WINNI CZY NIEWINNI?

Miłość, flirt, kolaboracja? Uwiedzeni przez totalitaryzm? Wielcy artyści w objęciach faszyzmu – winni czy niewinni? Na zdjęciu od lewej: Ezra Pound, Leni Riefenstahl, Ferdinand Céline, Ernst Jünger.

Muszę się przyznać, że to jeden z moich bardziej spontanicznych wpisów. Dyskusja, która miała miejsce pod poprzednim tekstem ( „Raskolnikow to ja” ) o powiązaniach autora ze swoim dziełem, zahaczyła także o kwestię ewentualnej odpowiedzialności (lub nieodpowiedzialności) pisarza za własne słowo. Komentarz Kartki zainspirował (sprowokował?) mnie do wypowiedzi, którą postanowiłem przekazać właśnie w formie nowego wpisu, jako że dotyka on wg mnie czegoś bardzo istotnego.

W naszej dyskusji doszliśmy do bardzo ważnej kwestii, która rzuca dodatkowe i wyraziste światło na problem odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło.
Bo oczywiście jest nam łatwo manifestować naszą liberalną skłonność do obdarzania autora carte blanche, do swoistego nadawania mu immunitetu zwalniającego go od wszelkiej odpowiedzialności za to co pisze, jednym słowem – ciągłego respektowania jego licentia poetica.
*
Ale… sprawy się komplikują jeśli wkraczamy na grząski grunt faszyzmu czy komunizmu, czyli totalitaryzmów odpowiedzialnych za największe zbrodnie ludobójcze w dziejach ludzkości.
Czy tutaj również możemy zachować taką tolerancję i bezstronność?
To się wiąże z następującym dylematem: czy jest nam obojętna moralna ocena tych zbrodniczych systemów?
Innymi słowy: np. w czasie wojny domowej w Hiszpanii, po której stronie byś się opowiedział: po stronie dyktatury Franco, czy po stronie republikańskiej? Albo weźmy II wojnę światową: czy obojętne byłoby Ci to, że walczysz w mundurze Wehrmachtu albo SS, czy też w oddziałach wojska polskiego lub AK?
(Czyli, po prostu: czy jesteś z faszyzmem czy przeciw niemu?)
Jeśli  zaś nie jest (nie byłoby) Ci to obojętne (a podejrzewam, że nie), to wtedy, siłą rzeczy, musiałbyś się ustosunkować do pisarzy, którzy z systemami totalitarnymi kolaborowali, czy też w jakiś inny sposób (np. tym, co pisali lub tworzyli), ten ów – bez wątpienia zbrodniczy system – wspierali.
*
Tak więc, nawet jeśli Leni Riefenstahl nie była stricte faszystką, to idee faszystowskie ją (przynajmniej na początku) uwiodły, może nawet opętały. Podobnie było z wieloma pisarzami, którzy wspierali, a nawet propagowali komunizm – czy to w Rosji, w Polsce, albo też na Zachodzie (fenomen tzw. „użytecznych idiotów” – wszystkich tych europejskich intelektualistów, którzy – mimo że wiadomo już było o zbrodniach stalinowskich i gułagach – nadal za komunizmem optowali).
Kto więc jest nam bliższy? Jeżdżący do Moskwy i opiewający Stalina Sartre, czy też potępiający stalinizm Camus?
Jeśli bierzemy stronę Camusa, to w tym naszym wyborze jest już element etycznej oceny pisarza – a to z kolei wskazuje na to, że nie jesteśmy jednak wolni od moralnego rozliczania autora za jego twórczość, za to co głosi i pisze, jaką wizję świata w swoich książkach propaguje.
Czy w takim świetle zupełnie obojętne jest nam (etycznie) to, że Ernst Jünger był swego czasu piewcą militaryzmu i walczył (nota bene w randze oficera) w hitlerowskiej armii? Czy obojętnie (etycznie) mamy czytać zajadle wściekłe, antysemickie paszkwile Céline’a, albo sławiące faszyzm poematy Ezry Pounda?
Czy wobec horrendum jakie przewaliło się w połowie XX wieku przez Europę (kładąc trupem blisko 100 mln. ludzi), dziwić nas może fakt, że wszyscy ci pisarze uznani zostali za przestępców?
Kto jest Ci bliższy? Leni Riefenstahl zaczynająca wysługiwać się Hitlerowi i spółce, czy pisarze i intelektualiści, którzy (to ważne!) w tym samym czasie opuścili Niemcy, bo jakiś humanistyczny instynkt i elementarna ludzka przyzwoitość podpowiadała im, czym tak naprawdę są rządy faszystów i do czego one (do)prowadzą?
No więc jak to jest: zwalniamy pisarza (artystę) od wszelkiej odpowiedzialności, czy też nie zwalniamy?
*
* * *
Reklamy

komentarzy 56 to “WINNI CZY NIEWINNI?”

  1. Torlin Says:

    Ja to jakoś inaczej rozumiem.
    Zwalniamy pisarza jako twórcę.
    Nie zwalniamy pisarza jako człowieka.
    W tej dyskusji podświadomie podtrzymujecie moją tezę (a przed którą się bronicie), że współcześnie wszyscy za wszelką cenę chcą znaleźć powiązania Sztuki z Twórcą. Wpis o Leni Riefenstahl jest tego najlepszym dowodem. Ja po prostu oddzielam to, a nie łączę. Dla mnie była ona znakomitą dokumentalistką, tak jak Knut Hamsun napisał wspaniały „Głód”.
    Oprócz tego twórcy się zmieniają tak jak wszyscy ludzie.
    A malarze? Jacques-Louis David, noszący tytuł „malarza rewolucji”, przyjaciel Robespierre’a i Marata, od 1792 r. członek Konwentu, człowiek, który głosował za śmiercią Ludwika XVI. Najsłynniejszym jego dziełem była „Śmierć Marata” z 1793 roku, już po upływie paru godzin od momentu zabicia przez żyrondystkę Charlottę Corday Jeana Paula Marata, zwolennika terroru, jednego z najradykalniejszych przywódców Rewolucji, David pełniący funkcję komisarza sztuk pięknych we władzach rewolucyjnych – na prośbę przedstawiciela Konwentu – przystępuje do szkicowania zwłok. Powstaje w ten sposób jeden ze sztandarowych dzieł okresu Rewolucji.

    Logosie i Kartko, przeczytajcie, co napisał właśnie David o zaangażowaniu artystów: „Ojczyzno moja! Droga moja ojczyzno! Nie będziemy więc już musieli sięgać do historii starożytnych ludów, by operować pędzlem. (…) Każdy z nas rozlicza się przed ojczyzną z talentów, jakie otrzymał od natury. Prawdziwy patriota musi użyć wszelkich sposobów, by oświecać swych współobywateli, nieustannie stawiać im przed oczyma wzory najwyższego heroizmu i cnoty”. Co nie przeszkodziło to mu już w 1797 roku namalować obraz „Generał Bonaparte”, a w 1804 roku zostać pierwszym malarzem cesarskim. Tym się różnił jednak od Goyi i Delacroix, że oni hagiograficzne obrazy płodzili incydentalnie, tymczasem David malował Napoleona bez przerwy, jako przykłady niech wystarczą:””Napoleon w gabinecie”; „Bonaparte przekracza przełęcz Św. Bernarda” i „Koronacja Napoleona i Józefiny w katedrze Notre-Dame w Paryżu 2 grudnia 1804 roku”.

    Wspomniałem tutaj o Goyi. Goya, nieznoszący mnichów i bigoterii, wrogi ówczesnej obłudnej obyczajowości, sprzyjał ideałom Rewolucji Francuskiej. Jego stosunek do sąsiedniej Francji zmieni się jednak pod wpływem okrucieństw wojsk Marszałka Joachima Murata, naczelnego wodza wojsk napoleońskich w Hiszpanii, który zajmuje Madryt 23 marca 1808 roku, a także okrucieństw przy zdobywaniu jego rodzinnej Saragossy w II 1809 r. Powstają wtedy dwa słynne obrazy Goyi: „3 Maja 1808, Rozstrzelanie powstańców madryckich” i „2 maja 1808, Masakra w Madrycie”, a przede wszystkim wielki cykl graficzny „Okrucieństwa wojny”, dramatyczne oskarżenie wojny i wstrząsający dokument okrucieństwa najeźdźców.
    Co nie przeszkadza, że Goya już po stworzeniu powyższych obrazów maluje alegoryczny portret Józefa Bonapartego, pomaga też wybierać dzieła wywożone z Prado, by wzbogaciły zbiory cesarskie, za co po restauracji Burbonów stanie przed sądem.

    Powtórzę.
    Dzieło jest dziełem.
    Życie twórcy jest jego życiem.
    Nie mylcie podmiotowości z przedmiotowością.

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, ale czy twórca nie jest człowiekiem?
      A jeśli nawet założymy (tak jak to robisz), że twórca a człowiek to nie to samo, to gdzie w danej osobie kończy się twórca, a zaczyna człowiek? (Albo: gdzie kończy się człowiek a zaczyna twórca?).
      Jak widzisz, takie rozróżnienie prowadzi jednak do absurdu.
      Bo twórca jest człowiekiem, którego dzieło (twórczość) stanowi integralną część jego życia.

