SHITTY SIDE OF LIFE (zapiski indyjskie)

*   *   *

Czego się najbardziej obawiałem wyjeżdżajac do Indii?
Otóż tego, że zostanę tam powalony ludzką nędzą – bezkresnym morzem egzystencjalnej mizerii; cierpieniem, na którego usprawiedliwienie, tak naprawdę, nic nie mają nasi bogowie, oprócz rozpaczliwych – lub zgoła obojętnych – tłumaczeń człowieka.
Przypomniałem sobie sceny opisane przez Kapuścińskiego w jego „Podróżach z Herodotem”, kiedy po raz pierwszy zawitał na subkontynent indyjski. Było to jeszcze w latach 50-tych. Jechał z Benares (Varanasi) do Kalkuty, gdzie zastał taki oto widok:
„Był już szary, zachmurzony dzień, kiedy wjechaliśmy na Sealdah Station. Na całej olbrzymiej stacji, na każdym skrawku jej długich peronów, na ślepych torowiskach i okolicznych bagiennych polach siedziały albo leżały w strugach deszczu czy już po prostu w wodzie i błocie (…) dziesiątki tysięcy chudzielców. Co uderzało od razu, to nędza tych ludzi – wymokłych szkieletów, ich nieprzebrana liczba i – może najbardziej – ich bezruch. Zdawali się martwą częścią tego ponurego, przygnębiającego pejzażu, którego jedynym żywym elementem były strugi lejącej się z nieba wody. W zupełnej bierności tych nieszczęśników była przecież jakaś, co prawda rozpaczliwa, logika i racjonalność: nie chowali się przed ulewą, bo nie mieli gdzie – tu był kres ich drogi – i nie osłaniali się niczym, bo nie mieli nic.”

Na szczęście dzisiaj, obraz obecnej tam nędzy nie jest aż tak dojmujący. W czasie, kiedy oglądał to Kapuściński, wydarzyły się klęski naturalne, miała też miejsce wojna domowa, i te tłumy na dworcu w Kalkucie tworzyli uchodźcy, którzy nie mieli się gdzie schronić.

Przy ulicy w Jaipurze

Co nie znaczy, że obecnie tej nędzy nie ma. Jest, i każdy przybysz musi się z problemem tej indyjskiej mizerii zmierzyć. Nie sposób przejść obok niej obojętnie, jeśli nosi się w sercu choć odrobinę współczucia dla ludzkiej niedoli.
W tym kontekście spory o Indie przenoszą się ze sfery czysto kulturowej na humanitarną, skupiajac sie np. na pozornej (?) obojetności Wschodu wobec tragizmu jednostkowego życia, na obecnej tu rzekomo (?) bierności i niesprzeciwianiu się złu.

Znakomitym na to przykładem może być tu wspomnienie utarczki, jaką podczas swojego pobytu w Indiach odbył Mircea Eliade (jeden z najbardziej wybitnych religioznawców świata) ze swoim przyjacielem, pochodzącym z Rosji profesorem Bogdanowem, sekretarzem poselstwa francuskiego w Indiach, znawcą języka perskiego. Podczas jednego ze wspólnych spacerów Bogdanow zwierzył się mu, jak bardzo jest nieszczęśliwy mieszkając w Indiach, jakim obrzydzeniem napełnia go hinduizm, jak mocno nienawidzi Hindusów, nazywając ich „barbarzyńskim narodem”.  Kiedy Eliade replikował ze śmiechem, ten wpadł w gniew: „No to panu powiem jakiego rodzaju człowieczeństwa dorobili się ci pańscy Hindusi…” Tu przerwał i dał mu znak, by przyśpieszył kroku. Eliade tak opisuje to, co wydarzyło się później: „Z uśmiechem podążam za nim. Otóż o parę metrów dalej (Bogdanow) dostrzegł argument i i ilustrację dla swej tezy; żebraka leżącego na trotuarze, w pełnym słońcu, jak tylu innych. Jest stary, ma fioletową twarz. Gęsty tłum wokół przepływa koło niego, nikt się nie zatrzymuje. Biedny starzec właściwie umiera; zwymiotował, leży nieruchomo, zażenowani widzimy, jak pod łachmanem okrywającym mu biodra następuje przedśmiertna erekcja. Może już umarł. Bogdanow czyni pośpiesznie znak krzyża; z pogardą patrzy na ludzi, którzy widząc nas w tym miejscu zaczynają się zatrzymywać. Wchodzi do apteki, żeby zadzwonić po karetkę, ale dla starego żebraka jest już za późno. Wtedy woła policjanta i żąda, by zabrano zwłoki. Jest tak wściekły, że plącze mu się język: ‚Mają cywilizację od tysięcy lat, a nie nauczyli się ani odrobiny miłosierdzia… To co robili pięć tysięcy lat temu, robią nadal teraz w 1930 roku; zamiatają tak samo niedbale jak pięć tysięcy lat temu, są tak samo nieludzcy jak pięć tysięcy lat temu…'”
Na co Eliade próbuje mu wyjaśnić, że „w ich oczach jakakolwiek interwencja nie miałaby sensu, gdyż umierający staruszek wyrównywał tylko swoje rachunki z własnym karmanem i nikt do tej czysto osobistej sprawy nie mógł się mieszać”.
 Bogdanow się odcina: „Niech pan posłucha. Jest pan indologiem, więc może pan usprawiedliwiać Indie. Ale ja jestem profesorem perskiego, siedemnaście lat mieszkałem w Persji i dla mnie Indie nie mają nic na swoją obronę!”.

*

Przydrożna toaleta (Shekhawati)

*   *   *
Wrażliwość na nędzę jest czymś bardzo subiektywnym (niestety, zależy nawet od czegoś takiego, jak szerokość i długość geograficzna), ma też różne stopnie nasilenia i idące za tym konsekwencje. Z jednej strony są jednostki, jak np. Matka Teresa, którzy całe swe życie potrafią podporządkować imperatywowi pomocy drugiemu człowiekowi, poświęcić je dla dobra innych; z drugiej – cała reszta ludzi, może nie tyle obojętnych (choć to też), co bezsilnych wobec ogromu potrzeb jakie występują w krajach trzeciego świata. Jałmużna jest tylko gestem, który jedynie tę bezradność podkreśla; kropla uśmierzająca na chwilę nasze sumienie.
Cóż dałby nam lament nad żałosną kondycją setek milionów ludzi? Może tylko poczucie przynależności do cywilizowanego świata, zagłuszenie poczucia winy za nasze dobre samopoczucie wobec nieprzebranego morza cierpienia, które rozlewa się po całej Ziemi?
Bo tym ludziom nie daje nic.
Czy mamy wiec prawo do współczucia, jeśli nic nie zamierzamy zdziałać?

*   *   *
Jak poszczgólne kultury radzą sobie z fizjologią wydalania? W kulturze Zachodu nawet psy i koty uczy się załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych w specjalnych wychodkach. Za sikanie na ulicy rąbie się mandaty, o restrykcjach za oddawanie kału tamże nie wspominając. Zresztą odnosi się to nie tylko do Homo sapiens, ale i do jego podopiecznych czworonogów.
Nazbyt łatwo zaś niektóre indyjskie ulice porównać można do kloacznego rynsztoku. Przechadzający się (stadnie i swobodnie) po tychże ulicach inwentarz – czyli krowy, psy, bawoły, świnie, kozy, jak również małpy, słonie i wielbłądy – robi co chce, kiedy chce i gdzie chce. Podobnie zachowują się ludzie, zwłaszcza mężczyzni oddający mocz pod najbliższym murem. Odnosiłem więc często wrażenie, że ów mur jest dla Hidnusa tym, czym dla psa drzewo.

