FILMOWISKO („Vicky Cristina Barcelona”, „Była sobie dziewczyna”, „Agora”, „Incepcja”)

festival.banner.wl

 

„VICKY CRISTINA BARCELONA” (reż. Woody Allen)
* * * * * *

Woody Allen z potworkiem Gaudiego

Wprawdzie film powinien obywać się sam – bez podpierania się reżyserskim ego – to jednak, odkąd Woody’ego Allena okrzyknięto geniuszem kina, cień tego jego (bez wątpienia wielkiego) EGO wisi nad każdym z obrazów, które dostarcza on rok w rok z regularnością nakręconej, produkującej filmy, maszynki.
No cóż… ani to dobrze, ani źle – tak po prostu już jest. I okazuje się być jedną z właściwości fenomenu, jakim jawi się ten amerykański reżyser z niewątpliwie europejskim zacięciem twórczego neurotyka i komika – intelektualisty.
Czy można wymienić inne?
Tak, wśród wielu np. to, że nie każde dotknięcie jego reżyserskiej ręki jest dotknięciem Midasa, jak również – zaskakująco duży rozstrzał tematyczny filmów.
To pierwsze puszcza się zwykle mimo uszu (a raczej oczu), drugie zaś bywa źródłem ciągłych niespodzianek, tak jak to ma np. miejsce w „Vicky Christina Bacelona” – współczesnej romantycznej (niemalże) psychodramie z udziałem bardziej lub mniej zdezorientowanych bohaterów nieustających w poszukiwaniu seksu, miłości, sensu, smaku życia i… samych siebie.

Scarlett Johansson na ulicach Barcelony

Początkowe (i najmocniejsze) wrażenie jakie wywiera na nas ten obrazek: kolory, egzotyka, nerwy, erotyzm, pasja, nuda, zagubienie, głód, konfuzja… a w tle tego wszystkiego – rozbrajająco seksowna i nieodparcie pociągająca Scarlett Johansson, tudzież inne postaci, które nie do końca wiedzą, co zrobić ze swoim seksualnym drive’em pakującym ich w sytuacje zgoła nieprzewidziane i konsternujące, tudzież (zwłaszcza kiedy na scenie pojawia się niezrównoważona emocjonalnie Penelope Cruz) bez wątpienia histeryczne.
No i słowa, słowa, słowa… (wszak to Woody Allen!), ogarnięte jednak atrakcyjną (choć cokolwiek oczywistą) malowniczością katalońskich zakątków (Barcelona, Oviedo, Costa Brava), owiane gorącem południa i naznaczone temperamentami latynoskich kochanków, (co uosabia sobą główny mężczyzna filmu, malarz Juan Antonio, wokół którego krąży erotyczny apetyt dwóch, wydawałoby się skrajnie różnych w swoim podejściu do seksu i miłości, młodych Amerykanek).

Film arcydziełem nie jest (ale przecież wcale być nie musi), jednakże przyjemności dostarcza sporej (a tak było przynajmniej w moim przypadku). Wystarczyło tylko przymknąć nieco oko na pewną scenariuszową sztuczność sytuacji i postaci wymyślonych przez Allena (ech, ten samolot unoszący dwie piękne kobiety na egzotyczną wyspę, pilotowany nieustraszenie przez namiętnego macho-artystę pośrodku szalejącej burzy; ech ten jego genialny ojciec-poeta, tworzący piękną poezję, której jednak nie wydaje bo uważa, że ludzie nie są tego godni; ech te artystyczne zdolności Cristiny-Johansson, której Woody wciska aparat fotograficzny cokolwiek na siłę, podobnie jak na siłę robi z niej poetkę; ech ta malarska ekspresja i szaleństwo barw Juanowych płócien; ech te palmy, słońce, Gaudi, Rambla i czerwone wino…) No i te dialogi jak z mokrego snu-fantazji erotomana. Oto Juan podchodzi do dwóch naszych bohaterek, nota bene nieznanych sobie kobiet i zaprasza ich na weekend do Oviedo mówiąc: „Będziemy dobrze jedli, będziemy pili dobre wino, będziemy się kochali”. „Kto się będzie kochał?” – pyta Vicky. „Mam nadzieję, że my, we trójkę”.

Wszystko wskazuje jednak na to, że Woody tym filmem nieźle się (w Barcelonie i nie tylko) bawił, a przy okazji do zabawy tej zaprosił także i nas samych.
Good for him! And… good for us!

W poszukiwaniu seksu, miłości, sztuki i smaku życia. Penelope Cruz, Scarlett Johansson, Javier Bardem i Woody Allen na planie „Vicky Cristina Barcelona”.

„BYŁA SOBIE DZIEWCZYNA” („An Education”, reż. Lone Scherfig)
* * * * * *

Gdybym napisał, że film ten jest klejnotem, to bym przesadził. Napiszę więc, że jest to klejnocik – co chyba lepiej oddaje format i klasę tego angielskiego filmu, nakręconego zresztą przez Dunkę (Lone Scherfig)
Dlaczego to zdrobnienie bardziej pasuje do „Edukacji”?  (Pozwolę sobie jednak pozostać przy tym tytule.)
Może dlatego, iż twórcy filmu nie mierzyli w to, by nakręcić jakiś wielki pokoleniowy epos o dojrzewaniu i budzeniu się kobiecości, a po prostu zajęli się postacią 16-letniej dziewczyny, która wchodzi w życie z wszystkimi dylematami swojego wieku, czyli: jak pogodzić głos serca i rozsądku; jak, kiedy i z kim ma być ten „pierwszy raz”, jacy tak naprawdę są mężczyźni; co jest lepsze dla poczucia pełni życia – wykształcenie, wyrzeczenia, poświęcenie, czy też czerpanie z tego życia pełną garścią, wykorzystywanie każdej nadarzającej się okazji, by dać się porwać przyjemnościom, jakie oferuje nam świat.

Na progu dorosłości. Carey Mulligan i Peter Sarsgaard w „Edukacji”.

I muszę napisać, że na nic by się zdały wszystkie te twórcze zapędy i ambicje, gdyby nie odtwórczyni głównej roli, czyli Carey Mulligan, która zagrała nastoletnią Jenny z taką lekkością, swobodą i błyskotliwością że możemy wręcz mówić o narodzinach… jeśli nie gwiazdy to prawdziwie wybitnej aktorki.
To właśnie jej kreacja, na równi ze swobodą prowadzenia akcji i komponowania filmu przez Lone Scherfig sprawia, że w przypadku „Edukacji” mamy do czynienia z małym arcydziełem, które już tak szybko nie wywieje nam z głowy, jak to się zwykle dzieje z większością filmowej konfekcji.