      Ja również twierdzę, że Leni Riefenstahl była znakomitą dokumentalistką. Natomiast nie wiem, czy „Głód” Hamsuna jest „wspaniały”, gdyż go nie czytałem (słyszałem natomiast o kolaboracji autora z faszystami).
      Tak więc – stosując jednakże Twoją optykę – ja Leni cenię wysoko jako artystkę, ale (traktując ją jako człowieka, osobę) uważam, że jej współpraca (czyli po prostu: utrwalanie, uwznioślanie i gloryfikacja faszystowskich „ideałów”) z nazistami była jednak czymś … poddającym się jednoznacznie negatywnej ocenie etycznej.
      „Żyd Süss” może być filmowym arcydziełem, ale jednocześnie jest także antysemickim paszkwilem i to ostatnie powinno decydować o naszym do tego „dzieła” nastawieniu i jego etycznej dyskwalifikacji.

      Powtórzę: dzieło jest jednak częścią życia swojego twórcy i – w pewnym sensie – także jego samego, jako człowieka.

      • Torlin Says:

        Piszesz Logosie „twórca a człowiek to nie to samo”.
        Nie o to mi chodzi.
        „Twórca a dzieło to nie to samo”.

        • Logos Amicus Says:

          Skoro piszesz, że pisarz dzieli się na twórcę i człowieka (bo właśnie to znaczą twoje słowa):

          Zwalniamy pisarza jako twórcę.
          Nie zwalniamy pisarza jako człowieka.

          to jednak dokonujesz rozróżnienia na „twórcę” i „człowieka”, z czego wynika wniosek, że wg Ciebie „twórca” i „człowiek” to jednak nie to samo.

          Twórca a dzieło to nie to samo.

          Oczywiście. Czy sądzisz Torlinie, że nie potrafię odróżnić człowieka od książki? :)

  2. Jula Says:

    Hmm, ale każdy twórca poprzez swoje dzieło chce przekazać swoje myśli, swoja ideę, a nawet swoje zaangażowanie polityczne ! … I jak tu odróżniać podmiotowość od przedmiotowości ? … :D
    Dlatego od zawsze POLITYCY, możnowładcy, czy wreszcie tak obecnie popularni w Polsce „darczyńcy” finansują ARTYSTÓW?

    Ps.
    Przypomniało mi się jak swego czasu b. popularna prezenterka brała ślub z jakimś młodym milionerem ;)
    Jakie było , och i ach!… A potem się okazało, że to groźny bandyta ” polski mafiozo”, bo i tacy wyrośli w postsolidarnościowych warunkach ;D))) !!! … Piszę o tym, bo cały polski światek show biznesu był na tym hucznym weselu i pokazywali nawet to w TVP ! … :( A przecież ONI dyktują w Polsce poprzez MEDIA kulturę, patriotyzm, jakieś cywilizacyjne reguły międzyludzkie? …

    I tak się zastanawiam, ilu artystów dzięki służalczości zaistniało, a ilu przepadło, mimo, że byli zdolniejsi.
    To jest również problem współczesnych korporacji, czy wybrać pracownika zdolniejszego, czy „przeciętnego” ale oddanego. Ma to nawet swoją nazwę ;D „Inteligencja inaczej”.

    • Logos Amicus Says:

      Masz rację Jula, chodzi o to, by nie dać się „kupić” komuś, kto chce nas wykorzystać do swoich (niecnych, jak w omawianych przez nas przypadkach) celów. I nie wiadomo wtedy co gorsze: przejąć się, zaangażować, uznać te cele za swoje i przejść na „usługi”; czy też łgać, grać komedię, być fałszywym, ale nie dać się w głębi duszy zindoktrynować i… także przejść na „usługi”? Co, niestety, zazwyczaj na jedno wychodzi.

  3. Kartka z podróży Says:

    Logosie
    Twórca jak każdy człowiek odpowiada za swoje uczynki – w tym oczywiście za dzieła. Ale chyba nie można ograniczyć aktu twórczego tak jak ogranicza się zachowania ludzkie za pomocą sankcji prawnych czy moralnych. Akt twórczy musi być wolny. Nie wyobrażam sobie by można było pisać, reżyserować, grać, malować … zastanawiając się nad konsekwencjami. Ewentualnie nad tym jak się wypadnie i czy nie będą rozliczać. Jest to równie absurdalne jak samoograniczanie się np w miłości poprzez tłumienie ekspresji aktu miłosnego.
    Wszystko to zależy od tego co się czuje w danym momencie – opis egzekucji może ukazywać jej obrzydliwość a równie dobrze podniosły nastrój wymierzania sprawiedliwości albo zadośćuczynienia. Niestety zapis określa czas. Dlatego czasem z zażenowaniem czytamy to co napisaliśmy np kilka lat wcześniej. Dotyczy to również artystów. Myślę, że niektórzy się swoich dokonań po latach wstydzą.

    Leni Riefenstahl kręciła „Tryumf woli” w 1934 roku. Film jest zapisem jej głębokiej fascynacji nie tyle faszyzmem jako doktryną co raczej jakimś nastrojem obłędnej, nasyconej erotyzmem jedności mas. Tak to podniośle widziała w 1934 roku. Kilka lat później zemdlała w trakcie kręcenia autentycznej sceny egzekucji i więcej do tematów faszystowskich nie wróciła. Jak ona mogła wiedzieć w 1934 roku czym to się skończy? Teraz dopiero jesteśmy tacy mądrzy. Zresztą gdy obserwuję życie wokół mnie to zauważam, że niewielu ludzi o tym pamięta.

    Jasne, że polityka uwodzi też artystów – jak Riefenstahl. To są ich doświadczenia, które dzięki talentowi przetwarzają na dzieła. Ale również dziełami – później – potrafią odkupywać swoje błędy. Mój ulubiony Orwell walczył po stronie anarchistów w wojnie domowej w Hiszpanii, przeżył tam czystki stalinowskie, ukrywał się ale dzięki temu napisał „W hołdzie Katalonii” a potem „Rok 1984”. Przecież ta książka zmieniła sposób myślenia wielu pokoleń. Ale gdyby nie skrajnie lewicowe uwiedzenie nie przeżyłby dojrzewania, które przyniosło „Rok 1984”.

    Nie potrafię tak jednoznacznie w przypadku artystów określić co jest dobre a co jest złe – nie potrafię ich w ten sposób rozliczać i katalogować.
    Jedni mają w sobie imperatyw moralny – jasny, konsekwentny sposób widzenia jak Camus, a drudzy dają się uwodzić i płyną na fali polityki jak Sartre. Ale przecież czytałem Camusa i Sartre’a i obaj na mnie jakoś wpłynęli.
    Przecież twórcy to nie pomniki – to normalni ludzie, skłonni do szlachetności ale i do podłości. Błądzą jak my wszyscy. Tyle tylko, że są obdarzeni talentem. I ten talent powinien wpływać na to, że traktujemy ich trochę inaczej, bardziej wyrozumiale. Bo ten talent rekompensuje z nawiązką ich ludzkie błędy.
    Genet był przestępcą, wyrzutkiem społecznym – nawet kolaborantem. Ale de Gaulle go po wojnie ułaskawił, doceniając jego talent. Kostyczny, katolicki, prawicowy przywódca ułaskawił człowieka, który zapewne był dla niego pozbawionym charakteru i moralności śmieciem.
    Nie potrafię przeciwstawić Riefenstahl np Remarque’owi, który wylądował na emigracji. Zarówno ona jak i on mnie interesuje. To są dwie ludzkie, twórcze drogi. Szli nimi i pozostawili nam świadectwa swych doświadczeń. To dwa wymiary tej samej wolności twórczej.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Ja również nie potrafię zawsze określić jednoznacznie co jest dobre, a co złe (i nawet obawiam się trochę ludzi, którzy takich wahań zupełnie nie mają).

      Wierz mi, że ten mój wpis nie wynika wcale z jakiejś nieprzemożnej chęci rozliczania wymienionych przeze mnie artystów z ich twórczości i z błędów, które w przeszłości popełnili. On bardziej wynika z… goryczy i żalu.
      Nie ma we mnie ani krzty nienawiści do tych ludzi – w najmniejszym stopniu nie pałam do nich jakąś żądzą zemsty, rewindykacji. Nie, nie o to mi chodzi.
      To jest raczej wyraz mojego… rozgoryczenia tym, jak łatwo ludzie (zwłaszcza obdarzeni tak wielkim talentem i inteligencją) dają się opanować czemuś, co prowadzi do tego typu (anty)humanitarnych katastrof, (które spowodowały faszyzm i komunizm).
      To, że im to wybaczam, w żadnym stopniu tej mojej goryczy nie łagodzi.

      * * *

      Pozwolisz, że pokrótce odniosę się do niektórych Twoich stwierdzeń:

      Nie jestem pewien, czy nie można ograniczać „aktu twórczego” za pomocą sankcji prawnych i moralnych. A właściwie to jestem pewien, że jednak można. To zależy od granicy – jak daleko ów akt będzie sięgał. Bo np. wyobraźmy sobie, że dany artysta uzna, że jego aktem twórczym będzie coś, co pociągnie za sobą zabójstwo jakiegoś człowieka? Czy mamy mu na to pozwolić? Czy będzie absurdem to, że mu w tym przeszkodzimy, ograniczając w ten sposób jego „artystyczną ekspresję”?
      Czasem jednak warto zastanowić się nad konsekwencjami, nie tylko naszych czynów, ale i „naszej” twórczości artystycznej.
      Czy uważasz, że wolność polega na braku jakichkolwiek ograniczeń?
      Niestety, bycie człowiekiem wolnym, oznacza właśnie coś przeciwnego: naszą umiejętność (i zdolność) do samoograniczenia. Bo ludzkiej wolności nie można, moim zdaniem, odgraniczać od odpowiedzialności za swoje czyny. Wolności nie można mylić z dowolnością. Nie wszystko jest dozwolone, (wbrew temu, co głosili nihiliści i piewcy „śmierci Boga”).
      PS. To, że tłumimy czasem naszą „ekspresję aktu miłosnego” – samoograniczając się „w miłości” – odróżnia nas właśnie od zwierząt, które takiego „tłumienia” nie znają ;)
      PS2: Czy uważasz, że wolność artystyczna nie ma granic? Innymi słowy: czy jest ona „absolutna”?