Czy istnieje coś takiego jak „kultura” wydalania? (Podwórko w Mandawie)

Europa, bawiąca się czasem w perwersje, wymyśliła kiedyś taką oto przewrotność: co by to było, gdyby tak odwrócic pewne kulturowe wzorce i nawyki – np. jedzenie, jako coś wstydliwego, odbywałoby się w kryjówce, zaś wypróżnianie się, jako rzecz jak najbardziej naturalną, załatwiano by publicznie. Cóż… mógłby ktoś rzec – przecież to tylko kwestia konwenansu i umowy.
Jakie było moje zdumienie, kiedy w jednej z wiosek pod Jaipurem dowiedziałem się, że dawny obyczaj nakazywał radżastańskim kobietom spożywanie posiłku w ukryciu. Podobno do dziś spotkać można grupki kobiet jedzące pod rozpostartą nad ich głowami kolorową płachtą.

Wszechobecność ludzko-zwierzęcych fekalii na wielu indyjskich ulicach bywa dla niektórych przybyszów z Zachodu szokiem. Osobiście starałem się na to jakoś uodpornić, z większym lub mniejszym skutkiem, oczywiście. Niejaką pociechą była dla mnie świadomość, że organ węchu jest u nas w ewolucyjnym zaniku, więc liczyłem na pewne zapachowe „otępienie”.
Byłem jednak świadkiem, kiedy pewna higieniczna Europejka krzyknęła na widok oddających mocz Hindusów: „Patrzcie, patrzcie, przodem sikają!”. Na co ktoś (raczej obcesowo) jej odpalił: „A czymże u licha mają sikać!? Tyłem!?”

W drodze do hotelu Ajanta Inn w Forcie Jaisalmer

*   *   *
Jest rzeczą naturalną, że ściek nie może budzić w żadnym normalnym człowieku pozytywnych estetycznie uczuć. Pisząc więc o pewnej atrakcji indyjskiej ulicy (i tego wszystkiego, co się tam „wyprawia”), miałem na myśli cały ten zgiełk oraz solidny kop adrenaliny, którego doświadczamy kiedy się z indyjska ulicą zderzamy.

Nigdy nie zapomnę momentów, kiedy zanurzałem się (byłem wciągany) w ten żywioł po uszy. Tak było na wąskich ulicach Starego Delhi, we wściekle zatłoczonym Jaipurze, w strasznych zaułkach Mathury… Zwłaszcza to ostatnie miasto (miejsce mitycznych narodzin Kriszny), zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie, kiedy dość ryzykownie kazałem się ryksiarzowi wieźć nad brzeg Jamuny, do ghaty Vishram, gdzie ponoć przed tysiącami lat kąpał się sam Lord Kriszna.
Jechaliśmy jak szaleni przez nieziemski ciasny labirynt ruder i rynsztoków, który pewnie niewiele się zmienił przez ostatnie tysiąc lat. Sterty butwiejących śmieci, pełne stęchlizny powietrze, walające się odchody, wciskający się wszędzie kurz i pył; tłum przechodniów, zatrzęsienie przeróżnych wehikułów – rowerów, ryksz, motorów, wózków… Wycie klaksonów, gwar sprzedawców, jakieś dziwne warsztaty we wnękach sypiących się ruder, rozłożone na ulicy archaiczne sprzęty, wychudzeni mężczyźni kucający pod liszajowatymi murami… no i wszechobecny zwierzęcy folwark, w którym prym wiodły podobne do szkieletów krowy, tudzież czarne świnie, no i same włochate małpy, też jakby ze zwierzęcego piekła rodem.
I nagle, jak objawienie, wśród tej koszmarnej scenerii… dwie młode roześmiane dziewczyny, ubrane schludnie w biało-niebieskie szkolne fartuszki, idące beztrosko i spokojnie wąską uliczką tego nieziemskiego panopticum.

Nad brzegami Jamuny – miejsce narodzin Kriszny (Mathura)

Po jakimś czasie docieramy wreszcie do ghat, czyli do prowadzących do rzeki schodów. Wymalowane w pstrokate kolory świątynie, bardziej lub mniej fałszywi sadhu (święci mężowie), upstrzeni jakąś czarwono-pomarańczową mazią, skołtunieni… Mały tłumek moczących się w wodzie pielgrzymów; kilka pływających po rzece łodzi… Mimo obecności tego wszystkiego – ogólne wrażenie opuszczenia i pustki, jakiegoś apokaliptycznego bez mała horrendum. Ciemna woda i sine mgły spowijające ruiny starej świątyni; ogromne, rozczapierzone nad rzeką, martwe drzewo, po którego gałęziach biegają upiorne małpy; kał, odchody, odór moczu. Świete krowy grzebiące w kupach śmieci i odpadków, wałęsające się psy…
A jednak, obok tej mieszaniny wstrętu i odrazy, jakaś niewytłumaczalna fascynacja, zawrót głowy, bijące szybciej serce – wrażenie, jakby nagle objawiała się w tym wszystkim cząstka prawdy o naszej egzystencji, jakiś mgliście przeczuwany archetyp, kołaczący się gdzieś w najgłębszych zakamarkach naszej jaźni.

*   *   *

Koczowisko bezdomnych – a w tle: jedna z najbogatszych prywatnych rezydencji świata, Pałac Umaid Bhawan (Jodhpur)

 

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

 

INNE OBLICZE INDII MOŻNA OBEJRZEĆ  TUTAJ . ZAPRASZAM

Reklamy

Komentarzy 57 to “SHITTY SIDE OF LIFE (zapiski indyjskie)”

  1. Logos Amicus Says:

    Zdjęcia ilustrujące wpis, przeniesione ze strony głównej:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/delhi-6a.jpg?w=780

    Indie tonące w morzu śmieci (widok przy jedej z głównych ulic stolicy kraju, Delhi)

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/jaipur-141ab.jpg?w=780

    Przy-uliczne śmietnisko w Jaipurze

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/fatehpur-sikri-55a.jpg?w=780

    Przejeżdżając przez prowincję

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/jaipur-140a.jpg?w=780

    „Krowie placki”, czyli suszenie bydlęcych odchodów na opał

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/mathura.jpg?w=780
    Rzeka Jamuna (Mathura)

  2. czara Says:

    Świetna notka! Wkradło się do niej jakieś życie, którego czasem brakuje w czysto teoretycznych, intelektualnych rozważaniach. Anegdotka o Eliade – bardzo mocna.
    Wydaje mi się, że trudno jest patrzeć na zupełnie inną kulturę wyzbywszy się naszych własnych kulturowych „okularów”. Trudno jest nie oceniać, nie odnosząc się do naszych cywilizacyjnych wytycznych… A jednak w Indiach to właśnie najbardziej wydaje mi się pociągające – ta nieprzewidywalna inność, odmienność.
    Pozdrawiam serdecznie!
    czara

  3. Logos Amicus Says:

    „Wkradło się do niej jakieś życie…”

    No cóż… będę musiał coś zrobić, żeby moje notki nie przypominały zombies :)

  4. iwona Says:

    Kiedys wdalam sie w dyspute z pewnym wegetarianinem, i pewnym jego przeciwienstwem. Ten drugi twierdzil, ze jestemy tym co jemy (juz to kiedys slyszalam) i jako przyklad pokazywal wlasnie Indie. Jak dieta uboga w bialka zwierzece, tluszcze zwierzece uposledza ludzi umysl, i czyni z ludzi „nie”ludzi. I w zasadzie teraz mi sie ta rozmowa przypomniala. Bo w sumie jak mozna wytlumaczyc to dno czlowieczenstwa na skale narodu. Niedozywione dzieci, i ich niedozywione mozgi – potem juz dorosli. I tak sie mieli to od wiekow. A swiete krowy maja lepiej niz niejeden czlowiek. Narod niewolnikow. Cos w tym jest. Co do wpisu – nieprawdopodobne upodlenie czlowieka. Szczegolnie wspolczuje kobietom.

    • Logos Amicus Says:

      Iwona, Twój komentarz, niestety, wydaje mi się nie tylko uproszczeniem, ale i nadużyciem.
      Kreślisz tu jakąś apokaliptyczną wizję indyjskiego społeczeństwa jako „nie”ludzi, a w dodatku jako narodu „niewolników”.