Tłem dla akcji jest Londyn początku lat 60-tych, co oczywiście ma swoje znaczenie: cokolwiek sztywna angielskość nie uległa jeszcze rozluźnieniu, jakie wkrótce miało dotrzeć na Wyspy (wpierw z Paryża, a wkrótce i z Ameryki); mieszczańska solidność ciągle brała górę wśród aspirujących do osiągnięcia pewnego życiowego statusu młodych Brytyjczyków. Jenny na swoim gramofonie słucha płyt Jacquesa Brela i Juliette Greco (zafascynowana najwyżej francuską czernią) – o Beatlesach nie ma jeszcze ani widu ani słychu, a tym bardziej o Stonesach (długa, dłuuuuga jeszcze była wówczas droga do „Trainspotting” i „Sex Pistols” .)

Jenny nie jest tuzinkową dziewczyną. Wśród swoich rówieśniczek wyróżnia się nie tylko inteligencją, ale i urodą (nie z darma racji w pewnym momencie filmu przypomina do złudzenia Audrey Hepburn). I bez wątpienia to właśnie jej aparycja sprawiła, że zaczyna się nią interesować starszy o 20 lat mężczyzna, który – jak wszystko na to wskazuje – odniósł w życiu sukces, nie tylko finansowy ale i, nazwijmy to – kulturalny (to właśnie on zaczyna wprowadzać Jenny w arkana hedonizmu, zarówno zmysłowego – drogi alkohol, dobre papierosy, modne stroje, sportowy samochód… jak i estetycznego – koncerty muzyki klasycznej i jazzu, kolekcje dzieł sztuki, literatura… co znajduje swój finał w samym – jakże by inaczej! – Paryżu, dyżurnej stolicy kochanków). Całkiem niezły i rozległy repertuar jak na inicjatora dorosłości i high life’ u w rozbudzonej (rozbudzanej) nastolatce (oczywiście dochodzi do tego również inicjacja seksualna).

Inicjacja w seks i kobiecą dojrzałość: kim tak naprawdę są mężczyźni? („Edukacja”)

Gdyby, wobec takiego szerokiego, ale i wrażliwego spektrum obyczajowego, (które dla wielu widzów jest jednocześnie drażliwe) film poszedł na skróty łatwych odpowiedzi i społeczno-obyczajowych gotowców, to niewątpliwie jego ranga spadłaby do poziomu stereotypowego moralitetu. Ale na szczęście tak się nie stało. Co nie znaczy, że „Edukacja” moralitetem nie jest. Otóż jest (o czym świadczy chocby zakończenie). Tyle, że nie stereotypowym a dość przekonującym. I dostarczającym tak cholernie dużo satysfakcji.

„AGORA” (reż. Alejandro Amenábar)
* * * * * *

Hypatia – mądra, piękna, uczona i w końcu tragiczna (Rachel Weisz w „Agorze”)

Jeśli starożytność rzeczywiście wyglądała tak, jak to sobie wyobrażają scenografowie kina – począwszy od pompatycznych dekoracji z klasycznej „Nietolerancji” Cecila B. DeMille’a, poprzez gipsowe teatrum „Spartakusa” po malowniczość i fotogeniczność „Gladiatora” , to równie dobrze świeża, młoda, piękna i naładowana sex-appealem Rachel Weisz może przypominać historyczną, działającą w Aleksandrii Hypatię, największą filozofkę antycznego świata, która swą mądrością, uczonością i rozwagą podbiła intelektualną i decydencką elitę basenu Morza Śródziemnego w IV wieku naszej ery.
Niestety, mam uzasadnione podejrzenia, że jednak starożytność tak nie wyglądała. A tym bardziej nie wyglądały tak: ani prawdziwa Hypatia, ani jej rzeczywiste relacje ze współczesnymi jej prominentami Aleksandrii, które chilijski reżyser Alejandro Amenábar zaserwował nam w swojej spektakularnej filmowo „Agorze”.

Napisawszy to, pozwolę sobie na mały apel: zapomnijmy o tzw. historycznej prawdziwości tego wszystkiego co widzimy na ekranie, (czyli, poniekąd, dajmy sobie spokój z weryfikacją faktów). Zamiast tego skupmy się na tym, co chce nam przekazać film jako dramat, spektakl, przypowieść i rozrywka. A z tym „Agora” daje sobie – i to całkiem nieźle – radę. Przy czym atuty widowiskowe, dramatyczne i właśnie rozrywkowe górują jednak nad tymi, które odnieść można do „Agory” jako przypowieści i moralitetu z pewnym intelektualnym, a nawet filozoficznym przesłaniem.
To ostatnie jest dość (może nawet aż nazbyt) oczywiste, by nie napisać nachalne (a przez to banalne): religia jest zła (fanatyzm, fanatyzm i jeszcze raz fanatyzm!), natomiast nauka, racjonalizm, liberalizm – dobre. Stając na takich pozycjach, film Amenábara traci moim zdaniem wielowymiarowość, nabierając cech zbyt płaskiej, jednostronnej propagandy.
Co mam na myśli?
Otóż głownie przedstawienie występujących w filmie, antagonistycznych wobec siebie pogan, żydów i chrześcijan, jako (bez wyjątku) żądnych krwi, zaślepionych, agresywnych i morderczych fanatyków – w przeciwieństwie do tej jednej jedynej i jedynie sprawiedliwej, szlachetnej Hypatii, mędrczyni, która z gracją i godnością patrzy w niebo, chcąc przeniknąć matematyczną doskonałość Wszechświata, jego harmonię i reguły rządzące obrotami sfer niebieskich.

Spektakl czy moralitet? Historia czy fikcja? W „Agorze” reżyser Amenábar staje po stronie racjonalizmu przeciwko religijnemu fanatyzmowi.

To prawda, że twarde historyczne fakty świadczą bardziej na rzecz tej uproszczonej wizji rzeczywistości, która pozbawiona jest niuansów i względności (tak, rzezie na tle religijnym miały miejsce; tak, spalono bibliotekę w Aleksandrii; tak, rozszarpano w końcu na strzępy Hypatię… sorry za spoiler, ale to przecież historia, która powinna być nam znana), ale to, co do tego prowadziło, było znacznie bardziej złożone, skomplikowane i niejednoznaczne, niż każe nam w to wierzyć film.
Ale właściwie czemu ja się tak dziwię? Czy popularne, obiegowe i powszechne spojrzenie na historię (we wszystkich bez wyjątku narodach) nie jest właśnie takie – tendencyjne, życzeniowe, powierzchowne i przeraźliwie wybiórcze?

Mimo wszystko poczuwam się do solidarności z duchem „Agory” . Staje on bowiem po stronie czegoś, co jest na tym naszym zagubionym w kosmosie pyłku Ziemi ogromną rzadkością. Chodzi oczywiście o mądrość.
Tylko czy zawsze jest ona skuteczna w konfrontacji z nagą i pierwotną agresją? Kto w końcu weźmie w człowieku górę: mędrzec czy barbarzyńca? Co pozostanie nam w ręce: książka czy miecz?
Okażemy się zepsutymi bachorami kosmicznego chaosu czy też cudownymi dziećmi Wszechświata?