      Leni Riefentahl była jednak zafascynowana prawie wszystkim tym, co wykorzystywała nazistowska propaganda, dzięki czemu stała się jedną z najskuteczniejszych tub faszyzmu. Nie jest prawdą, że nigdy do „tematów faszystowskich” nie wróciła (a to jej omdlenie niektórzy kładą na karby zwykłego przemęczenia, a nie jakiejś szczególnej wrażliwości artystki na ludzką niedolę i zbrodnie nazistów). Jeszcze w 1941 roku korzystała z pieniędzy hitlerowców, kręcąc film na terenach okupowanych przez Niemcy. Rysy para-faszystowskie pojawiły się nawet jeszcze w tych jej filmach, które kręciła na początku lat 70-tych, o czym pisze w swoim znakomitym eseju pt. „FASCINATING FASCISM” w „The New York Book Review” Susan Sontag.
      Niestety, Leni Riefenstahl nie wydaje mi się postacią zbyt sympatyczną, choć niewątpliwie można ją nazwać wybitną artystką.

      Piszesz, że artyści to „normalni ludzie” by jednak zaraz stwierdzić, że jednak musimy ich traktować „bardziej wyrozumiale”. Ale dlaczego? Tylko dlatego, że mają talent? Czy nie jest ważne w tym wszystkim jak – i do jakiego celu – oni ten talent wykorzystują?

      Nie wiem czy de Gaulle ułaskawił Geneta w uznaniu za „jego talent”. Chyba jednak nie. Wątpię też, że pomyślał o nim jako o ludzkim śmieciu. De Gaulle nakazał wypuścić Geneta z więzienia, ponieważ wstawili się za nim (w bezpośredniej petycji do Prezydenta) m.in. Cocteau, Sartre i Picasso.

      Mnie również interesuje Riefenstahl na równi z Remarquem, tyle że odczuwam większą sympatię do tego drugiego niż do tej pierwszej (a to jednak wiąże się z jakimś – być może podświadomym – przykładaniu moralnej oceny do ich postawy).

      Pozdrawiam serdecznie.

      • Kartka z podróży Says:

        Logosie
        Każda próba ograniczania aktu twórczego za pomocą sankcji moralnych czy prawnych jest cenzurą – zarówno formalną jak i nieformalna. Wybacz ale jestem „dzieckiem” komunizmu i na jakąkolwiek formę cenzury się nie zgodzę. Mam na myśli oczywiście akt twórczy a nie służące cywilnemu zabijaniu ludzi produkcje publicystyczno – dziennikarskie przed którymi zresztą ustanowiono sądową ochrone.
        Podajesz przykład zabójstwa będącego skutkiem aktu twórczego. Hirunada nie tak dawno zwróciła uwagę na fale samobójstw wywoływanych np utworami literackim.
        Skierujesz te utwory z tego powodu na przemiał? Ocenzurujesz życiorysy poetów, muzyków z którymi ludzie się identyfikują czyniąc sobie często na skutek tego krzywdę?
        Moim zdaniem na wolność artystyczna ograniczenia może nakładać tylko sam artysta, bo tylko on odpowiada za dzieło. I tylko on ma prawo rozważać konsekwencje i nakładać na siebie ograniczenia. Czemu nie ufasz ludziom i chcesz z zewnątrz wpływać na ich życie? Czemu nie dajesz im prawa do popełniania błędów a tym samym do znoszenia goryczy odpowiedzialności?
        Co do seksu to nie myślałem o nieokiełznanym zwierzęcym popędzie tylko o wolności, którą doświadczamy (czasem)w łóżku. Moim zdaniem porównać ją można do wolności, której doświadczamy pisząc.

        Dziękuję za uwagi dotyczące Leni Riefenstahl. Nie będę polemizował, bo znasz się na tym lepiej. Ale daję jej prawo do przeżycia tego podłego doświadczenia i jestem w stanie zrozumieć jej fascynacje. Co oczywiście nie znaczy, że z nimi sympatyzuję.
        Co do talentu – uważam, że to coś w rodzaju daru Boskiego i to uprawnia do innego traktowania. To ludzie wyróżnieni.
        Uważam też – co pisałem wyżej – że mają prawo do błędów, złych wyborów życiowych czy politycznych. Talent to zbyt kapryśne, delikatne zjawisko, by można było po prostu wykorzystywać je jak każde inne dobro. Niestety czasem się wymyka i czyni coś anarchicznego.
        De Gaulle ułaskawił Geneta z racji jego talentu. Cocteau, Sartre i Picasso rekomendowali generałowi ten talent. Francji nie było stać na utratę talentów.
        Podobnie jak Ty czuję sympatie do Remarqua. I do pisarzy stojących po stronie Republiki. I do rozmaitych emigrantów artystyczno-politycznych. I do pokolenia kontrkultury. Ale to wcale nie znaczy, że nie staram się zrozumieć ludzi, którzy byli po przeciwnej stronie. Staram się, choć czasem to bywa nawet przykre.
        Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          „Skierujesz te utwory z tego powodu na przemiał? Ocenzurujesz życiorysy poetów, muzyków z którymi ludzie się identyfikują czyniąc sobie często na skutek tego krzywdę?(…) Czemu nie ufasz ludziom i chcesz z zewnątrz wpływać na ich życie? Czemu nie dajesz im prawa do popełniania błędów a tym samym do znoszenia goryczy odpowiedzialności?”

          Mój Boże, Kartko o cóż Ty mnie posądzasz?: Że chcę wyrzucić „Cierpienia młodego Wertera” na przemiał? Że chcę cenzurować życiorysy poetów, muzyków? Że chcę „z zewnątrz” wpływać na ich życie? Że nie daję innym prawa do popełniania błędów?…
          Gdzież ja napisałem coś takiego, co mogłoby Cię do takich (zdumiewających mnie) wniosków skłonić?

          Ja tylko stwierdziłem fakty: że akt twórczy artysty ma swoje ograniczenia prawne (i moralne) i że artysta może (a nawet powinien) czuć się w jakiś sposób odpowiedzialny za to co tworzy, (czyli być świadomy tego, co robi).
          I nie mieszajmy w to komunistycznej cenzury.

          Może powtórzę to, co napisałem:

          „Nie jestem pewien, czy nie można ograniczać ‚aktu twórczego’ za pomocą sankcji prawnych i moralnych. A właściwie to jestem pewien, że jednak można. To zależy od granicy – jak daleko ów akt będzie sięgał. Bo np. wyobraźmy sobie, że dany artysta uzna, że jego aktem twórczym będzie coś, co pociągnie za sobą zabójstwo jakiegoś człowieka? Czy mamy mu na to pozwolić? Czy będzie absurdem to, że mu w tym przeszkodzimy, ograniczając w ten sposób jego ‚artystyczną ekspresję’?”

          Twierdzę tym samym, że coś takiego jak wolność absolutna (nawet w przypadku aktu twórczego) nie istnieje, czyli że twórca (artysta) nie może jednak robić wszystkiego, co mu się podoba (np. zabić człowieka albo go okaleczać, pozbawić kogoś wolności, zgwałcić kilkuletniej dziewczynki… ale też propagować zbrodniczej ideologii, krzewić nienawiści wobec jakiejkolwiek rasy… etc. – takich ograniczeń jest jednak mnóstwo, bo – jak by nie było – żyjemy, i chcemy żyć, w cywilizowanym świecie. Głosząc coś przeciwnego, głosiłbyś anarchizm, który jest jednak utopią, niezbyt mądrą zresztą.)

        • Kartka z podróży Says:

          Logosie, teraz Cię rozumiem i po części przyznaję ci rację. Poniosło mnie nieco w zapędach polemicznych. Choć w dalszym ciągu dziwi mnie zakres ograniczeń, który przedstawiasz. Jasne, że aktem twórczym nie może być morderstwo, ale morderstwo może być katalizatorem do stworzenia dzieła – myślę o rozrachunku mordercy. To samo odnosi się do szerzenia nienawiści, np. etnicznej. Jest trochę przejmujących zapisów, rozliczeń własnych ludzi, którzy się taki zajęciom oddawali.
          O cenzurze też nie myślę tylko w komunistycznym kontekście. Jest współczesna cenzura o nazwie poprawność polityczna.

          Co do anarchizmu – mam do niego słabość. Kiedyś odpowiadał mi jako prąd filozoficzno – polityczny. Z biegiem lat wyłagodniałem ale sentyment pozostał. Jak wiesz kocham Hiszpanię – również za jej miłość do czarnej, anarchistycznej flagi.

          Pozwolę sobie zadedykować Ci ten utwór, którego melodię pewnie znasz – to nasza „Warszawianka 1905”, która była zarazem hymnem hiszpańskich anarchistów z CNT w czasie wojny domowej, wyżynanych bez litości zarówno przez wojska Franco jak i stalinowskich politruków. Pewnie Orwell ją też podśpiewywał.

        • Logos Amicus Says:

          Grazias! :)

          W takim razie o anarchizmie też musimy kiedyś pogadać.

          PS.