      Ja zupełnie nie odczułem tego, że mam do czynienia z ludźmi o „upośledzonych umysłach”. Wręcz przeciwnie. Nawet w jakichś „zapadłych” kątach spotykałem osoby (to, prawda – wyglądające ubogo), które zaskakiwały żywością umysłu, dowcipem, wiedzą (np. młodzi, kilkunastoletni chłopcy, biegle posługujący się kilkoma językami – a na dodatek samoucy).

      Indie stworzyły jedną z najbardziej kompleksowych cywilizacji na naszej planecie – to właśnie na półwyspie indochińskim powstały pierwsze miasta w historii ludzkości. Jest tam obecnie całe mnóstwo ludzi wybitnie inteligentnych, błyskotliwych (choćby w informatyce, komputeryzacji). Czy ja muszę tu pisać takie oczywistości i banały?

      Iwona, zawsze powołujesz się na „mądrość” nauki, ale stwierdzeniem typu: „Jak dieta uboga w bialka zwierzece, tluszcze zwierzece uposledza ludzi umysl, i czyni z ludzi “nie”ludzi” , wcale nie dostarczasz dowodu na tę „mądrość”. Bo jaki np. mamy wyciągnąć z tego wniosek? Że wegetarianie to „nie” ludzie?

      PS. I przyznam się, że również określenie typu „nieprawdopodobne upodlenie człowieka” zadziałało na mnie dość mrożąco.
      Trudno mi jest dyskutować, jeśli zderzam się z tego typu retoryką.

      • iwona Says:

        Nie przesadzaj z ta retoryka. Moja luzna uwaga tylko. Wnioski wyciagniesz takie na jakie zdolny jest Twoj umysl ;) Dowody naukowe na rozwoj tkanki mozgowej, i wplywu diety na rozwoj ukladu nerwowego jest dosc mocno sprecyzowany i udowodniony. Jesli potrzebujesz linkow z PubMed daj mi znac, znajde je dla Ciebie. Oczywiscie, ze kazde uproszczenie, a takie tutaj zastosowalam niesie pewne przeklamania. Toz to blog tylko a nie opracowanie naukowe :) Po prosu uwazam, ze nawet jesli ludzie Ci sa jednostkowo dowcipni, zywi umyslowo, jednakze sa ludzmi o umyslach niewolniczych. Takie jest moje zdanie. Ty w ogole zauwazylam nie lubisz dyskutowac jesli cos jest nie po Twojej mysli ;) sie nie zamrazaj tak bardzo.
        Warunki zycia jakie sobie Ci ludzie stworzyli, przy jak twierdzisz zywotnosci umyslowej, jest upodleniem czlowieka. Zyc gorzej niz zwierzeta, jest tym upodleniem. Takie jest moje zdanie. Dyskutowac nie muszisz.

  5. Kartka z podróży Says:

    Logosie
    Napisałeś „Europa, bawiąca się czasem w perwersje, wymyśliła kiedyś taką oto przewrotność: co by to było, gdyby tak odwrócic pewne kulturowe wzorce i nawyki – np. jedzenie, jako coś wstydliwego, odbywałoby się w kryjówce, zaś wypróżnianie się, jako rzecz jak najbardziej naturalną, załatwiano by publicznie.”

    Oto ta scena. „Widmo wolności” Luisa Bunuela z 1974 roku

    Bunuel – wielki Hiszpan, wielki artysta, wielki kontestator!
    Pozdrawiam

  6. KrzysztofUW Says:

    No tak, aby zrozumieć Indie, to trzeba się tam znaleźć.
    Powiem szczerze, że chwilami zdjęcia są bardziej sugestywne.

    • Logos Amicus Says:

      Niestety, aby zrozumieć Indie, nie wystarczy się tylko tam znaleźć, (choć jest to warunek do tego konieczny).
      Myślę, że aby dobrze poznać (i być może właśnie zrozumieć) ten kraj, potrzeba się weń „wtopić” na wiele lat – żyjąc tam, jego atmosferą, problemami, obawami, radościami i smutkami – pod tamtym słońcem, wśród tamtejszych bogów i ludzi…

  7. Natasza Says:

    W Indiach życie toczy się innym trybem niż w Europie. Wszystko dla przeciętnego zjadacza europejskiego chleba jest inne. Może się wydawać bardziej prymitywne i biedne, ale ja nie chciałabym tak na to patrzeć. My uważamy, że nasza cywilizacja jest jedynym i obowiązującym wyznacznikiem rozwoju. Oceniając kraj jako cywilizowany bądź nie, jako punkt odniesienia bierzemy Europę i jej kulturę. Mówiąc kraje trzeciego świata, bądź bardziej eufeministycznie, kraje rozwijające się, uważamy, że pierwszym światem jesteśmy my. Staramy się narzucić innym nasz sposób myślenia i co, najgorsze, wmawiać również, że to co nas uszczęśliwia, da szczęście również innym. Świat jednak nie ogranicza się jedynie do małej, bogatej i snobistycznej Europy… Jego dusza jest właśnie w takich krajach jak Indie. Indie fascynują. Dla wielu są skansenem. Symbolem uduchowienia, egzotyki…

    • iwona Says:

      Natasza ale to nie chodzi o roznice cywilizacyjne i kultury, w Indiach panuje wszechobecna bieda. Ludzie sa niedozywieni, umieraja jak muchy, choruja…
      Bank Swiatowy szacuje, ze jedna trzecia czesc biednych na swiecie jest w Indiach!!!! Kobiety w Indiach maja chyba najgorzej na swiecie. Sa najbardziej niedozywione, maja najwiesza umieralnosc okoloporodowa, i zyja najkrocej. To nie chodzi o sobistyczna kulture, to chodzi o najbardziej podstawowe warunki dla zycia. Nie mowimy tu o jachcie Donalda Trumpa, ale o niedozywieniu matki w ciazy, i umieralnosci w czasie porodu. Symbol uduchowienia – moze dla kogos ktos nie wie ile tam namacalnego ludzkiego nieszczescia!!

  8. remigiusz Says:

    Na początek to:

    A następnie to:

    Pozdrawiam

  9. Torlin Says:

    Kartka ukradł mi komentarz :(

  10. Neha Says:

    Logosie, nie ma co sie podniecac smieciami na ulicach indyjskich, mogloby byc duzo duzo gorzej gdyby Indie „produkowaly” tyle samo smieci dziennie co statystyczny mieszkaniec USA 4.4 pounds per person lub we Francji 1.2 kg na glowe. Tak krociutko : USA ze swoimi 230 mln ton i 320 mln ton rocznie w Indiach. Tyle, ze tu sa widoczne. I oko kazdego turysty i kamery wylapie je natychmiast.
    Podczas wojazy turystycznych juz nie wystarcza czasu by zadac sobie pytanie dlaczego tak jest.

    Chcialabym napisac wlasciwie o innym aspekcie, o tym „nieprawdopodobnym upodleniu czlowieka”. Tu, poza rzecz jasna ta czescia nierobow, ktora istnieje w kazdym spolecznestwie, ludzie pracuja naprawde bardzo ciezko na swoj codzienny chleb. Moim marzeniem byloby, by pewna znajomosc faktow otworzyla umysly (te nafaszerowane odpowiednia dieta i proteinami) by zechcialy zastanowic sie i wyobrazic sobie przez moment, dokonujac zakupu kolejnej niezbednej rzeczy w naszej arcykonsumpcyjnej cywilizacji, ze tenze „upodlony czlowiek”, w Indiach, Chinach czy innych krajach azjatyckich dostaje za swoje calodziennie wynagrodzenie zaledwie 1% finalnej ceny.
    Zaden z tych ludzi nie wybral swiadomie tej drogi, zyja bo sie urodzili i musza walczyc o przetrwanie, a nie o wygodnie zycie.