„INCEPCJA”  („Inception”, reż. Christopher Nolan)

 * * * * * * 

   (trzecia, dodatkowa gwiazdka – za wysiłek techniczny i rzetelne podejście do roli Leonarda DiCaprio)

Leonardo DiCaprio w „Incepcji”

Nie pierwszy to raz kinematyczne cuda technicznych możliwości kina epoki cyfrowej i komputerowej symulacji pożerają własne dziecko. Pisząc „dziecko” mam na myśli to, co leży u podstawy wszelkiej (wizualnej lub słownej) dobrej (przekonywującej i skutecznej) beletrystyki: zajmująca opowieść oraz postaci, których losami zaczynamy się przejmować (czyli bohaterowie, którzy stają się nam bliscy, wiarygodni emocjonalnie, wywołujący w nas odruch sympatii lub antypatii).

W mojej opinii „Incepcja” w reżyserii Christophera Nolana zawodzi właśnie na tych dwóch fundamentalnych poziomach: narracyjnym i psychologiczno-emocjonalnym. Zawodzi też intelektualnie – a jest to zawód, którego się skądinąd najmniej spodziewałem po filmie, który obwołano jako błyskotliwy, głęboki, intrygujący, kompleksowy, oryginalny, odkrywczy… Chociaż to, że obwieszczono go również pierwszym prawdziwym letnim hitem kina, powinno wzbudzić we mnie nieco większą czujność. Czytając wcześniej (tak, czasem nieopatrznie to robię) wszystkie te entuzjastyczne recenzje – i to zarówno zawodowych krytyków kina, jak i szeregowych widzów-amatorów – pomyślałem sobie, że również i ja z wielką przyjemności będę mógł napisać po projekcji, że oto obejrzałem film, który w swoim gatunku (science-fiction thriller) jest arcydziełem. Niestety, czegoś takiego napisać nie mogę, bo „Incepcja” wg mnie żadnym arcydziełem nie jest. Nie jest nawet filmem, który można byłoby umieścić w jednej klasie z „Matrix” – o Kubrickowej „Odysei kosmicznej 2001” (która już arcydziełem par excellence jest bez wątpienia) nie wspominając.

Tak oto kręci się… hotelowy korytarz.

Trudno jest mi się zgodzić z tymi wszystkimi pochwałami, jakich nie szczędzono filmowi Nolana. Nawet wizualnie (a właśnie jednym z najpowszechniej wyrażanych zachwytów była fascynacja widowiskowością obrazu) film ten (z wyjątkiem paru scen) nie sprostał moim oczekiwaniom. Akcja „Incepcji” rozgrywa się głównie we śnie bohaterów, ale niestety, ja tego oniryzmu zupełnie tam nie widziałem – zamiast tego czułem pewną… wręcz dziwaczność, dezorientację, przeładowanie i dyskomfort. Zamiast wielkiej inwencji spotkałem raczej zgrabne sztuczki; zamiast intelektualnego wyzwania – dość karkołomną łamigłówkę. Przy tym, zastosowana w filmie estetyka wydała mi się stylistycznie niespójna, podobnie jak niezborna była dla mnie sama akcja, przeskakująca z jednego poziomu snu na inny – niwecząc przy tym to, co w thrillerze jest najbardziej istotne: suspens.

I jeszcze jeden, koronny moim zdaniem zarzut: niemiłosiernie przegadany scenariusz, potoki słów, które na przemian z ogranymi w filmach akcji scenami pogoni, strzelanin i ucieczek, wylewają się nam nieustannie z ekranu na głowę. W tym filmie po prostu za dużo się mówi – najczęściej objaśniając to, co dzieje się przed naszymi oczami, tudzież to, co widz powinien wiedzieć, aby się w całym tym galimatiasie i pseudo-sennym labiryncie nie pogubić.

Szkoda mi również Leonarda DiCaprio. Wprawdzie jest on jedyną postacią w „Incepcji” , której próbowano nadać jakąś psychologiczną głębię (co też aktor sumiennie i – trzeba przyznać – świetnie starał się tym razem wypełnić), to niestety gubi się to w całym tym zgiełku przekonceptualizowanej akcji – wśród wybuchów, strzelaniny, technicznych gadżetów i efektów specjalnych, ale także wśród innych, zgoła papierowych protagonistów, jakimi usiłuje się zaludnić zimny, dziwny i katastroficzny świat serwowany nam przez dwie i pół godziny z kinowego projektora, który niestety w tym przypadku żadną latarnią magiczną nie jest. Bardziej już przypomina efektowną (i – jak się okazuje – efektywną) maszynkę do robienia pieniędzy.

Leonardo DiCaprio sprawdza czy jest aby jeszcze w dobrym wymiarze. Jeden z niewielu spokojnych i stonowanych kadrów gorączkowo-wyczynowo-delirycznej „Incepcji”.

*

Advertisements

komentarze 33 to “FILMOWISKO („Vicky Cristina Barcelona”, „Była sobie dziewczyna”, „Agora”, „Incepcja”)”

  1. KrzysztofUW Says:

    To co zrobił Alejandro w Agorze jest nie do przyjęcia. Takie uproszczenia mogę przyjąć w filmach sf, ale tak jak wspomniałeś – kino rządzi się swoimi prawami i nie są one tak racjonalne ;-)
    Zapytałeś o mędrca i barbarzyńcę. Ujmę to w ten sposób. Najpierw musi być ten drugi, aby „powstał” ten pierwszy. Tak było z Grecją i Rzymem.

    • Logos Amicus Says:

      Niestety, to co zrobił Alejandro Amenábar w „Agorze”, robią prawie wszyscy reżyserzy tworzący filmy „historyczne”, niekoniecznie sci-fi. (I niekoniecznie musi to wynikać z „nieracjonalności” praw rządzących kinem.)

      W pzeszłości barbarzyńców zawsze było więcej niż mędrców i zazwyczaj byli oni w swych działaniach bardziej skuteczni (i spektakularni) niż ci ostatni. Pewnie dlatego, że dysponowali mocniejszymi „instrumentami” perswazji: mieczem, przemocą, agresją, brakiem skrupułów…

  2. tamaryszek Says:

    Filmowisko, ech!
    Tym razem czytam u Ciebie o tym, czego nie znam, bo dziwnym trafem przegapiłam lub jeszcze się nie doczekałam („Incepcja”). Widziałam tylko „Vicky, Cristinę, Barcelonę”.

    Temperamentna Penelopa rozpętuje wulkaniczny (gorący, rozlewający się, wybuchowy) rajwach (=po poznańsku: rozgardiasz). Ale leniwie-romantycznie-erotyczna Scarlett to Muza Woody`ego, pierwsze skrzypce. Choć – o ile sobie dobrze przypominam – bardzo mnie ujęła Vicky. Ciekawie odsłania się w niej i stopniowo narasta to, co u Cristiny jest punktem wyjścia. Gotowa na szaleństwo kobiecość.

