To prawda, że Kamila na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia wybitnie sprawnej intelektualistki…” – Oj, pierwszy rzut oka pada zdecydowanie gdzie indziej:)) i Rożku – tak! Więckiewicz znów ukradł film.

    I coś nowego znalazłam w Twojej odsłonie Zofii Beynar-O`Breteny.
    Straszna ta nadgorliwość.

    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Błoński mówi, że o Jasienicę nie chodzi i jest w tym szczery. A z drugiej strony są te fakty pokrywające się niemal dokładnie z filmową fabułą. Ja jednak nie widzę w tej (pozornej) niekonsekwencji reżysera (raz mówi, że tak, tak – Jasienica, innym razem, że nie – nie Jasienica) krygowania się, a raczej zmianę perspektywy, z jakiej można na ten film popatrzeć: bo z jednej strony jest to opowieść zainspirowana rzeczywistą postacią (postaciami), a z drugiej – powiedzmy trochę górnolotnie – dzieło artystyczne, które domaga się jednak swojej autonomii (aby traktować go jako kreację mającą wartość samą w sobie, bez podpierania się ścisłymi faktami).
      W sumie więc, jeżeli ja nawiązałem do postaci Jasienicy i jego żony pisząc o filmowej „Różyczce”, to było to mój wybór – a ktoś inny wcale nie musi tego robić. I chyba ta ostatnia opcja, (którą notabene wybrałaś Ty) jest wobec filmu czymś bardziej „sprawiedliwym”.

  11. słodko-gorzkie Says:

    Różyczka jest przede wszystkim melodramatem. Historia staje się jedynie pretekstem dla rozwoju akcji, ale jednocześnie stanowi aktywne tło, które bezceremonialnie i jednoznacznie rozpisuje role, bezpośrednio wpływa na działania bohaterów, umożliwiając im spotkanie i pchając ku autodestrukcji. Zdjęcie z afisza Dziadów, zamieszki Marca’68 na UW, wspomnienia o Adamie Michniku, syjonistyczne nagonki, to wszystko w Różyczce uzupełnia i katalizuje obrót spraw. Każdy z trójki głównych bohaterów jest narzędziem, wtłoczonym w swą rolę na siłę, bezwiednie, poza swoją wolą. Ubek musi chronić samego siebie przed ujawnieniem swej prawdziwej tożsamości, pisarz, nieświadomy roli Kamili, wbrew brakowi akceptacji ze strony środowiska, zakochuje się w młodszej o czterdzieści lat dziewczynie, a donosicielka, piękna, ale nudna i bezbarwna, zyskuje szansę na lepsze życie.

  12. modelinka Says:

    Zofia była bardzo interesującą postacią. Duszą towarzystwa. Dowcipna, elegancka. Wiele lat po Jej śmierci dowiedziałam się o Jej drugim życiu. Mój do Niej stosunek za życia był bardzo przyjazny. Wierzyć mi się nie chciało, że jest inną osobą niż ta, którą znałam. Nawet teraz nie umiem Jej potępić jednoznacznie. A Ona już się nie obroni.
    Jedynym wytłumaczeniem było stwierdzenie chyba przyjaciółki Miry – że Zofia nie odróżniała dobra od zła…
    Nigdy już się nie dowiemy dlaczego zrobiła tak wiele złego…

    • Logos Amicus Says:

      Naprawdę znała Pani osobiście żonę Jasienicy?
      Ciekawe.

      Człowiek to zagadka.
      A może tylko jest nieprzewidywalny? ;)

      Pozdrawiam i dziękuję za podzielenie się z nami tą refleksją.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s