    • iwona Says:

      Bieda nie jest dana, bieda jest stworzona. To jak z problemem bezdomosci z poprzedniego wpisu. Czy jest to wybor, czy zmuszenie. Mentalnosc jest najgorzej zmienic a ta wyplywa z jasnosci myslenia.

      http://www.christianaction.org.za/newsletter_uca/uca-artic_poverty.htm

      „Since 1954 the USA has shipped millions of tonnes of food aid to India – to the Indian government (not private businesses or agencies). Rats have consumed more than half of this food at the docks and storage facilities! Because of Hinduism’s belief in reincarnation, rats and sacred cows may not be killed! It would take a train 3000 miles long to haul the grain eaten by Indian rats in a single year! Also, the sacred cows in India eat enough food to feed most of Asia! And the Hindu temples contain a vast fortune of gold, rubies, sapphires and other precious stones in their statues – which are worshipped as idols.”

      Indyjska asceza, i wrecz odrzucenie dobr materialnych, nie czynia niczego lepiej. Jesli czlowiek szuka ascezy, gloryfikuje „nieposiadanie” dobr materialnych, trudno u niego o zmiane czy nawet chec zmiany. Takze nie jest to tylko prawda, iz nie wybrali sobie takiej drogi….

    • Logos Amicus Says:

      Neha, może nie tyle było to podniecenie, co mały szok (chodzi mi o wszechobecność śmieci w Indiach).
      I owszem, zadawałem sobie pytanie, dlaczego tak jest.
      USA produkują jeszcze więcej śmieci (na głowę mieszkańca), mimo to jednak nie walają się one tu na ulicach tak, jak w innych (tutaj: azjatyckich) krajach. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że w Stanach zrobiono z tego intratny „biznes”, czyli wywóz śmieci przynosi zajmującym się tym firmom olbrzymie pieniądze (a na to, niestety, mogą sobie pozwolić jedynie kraje naprawdę bogate).
      Tak więc, nie jest to tylko sprawa przywiązywania wagi do większej higieny.
      * * *
      “nieprawdopodobne upodlenie czlowieka”.
      Widzę, że również i Ty przywołałaś to nieszczęsne (moim zdaniem) określenie.
      Przyznam się, że ja nie za bardzo go lubię (bo sugeruje, że człowiek, kórego nazwiemy „upodlonym” rzeczywiście staje się „podły”.)
      Rozmumiem, że pisząc o ludziach z umysłami „nafaszerowanymi odpowiednią dietą i proteinami”, „pijesz” do sytych i zadbanych społeczeństw Zachodu. Ale zważ, że ludzie dobrze odżywieni i nie-biedni, są także w Indiach. I gdyby to właśnie ich mentalność uległa zmianie, to być może zaczęliby coś zmieniać w swoim społeczeństwie (bowiem najlepiej jest zacząć porządki od swojego własnego podwórka).
      Siłą rzeczy, my, „konsumenci” „bogatych” społeczeństw Zachodu, nie zastanawiamy się na każdą nabywaną przez nas rzeczą, czy aby nie została wyprodukowana gdzieś na wyzysku innego człowieka. (Zresztą z tym oskarżeniem o „wyzysk” też trzeba ostrożnie, bo dzięki temu, że firmy zachodnie mają swoje fabryki w krajach biednych, tysiące zamieszkujących tam ludzi ma się z czego utrzymać.)
      Poza tym, wydaje mi się, że o swoich własnych obywateli winnni zadbać przede wszystkim ludzie sprawujący w danym państwie władzę, tworzący tam prawo i zajmujących się jego egzekucją. Ale, niestety, ci właśnie bywają najbardziej skorumpowani.

      • iwona Says:

        Chyba dobrze wiesz, ze „upodlony” nie znaczy tego samego co „podly”. Czy wlasnie taka retoryke wolisz uprawiac??….

  11. Jolanta Says:

    Witaj, Logosie. Powoli wracam do rzeczywistości, oby na stałe — już słychać u nas burze i zapowiadają deszcze. Martwię się o swoje mieszkanie (bo zalało), o nasze południe (pod wodą), ale po przeczytaniu Twojej wstrząsającej refleksji i obejrzeniu zamieszczonych zdjęć serce mi zamarło. Nasze jednostkowe problemy przestają krzyczeć we mnie w obliczu takiej nędzy: cywilizacyjnej, egzystencjalnej, moralnej… totalnej. Brakuje mi przymiotników…
    Nie mam takiej wiedzy i takiego spojrzenia na ten problem jak Ty, stykający się z tamtą kulturą bezpośrednio dzięki podróżom – ja znam kilka podobnych „obrazków” z czasopism, z reportaży, z filmów, ale to jedynie namiastka, która nie daje mi możliwości zagłębienia się w problem, poczucia go od korzeni. Wstrząsnął mną cytat z Kapuścińskiego z jego “Podróży z Herodotem”, który przywołujesz; skojarzył mi się mimowolnie z fragmentami opowiadań obozowych Borowskiego („Proszę państwa do gazu”), z charakterystyką tzw. muzułmanów, czyli grupy więźniów najniżej usytuowanych w hierarchii obozowej. Niestety, skojarzenie bardzo ponure, ale właśnie z niedolą takich więźniów skojarzyła mi się sytuacja tych ludzi, o których piszesz. I to ostatnie zdjęcie ukazujące kontrast między bogatą dzielnicą i bytem najuboższych. Kontrast biedni-bogaci dotyka każdej kultury, ale w tych najnędzniejszych krajach jest on do bólu poruszający.
    Pozdrawiam.

  12. hirundo Says:

    Jakoś trudno mi wkręcić się w skatologiczny temat z tego wpisu – chociaż siedzi mi on w głowie – podobało mi się
    skojarzenie Kartki. Nie znam tego filmu.
    Nie mam woli kategorycznego rozróżnia na „my” i „oni” – czyści i brudni, mądrzy syci i głodni głupi. U nas wcale często głodzi się zwierzęta, krowy mają brudne zady, na wielu podwórzach jest brudno, psom więzionym na łańcuchach nie daje się wody, wysypujemy brudy do lasów, wyrzucamy je czasami przez okna – ta manifestowana higiena dopiero stara się u nas zakorzenić i czasami jej się udaje… A jak się nie udaje, to psy zanieczyszczają skwery, młodzież bazgroli po czystych elewacjach, w pociągach jest brudno…
    Wiadomo, że w Indiach zjawisko ma inne podłoże i inny zasięg, dlatego tak łatwo wbić się w dobre samopoczucie na ich tle. Ale nikt nie odbierze Indiom prawa do bycia jedną z największych i najznakomitszych kultur na świecie.

  13. sarna Says:

    Amicusie, to nie do końca jest tak, że ci biedni muszą być wdzięczni, że firmy zachodnie zechciały ich zatrudnić . Bogaci nie robią tego za friko, nie kierują się humanitarnymi pobudkami, a jedynie rachunkiem ekonomicznym. Mają korzyść z wyzysku więc eksploatują ile się da (świadczą o tym stawki wynagrodzenia). Owszem, business is business, prawami rynku rządzi popyt i podaż, nie musimy od razu sytych nazywać łotrami, ale też nie musimy ich z wdzięczności całować w literki i dorabiać ideologię o ich dobrym obliczu. Wzięli swoją kasę i sprawa jest kwita. Zawarto transakcję, strony przystały na warunki i w tym punkcie możemy poprzestać na rozważaniach w tym temacie, bo nie moralny aspekt jest przedmiotem tego wpisu.
    Nie lubisz liczb, ale skoro dziewczyny mówią Ci w oparciu o statystyki, które cytują, że wg naszych kulturowych norm życie poniżej określonego kryterium jest upodleniem, to nie rozumiem dlaczego tak je atakujesz. Przecież to fakt. Też już kiedyś pisałam o głodzie w Indiach, ale mnie uciszyłeś. Odpuściłam, bo znam tylko statystyki i sytuację z wtórnych źródeł a TY tam byłeś, więc niezręcznie mi było się z Tobą kłócić.
    Co takiego widziałeś, doświadczyłeś w Indiach, że tak trudno jest Ci uwierzyć w to, że tam jest głód?