    A wiesz, że „Edukacja” w polskich kinach pojawiła się pod tytułem „Była sobie dziewczyna” – ?

    Sprostuję tylko, że Leone Scherfig jest kobietą. Jak Kopernik;)

    Szkoda, że „Incepcja” rozczarowuje. Mam w pamięci nieśmiertelne „Memento” Nolana. Wolałabym by i tym razem otarł się o mistrzostwo.
    Pozdrawiam
    ren

    • Logos Amicus Says:

      Vicky jest chyba ciekawszą postacią niż grana przez Scarlett Cristina (bo bardziej skomplikowaną, wielowymiarową). Penelope zaś wypada karykaturalnie, ale to pewnie taki był koncept Allena.
      W sumie ja do tego filmu podszedłem z przymróżeniem oka i nie chcę zbytnio czepiać się pewnych jego wad czy ograniczeń.

      PS1. Dzięki za informację o polskim tytule „Edukacji” :)
      Już poprawiam, (choć to „Była sobie dziewczyna”, prawdę pisząc, średnio mi się podoba).

      PS2. Nolan w „Incepcji” otarł się o mistrzostwo, ale niestety nie o takie, jakiego od niego oczekiwałem. Zaznaczam, że wyraziłem jedynie moją opinię o filmie. Nie chcę nikogo do „Incepcji” zniechęcać, ani psuć komukolwiek zabawę, jaką niewątpliwie rzesze widzów z oglądania tego filmu mogą mieć (i mają).

      PS3. Wstyd mi, że nie poznałem się na płci Lone Scherfig :)
      (Chociaż jej imię brzmi chyba jednak „Lone”, a nie „Leone”.)
      W ramach gratyfikacji umieszczam poniżej jej zdjęcie.


      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/08/lone-scherfig.jpg?w=780

      Lone Scherfig, reżyserka filmu „Była sobie dziewczyna” („An Education”)

    • daline Says:

      Do filmu Sherfig zdecydowanie lepiej pasuje tytuł ‚An Education’, bo wyraża to, że przez całe życie się uczymy, polski- ‚Była sobie dziewczyna’ brzmi zbyt sielankowo, nie oddaje charakteru.
      Ogólnie filmy mądry, z wyraźnym przesłaniem.
      Polecam.

  3. JoanMore Says:

    „Agora” to niewątpliwie ciekawe dzieło. Zapewne z uwagi na kontrowersyjny charakter, temat był dotąd raczej pomijany. Największa biblioteka świata starożytnego i los, jaki ją spotkał na pewno jednak warte są przybliżenia. Amenábar może czasem popada w nadto dramatyczny ton, ucieka się do standardowych epickich sztuczek, by nadać produkcji bardziej podniosły charakter, ale trzeba przyznać, że udało mu się wykreować imponujący spektakl. Nie ma też wątpliwości, że to odważny film, który należałoby odebrać raczej jako dzwonek alarmowy niż antychrześcijańską tyradę.
    W Hiszpanii obraz oprotestowały organizacje praw człowieka, zarzucając twórcom promowanie antychrześcijańskich nastrojów i utrwalanie fałszywych stereotypów na temat kościoła katolickiego. Film miał również problem ze znalezieniem dystrybutora m.in. w Stanach Zjednoczonych oraz we Włoszech. Doszukiwanie się antychrześcijańskiego wydźwięku to najprostsza z możliwych interpretacji, co nie znaczy, że właściwa. Reżyser, co zresztą sam podkreślał, starał się raczej zwrócić uwagę na bezsensowną przemoc, która towarzyszy narodom od zarania dziejów. To film o zaślepieniu, braku wyobraźni, bestialstwie, nieposzanowaniu dla tego, co inne, niezrozumiałe. Alejandro Amenábar podkreśla, jak łatwo zaprzepaścić lata cudzej pracy, jak kierując się tak naprawdę uporem, można szybko przekreślić osiągnięcia innych.

    • Logos Amicus Says:

      Wg mnie ten film nie jest antychrześcijański, jeśli już – to antyreligijny (a jednak), gdyż ukazuje wyznawców religii (chrześcijan i żydów) jako – bez wyjątku – żądnych krwi, mściwych fanatyków. Właściwie, to najprzychylniej nastawiony jest Amenábar w swoim filmie do… pogan, gloryfikując zwłaszcza przy tym samą Hypatię.
      Tak więc, jako wizja historyczna film zawodzi, broni się natomiast jako widowisko. Ale to ostatnie właśnie osłabia jego realizm i przesłanie. I jeśli czegoś takiego od „Agory” oczekiwaliśmy, to spotyka nas jednak zawód.

  4. maua Says:

    „Vicky, Cristina, Barcelona” to film niezwykle zmysłowy. Widzowi bez przerwy towarzyszy przyjemnie mrowiące uczucie ekscytacji. Ten klimat doskonale współgra z historią opowiedzianą w filmie. Aktorzy grają brawurowo i odważnie. Z ich kreacji bije szczerość, bez której nie można by było opowiedzieć historii, której głównym założeniem jest prowokacja do bycia szczerym w stosunku do samego siebie. Autentyzm ten ma szczególne znaczenie w przypadku postaci Juana Antonia i Marii Eleny, którzy postrzegani są przez otoczenie jako osoby kontrowersyjne, nieobliczalne, niekonwencjonalne. Z każdego ich gestu bije jednak autentyzm. Są tak szczerzy i prostolinijni w tym, co robią, że nie można mieć do nich żadnych zastrzeżeń. Nie jesteśmy w stanie doszukać się obłudy, nuty fałszu w żadnym z ich poczynań, choćby najbardziej szokującym. Wszystkie ich działania płyną prosto z serca. Są otwarci i pozbawieni krzty hipokryzji. I dlatego właśnie uwodzą, są pociągający, intrygujący w swojej cudownej szczerości. Fantastycznie w rolach Juana Antonia i Marii Eleny odnaleźli się Bardem i Cruz, a chemia jaka między nimi zaistniała szczęśliwie zainfekowała cały film. Ciężar filmu właściwie spoczął na nich: stali się osią napędową przedsięwzięcia, jego sercem i duszą. To oni uwodzą zarówno Cristinę jak i widza, który nie może się oprzeć dwojgu pięknych, niezwykłych ludzi i otwiera się całym sobą na szczerość i autentyzm, jakimi emanuje ta niesamowita para.