          „… hiszpańskich anarchistów z CNT w czasie wojny domowej, wyżynanych bez litości zarówno przez wojska Franco, jak i stalinowskich politruków”

          Niestety, anarchistom także zdarzało się „wyżynać bez litości” :(

        • Kartka z podróży Says:

          Takie to były czasy Logosie – z jednej strony okrutne ale z drugiej chyba bardziej nasycone emocjami niż współczesność
          Pozdrawiam

  4. sarna Says:

    Kartko, nie zastanawiać się jak się wypadnie i czy będą rozliczać to jedno, a nie zastanawianie się nad konsekwencjami to drugie. I o ile to pierwsze dla artysty jest poczytywane za zaletę, to to drugie ozn. brak kręgosłupa moralnego i idiotyzm.

    Torlinie, czy z ręka na sercu możesz twierdzić, że Leni tylko doskonale dokumentowała, że ta jej dokumentacja nie była aktem współtworzenia nowych prawd, nowego ładu? Naprawdę sądzisz, że jej twórczość była sobie, a muzom i nijak nie wpływała na nastroje, propagowanie propagandy faszyzmu?

    Kartko, to pięknie, że tak bronisz Leni, ale zachowujesz się jak obrońca w sądzie, który gotów z klienta zrobić wariata byle go ochronić przed wyrokiem. Osobiście wolę Leni niepoprawna, ale świadomą, niż kretynkę w Twoim wydaniu.
    macham

    • Kartka z podróży Says:

      Sarna
      Ostatnio zapanowala maniera na ocenianie ludzi po twardości kregosłupa moralnego. Przestaje się liczyć to co piszą, grają, reżyserują a liczy się ich wartośc moralna – jakaś niezlomność, trwanie w zasadach, hart ducha itp. W kraju z pobudek moralno – „patriotycznych” flekuje się ludzi na calego. Z diamentów polskiej kultury robi się ziemniaki oceniając tworców głównie pod kątem moralnym a nie artystycznym. Nie dalej jak kilka dni temu niejaka Sobecka przedstawiła cytaty z Milosza robiąc z niego dno moralne i patriotyczne.
      Ja tej modzie nie ulegam. Nie ma zamiaru kasować ludzi z tego powodu, że użądlił ich kiedyś jakiś totalitaryzm albo dopuścili się innego bezeceństwa. Raczej staram się zastanowić dlaczego tak się stalo niż rozliczać.
      Nie zmieniam zdania – akt twórczy musi być w pełni wolny. Kalkulować mogą sobie poltycy albo i propagandziści. Nie wyobrażam sobie pisania w drżączce czy komuś albo sobie nie zaszkodzę. To się po prostu nazywa autocenzura.
      Co do Riefenstahl – nie robię z niej idiotki. Zrobiła film ktory jest szczytowym osiągnięciem dokumentu, to klasyka filmowa. Ja ją rozumiem – gdy się chce zrobić taki film to się duszę diabłu sprzeda za to. Nie było to zresztą dla niej bolesne, bo z filmu widać, że ją te „kopuły świetliste” i homoseksualne nastroje SA naprawdę fascynowaly. I naprawdę uważam, że w 1934 roku miała prawo nie wiedzieć co stanie się za kilka lat
      Pozdrawiam

  5. sarna Says:

    ” I naprawdę uważam, że w 1934 roku miała prawo nie wiedzieć co stanie się za kilka lat”

    Kartko, np. Dachau został utworzony już w 1933 w celu rozliczenia się przez NSDAP z opozycją. Wielu wiedziało i nie poszło na współpracę. Leni nie musiała wytężać wyobraźni, wystarczyło mieć ów kręgosłup moralny i nie przymykać oczu na bezprawie za cenę możliwości kręcenia swoich doskonałych (czemu nie przeczę) filmów. Coś za coś. Dla mnie Leni to taki swoisty Mefisto.
    Zresztą zagadnienie „artysta w obliczu nazizmu” zostało ciekawie poruszone w filmowym moralitecie o flircie artysty z polityką. Autorem był Szabo, polecam. Polecam również dlatego, że Szabo jest Kimś, kto wie o czym mówi. Sam współpracował z SB, wie jaką cenę trzeba zapłacić za możliwość odniesienia artystycznego sukcesu. Po nakręceniu Mefisto powiedział, że pójście na współpracę artysty z polityką to jego wybór, bo Mefisto spełnia tylko jego marzenia zaglądając w głąb jego duszy.
    Nie interesują mnie ostatnio lansowane maniery w naszym kraju, stosuję własną miarkę i nie mogę się zgodzić z Twoim punktem widzenia, choć go szanuję. Uważam jednak, że autor musi brać odpowiedzialność za swoje dzieło, za to co sobą przedstawia i czemu służy.

    • Kartka z podróży Says:

      Sarna, oglądałem „Mefisto” Szabo. Potwierdza on to co pisałem wcześniej. Aby coś stworzyć trzeba to najpierw przeżyć, przetrawić. Gdyby nie polityczne uwikłanie Szabo, nie byłoby tego filmu. Przecież tworzy się na podstawie doświadczeń, odczuć i refleksji.
      Co z tego, że Dachau utworzono rok przed nakręceniem „Tryumfu woli”? Riefenstahl po prostu widziała inną stronę Niemiec. To psychologicznie zrozumiałe – ludzie wybierają zwycięzców, odwracają oczy od przemocy. Sporo piszę o prawach człowieka, które współcześnie w Polsce są naruszane i łamane. Czasem mam wrażenie, że piszę na Berdyczów, bo ludzi to nie obchodzi – wisi im co się dzieje za kratami kryminałów. Sarna, jeśli kogoś wloką w kajdankach z omotaną głową i ci powiedzą, że to przestępca to zapewniam cię, że w to uwierzysz.
      To wszystko nie jest takie proste, moim zdaniem.

      • sarna Says:

        Nie jest proste. Zrozumiale Kartko i bezsporne i jest to, że „Aby coś stworzyć trzeba to najpierw przeżyć, przetrawić”. Nie to jest jednak przedmiotem naszych dociekań. Pytanie, czy można dokonać rozdziału autora od dzieła? Ty twierdzisz, że można. Owszem można, tylko czy powinno się to robić? Bo jeśli przyjąć Twoje podejście i rozgrzeszyć „artystę” to wystarczy, że np. współczesny muzyk dobrze zaśpiewa, a to pozwoli mu bezkarnie rozbić butelkę na głowie fana w tłumie na koncercie, albo wypiąć na ten tłum goły zadek. Nie idę na to, mnie to nie wystarczy.
        pozdrawiam

        • Kartka z podróży Says:

          Sarna
          Czym innym jest odpowiedzialność za dzieło – film, obraz, książkę … a czym innym odpowiedzialność za pospolite przestępstwo. Jasne, że status artysty nie zwalnia z odpowiedzialności za przestępstwa pospolite. Choć w dyskusji podałem argument ułaskawiania z racji talentu.
          Niestety niektóre dzieła powstały na skutek kryminalnych, ekstremalnych doświadczeń – one wyzwalały talent. Ludzie siedzieli i pisali w więzieniach albo po wyjściu z więzień. Często to są kapitalne książki uderzające w samo serce systemu. To książki będziesz ścigać karnie?

        • sarna Says:

          Kartko, nie zrozumieliśmy się. Inkwizycja i jej metody zawsze mnie delikatnie mówiąc mierziły. Nie występuję przeciwko samemu dziełu, jako aktowi twórczemu, ale gdybam nad jego przesłaniem. Uczono mnie w szkole, że misją artysty jest służba pięknu. Zaczynam wątpić, co jest pięknem?

        • Logos Amicus Says:

          Moim zdaniem artysta nie ma żadnego obowiązku wypełniania jakiejkolwiek misji, ani tym bardziej oddawania się służbie (komukolwiek lub czemukolwiek), nawet pięknu.
          Przecież sztuka zajmuje się wszystkim, także brzydotą.

          PS. W pewnym momencie życia warto zrewidować to, czego „uczono nas w szkole”.

        • sarna Says:

          Sądzę Amicusie, że jeszcze mam czas ;) na weryfikację.
          A swoją drogą tak sobie drążę Twoje przemyślenia o odpowiedzialności artysty. Skoro uważasz, że artysta ma jednak pewne ograniczenia to dlaczego nie stosujesz ich do siebie? Wiesz, że złamałeś prawo i to jednocześnie w kilku paragrafach?
          Dyskusja jak najbardziej na czasie, zastanawiam się czy to przypadek, czy tańczysz na linie?

          Wszystko o kant dupy potłuc. Nie sądziłam, że w pracy zawodowej będę musiała współpracować z egzorcystą. Nie wierzę, że to się dzieje. Fruwają w powietrzu kapcie, „ktoś” poklepuje mieszkańców po plecach, jakaś siła wyrywa ze ścian grzejniki, które bezskutecznie próbuje utrzymać kilka dorosłych osób, 40 rodzin o 4 rano w piżamach gromadzi się na klatce schodowej bo w mieszkaniach coś rozrabia. Chyba sfiksowałam :), ale jestem w oku tego „cyklonu” i zaczynam wątpić nie tylko w to, co wyniosłam ze szkolnej ławy Amicusie.

        • sarna Says:

          chcecie się pośmiać?
          Jakiś kwadrans temu towarzyszyłam policjantowi przy wezwaniu, bo to o rzut beretem od mojej chatki. Na klatce schodowej: policjant, ja, właściciel lokalu i jego sąsiad. Chciałoby się rzec, że w chatce ani żywego ducha. Właściciel puka w drzwi własnego mieszkania i ktoś wyraźnie odpukuje. Robi się nam nieswojo, policjant pokrywa zmieszanie śmiechem. Wchodzimy i nie stwierdzamy niczyjej obecności. Wcale mi nie do śmiechu, zwłaszcza, że policjant zapowiedział naszą wizytę po północy gdy to się zwykle zaczyna :(
          To nie na mój rozum i nie na moje nerwy. Chcę do mamy !!!!!!!!!!