    PS. A zwrot „upodlony” nie ozn. „podły” i dobrze o tym wiesz. Człowiekiem podłym może okazać się zarówno człowiek ubogi, który doprowadzony do ostateczności warunkami życia z desperacji popełni czyn nikczemny jak i ktoś żyjący w luksusie, łamiący obowiązujące normy społeczne.

  14. neha Says:

    Napisalam, by sie zastanowic przed zakupem – dzis wiekszosc rzeczy produkowana jest w Azji, stop!, przez kraje azjatyckie, ktore coraz czesciej przenosza czesc swojej produkcji (komponenty) do krajow, gdzie sila robocza jest jeszcze tansza, lub co czesciej, gdzie nie istnieja obostrzenia typu zatrudniania dzieci, ale o tym sie jeszcze nie mowi glosno. Prosilam, by tylko sie zastanowic, nie odmawiam zakupow, robcie co chcecie ze swoimi pieniedzmi. Prosze o chwile namyslu, nic wiecej i nie szastanie argumentami, wybacz Logosie, ze wlasnie te bogate kraje daja prace ubogim. Bezrobocie wzrasta w Europie w zastraszajacym tempie, dlugi publiczne poszczegolnych panstw tez, to tylko pochodna zjawiska. Indie moga byc samowystarczalne, Chiny tez. Kazdego roku w Chinach pojawia sie 300 nowych milionerow w dolarach, w Indiach pewnie podobnie.

    Jestem zwiazana produkcja w Indiach. Znam zycie codzienne, bo jestem tu i teraz. Porozumiewam sie w ich jezyku, lepiej lub gorzej, ale pozwala mi to rozmawiac z ludzmi, poznac ich itd.

    Dla przykladu, zaraz na poczatku mojej pracy wprowadzilam pewne innowacje na produkcji (pracownicy sa oplacani od wyprodukowanej sztuki), by – krotko mowiac -oszczedniejszym gospodarowaniem czasu wykonac wiecej sztuk. Alez owszem, produkowano wiecej, ale pracownikom zmniejszono stawki. Przypomnialo mi to gierkowskie czasy i blyskawiczne reakcje technologow podnoszacych dzienne normy. Zastopowalam z projektem. Nie tedy droga. Szukalam innej pracy na tutejszym rynku, odpowiedziano natychmiast na moja oferte, ale rozmowy urwaly sie rownie szybko, gdy zapytalam czy zatrudniaja nieletnich, majac na mysli dzieci ponizej 14 roku zycia.
    I w tym przypadku przyznaje racje Iwonie mowiacej, ze bieda jest stworzona. Ale gdybys im dala mozliwosc, nikt doslownie nikt, nie pozostalby w tej biedzie, ani minuty dluzej. Swiadome odrzucenie czy wyrzeczenie sie posiadanych dobr jest zupelnie czym innym, niz permanentny brak srodkow na przezycie, a to nie ma nic wspolnego z asceza jako swiadomym aktem.

    Pewien Hindus niemalze zaatakowal mnie slownie, gdy zapytalam czy moge pic mleko, bo krowy pasa sie wszedzie (w praktyce na smietniskach). Odpowiedzial mi bezczelnie, a wlasciwie to nie bezczelnie, ze gdyby krowy indyjskie mialy takie warunki jak w Europie i mogly pasc sie na lakach, i zyc w klimatyzowanych stodolach, to ich mleko pachnialoby sasankami.

    I tu tez calkowicie zgadzam sie z Sarna. Hindusi maja swietnie rozwninieta swiadomosc, wiedza czym sa, gdzie sa i co moga. To kraj duzego potencjalu, ludzi ambitnych, ale i zdesperowanych.

    Istnieje tez inna strona medalu. Gospodarka w Indiach jest niesamowicie agresywna, my mowimy eufemistycznie, rozwijajaca sie. Obawiam sie tej ich pogoni za westernizacja zycia.

    Problem smieci jest klopotliwy dla wszystkich panstw bez wyjatku. Jesli uwazasz, ze jest to intratny interes lub bylby w Indiach, to mnie dziwi, tu ludzie maja niezwykla smykalke do robienia interesow „z niczego” – widac tutejsze smieci nie sa tym „niczym”, co potwierdza tylko moje spostrzezenia. To zmieni sie niebawem, z pewnoscia. Zadne panstwo nie moze przejsc obojetnie obok problemu. Oby tylko nie wpadli na taki pomysl, jak swego czasu Wlosi po strajku smieciarzy w Neapolu, ktorzy po prostu wywiezli cichaczem smieci na Sardynie i zakopali je gdzies – tam; tony, tony smieci.
    Chociaz kilka dni temu, glosno bylo, o smierci czlowieka napromieniowanego przez radioaktywne smieci, zakopane przez Uniwersytet (!) w Delhi 20 lat temu.
    Et voilà la vie!

  15. Logos Amicus Says:

    Niestety, statystyki dotyczące głodu w Indiach są porażające. Na ogólną liczbę 800 mln. ludzi głodujących na świecie, ponad 200 mln. przypada na Indie.
    Na codzień nie zdajemy sobie z tego sprawy.
    Ja również nie zdawałem sobie z tego sprawy, kiedy byłem w Indiach. Nie widziałem tam bowiem ludzi w takim stanie, w jakim widział ich np. Kapuściński w latach 40-tych – dogorywających całymi setkami na ulicach, na oczach innych ludzi.
    W przeciwieństwie np. do krajów afrykańskich, w Indiach widzimy sporo żywności (na straganach, na ulicznych stoiskach, w sklepach…) – co oczywiście może być (i niestety jest) mylące.
    Wogóle, będąc w Indiach, nie uświadamiamy sobie wielu tragicznych aspektów egzystencji zamieszkującycyh ten kraj ludzi (ale, podobnie jest przecież w Polsce – czy zdajemy sobie sprawę z wszystkich tragedii, jakie przydarzają się ludziom, naszym Rodakom, każdego dnia?)

    Nie możemy udźwignąć wszystkich nieszczęść tego świata.

    Oto np. dzisiaj dowiedziałem się o katastrofie samolotu pasażerskiego w Indiach. Zginęło 158 osób.
    Czy wyobrażamy sobie, że nagle – z tego powodu – cały kraj podda się tam 9-dniowej żałobie? Że będą tych ludzi chcieli pochować w Taj Mahal?
    Czy w Polsce, choć w jednym kościele, odprawi się za ludzi, którzy tam zginęli, jakaś msza? Czy zapłonie gdzieś w naszym kraju choć jeden znicz ku ich pamięci?
    Wątpię.
    Oto jak bardzo jesteśmy wybiórczy w dopuszczaniu do nas pewnych faktów i informacji – oto jak bardzo względną wartość ma dla nas życie ludzkie.

    Ja jednak mam świadomość tego, że każdego dnia na całym świecie dochodzi do tragedii powodujących cierpienie ludzi porównywalne z cierpieniem tych (rodzin, przyjaciół), którzy stracili w tych katastrofach swoich najbliższych… tyle że nie są one tak “spektakularne” (a z tego powodu – już nie tak medialne, więc się o nich prawie wogóle nie mówi).
    To m. in. dlatego to, co działo się w Polsce po wypadku pod Smoleńskiem, wydało mi się jednak histeryczną, wręcz teatralną, przesadą. Trąciło mi także pewnym absurdem.

    * * *
    Załączam zdjęcia (AP) z dzisiejszej katastrofy indyjskiego samolotu pod Mangalore:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/india-crash.jpg?w=780

    Relacja BBC:

    http://news.bbc.co.uk/2/hi/world/10141297.stm

    (Zdjęcia: AP)

    Mnie zaszokowały również te obecne na miejscu katastrofy – i to w takiej bliskości rozbitego samolotu! – tłumy gapiów.
    Także i to świadczy o panujących w Indiach „porządkach”.