    Nie sposób pozostać obojętnym na najnowszy film Allena. Niezwykle minimalistycznymi środkami rozpętuje w widzu emocjonalny huragan. Z jednej strony zazdrościmy bohaterkom niezwykłej przygody, zetknięcia się z ludźmi osobliwymi, którzy prowokują je do intymnego kontaktu ze swoim wnętrzem. Zazdrościmy im tego wejrzenia w siebie, odartego z fałszu i obłudy. Z drugiej jednak strony, cały czas mamy się na baczności, żeby przypadkiem ten, kto obok nas siedzi, nie odgadł naszych myśli. Bo czy ten człowiek, wychowany w boleśnie uwierającej moralności, przyzwoitości, wciśnięty w kaganiec zasad, dobrego wychowania zrozumiałby, że sami z chęcią skorzystalibyśmy z zaproszenia całkiem obcego człowieka, przypadkowo poznanego w przepięknej Barcelonie?

    • Logos Amicus Says:

      Nie odniosłem takiego wrażenia, iż para Juan Antonio – Maria Elena to centralny punkt filmu Allena. Cruz, moim zdaniem, zagrała rolę bardziej epizodyczną. Ważniejszą (a przy tym bardziej ciekawą i złożoną) dla mnie postacią jest Vicky.
      Tak sobie teraz uświadamiam, że wszyscy w tym filmie (łacznie z Cristiną) zachowywali się dość infantylnie (i być może właśnie to spowodowało, że odebrałaś te postacie jako autentyczne i szczere?). Muszę jednak podkreślić, że nie używam tu określenia „infantylne” w sensie pejoratywnym. Bowiem pewna niedojrzałość bohaterów może sprawić, iż zaczniemy ich odbierać właśnie jako spontanicznych, rozbrajających, ujmujących, pociągających…

      I jeszcze jedno: nie odniosłem wrażenia, że Woody Allen w swoim filmie posługuje się „minimalistycznymi” środkami.
      Jeśli ktos chce być minimalistą, to nie umieszcze swojej akcji w środku kolorowej i egzotycznej Barcelony, ani nie zatrudnia do swojego filmu takich żywiołów (jeśli chodzi o temperament), jak Penelope Cruz, ani takich atrakcji (jeśli chodzi o sex-appeal i urodę) jak Scarlett Johansson :)
      Woody Allen minimalistą?… nie, nigdy bym go sobie (z tą jego neurotyczną gadatliwością) tak nie skojarzył.

  5. kapen Says:

    Według mnie „Incepcja” to niezbyt porywające skrzyżowanie „Matrixa”, „Tylko dla orłów” z czymś w rodzaju „Gorączki”. Fabuła nie ma sensu, za to jest bardzo emocjonalnie nasycona ckliwością i naiwnością. Reżyser nie skupił się na wiarygodnym zawiązaniu fabuły, która uzasadniałaby potrzebę wielowarstwowej podróży w sny, tylko sklecił powód jako tako, by był pretekst do nawalanki w realiach niedostępnych w rzeczywistości.
    „Incepcja” nie różni się specjalnie od ekranizacji gier komputerowych, choć sprawia złudne wrażenie filmu poważnego. Treści snów przypominają kino sensacyjne klasy B i C. Wam też się zawsze śnią faceci w kominiarkach z giwerami? Może ten film to jakiś opowiedziany na bankiecie sen Sylvestra Stallone?

  6. buziak Says:

    „Incepcja” to jeden z tych filmów, po których obejrzeniu chce się o nich rozmawiać. Pomysł na scenariusz genialny i film w efekcie niesamowicie wciągający. Mam szczerą nadzieję, że dostanie Oskara. Akcja jest wielowątkowa i szybka, ponieważ zasady incepcji wytłumaczone sa widzowi na początku filmu zaangażowanie widza w film rośnie. Moim zdaniem – jeden z najlepszych filmów w tym roku.

  7. liritio Says:

    „Agory” nie widziałam, o Woodym Allenie mam zdanie bliskie obojętnemu, chociaż większości filmów nie lubię, zdarzają się wyjątki, ale „Vicky, Christina, Barcelona” to film, którego nie będę oceniała – po prostu styl Allena mi nie pasuje i kropka.
    Co do „Incepcji” – im dalej od seansu, tym bardziej spada moja opinia o tym filmie. Jakby pierwsze wrażenie z głośnej sali kinowej, z ogromnym ekranem wyblakło i został sam szkielet – a Nolan jakby się starał za dużo w jeden film włożyć, a z drugiej strony zbyt mało.
    Może powinien wzorując się na Bollywood walnąć w środek intermission i jednak lepiej rozpisać bohaterów. Temu filmowi brak głębi. Chociaż poza DiCaprio, Cillian Murphy zrobił na mnie równie dobre wrażenie, o czym wspominałam u siebie. Także z Twoją krytyką zgadzam się w większości.
    Natomiast „An Education” to inna bajka. Pomimo niezwykle sprawnego aktorsko duetu Sarsgaard – Mulligan, ten film nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Lekki i przyjemny, to fakt, bardzo ładny wizualnie, ale według mnie bezsensowny, bez puenty i niekonsekwentny, a większość postaci zachowywała się niezrozumiale. Może tak, jest to dobry film rozrywkowy, ale nie przedstawia większej treści tak naprawdę. Jej, ale mi się na krytykę zebrało – krytykę, której nigdy u siebie nie napisałam, chociaż kilka razy miałam zamiar. Nie mogę się przekonać do tego filmu zupełnie.

    • Logos Amicus Says:

      Liritio, czy znasz filmy Woody’ego Allena z lat 70-tych? Ja myślę, że to właśnie w tamtej dekadzie przypieczętował on swoją reputację jednego z najbardziej interesujących (i zabawnych) reżyserów w dziejach kina. Jeśli nie widziałaś takich filmów, jak np. „Manhattan”, „Annie Hall”, „Love & Death” – to Ci je polecam. Jednakże, również w latach 80-tych nakręcił on kilka obrazów wartych obejrzenia, mam tu na myśli choćby: „Hannah and Her Sisters”, „Zelig”, „Crimes and Misdemeanors”, „Purple Rose of Cairo”… Moim zdaniem bardzo dobrym filmem był także „Match Point” sprzed kilku lat.

      Ja Woody’ego Allena bardzo lubię, odpowiada mi jego poczucie humoru, imponuje inteligencja, pomysłowość, twórczy zapał i przywiązanie do kina. Właściwie to nie nudziłem się na żadnym z jego filmów, a starałem się oglądać wszystkie, jakie wyszły spod jego ręki.
      A jest tych filmów sporo, więc siłą rzeczy nie są to same arcydzieła, ani nawet filmy wybitne. Zresztą, sam Woody Allen przyczynia się do tego, by nie traktować jego twórczości z jakąś przesadną rewerencją. Wprost przeciwnie – zazwyczaj sam kpi z tego co robi (choć jest to dość przewrotne).

      A co do „Edukacji”? No i nie mogę się zgodzić z tym, że jest ona „bez sensu”, bez „większej treści” i że jej bohaterowie „zachowywali się niezrozumiale”. Wogóle nie odniosłem takiego wrażenia. Dla mnie to jest jeden z najlepszych filmów ostatniego czasu.