    • telemach Says:

      Zresztą zagadnienie „artysta w obliczu nazizmu” zostało ciekawie poruszone w filmowym moralitecie o flircie artysty z polityką. Autorem był Szabo, polecam.

      W takim samym stopniu, w jakim Wajda był autorem „Popiołów”, Kawalerowicz „Faraona”, a Aleksander Ford autorem „Krzyżaków ”

      Powyższe słowa Sarny rzucają interesujące światło na rzeczywistą pozycję literatury w kolektywnej świadomości młodych ludzi. Jest ona – jak nietrudno dostrzec – do tego stopnia marginalna, że Klaus Mann (jako autor) nie wyzwala żadnych dzwoneczków, nazwisko Gruendgens najwidoczniej zupełnie nic nie mówi, a reżyser, który sfilmował jedną z najbardziej kontrowersyjnych powieści drugiej połowy XX-wieku, urasta do rangi autora moralitetu. Nie ma w powyższym złośliwości (mogło się każdemu zdarzyć), jest refleksja, że literatura jako organizatorka emocji – odeszła. By by Gutenberg. Hallo McLuhan. Najlepiej jako darmowy torrent za pośrednictwem sieci.

      I jak tu nie być kulturowym pesymistą?

      • sarna Says:

        Telemachu, Ty i brak złośliwości to by dopiero była przypadkowość ;)
        Napisałam filmowego moralitetu i nie wycofuję tego, bo autorem filmu był Szabo. A Twój sposób analizy choć zgryźliwy, można przyjąć za słuszny, ale pod warunkiem, że uznamy, że żaden z twórców filmowych nie jest autorem swojego dzieła, co ozn,. że film jako dziedzinę artystycznej twórczości można wyrzucić na śmietnik. Od dziś mamy o jedną muzę mniej, bo tak się Tobie ubzdurało :))))
        pozdrawiam

  6. contrrev Says:

    Abstrahując od całego sporu: faszyzm za ludobójstwa nie jest odpowiedzialny (Mussolini nawet bronił Żydów i wstawiał się za Polakami u Hitlera), a nazywanie frankistów faszystami to absurd. Generał Franco był dyktatorem, który w swoim obozie zjednoczył 4 opcje polityczne: karlistów, autorytarystów, zwolenników idei Hispanidad i nacjonalistów z Falangi, wśród których faszystami byli tylko ci z pierwotnego JONS.

    • sarna Says:

      contrrev, owszem poszliśmy w swoich rozważaniach na kolokwialne uproszczenie, ale ostatecznie nie piszemy rozprawy naukowej.
      Za wytkniecie dzięki, zawsze warto się uczyć. Fakt, faszyzm powstał by zwalczać komunizm, ale mechanizmy jego działania niczym się nie różnią od innych ruchów totalitarnych, a i ofiar ma tyle, że można postawić znak równości między faszyzmem a ludobójstwem.
      macham

    • Logos Amicus Says:

      „faszyzm za ludobójstwa nie jest odpowiedzialny”

      Śmiałe, oryginalne, rewolucyjne, dosadne stwierdzenie. Niestety, wydaje mi się również tak absurdalne, że odbiera mi to ochotę do wszelkiej dyskusji (i wykazywania, że wielbłąd jest wielbłądem, a słoń słoniem).

      Sarno: Oczywiście, że nie piszemy rozprawy naukowej ale też nie idziemy w tych naszych rozważaniach na „kolokwialne uproszczenia” (nie jest bowiem kolokwialnym uproszczeniem np. to, że nazwiemy reżim Franco faszystowskim).
      No i trudno mi się zgodzić z tym, że „faszyzm powstał by zwalczać komunizm” (walczył z komunistami – jak zresztą z wszystkimi innymi opcjami ideologicznymi – to prawda, ale nie po to powstał, by zlikwidować komunizm).

      • sarna Says:

        Amicusie, contrrev słusznie zauważył nieścisłość. Faszyzm jako ruch powstał by walczyć z komunizmem, demokracją, nowym ładem jaki powstał po zakończeniu I Wojny Światowej. Był obecny nie tylko we Włoszech czy Niemczech, ale też we Francji, W. Brytanii czy nawet w Polsce. Stąd tak bardzo duże wsparcie przemysłowców i świata finansjery. Reżim Franco był faszystowski. Ta jego policja, zastraszanie i terror własnego narodu. Jego „ewolucyjny brat” nazizm był bardziej radykalny i odpowiedzialny za ludobójstwo. To troszkę zawiłe do wytłumaczenia na blogu, ale nazizm, ten który wzorował się na z faszyzmie później go zdominował. Stąd w naszej świadomości utożsamianie z sobą tych dwóch ruchów.

        • Logos Amicus Says:

          Ale to jest spór o nazewnictwo, a nie o sedno sprawy.

          Podobnie „teoretyczny” komunizm nigdy tak naprawdę nie stał się komunizmem w praktyce (bo żadna utopia nie może się urzeczywistnić), czyli właściwie nigdy nie zaistniał (ergo: nigdy prawdziwego komunizmu nie było). A i tak Związek Sowiecki nazywany jest państwem komunistycznym. Mało tego – państwami komunistycznymi nazywane są/były także państwa bloku sowieckiego, choć do prawdziwego (sensu stricte) komunizmu było w nich jeszcze dalej, niż w ZSRR.

        • sarna Says:

          Dlatego ostatecznie w komentarzu dla contrrev postawiłam znak równości między faszyzmem, a ludobójstwem.

          „bo żadna utopia nie może się urzeczywistnić”

          Czyżby Amicusie? Czym zatem są miliony ofiar faszyzmu i nazizmu?

        • Logos Amicus Says:

          Próbą urzeczywistnienia utopii.

        • sarna Says:

          Jak sądzisz, czy ta próba okaże się wystarczająco reprezentatywna? Czy badania zostaną kiedyś w Europie jeszcze powtórzone?

        • Logos Amicus Says:

          Masz na myśli to, czy damy już sobie spokój z takimi eksperymentami?
          Mam nadzieję, że tak, ale niestety historia lubi się powtarzać (bo ciągle popełniamy te same błędy).
          Więc niewykluczone, że w przyszłości znów będziemy chcieli „wdrożyć” jakiś Nowy Wspaniały Świat (np. ludzi zmodyfikowanych, „ulepszonych” genetycznie) i cały młyn zbrodniczej eksterminacji – czyli eliminacji „osobników” „gorszych” (etnicznie, klasowo, genetycznie, kulturowo, społecznie…) – ponownie może zostać wprawiony w ruch.

  7. telemach Says:

    Acha, gwoli ścisłości:
    zanim jakiś pilny tropiciel w oparciu o notkę w Wiki wytknie mi, że Mephisto powstał i po raz pierwszy został opublikowany w 1936 roku, a ja tutaj o II połowie XX wieku – polecam ze swojej strony niewiarygodną historię zaciekłej, wieloletniej walki spadkobierców zmarłego w 1963 roku Gustafa Gründgensa z utworem zmarłego (samobójstwo) w 1949 roku syna Tomasza Manna. Jest to – moim skromnym zdaniem – jeden z bardziej interesujących kryminałów literackich XX wieku. Wojna pozycyjna w rodzinie Mannów (Gruendgens był pierwszym mężem Eriki Mann), 30 lat sporów, sądy w trzech krajach miały zajęcie, temat wracał całymi dekadami jak niekończąca się czkawka felietonistów i krytyków. Sardoniczny śmiech historii chce aby (w pamięci potomnych) pozostał Istvan Szabo. Jest to doskonała pointa. Mann by lepszej nie wymyślił.

    • Kartka z podróży Says:

      Telemachu, Mefisto Szabo był swobodną adaptacją książki. A zarazem doskonałym, silnym filmem. Tak to jest z ekranizacjami, że albo do pięt nie dorastają książkom na podstawie, których powstały albo je przewyższają o niebo siłą wyrazu. Wcale się nie dziwię, że Sarnie ten film utkwił w pamięci. On po prostu w osiemdziesiątych latach, w konkretnej sytuacji politycznej, robił wrażenie.

      • sarna Says:

        Kartko, dzięki za dobre słowo, sądzę, że ono jednak nie „rozbroi” Telemacha. On już tak ma. Musi gdzieś wylać żółć, by się lepiej poczuć. Znam go od dawna ”jak zły szeląg” i przyzwyczaiłam się do jego napastliwości.
        pozdrawiam i miłego dnia

        • telemach Says:

          Droga Sarno, wszystko nie tak. Reżyser Istvan Szabo przeniósł na ekran powieść Klausa Manna o tym samym tytule, trudno go zatem nazwać autorem tej historii. Autor to ten, który historię tworzy (=wymyśla), nie zaś ten, który robi z niej film, sztukę teatralną lub pisze na ten temat wypracowanie szkolne. Czy Istvan Sz. jest autorem? Naturalnie, że w pewnym sensie jest. To pojemne słowo. Można naturalnie powiedzieć, że jest autorem adaptacji filmowej powieści Manna. Który to wszystko wymyślił. Ale to już jest akrobatyka.
          Przyjęło się bowiem uważać, że cechą immanentną kina autorskiego jest to, że autorem scenariusza opartego na własnym pomyśle jest reżyser filmu. Innymi słowy: o tym kto jest autorem oryginalnego utworu a kto jedynie jego adaptatorem na potrzeby innego gatunku nie decyduje uznaniowo widz ani krytyk. Tutaj istnieją powszechnie przyjęte i akceptowane kryteria. Można naturalnie rozszerzać pojęcie autorstwa coraz dalej (autorem zdjęć był Heniek, autorem oświetlenia Zdzisiek a autorem klucza do szatni ślusarz z zakładu przy ulicy Wiejskiej) ale pozostawmy proszę konie w stajni. Prawdą jest, że autorem moralitetu pt. Mefisto był Klaus Mann, syn Tomasza Manna, a bohaterem historii był jego własny szwagier (który się doskonale w tym moralitecie rozpoznał, spędzając resztę życia na walce o zakaz publikacji utworu). Nieprawdą jest, natomiast, że jest to historia flirtu z faszyzmem niejakiego Karla-Marii Brandauera. On był tylko aktorem. :)

          Jeśli mnie przekonasz, że Szabo tę historię stworzył (wymyślił) a nie tylko przeniósł na ekran – to przyjmę to z pokorą. OK? Nie zabrałem głosu aby się z Tobą sprzeczać, Również rozmową na temat twojej percepcji mojej osoby nie jestem zainteresowany. Może Cię to zdziwi – ale tu wcale nie chodziło o Ciebie.