  16. Kartka z podróży Says:

    Logosie
    Jasne, że nie możemy udźwignąć wszystkich nieszczęść tego świata. Gorzej, że nie chcemy przyjąć ich do wiadomości.
    Bardzo często piszę o kruchości struktury naszego (cywilizowanego) świata. Piszę, że nasze cywilizacyjne środowisko jest podobne do domku z kart. Dziś mamy wsparcie ludzi, instytucji – jakieś swoje zaciszne i bezpieczne norki, a jutro możemy ich nie mieć. Dziś ktoś odgradza nas od zmasakrowanych trupów, celebruje żałobne spektakle, a jutro te trupy mogą leżeć na ulicach i będziemy je obojętnie mijać. Istotne jest chyba by przyjąć to do wiadomości. Po prostu zauważać, że jednych wozi się na lawetach armatnich przykrytych narodowymi flagami, a inni leżą na poboczu, obok zgruchotanego roweru, przykryci workiem po nawozach. Innymi słowy powinniśmy wiedzieć, że nic nie mamy na pewno – oprócz samego siebie. Więc tak naprawdę pozostaje nam wiara w siebie. Potwierdzają to Twoje zdjęcia z Indii – obrazy tak naprawdę realnej rzeczywistości. Dużo bardziej realnej niż iluzja, w której żyjemy.
    Pozdrawiam

    • hirundo Says:

      Kartko, poleciałeś czystym egzystencjalizmem – słusznie zresztą, bo cóż jest nam dane, jak nie wyłącznie istnienie zanurzone w absurdalności. Swoją drogą, od długiego czasu rozlokowuje się w świecie dekadentyzm i jest coraz głębszy – tematy, które zdominowały blog Logosa bodaj to potwierdzają.

      • Logos Amicus Says:

        O nie, hirundo, muszę zaprotestować! :)

        Egzystencjalizm?
        Tak, ale nie ten akademicki, zwłaszcza spod znaku Sartre’a, ani nawet Camusa (to „nawet” odnosi się do mojej najnowszej rewizji myśli i stosunku do świata tego idola mojej wczesnej młodości).
        Tak więc zapęd egzystencjalny, ale nie doktrynalnie filozoficzny – raczej jako pochylenie się nad kondycją człowieka w świecie (człowieka w całym jego kulturowym zróżnicowaniu – zarówno w cywilizacyjnym bogactwie, jak i w neo-barbarzyńskiej nędzy).

        Nie mogę się również zgodzić, że dane jest nam „wyłącznie istnienie zanurzone w absurdalności”. (Nie zgadzam się zwłaszcza z tym „wyłącznie”.)
        Rzeczywistość, w kórej przebywamy i żyjemy – i jaką przecież współtworzymy – ma wiele różnych warstw.
        I owiewają nas nie tylko opary absurdu.

        Być może wszystko jest złudzeniem, ale możliwe jest również to, że… wszystko ma jakąś (metafizyczną, niepojętą, absolutną, boską, poza-kosmiczną, hiperrealistyczną) podstawę. Tego nie wiemy. Czy kiedyś się dowiemy? Nie wiem.
        Być może wszystko jest złudzeniem, ale kiedy doświadczamy smutku czy radości, nienawiści czy miłości, bólu czy ekstazy, cerpienia czy euforii, szczęścia czy nieszczęścia… i wszystkich stanów pośrednich, to są to wszystko doświadczenia dla nas jak najbardziej realne.

        Piszesz, że dekadenckie tematy „zdominowały” ostatnio mojego bloga. Hm… nawet jeśli jest to dominacja, to dokonuje się ona poprzez moją własną wolę – i wszystko jest pod kontrolą ;)

        Nie wierzę w to, że dekadentyzm działa jakimiś epokowymi (cyklicznymi, okresowymi) falami – i że akurat teraz on się nam „rozlokowuje” w świecie. Dekadentyzm jest wg mnie tylko pewnym stanem umysłu – rodzajem nerwicy (albo lekkiej psychozy?) ogarniającej nerwy i głowy niektórych ludzi – w każdej (wszak) epoce (i mając, oczywiście, różny zasięg.)
        Coś ulega dekadencji – coś innego rozkwita, coś umiera – coś się rodzi, coś zasypia – coś się budzi… i to w tym samym czasie.

        Zajmując się człowiekiem i jego kulturą (a takie jest nieskromne założenie mojego skromnego :) bloga), nie mogę się zajmować tylko jasnością – a więc pięknem, dobrem, szczęściem, anielskością, kwiatkami i ptaszkami… bo przecież czasem ogarnia nas też ciemność – brzydota, zło, nieszczęście, diabelskość… tudzież mamy do czynienia z drapieżnikami, także w nas samych.

        Można to nazwać świadomym dążeniem do pełni, albo do… równowagi :)

      • Kartka z podróży Says:

        Hirundo
        Mam 50 lat z ogonkiem i jak sądzę należę do ostatniego pokolenia, ktore osobiście zetknęło się z doświadczeniem wojny. Oczywiście nie bezpośrednio ale przez kontakt z ludźmi, którzy wojnę przeżyli – myślę o kontaktach bliskich, rodzinnych. Wracają do mnie te wspomnienia np wuja, który w piżamie w pasy grał mi (byłem małym dzieckiem) w dym pijany na harmonii od samego rana, bo po czterech latach obozu nie miał ochoty przez 20 lat wytrzeźwieć. Czy dziadka – też cztery lata obozu – w którego mieszkaniu po jego śmierci znaleziono poklady skórek od chleba. Ja te historie pamiętam i określa mi sposób widzenia świata.
        Myślę też, że moje pokolenie – oczywiście w wymiarze jednostkowym – jest ostatnim, które przyjęło i zrozumiało wielką literaturę powojenną. Dla nas ona miała bardzo konkretny kontekst. Dlatego nie mam zamiaru się wypierać tego, że egzystencjalizm był dla mnie bardzo silnym źródłem inspiracji, gdy dojrzewałem. Oczywiście lata robią swoje i weryfikują poglądy ale podstawa zostaje. To dla Ciebie w prezencie

        Musisz przyznać, że to ciekawy facet – bardzo męskie, intensywne i pełne życie. A co mnie dodatkowo ujmuje to znów korzenie hiszpańskie – jego mam była Katalonką i zdaje się, że Albert dzieciństwo spędził na hiszpańskich Balearach.

        • Logos Amicus Says:

          Małe sprostowanie: Camus urodził się we francuskiej Algierii. Zarówno dzieciństwo, jak i młodość spędził w Algierze.

      • Kartka z podróży Says:

        No tak Logosie. Rodzice Camusa z Minorki wyemigrowli grubo przed jego urodzeniem.
        Pozdrawiam

  17. hirundo Says:

    Witaj Logosie, gdybym miała osobiście zareagować na mój wpis, pojawiłyby się pewnie podobne argumenty – bo przecież złożoność i wielowymiarowość jest przejawem pełni istnienia. Doświadczanie bogatej skali uczuć także jest oczywistością. Ale bywają przecież okoliczności, takie jak np. powódź, trzęsienie ziemi, tsunami, owa przygniatająca nędza indyjska i nie tylko, które kuszą, by wstawić przysłówek „wyłącznie” – późną nocą, gdy ekran tv przypomina ponton pływający po wielkim rozlewisku, takie „wyłącznie” nie śpi i jest bardziej aktywne. Teraz, gdy mglisty poranek daje nadzieję, że nie będzie padało (choć w równym stopniu co beznadzieję, że jednak będzie… ) – wystawiam „wyłącznie” za drzwi i podpisuję się pod Twoją argumentacją. Także dlatego, by nie była mi przypisana naiwna słabość do „anielskości, kwiatków i ptaszków”. Carpe diem :)

    • Logos Amicus Says:

      A ja już się tych „kwiatków i ptaszków” nie mogę doczekać :)

      PS. Aniołki pewnie sobie odpuszczę ;)

      • hirundo Says:

        Przewrotny Logosie, „kwiatki i ptaszki” spełniłam sobie na spacerze – pierwszy dzień, gdy mogłam na świat popatrzeć przez słoneczne okulary, po wielu dniach „zapłakanych deszczem”. Pogoda cudna, więc chciałoby się powiedzieć za Goethem „Chwilo trwaj, chwilo jesteś tak piękna”. Do telewizora wcale nie podchodzę. W nim nadal potwornie mokro i przykro.
        Pozdrawiam słonecznie, nareszcie, przewrotny Logosie ;)

      • Logos Amicus Says:

        Sam nie wiem: lepiej być przewrotnym czy też… wywrotowym? :)

        Ale najważniejsze, to żeby się nie przewrócić ;)

  18. tani1 Says:

    „cierpieniem, na którego usprawiedliwienie, tak naprawdę, nic nie mają nasi bogowie, oprócz rozpaczliwych – lub zgoła obojętnych – tłumaczeń człowieka”. Od tego zwykle się zaczyna. Bogowie nic nie mogą na to poradzić, podobnie jak i my. Tylko ludzie ciągle mają nadzieję… chcą ją mieć.