      Wracając do Allena. Pozwolę sobie na dołączenie do tego komentarza fragmentu wywiadu, jakiego udzielił on swego czasu magazynowi TIME (myślę, że interesujący):

      • liritio Says:

        „Match Point” to jeden z tych filmów Allena, który naprawdę bardzo mi się podobał. „Manhattan” również. Innych wymienionych przez Ciebie nie oglądałam, ale podejrzewam, że skoro wymieniasz je obok siebie, możliwe, że (poza „Annie Hall”, którą widziałam i jednak nie bardzo) również uznałabym je za dobre i ciekawe.

        Co do tego wywiadu, po raz pierwszy zobaczyłam Allena jako człowieka, którego część znajdywałam w jego opowiadaniach, a nigdy nie widziałam w filmach. Może prawdą jest więc to, co powiedział, że jest mało neurotyczny, inny niż jego główna rola na ekranach.
        Mam do niego stosunek, który można by określić jako niechętne zainteresowanie. Nigdy nie określiłabym Allena (ani jego filmów) nudnym, głupim, przesadnie nadętym, absolutnie – ale całe życie szarpię się z faktem, że jego styl po prostu nie do końca trafia w moje upodobania i tego nie przeskoczę. „Koniec z Hollywood”, „Scoop”, „Everyone Says I Love You”, „Klątwa skorpiona”, „Jej wysokość Afrodyta”… To tylko część jego filmów, które widziałam i z tego wszystkiego zaledwie dwóch nie przyspieszałam, obejrzałam z prawdziwą przyjemnością.
        Ale też lata mijają, a ja ciągle do Allena wracam, sama nie wiem po co. A po obejrzeniu powyższego wywiadu przyznaję, że jest inny, niż mi się wydawało.

      • Logos Amicus Says:

        Coś podejrzewam, że nasza edukacja filmowa (tudzież inicjacja w Allena) przebiegała w innych nieco czasach :)

        Zastanawiam się teraz nad tym fenomenem Woody’ego Allena i przychodzi mi do głowy coś nowego, taki mały (a może i wielki?) paradoks. Zobacz, w swoim wywiadzie Allen przyznaje się, że jest „bezwstydnym złodziejem” (bo „kradnie”, czy też – nazywając to bardziej elegancko – zapożycza, i to od tych najlepszych: Bergmana, Chaplina, Keatona, Felliniego… etc.) a mimo to sam pozostaje nie do podrobienia. Myślę, że coś takiego może być udziałem jedynie wielkiej indywidualności.

        No i jeszcze sprawa tego jego (legendarnego już) neurotyzmu.
        Ależ oczywiście, że Woody Allen jest neurotykiem (choć sam temu zaprzecza). Mało tego: on jest współczesnych neurotyków królem! :)
        Tyle, że od klinicznego neurotyka różni go to, iż jest on człowiekam niesłychanie kreatywnym, który ten neurotyzm potrafi zaprzęgnąć jak konia pociągowego dla swojej twórczości. Innymi słowy, on ten swój neurotyzm ujeżdża jak łysą kobyłę ;)
        Być może Allen wypiera się neurotyzmu, gdyż zwykle kojarzony jest on z chorobą. Ale akurat w jego przypadku bycie neurotykiem utożsamia się z byciem człowiekiem twórczym.
        Zresztą: któż z nas nie jest neurotykiem? :)

  8. Torlin Says:

    Dla mnie Woody Allen istnieje w jednym wymiarze

    • Logos Amicus Says:

      Ależ Torlinie! Takiego człowieka widzieć tylko w jednym wymiarze! :)
      Ledwie jako grajka?!

      (Mam przez to rozumieć, że nie istnieje on dla Ciebie jako reżyser?)

      A co Ty na to:

      albo na to:

      :)

  9. Torlin Says:

    Ja Logosie strasznie się boję pisać na ten temat. Bo to jest wielki wstyd i kompromitacja. Mnie filmy Allena nudzą. Po prostu. Dla mnie są jak filmy Kieślowskiego, puste, tylko inaczej sformatowane. Jedyny, który mnie w sposób drobinkowy zainteresował to była „Róża z Kairu”, przy reszcie zawzięcie nagrywam, siadam do oglądania, po 20 minutach gaszę i mam dość.
    Widać niedorosłem.

    • Logos Amicus Says:

      W takim razie, Torlinie, to jest rzeczywiście straszne :)
      Może nie dlatego, że to „wielki wstyd i kompromitacja”, ale dlatego, że, wg mnie, wiele tracisz – głównie z możliwości pośmiania się z allenowskiego poczucia humoru.
      No i – last but not the least – jest to naprawdę bardzo inteligentny gość, który wie jak robić filmy.
      Ja przynajmniej tak go odbieram.

    • sarna Says:

      To żaden wstyd Torlinie, być sobą i potrafić się do tego przyznać. Amicus nie jest wyrocznią, pozostań sobą i ciesz się umiejętnością bycia w zgodzie z samym sobą. Nie musisz do nikogo równać, śmiej się z tego co Cię śmieszy i płacz nad tym,co Cię zasmuca. W gruncie rzeczy jesteś bardzo podobny do Allena, tj. nie ulegasz modom, trendom, nie jesteś ubezwłasnowolniony tak, jak Ci, co chcą być na topie. Masz powody by nosić głowę wysoko i się uśmiechać Chłopie :)
      macham

  10. Logos Amicus Says:

    No jakże nie może nas rozbroić coś takiego:

    Zresztą, tu genialny jest również Gene Wilder :)

  11. Torlin Says:

    Sarno!
    Całuję Cię po wszystkich (czterech) kopytkach.

  12. Torlin Says:

    Uwielbiam kopytka :D

  13. daniel koziarski Says:

    „Incepcja”.
    Ja również mam względem tego filmu silne poczucie rozczarowania, czemu zresztą dałem wyraz w recenzji na swoim blogu. Zbyt natrętne skojarzenia z „Wyspą tajemnic”, przekombinowana formuła skutkująca dłużyznami i niczemu nie służące, wydumane sekwencje akcji – to tylko część zarzutów, które można postawić temu filmowi. Może ważnemu, ale według mnie – wcale nie wybitnemu. Ukłony.