          Dla mnie po prostu było symptomatyczne, jak łatwo filmowa adaptacja potrafi przysłonić autora historii, czyniąc z adaptatora jego następcę. W oczach masowego odbiorcy, naturalnie. :)

        • Logos Amicus Says:

          Telemachu, podoba mi się niezwykle Twoja błyskotliwa filipika pod adresem Sarny, ma ona jednak tę wadę, że posądziłeś w niej Sarnę o coś, czego ona nie zrobiła (a co każdy może sam sprawdzić).
          Ona nigdzie nie stwierdziła, że autorem „Mefista” jest Szabo.
          Ona napisała wyraźnie: „w filmowym moralitecie”, którego „autorem jest Szabo”.
          Co też czyni Twój zarzut wobec niej zupełnie bezpodstawnym.

        • sarna Says:

          Telemachu, lubię się uczyć i starcza mi pokory, by przyznać oponentowi rację, gdy rypnę z niewiedzy głupotę, a On mi to dowiedzie. Jesteś o niebo ode mnie inteligentniejszy, bardziej oczytany, życiowo doświadczony. Nigdy tego nie negowałam. Masz jednak paskudny zwyczaj perfidnego ośmieszania rozmówcy i robienia przy tym minki niewinnego.

          Wywód wyjaśniający rzeczowy, przejrzysty, przemyślę go jeszcze, bo jednak nie do końca mogę się z Tobą zgodzić. Szkoda, że tak nie zacząłeś swojego komentarza, zamiast kpić z umysłowej indolencji młodzieży, przypisywania innym posiadania krzty wiedzy tylko li z guglania i snucia innych insynuacji, niezbyt wybrednych uwag. Mówisz, że nie były pod moim adresem? Zabawne, że i ja, i Kartka, i Amicus tak fatalnie Cie zrozumieliśmy.

          Wiem, że Szabo zrobił filmową adaptację powieści Manna, ale gdybym przypuszczała, że na blogu rządzącym się swoimi prawami, w tym skromną ilością miejsca na wpis nie mogę się uciec do myślowego skrótu, licząc na inteligencję rozmówców, pokusiłabym się o elaborat, byle uniknąć tej nieprzyjemnej wymiany zdań. Poza tym na Mefisto powołałam się tylko w kontekście poruszonego „zagadnienia” jako zjawiska, które tam też miało miejsce. Nie wypowiadałam się o samym dziele Manna. Zresztą nie mogłabym, bo go nie czytałam. Jedyną dobrą stroną naszej wymiany zdań jest to, że chyba się pokuszę o lekturę.
          pozdrawiam

        • telemach Says:

          @Sarna: to w takim razie ja (Sarnę i resztę towarzystwa) przepraszam. Najwyraźniej musiałem się pomylić lub zbyt pobieżnie przeczytać komentarz, sorry, zdarza się. Wydawało mi się Sarno (sam nie wiem już dlaczego), że przypisałaś Istvanowi Szabo autorstwo dzieła pt. Mephisto. Nie tyle mnie to oburzyło, co zasmuciło, ot tak, jak zasmuca spostrzeżenie, że adaptacja (będąca tworem wtórnym) przysłania literacki oryginał.
          Najzwyczajniej nie dostrzegłem skrótu myślowego. Składam samokrytykę i idę klęczeć na grochu.
          Popiół na moją głowę.
          t.

        • telemach Says:

          @Sarna: acha i jeszcze chciałbym się z Tobą zgodzić w tym punkcie, że istotnie mam paskudny charakter. Wszystko się zgadza: i perfidia, i złośliwość, i wylewanie żółci i skłonność do insynuacji.

          Problem jedynie w tym, że ja w zasadzie chciałem porozmawiać o zmieniającym się (w czasie) modelu percepcji dzieła literackiego. A nie o sobie. Rozmowa na mój temat mnie onieśmiela i czyni w pewien sposób bezradnym.
          Ukłon
          t.

        • Logos Amicus Says:

          Ależ Telemachu, chyba jednak zbyt daleko idzie to Twoje pokajanie i ekspiacja ;)
          Jednakże dziękuję (w imieniu własnym) za te, wyjaśniające zaistniałe nieporozumienie, tudzież rozładowujące napięcie (jeśli takowe się pojawiło), słowa.
          Zabrzmiało to zarówno elegancko, jak i sympatycznie.

          Ja także postuluję, abyśmy się starali (przynajmniej tutaj, na tym blogu) dyskutować na poruszony we wpisie temat, a nie dotykać się osobiście.
          A jeśli już coś osobistego ma się tu pojawiać, to niech to będą nasze zdania, opinie i poglądy.

          Pozdrawiam

        • sarna Says:

          Telemachu, dlaczego mi to robisz? Dlaczego sprawiasz, że teraz ja się czuje winna? Przyjmę przeprosiny pod warunkiem, że pozwolisz mi razem poklęczeć na tym grochu ? :)
          Przepraszam i chylę czoła. Przyznam, że zaimponowałeś mi ostatnim wpisem.
          pozdrawiam

        • sarna Says:

          @Telemach: acha i jeszcze z uwagi na ten nasz gest pokory i posypania głów popiołem, chciałabym zwrócić uwagę adekwatność pytania Amicusa do takich artystów jak my;): winni czy niewinni?

        • Logos Amicus Says:

          Telemach na swoim blogu (dwa tygodnie później):

          „Tu się obnaża cały tragizm i małość mojego (jak gdzieś przeczytałem ostatnio) podłego dosyć charakteru.”

          Telemachu, nie tylko przyczytałeś, ale sam to napisałeś – do tego się przyznając.
          Ale widzę, że… zagrałeś komedię, którą chcieliśmy wziąć za Twoją szczerość.

          Wygląda jednak na to, że „złego szeląga” nie można brać za „dobrą monetę”.

        • sarna Says:

          Amicusie, to już nie nasz problem.
          Szkoda, że Telemach po raz wtóry dokonał brzydkiej odsłony, bo łudziłam się, że coś zrozumiał. Trudno, jak mu z tym do twarzy i nie uwiera duszy, to niech już taki pozostanie. Nic mi do niego, dobrze, że nie muszę się o niego potykać w realu.

          pozdrawiam

  8. miziol Says:

    Witaj Amicusie. Ja przy okazji takich dyskusji zawsze wspominam „Urzad” T.Brezy. Dla mnie ksiazka genialna, wspaniale zbudowany nastroj i chociaz bez jakich brawurowych akcji, a jednak trzyma w napieciu. Literacko bardzo dobra. Gdyby z tego ktos zrobil film, moglby pewnie pretendowac do jakiejs nagrody. Jednak Breza napisal to w 1960 roku i zostalo wydrukowane, a wiec w jakis sposob odpowiadalo komunistycznym wladcom owczesnej Polski, a moze nawet jakos zostalo zainspirowane. Problem w tym, ze z jednej strony wydalo to komunistyczne wydawnictwo, a nawet wprowadzono te ksiazke na jakis czas do kanonu lektur szkolnych, a z drugiej strony Breza wlasciwie pokazuje prawde. Ta prawda byla akurat wygodna w tym czasie wiec go wydano.
    I tutaj dochodze do sedna mojego komentarza. Artysta nigdy nie jest winny, bo tworzy dzielo, ktorym chce zainteresowac odbiorce i wyrazic siebie jak najlepiej potrafi. Jesli wierzy w te prawde, ktora probuje pokazac, to czesto powstaje arcydzielo. Gdyby Leni tworzyla jakies nudne, potworkowate gnioty to nikt by jej nawet nie zauwazyl a juz na pewno nie zapadla by w pamiec potomnych. Kto dzis pamieta Wande Ostrowska czy innych tego typu „tworcow”?
    pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Czołem miziole!
      Przede wszystkim cieszę się, że dałeś znak życia :)

      Dzięki za komentarz.
      We wszystkim przyznaję Ci rację, z wyjątkiem jednego: nie mogę się mianowicie z Tobą zgodzić, że „artysta nigdy nie jest winny”, zwłaszcza z tym „nigdy”.
      Niestety, wg mnie czasem jednak jest on winny.

      Chociaż, oczywiście, nie można żadnego twórcy obwiniać za to, co ktoś inny zrobi z jego dziełem (ani za to, jak jego utwór jest interpretowany i odbierany).

  9. kasjeusz Says:

    A ja tak sobie pomyślałam, że ludzie (na ogół) oczekują jednoznacznych odpowiedzi, jasno wytyczonych granic.