    ‘Mają cywilizację od tysięcy lat, a nie nauczyli się ani odrobiny miłosierdzia…”
    A czy cywilizacja ma w swoiej definicji zapewnienie miłosierdzia?
    Czy natura to zapewnia? Ciekawe… nie, nie smutne.

    • sarna Says:

      Tani, mądrość natury tkwi w okrucieństwie.
      pozdrawiam

      • Logos Amicus Says:

        sarna: „… mądrość natury tkwi w okrucieństwie.”

        A czy mogłabyś tę myśl rozwinąć?

        * * *
        tani: „A czy cywilizacja ma w swoiej definicji zapewnienie miłosierdzia?”

        Chrześcijańska – deklaracyjnie – ma. Mało tego: zdarza się ono (miłosierdzie) wśród Chrześcijan także praktycznie.

        Miłosierdzie, zapewnienie, smutek… to pojęcia z naszego ludzkiego – a nie naturalnego – repertuaru.

  19. sarna Says:

    A co tu rozwijać Amicusie?
    Serce mówi chroń słabszych, znajdź panaceum na ból, starość, niedołężność, choroby- kieruj się uczuciem i miłosierdziem. A natura jest tym rozsądkiem, na który nie pozwala mi przystać serce, ale której nie mogę przyznać racji. Jej mądrość polega na okrutnej eliminacji w drodze selekcji jednostek najsłabszych, chorych. Przeżywają tylko zdrowe i silne, zdolne do rozrodu i zapewnienia trwania gatunku. I nie chodzi tu tylko o to że przedstawiciel jednego gatunku dopadnie „cherlawego” przedstawiciela innego gatunku. To się dzieje nawet w ramach tej samej rodziny. W okresach ubogich w pokarm ptaki potrafią wyrzucać z gniazd „nadmiar” swojego potomstwa pozostawiając do wykarmienia tylko najsilniejsze. Nawet nasz bocian-wojtek potrafi w okresie głodu zabić najsłabsze pisklę by nim nakarmić pozostałe.
    To co teraz napiszę nie jest akceptowalne nawet przeze mnie samą, ale nie mogę udawać, że nie dostrzegam do czego prowadzi ingerencja człowieka w naturalny bieg ludzkiego życia. Do niedawna Alzheimer, Parkinson jako choroba nie były zjawiskiem tak powszechnym jak obecnie. To przecież choroby wieku starczego, wydłużanie wieku życia przy pomocy osiągnięć medycyny doprowadziło do ujawnienia się chorób, których ludzie wcześniej nie mieli szansy doświadczyć bo umierali stosunkowo młodo. Nie to żebym była pieprzonym faszystą i była za eliminacją słabych i chorych. Wręcz przeciwnie, ale pomyśl, co by się stało gdyby udało się wynaleźć pigułkę na życie w nieskończoność? Przeludnienie, głód, choroby genetyczne na podłożu związków kazirodczych, etc. Przy całym rozumie i rozsądku, które nam powyższe uświadamiają , mamy jeszcze wrażliwość, która wręcz narzuca nam moralny obowiązek opieki nad słabymi, chorymi, bezradnymi. Natura natomiast nie ma takich skrupułów, od wieków rządzi się swoją racjonalnością i trwa. Trwa i ewoluuje, a człowiek trwa i czyni z siebie jedną wielką protezę: sztuczna skóra, włosy, paznokcie, zęby, sztuczne kości, żyły,słuch, serce, kończyny, a nawet sztuczny penis;) Jakiego gotowi jesteśmy zaakceptować w sobie frankensztajna za cenę jak najdłuższego trwania?
    Wygłaszamy takie mądre formułki: z prochu powstałeś, w proch się obrócisz – carpe diem – a jakoś mimo wszystko marzy nam się za każdą cenę żywot w nieskończoność.
    Najsmutniejsze w tym jest to, że ta nasza pogoń za wydłużeniem życia jednostki za każda cenę mści się „karłowaceniem” całej ludzkiej populacji, natomiast natura w swojej mądrości, będąc okrutną wobec jednostki dba o całość.

    • Logos Amicus Says:

      “Jej mądrość polega na okrutnej eliminacji w drodze selekcji jednostek najsłabszych, chorych.”

      Taka sama “mądrość” przyświecała faszystowskiej eliminacji “chorych” i “najsłabszych”.
      Mówienie o “mądrości” natury jest wg mnie bzdurą. Podobnie o jej “racjonalności”.
      Równie bezradny jestem wobec innych – objawionych przsez Ciebie w tym komentarzu – myśli i spostrzeżeń.

      * * *
      PS. Właściwie jednym z wniosków płynących z Twoich dywagacji mógłby być ten, że natura jest w swej istocie faszystowska.
      Co w konsekwencji mogłoby prowadzić do tego, iż musielibyśmy przyznać, że faszystą jest także sam Bóg.

      • sarna Says:

        Cóż na to poradzę, masz prawo do własnych sądów i objawień ;)
        A poza tym umykają Ci istotne detale np. przeze mnie nie akceptowalne…
        Dziwny z Ciebie inżynier, polegasz tylko na sercu, nie przyjmujesz do wiadomości faktów. Postępowanie natury np. zwierząt w ich naturalnym środowisku jest racjonalne. Wiedza to nawet stworzenia o ptasim móżdżku, dlatego wybierają śmierć słabych za cenę przetrwania gatunku. Mówimy o naturze, a ona się nie rządzi ludzkim poczuciem przyzwoitości.

      • Logos Amicus Says:

        Mylisz ślepe, mechanistyczne uleganie „prawom natury” z racjonalizmem, a zwierzęcy instynkt z wiedzą.

      • sarna Says:

        Gdzie twierdzę, że zwierzęcy instynkt jest wiedzą, w dodatku w jej ludzkim rozumieniu?
        Sam mylisz pojęcia cywilizacja i natura. A już zupełnie niepojęte jest to, że odnosisz cywilizację człowieka i jej normy do świata zwierząt.
        Instynkt choć ”nie czytaty i nie pisaty” nie jest ślepym uleganiem, co najwyżej jest wrodzoną zdolnością wykonywania pewnych czynności stereotypowych. Stereotypowe postępowanie jest jednak jakąś forma wiedzy wynikłą bodaj z doświadczenia.

      • sarna Says:

        Coś mi nie dawało spokoju, pamiętam Twoje rozważania o prawie do zabijania – książka O. Tokarczuk. Poszukałam i znalazłam kilka niespójności, ale np to:
        – mnie wciskasz faszyzm, choć wyraźnie zaakcentowałam w tekście, że „wręcz przeciwnie”, a sam piszesz w komentarzu do „Rzeź braci mniejszych” : „Gdzie np. zaprowadziłby nas postulat, by każde życie uznać za święte i nienaruszalne? Przecież wtedy nie moglibyśmy się nie tylko odżywiać, ale i wręcz poruszać (tu przypominają mi się owi mnisi, którzy, kiedy idą, to wymiatają przed sobą miotełką, by przypadkiem nie nadepnąć na jakiegoś robaczka :) ) „

        Gdybym chciała posłużyć się Twoją retoryką to przypomniałabym Ci, że hitlerowcy też usprawiedliwiali swoja ekspansję zdobyciem przestrzeni życiowej dla narodu wybranego. To w tym samym wpisie pisałeś „Wystarczy wskazać choćby na istniejący w przyrodzie bezwględny i “piekielnie” konsekwentny łańcuch pokarmowy, walkę wszystkich ze wszystkimi, odbywającą się dosłownie w każdej chwili orgię zabijania – holocaust uśmiercania słabszych przez silniejszych.)”