    • Logos Amicus Says:

      Danielu, pozwól że zacytuję tutaj to, co napisałeś o „Incepcji” na swoim blogu (niemal) in extenso (bo myślę, że warto):

      „Trzecie miejsce na liście wszech czasów, pełne kina w kraju i za granicą (co przekłada się oczywiście na znakomity wynik finansowy filmu), bardzo pozytywne recenzje zarówno branżowych ekspertów i jak zwykłych kinomaniaków. Wybierając się na „Incepcję” warto zarezerwować sobie jednak trochę zdrowego krytycyzmu.
      (…)
      Wątek płynnych granic i relacji pomiędzy rzeczywistością a nierzeczywistością oraz jawą a snem, znamy już z wielu filmowych obrazów czy książek ( „Wyspa tajemnic”, „Matrix”, „Cela”, „Twin Peaks” czy „Ubik” Dicka), ale „Incepcja” znajduje dla niego stosunkowo oryginalną formułę, którą dość konsekwentnie realizuje. Schemat konstrukcyjny filmu – matrioszka złożona ze snów – ma swój urok na początku, ale z czasem, kiedy ta piętrowość staje się także pomysłem na budowanie akcji na wielu poziomach, zaczyna irytować. Zwłaszcza, że twórcy (a właściwie Christopher Nolan, reżyser i scenarzysta w jednym) usiłują tę akcję przystosować do współczesnego widza. W efekcie, sekwencje pościgów i strzelanin trudne do uzasadnienia z punktu widzenia fabuły, rażą zarówno przesadnym rozmachem jak i naiwnością (czyli po prostu sztucznością). Napięcie niby rośnie, przytłaczająca muzyka Zimmera dodatkowo je akcentuje, tymczasem… momentami robi się przeraźliwie nudno. Otwartą do spodziewanej kontynuacji całość kończy zgrabna puenta (a właściwie jej brak). Reasumując, „Incepcja” to ważny film, który wypada znać, żeby mieć własne zdanie na jego temat. Moje, gdyby wyrazić je w szkolnej ocenie, oddawałaby najlepiej czwórka na szynach (jeśli takie jeszcze się stawia).”

      Widzę, że mamy zbieżne odczucia co do tego filmu.
      Moja ocena (jeśli się już w to bawimy) to tzw. „dost z plusem” (wedle naszych starych cezurek).

      Ja właściwie nie mam nic przeciwko pewnym repetycjom w kinie popularnym (w końcu kultura masowa to przerabianie – i to bez końca – tych samych formułek i wątków, tudzież bazowanie na tych kilku podstawowych ludzkich emocjach), jeśli opowiedziane jest to sperawnie, zajmująco i przekonywająco. A w „Incepcji”, moim zdaniem, opowiedziane (i pokazane) tak nie jest, mimo pozornej oryginalności i wizualnego innowatorstwa obrazu. Zawodzi narracja i suspens – źle, moim zdaniem, dozowane jest napięcie, całość po prostu nie trzyma się kupy (że się tak kolokwialnie wyrażę).
      Lecz to, gdzie film zawodzi – wyłuszczyłem już wcześniej w mojej mini recenzji – więc nie chcę się tutaj powtarzać.
      Pozdrawiam

  14. ARETRO Says:

    Wrażenia po filmie Incepcja? Niestety są one negatywne! Być może stało się tak z mojej winy, ponieważ ze względu na reżysera miałam wielkie oczekiwania, jak się okazało przesadziłam… Dotychczas wydawało mi się, że jeśli chodzi o kino S-F jestem otwarta na wszystkie propozycje twórców. Jedyne czego oczekuję to w miarę spójna fabuła a w najlepszym wypadku również inteligenta i z poczuciem humoru. W tej kwestii Incepcja wg mnie to porażka.
    Moim liderem ostatnich lat do tej pory pozostaje Matrix, gdzie pierwsze wrażenie zapierało dech… aż się z kina nie chciało wyjść, nie mówiąc o tym, że do kina na film wracałam kilkukrotnie. Nie wiem też, przy którym seansie domowym zaczęłam dostrzegać niedociągnięcia, które uświadamiały, że film jednak nie jest ideałem.
    Na Incepcji do samego końca filmu, który krótki nie jest, czekałam na to coś… i się nie doczekałam!
    Elementy, które wg mnie wymagały wyjaśnienia aby sekwencja zdarzeń była bardziej logiczna trwały kilka sekund (tak jakby ich wydłużenie spowodowałoby potwierdzenie, ze właśnie logiki tu brak) a całą wieczność trwały bezmyślne strzelanki. Owszem Incepcja to kino akcji i jak najbardziej strzelaniny i pościgi były konieczne, ale to co zobaczyłam było po prostu nudne.
    Cel całej akcji powtarzany był do znudzenia, choć to akurat było najbardziej oczywiste.

    Jeżeli ktoś filmu nie oglądał, to być może popsuję całą zabawę, ale muszę powiedzieć choć o kilku niedociągnięciach, które mnie uderzyły:

    1. Wkręcenie kolesia z półświatka (jeszcze w świecie realnym, nie we śnie, bo to może miałoby większy sens) do grona najbliższych współpracowników szefa „mega-korporacji”, żeby podglądał zachowania głównego doradcy.
    2. Wprowadzenie młodej studentki, która nie wie kompletnie na czym rzecz polega, do akcji o życie głównego bohatera. Dziewczyna miała kreować świat we śnie, co sugerowałoby, że po prostu ma wyobraźnię przestrzenną i zna się na prawach fizyki (dla mnie umysł ścisły, bo wyjaśnienia dlaczego ona- berak) a zamiast tym poświęca czas filmu na psychoanalizę i śledzenie bohatera w jego snach. w efekcie przez kilka dni rozpracowuje go lepiej niż starzy kumple – dla mnie kupy się to nie trzyma, nie mówiąc o tym, że Ci właśnie kumple są specjalistami od włamywania się do umysłu innych i właśnie dlatego stanowią paczkę najlepszego z najlepszych, czyli DiCaprio – dla mnie to co najmniej nieporozumienie!!!
    3. Sen nr 1 – zaczyna się pościg i strzelanina, bronią się wszyscy uczestnicy we śnie dysponując wszelka bronią jaka im się właśnie przyśni i ledwo uchodzą z życiem, a w dalszej części jadąc furgonem, gdzie już zostali wprowadzeni do snu nr 2 i przytomny jest tylko kierowca, który nawet strzelać nie ma jak, jakoś nic strasznego się nie dzieje, a strzelanina i pościg trwa nadal przy nieograniczonej ilości przeciwników, którzy są wyimaginowanymi ochroniarzami podświadomości kolesia, do którego DiCaprio z ekipą się włamują.
    4. Sen nr 2 – świat zaczyna wirować i nie ma grawitacji, co ma być wynikiem bezwładu ciał bohaterów w trakcie wypadku furgonu ze snu nr 1. Jeżeli sytuacja ze świata realnego ma wpływ na sytuację we śnie, sen nr 1 ma wpływ na sytuację we śnie nr 2, to dlaczego nie ma tej konsekwencji we śnie nr 3???!!! Drażniące, prawda?
    5. We wprowadzeniu do zrozumienia włamywania do snów innych zdecydowanie podkreślano, że głównym założeniem jest, że śmierć we śnie jest jednoznaczna z pobudką. Nagle w trakcie akcji głównej okazuje się, anie jednak nie… bo w tej akurat sytuacji śmierć będzie oznaczała zapadnięcie chyba w śpiączkę (wieczny sen bez wyjścia). Wytłumaczenie tego marne, naciągane!! Wszyscy więc umrzeć boją się bardzo, a tu na koniec okazuje się, że dla DiCaprio to jednak pestka wydostać się z tego sennego niebytu… jak, tego nie wie nikt…
    6. Tłumacząc Dziewczynie zasady tworzenia świata we śnie mowa jest o tym, że pod żadnym pozorem nie wolno tworzyć elementów ze świata realnego, bo może dojść do sytuacji, że ten, do którego się włamują zorientuje się, że to sen. A przecież w pierwszej scenie filmu znajdują się w stworzonym we śnie mieszkaniu człowieka, do którego umysłu chcą się włamać – bez sensu.