    Jakiś czas temu w moim domu toczyły się rozmowy nt. Kapuścińskiego. Tata surowym głosem oznajmiał, że Kapuściński współpracował z takimi a takimi, że z tego powodu nie powinno się go promować, czytać, przerabiać w szkołach. Na to ciocia, wcielenie niebiańskiej łagodności, za każdym razem cierpliwie odpowiadała, że dzięki tej odrobinie współpracy miał możliwość wyjazdów, pisania, a co za tym idzie – aktywnego wspierania kultury. Tata – ciocia, zły – dobry, zakazać – promować, dwa przeciwstawne bieguny.

    Ciekawi mnie pewna rzecz. Można, oczywiście, przyjąć, że artysta i jego twórczość to dwie oddzielne sprawy. Załóżmy, że nasz artysta realizował się głównie na płaszczyźnie poetyckiej: zasłynął poematami na cześć pomników przyrody. Tymczasem w życiu prywatnym otwarcie głosił poglądy antysemickie. Ktoś powie: wybitna twórczość, zły człowiek. A czym są w takim układzie jego dzienniki? Notatki, zapiski, lapidaria? Już nie twórczością, bo zawarł tam swoje poglądy? Czy i w nich da się oddzielić pisarza od utworu? Pewnie można powiedzieć, że styl obrazowy, a poglądy niewłaściwe (z naszego punktu widzenia). Ale styl sam w sobie jest semidostrzegalny (hybryda językowa, przepraszam; nie chciałam używać bardziej kategorycznego słowa „niedostrzegalny”). Dopiero człowiek i twórca razem składają się na osobę.

    Myślę sobie, że nie ma odgórnych, jasnych, stałych granic, przestrzenie nachodzą na siebie, kładą się mniej lub bardziej wyraźnym cieniem. Co nie znaczy, że należy obsesyjnie poszukiwać w każdym elemencie utworu powiązań z życiem prywatnym autora, nie każda papierowa Julia jest zarazem Julią rzeczywistą.
    Rzeczywistość zastana przez artystę jest nie tylko inspiracją, ale i przestrzenią, w której (zazwyczaj) chce się realizować. Artyści mogą na nią wpływać, zmieniać, gloryfikować, część z nich otwarcie tego próbuje.
    Zgadzam się też, że nie można obwiniać twórców za różnorodne interpretacje ich dzieł.

    (Logosie, wchodzę tu już od pewnego czasu. Ogromna ilość poruszanych tematów, refleksji nachodzących po lekturze postów czy rozmiary samych dyskusji – onieśmielają mnie. Zdaję sobie sprawę z ograniczoności klawiaturowej, czasowej, jak i mojej własnej, wynikającej z braku wiedzy, zaledwie kilkunastoletniego doświadczenia. Te parę zdań piszę zatem raczej dla przełamania pierwszych lodów, nie w celu rewolucjonizacji dyskusji).

    Pozdrawiam ciepło!

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuję za „przełamanie pierwszych lodów” i jakże ciekawą wypowiedź.

      Masz rację, że „ludzie (na ogół) oczekują jednoznacznych odpowiedzi, jasno wytyczonych granic”. W tym kłopot, bo najczęściej oznacza to popadanie w uproszczenia, stereotypy, czarno-białe schematy, płycizny… A w rzeczywistości jest tak, jak piszesz – nakładają się w niej na siebie różne warstwy, obraz zmienia się wraz z perspektywą, szczegóły nabierają innych znaczeń w zależności od kontekstu… etc. etc.
      Dlatego też przypadek każdego twórcy wymaga osobnego potraktowania i uwzględnienia szczególnych okoliczności, zwłaszcza tych związanych z epoką, w jakiej ten twórca żyje.

      Z jednej strony trudno jest oddzielić artystę od jego dzieła, bo niejako zostawia on w nim (przynajmniej cząstkę) samego siebie… w tym sensie, że do dzieła przenika jakaś (duchowa, mentalna, intelektualna, ideowa) część samego twórcy – przejawiająca się choćby we wspomnianym przez Ciebie stylu.
      Ale to nie tylko o styl chodzi – czasem też o serce, mózg, wątrobę, jądra i inne trzewia :) To dlatego Flaubert mógł powiedzieć: Pani Bovary to ja (choć te jądra niewątpliwie są tutaj pewnym małym zgrzytem ;) )
      No i o duszę, o duszę… przede wszystkim o duszę.
      Tak więc, biorąc to wszystko pod uwagę, sąd nad jakimś dziełem jest w pewnym sensie sądem na tego dzieła twórcą.

      Ale z drugiej strony dzieło może się znakomicie obyć bez swojego autora i wieść swój autonomiczny żywot (tak jak dziecko w oderwaniu od swojej matki). I twórca nie ma już na to żadnego wpływu. A dzieło może być potraktowane bardzo różnie: np. wykorzystane przez kogoś do jakichś niecnych celów, mylnie interpretowane, niezrozumiane (lub zrozumiane opacznie)… etc. I naturalnie, nie można za to wszystko twórcy obwiniać.

      Jeszcze jedna ważna rzecz świadczy o autonomicznym charakterze dzieła i jego odrębności, czyli „oderwania” od swego twórcy: utwór może być arcydziełem, ale sam autor może okazać się bublem, tzn. człowiekiem dość nikczemnym, słabym – sprzedawczykiem, zdrajcą, kolaborantem, a nawet przestępcą.
      Doskonale mogę sobie wyobrazić np. sytuację, w której obraz o niebiańskim wprost pięknie maluje szubrawiec i morderca; albo zniewalający poemat miłosny pisze człowiek, który skądinąd dyszy do kogoś nienawiścią…
      Jest to więc oczywiste, że jeśli autor jest zły, to wcale zły nie musi być jego utwór.
      I w tym sensie twórcę należy oddzielać od jego dzieła.

      PS. Wśród Twoich stwierdzeń, które mi się spodobały, jest również i to: „Co nie znaczy, że należy obsesyjnie poszukiwać w każdym elemencie utworu powiązań z życiem prywatnym autora.”
      Podpisuję się pod tym „w całej rozciągłości”.
      Obsesja w żadnym przypadku nie jest czymś pożądanym :)

      * * *

      Jeśli nie czujesz się jeszcze przytłoczona tym nawałem słów ;) to pozwól, że przytoczę tu jeden z moich komentarzy, który dotyczy omawianej przez nas kwestii (a pojawił się on pod wpisem pt. „Raskolnikow to ja”):

      Również jestem zdania, że „zrozumienie (wielkich dzieł literatury) byłoby głębsze, gdyby kurz historii nie przysypał biografii twórców”. Ja mam skłonność aby ten kurz strzepywać, ale nikogo nie obarczam obowiązkiem czynienia tego samego (nie piszę więc nawet, że powinno się to robić). Doszliśmy zresztą do tego samego wniosku: naprawdę wartościowe, uniwersalne dzieło sztuki (w tym literackie) zdolne jest obronić się samo, bez podpierania się biografią czy famą geniuszu swojego twórcy.
      Czasem wręcz nie powinniśmy się sugerować niczym innym, jak tylko wartością artystyczną utworu (odrzucając „dane osobowe” mamy niejako do czynienia z artystyczną „nagą” prawdą).
      Ja jednak zazwyczaj zainteresowany jestem osobą twórcy (a w przypadku niektórych nazwisk – to nawet bardzo), często też okolicznościami, w jakich powstawał utwór (gdyż interesuje mnie coś takiego jak psychologia twórczości), ale to jest mój wybór, moja skłonność, a nawet przyjemność – takie moje hobby ;)
      Koniec końców, nie należy jednak zapominać, że wartość artystyczna utworu jest czymś autonomicznym w stosunku do osoby twórcy i warunków, w jakich dany utwór powstawał. Co nie znaczy, że nie może on nabrać dodatkowych znaczeń, niuansów i odcieni w konfrontacji z naszą wiedzą o autorze i okolicznościach, w jakich powstawał. I zwykle nabiera… przez co jego percepcja jest pełniejsza i głębsza.

  10. Jula Says:

    Przekazuje dale z Dyszowiska życzenia, bo nie wiem jak w dalekiej Hameryce ale u nas to dzisiaj 30.09.2010r dzień chłopaka i w związku z tym życzenia;
    Wszystkim chłopakom – zarówno dużym, jak i małym, łysym jeszcze i łysym już, siwym i brodatym, ogolonym i nie potrzebującym jeszcze/już golenia – MIŁEGO DNIA :)
    a tutaj dla zainteresowanych link ;) —>YouTube – Danuta Rinn – Gdzie Ci Mężczyźni [1975] [najlepsza jakość]

    A co tam niech sobie wszyscy posłuchają ;D )))

  11. salina Says:

    Nie rozumiem, dlaczego mamy zwalniać „od wszelkiej odpowiedzialności za to co pisze” pisarza poetę kogokolwiek zresztą? Skąd ta wątpliwość?! Wydaje mi się, a nawet jestem tego pewna, że od artysty profesjonalisty mamy prawo oczekiwać więcej niż od „szarego człowieka”.
    Chodzi Ci o to Amicusie, że i po stronie ciemnych mocy stają ludzie utalentowani? I z lepkiego trującego błota lepią zachwycające, porywające obrazy? Tak, to prawda, bo nie ma złych tematów dla obdarzonego talentem wykonawcy. I nie każdy artysta musi być od razu mądry, dobry i szlachetny. Od wykonywanego zawodu walory moralne nie zależą. Uznani twórcy w szczególności narażeni są na pokusy zaprzedania się władcom tego świata, a tym samym pozbycia się trosk bytowych i wszelkich innych doczesnych.
    Zdjęcia pani nadwornej u Hitlera będą zachwycać zawsze, ale też zawsze bedziemy mieć świadomość komu i czemu z tak wielkim powodzeniem służyły. Oceni każdy wg własnego morale.
    Z pozdrowieniami :-)

    • Logos Amicus Says:

      „Uznani twórcy w szczególności narażeni są na pokusy zaprzedania się władcom tego świata, a tym samym pozbycia się trosk bytowych i wszelkich innych doczesnych.”

      Ważne spostrzeżenie, Salino, (a chodzi o oczywistość, którą jakby pomijamy w tej naszej dyskusji o odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło – zwłaszcza w kontekście jego kolaboracji z systemem, któremu albo się on wysługuje, albo pozwala, by jego twórczość była wykorzystywana przez ów system do swoich celów… także propagandowych, tak jak to miało miejsce w przypadku Leni Riefenstahl i całej plejady innych twórców, także tych uwikłanych w komunizm.)

      Jeśli chodzi o mnie, to nie mam raczej skłonności by oceniać dzieło sztuki (a zwłaszcza jego autora) z etycznego punktu widzenia, jednak kiedy chodzi konkretnie o jego (tj. zarówno dzieła sztuki, jak i autora) powiązania ze zbrodniczymi systemami (i ich ideologią), które są odpowiedzialne za masowe ludobójstwo, to wtedy ta moralna ocena staję sie dla mnie ważna.
      Innymi słowy: warto zachować pewne proporcje i skalę ważności.
      Mnie nie musi obchodzić moralne „prowadzenie się” artysty w „życiu osobistym” (np. to, ile ma kochanek, jaki ma seksualny temperament, a nawet czy bije swoją żonę – w końcu to są jego „prywatne sprawy” i ewentualna odpowidzialność wobec prawa), ale kiedy ten artysta idzie ramię w ramię ze zbrodniczym systemem, głosi (albo pozwala, by robiono to w jego imieniu, choćby za pomocą jego dzieł) faszystowskie poglądy, podsyca rasową nienawiść, nawołuje do tępienia „pedałów” lub „eliminacji” osobników „gorszych”, „słabszych”, „wybrakowanych” i „zdegenerowanych”…), to już taki indyferentny etycznie wobec tego być nie potrafię.

      PS. Cała ta dyskusja spowodowała, że przyjrzałem się bliżej pani Riefenstahl (obejrzałem np. kilka jej filmów, które do tej pory znałem jedynie z fragmentów, albo tylko „ze słyszenia”) i myślę poświęcić jej jeden z moich następnych wpisów, gdzie chciałbym poddać rewizji obiegowe opinie na jej temat (także te moje własne – dotychczasowe).

  12. iżyk Says:

    Bardzo ciekawe.
    Bardzo ciekawy temat, LA, i równie ciekawe dygresje, że o przykładach nie wspomnę. Z tym, ze dygresje ze swej natury znoszą dyskusję z kursu, a przykłady go rozwadniają. Dlatego:
    „No więc jak to jest: zwalniamy pisarza (artystę) od wszelkiej odpowiedzialności, czy też nie zwalniamy?”
    Ja bym wziętego w nawias „artystę” wyciachał, bo:
    1. co oczywiste – pisarz jest artystą ale relacja nie jest zwrotna.
    2. co nie takie oczywiste – pisarz to (umówmy się, że najczęściej) moralista (intelektualista, posiadacz niezbędnej do zadumy fajki i jeden z 40tu sygnifikatorów listu otwartego w obronie czegoś, co w danym sezonie należy obronić), a artysta nie ma ciepłych recenzji; ma natomiast dziurawy sweter, zaawansowaną gruźlicę i troje dzieci z sześcioma różnymi paniami.
    Jeśli mi się nie udało wyrazić tego „dzielnie”, to po powiem tak: pisarz jest pojęciem, z którym sam z siebie rymuje się mój szacunek dla mądrych i głęboko słusznych treści w jego dziele. Gdybym powiedział, że X jest autorem kilku książek, to wcale nie znaczy, że jest pisarzem, nie prawdaż? Pisarz to coś znacznie więcej niż autor i tu jest taka jakaś jaśniejsza jasność, niż w wypadku artysty, o którym ty musisz zaraz powiedzieć, że stworzył „naprawdę wartościowe, uniwersalne dzieło sztuki”, które na dodatek „zdolne jest obronić się samo, bez podpierania się biografią czy famą geniuszu swojego twórcy.” Ja, jeśli wyciacham „artystę”, zaraz mam pół problemu z głowy :) Nadto powiem, że taki na przykład „ja” nie oczekuję od artystów, by byli moralistami i tu aż muszę porozumiewawczo ;) , żeby było wiadomo, jakich skandali oczekuję od bohemy.

    Czy zwalniamy?
    Jeszcze chwilę… Bo pisarz pisarzowi nie równy i jeśli jakaś pisarka życie spędziła na opisywaniu miłości, to ja machnę ręką i przyznam jej ten tytuł „pisarki”. Niech se tam ma. Jeśli zaś ktoś sam chce uchodzić albo ja zechcę go obdarzyć etykietką „sumienia narodu”, to wtedy jest zupełnie inna sprawa. Ona może być niewierna, zmieniać mężów, rozbijać stadła itp. On nie może się skundlić. Nie zwalniamy zatem. Proste.
    Proste, choć z zakrętami…
    Monochromatyzm moralny właściwy jest ludziom młodym. Z natury ich wieku i dotychczasowego braku okoliczności, które tak pięknie uwrażliwiają nasze oko na odcienie szarości. Druga grupą są ci, którzy wydają się mi być w ogóle nie warci mojego czasu na kopanie się z koniem. Czyż nie zadziwia, bo mnie naprawdę wciąż zdumiewa, że rygoryzm moralny głoszą najczęściej ci, którzy winni milczeć? To była aluzja do pasterzy, bo o owieczkach powiem, że najmniej wątpliwości z reguły mają ci, którym z trudem przychodzi zebrać tych kilka myśli…

    Czyli, że jak? Że zwalniamy?
    Ha?! A co ja tu mam do zwalniania?!
    Tu się cisną teraz miliony przykładów z bajek rozrzuconych po czasie i charakterach. Wolter, który przez całe życie nie może darować jakiemuś rywalowi z młodości. Marcjalis wspaniały, który ślini cesarskie dupsko domicjana, majakowski, który zwolnił się sam. a gałczyński, broniewski czy konwicki, którzy pamięć moczyli w etanolu. owidiusz ze swoim „widzę lepsze i chwalę, a gorsze obieram”, przywołany wyżej kapuściński, czy wreszcie Heidegger, któy nigdy nie przestał się wstydzić. tylko onufry szopenhauer wykpił się znakiem, który nie podąża wskazywaną drogą.

    Jeszcze dzieło i jego pisarz, ale już króciutko.
    juz wiem, kto napisał mszę za miasto arras… Już wiem. Przestała być mszą? Bodajbym tego nie wiedział!
    A na zupełny już koniec jeszcze pisarz:
    Pewien czeski dysydent i pisarz, a potem jeszcze prezydent opowiada w telewizorze o sobie i swoim pisarstwie. W tym pisarstwie zajmował się m. in. pokazywaniem, jak trudno jest żyć człowiekowi uwikłanemu w system i nie stracić godności.
    No i ten pisarz mówi, że jako syn fabrykanta nie mógł podjąć studiów, czego… uważajcie!… skutki odczuwa do dziś.
    Ile trzeba mieć w sobie mądrości, by coś takiego powiedzieć?

    • Logos Amicus Says:

      Witaj iżyku na moich skromych łamach :)

      Dziękuję za ciekawą wypowiedź. Sczególnie ujęły mnie następujące ustępy ;) :

      „Monochromatyzm moralny właściwy jest ludziom młodym. Z natury ich wieku i dotychczasowego braku okoliczności, które tak pięknie uwrażliwiają nasze oko na odcienie szarości.”
      (…)
      „… bo o owieczkach powiem, że najmniej wątpliwości z reguły mają ci, którym z trudem przychodzi zebrać tych kilka myśli… ”
      (…)
      „Wolter, który przez całe życie nie może darować jakiemuś rywalowi z młodości. Marcjalis wspaniały, który ślini cesarskie dupsko domicjana, majakowski, który zwolnił się sam. a gałczyński, broniewski czy konwicki, którzy pamięć moczyli w etanolu. owidiusz ze swoim „widzę lepsze i chwalę, a gorsze obieram”, przywołany wyżej kapuściński, czy wreszcie Heidegger, któy nigdy nie przestał się wstydzić.”

      Great!

      Pozwól jednak, że poczynię kilka uwag, (wszędzie z domyślnym „moim zdaniem”):

      – nie każdy pisarz jest artystą (i oczywiście nie każdy artysta jest pisarzem – co rozumie się samo przez się)

      – w zasadzie nie oczekuję od pisarza, że będzie moralistą, kimś mądrym, jakąś chodzącą przyzwoitością, mierzył tylko w najwyższe tematy; aby był sumieniem narodu, niósł kaganek oświaty, był społecznie zaangażowany… etc. Ja właściwie nie oczekuję od pisarza czegokolwiek, z wyjątkiem tego, by… dobrze pisał :)

      – podejmując ten temat, w zasadzie pytałem retorycznie: „winni czy niewinni”? – i nie chodziło mi tu o jakieś inkwizycyjne zapędy, sądy kapturowe nad twórcami, potępianie, drżenie z oburzenia, moralną chłostę… raczej o wejrzenie wgłąb ludzkiej „duszy”, doszukanie się motywów ludzkich działań i dokonywania wyborów, rozważenie mechanizmów, gdzie zazębiają się różne trybiki – polityki, życia społecznego, psychiki, kreatywności… uff! :)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s