    I tak przez cały film. Pomysł na fabułę ciekawy, ale brak logiki i konsekwencji psuje wszystko. Potwierdza się, że duży budżet to za mało, a w przypadku Incepcji odnosi, że wrażenie, że pieniędzy było tyle, że aż pomysłów na ich wydanie zabrakło. Spodziewałam się wspaniałych efektów specjalnych, ale chyba wrażenia wizualne zostały totalnie zmiażdżone przez tę nie trzymająca się „kupu” fabułę.
    I jeszcze zakończenie! Przewidywalne niemalże od początku: widzu domyśl się czy to już świat realny czy jeszcze sen… Chyba po tej całej katastrofie niedopowiedzeń koniec mógł być zdecydowany: pełnia szczęścia lub totalna rozpacz. Po takim filmie preferowałabym pełnię szczęścia nawet jeżeli miałby to być tylko sen… Wtedy z większą przyjemnością wyszłabym z kina.
    Może film nie miał być skomplikowany, choć z zapowiedzi odnosiło się wrażenie, że nie jedne widz pogubi się w tym przechodzeniu między snami. Może miał tylko stanowić przyjemną odskocznię od rzeczywistości rozerwać. Mnie nie rozerwał, wyszłam z kina spięta i zła, do tej pory żałują pieniędzy wydanych na bilet.

  15. Onibe Says:

    dobre, przemyślane recenzje.

    Incepcja – zgoda pełna, myślimy podobnie. Film, który nie dorósł do własnej reklamy. Obraz, który próbowano osadzić w roli dzieła, może dlatego, że ktoś wyliczył, iż czas już najwyższy na nowe arcydzieło… Jednak nie, jeszcze nie nadszedł na to czas. Incepcja jest umiarkowanie ciekawa, banalna, narracyjnie i scenariuszowo kiepska. Trochę efektów specjalnych zrobiłoby wrażenie na człowieku, który ostatnie półtorej dekady spędził na robotach publicznych na Syberii.

    Agora – już wiesz, co o tym filmie sądzimy. Dodamy jeszcze, że niezwykle nas urzekła próba mariażu ziemskiego chaosu krzyczących pyłków (ludzi, wyznań, prądów filozoficznych, światopoglądów) z mocarną pustką kosmosu. Zabieg to rzadki, zasługuje na aplauz.

  16. grześ Says:

    NO w końcu:)

    Dwa filmy oglądałem, dwa mi się podobały.

    „Vicky Cristina Barcelona” to film lekki, łatwy i przyjemny, można się czepiać, że wtórny, że nie ma tego allenowskiego intelektualnego, neurotycznego klimatu.
    Film wciąga już od piosenki, która jest na początku i słucha jej się świetnie.
    Urzekał mnie grą wszystkich pań, (też z 3 bohaterek za najciekawszą uznałbym Vicky), Penelope w roli Marii Eleny to pełna temperamentu i żywiołowa kobieta, acz oczywiście przerysowana, ale dobrze, bez niej film mógłby lekko nudzić.
    W sumie najgorzej chyba wykoncypowaną postacią jest akurat Cristina grana przez Johanson.

    CO do filmów Allena, to znasz „Anything else”? Dla mnie chyba mój ulubiony film Allena, co nie znaczy, że jego film najlepszy, ale po prostu go uwielbiam, eh i ta Christina Ricci…
    No i jeszcze Allen grał,chyba ostatni film, w którym gra, bo później ani w „melinda, melinda” ani w żadnym z jego europejskich filmów go niestety nie uświadczy.

    A i polecam najnowszy „O północy w Paryżu”, znowu nie jest to arcydzieło, znowu można psioczyć, że banalne, że wtórne, że bajeczka, że brak starego, dobrego Allena,itd

    ale jak to się dobrze ogląda:)

    A rozpisałem się o Allenie, ale „BYła sobie dziewczyna” to też dobry film całkiem.

    • Logos Amicus Says:

      Cześć Grzesiu, widzę że znów zrobiłeś sobie rundę czytania moich recenzji :)
      Cieszy mnie to, tym bardziej, że z ciekawością przeczytałem wszystkie Twoje uwagi (zwłaszcza te, które nie zgadzały się z moim odbiorem filmu ;) )
      Thanks.
      I wybacz, że nie mogę teraz odpowiedzieć na wszystkie.

      „Midnight in Paris” Allena widziałem, podobał mi się – lekki, bezpretensjonalny, sympatyczny film.
      „Anything else” nie znam, jakoś mi umknął. Ale postaram się go obejrzeć przy najbliższej sposobności.

      Ja z kolei polecam „Match Point” sprzed kilku lat (jeśli jeszcze tego nie widziałeś):

      Pozdrawiam

  17. grześ Says:

    Znam, znam i lubię, Allena znam chyba wszystko (prawie, bo sprawdziłem, że 3 czy 3 filmów nie oglądałem) z ostatnich 10-15 lat lat i kilka starych filmów („Manhattan”, „Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie…”, „Bierz forsę i w nogi”, „Tajemnica morderstwa na Manhattanie”, „Zbrodnie i wykroczenia”, „Mężowie i żony”, „Purpurowa róża z kairu”), niestety mnóstwa rzeczy też nie znam, ale nadrabiać będę:)

    a co do rundowania, będę kontynuował:), jutro może obejrzę „Antychrysta” von triera, bo się zabieram od dawna za ten film, więc się wypowiem w stosownym miejscu.

    A z ciekawych nowych filmów (przynajmniej nowych u mnie na podkarpackiej prowincji) to planuję się wybrać na „Debiutantów”, „Braterstwo” i nowy film Almodovara.

  18. Michał de lumier Says:

    Agora. Film nie jest przesadnie prosty jak mówisz. To w dużej mierze szczególnie opisujący Chrześcijan Quasi dokument, jest mocny tym co przedstawia bez przebarwień w żadną stronę. Owszem sama postać Hypatii została przedstawiona w bardziej współczesny sposób niż Hypatia historyczna z której pamietajmy kościół uczynił świętą … pisząc jej własną historię i okłamując wiernych. Wielość problemów poruszonych w tym obrazie jest ogromna i wprowadzanie kolejnych niepotrzebnych pobocznych wądków nie ma sensu.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s