        – nie chodzi o złośliwość i chęć dokuczenia, ale nie lubię gdy ktoś przekręca moje słowa

      • Logos Amicus Says:

        Oczywiście!
        Nie zmieniłbym w tym co napisałem ani jednego słowa.
        Takie są mechanizmy i „prawa” przyrody.

        Jednak nigdy nie ośmieliłbym się nazwać tego „mądrością”, ani „racjonalnością”.
        I tak, tak… z tego wynika wniosek, że natura (przyroda) nie jest ani „mądra” ani „racjonalna”.
        Ale większość z nas broni się przed taką konstatacją – z wiadomych względów (choćby tylko dlatego, że byłoby to równoznaczne z koniecznością uznania tego, że żyjemy w świecie, który nie jest ani „mądry”, ani „racjonalny”.)

        PS. Naturalnie, faszyści chcieli zaprząc prawa przyrody do swojej ideologii (czyli, stosując Twój tryb myślenia, nie kierowali się sercem a rozumem).
        Czym to się skończyło? Wiadomo.
        Wogóle, jednym ze źródeł nazizmu jest również biologizm, jaki rozwinął się w kręgu cywilizacji zachodniej (niestety, także za sprawą odkryć Darwina) w XIX wieku.

      • sarna Says:

        Skoro to funkcjonuje na Ziemi niezmiennie w tej samej formie od kilku miliardów lat to nie jest to jednak takie głupie. Nawet jeśli zwrot „mądry” użyłam nie stricto encyklopedycznie, a kolokwialnie, to nie zmienia to faktu, że reguła opiera się na życiowej mądrości (skoro już jesteś taki akuratny to zaznaczam, że ten zwrot również w znaczeniu kolokwialnym).

      • Logos Amicus Says:

        W stosunku do natury nie można także używać określenia „głupie”.

      • sarna Says:

        – No dobrze, ale skoro postępowanie racjonalne polega mówiąc potocznie na tym, że działanie generuje większe zyski niż koszty, to mechanizmy zachowań zwierząt o których wspominałam są racjonalne.

        – Właściwie nie ma zgody na jednoznaczne zdefiniowanie pojęć “mądrość” i “wiedza”. Niektórzy nawet są skłonni uznać je za tożsame. Jeśli patrzeć szkiełkiem i okiem naukowca to mądrość jest czystą wiedzą i jako takiej natury nie można by było natury określić tym terminem, ale już wiedza postrzegana jest jako teoretyczna i praktyczna i tu natura ze swoim i instynktem bazującym na czynnościach stereotypowych, powtarzalnych, doświadczanych ładnie się wpisuje w ową kolokwialną “mądrość życiową”

        – Naprawdę sądzisz, że ludzie obawiają się, że mogą odkryć, że żyją w świecie absurdu? I, że sama tego świadomość odmieni ich życie na gorsze?

        * * *
        “nie jest takie głupie” nie ozn. “głupie”, szybciej mądre

        – nie pamiętam czy to była rozmowa na twoim blogu, ale tam ktoś celnie zauważył, że filozofia “rasy aryjskiej” dzieje się dziś, tu i teraz. Wszechobecny kult młodości (fitnesy, botoksy, dyskryminacja z tytułu wieku w pracy), selekcja piękna na wyborach wszelkiej maści miss, wyznaczniki zgrabnej sylwetki na pokazach mody. Obraża nas fakt, że ktoś może śmieć zaszufladkować nas bądź porównać do tego “bagna”, ale na co dzień świadomie lub bezwiednie w tym uczestniczymy. I jakoś nas to specjalnie nie mierzi.

      • iwona Says:

        „Właściwie jednym z wniosków płynących z Twoich dywagacji mógłby być ten, że natura jest w swej istocie faszystowska.
        Co w konsekwencji mogłoby prowadzić do tego, iż musielibyśmy przyznać, że faszystą jest także sam Bóg.”

        Dokladnie. Takie wnioski plyna, bo tak jest. Altruzim tez jest egoistyczny. Boga nie ma. A Ci, ktorzy tak to wlasnie widza, maja tego typu problemy egzystencjalne. Bog milosierny, a my tu rzniemy zwierzeta (ludzi) i to jeszcze z jego blogoslawienstwem (ie wyprawy krzyzowe). Czyncie sobie ziemie poddana z nie rob drugiemu co Tobie nie milo. Bracia mniejsi z oko za oko zab za zab…..
        Zrzuc na razie z siebie to cale „uduchowienie” i spojrz na swiat okiem ludzkim. Takim jakim Ci dala natura. A nie „Bog”. Poznanie machanizmow natury jest czysto namacalne. Nie trzeba filozoficznego do tego podejscia. Jak takie poznasz, wtedy zacznij myslec filozoficznie – o ile wtedy bedziesz mogl. :)

      • sarna Says:

        Taka sama “mądrość” przyświecała faszystowskiej eliminacji “chorych” i “najsłabszych”.

        Nieprawda, w naturze jest tak, że organizmy zabiją się wzajemnie by nasycić głód lub gdy poczują się zagrożone i nie zdążą uciec (w obronie własnej). Człowiek natomiast jest stworzeniem, które zabija mimo, że jest syte, a czasami im bardziej syte tym bardziej żądne krwi. Faszystowskie pragnienie „coraz więcej i więcej” nie pasuje do praw natury. O tym, że byli anomalią w naturze świadczą fakty typu: ich głód tylko rósł, zabijali po prostu wszystkich, nieistotne było czy jest to najsłabsze ogniwo czy najsilniejsze. Zresztą ich celem były wręcz te najsilniejsze jednostki zbiorowości, co nie jest normą w naturze, bo zabijając najzdrowsze okazy nie tylko angażuje większe zasoby i naraża na ryzyko niepowodzenia, ale również uniemożliwia rozmnażanie „źródła pożywienia” i wymieranie łowisk, co w konsekwencji prowadzi do głodu i śmierci „myśliwego”.
        Konkludując: w naturze zwierzęta zabijają z głodu, a nie dla „sportu” i na zapas dla potomnych, nie atakują najsilniejszych organizmów, a syte nie są agresywne.

  20. KrzysztofUW Says:

    Czy natura ma w sobie pojęcia mądrość, moralność? Wątpię, to chyba są złe kategorie.

    Choćby eutanazja i migracja ludzi z miast do wiejskich obszarów zdają się przeczyć powyższej opinii…
    Dyskutować można, tylko czy uda nam się złapać proporcje między tak różnymi kulturami? I w końcu, czy o to w tym wszystkim chodzi?

  21. iwona Says:

    Jednak nigdy nie ośmieliłbym się nazwać tego “mądrością”, ani “racjonalnością”.
    I tak, tak… z tego wynika wniosek, że natura (przyroda) nie jest ani “mądra” ani “racjonalna”.

    Logosie – do natury nie mozna podchodzic filozoficznie. Trzeba podejsc jak do natury. Biologicznie. Robienie z natury i jej procesow filozoficznych rozwazan doprowadza wlasnie do takich wnioskow, obaw, przekretow, niezrozumienia. Maczanie w to palcow Boga jeszcze bardziej zasmieca obraz rzeczywisty. Natura jest w ciaglej ewolucji i przemianie. Boga nie ma w tym wszystkim. Jest biologia i jej procesy, ktore tez ulegaja ciaglej ewolucji. Naprawde polecam przeczytac „selfish gene” – spojrzyj na nature choc raz bez zapedow filozofa/mysliciela. :)

    • Logos Amicus Says:

      Również jestem tego zdania, aby Boga nie mieszać do naszych spraw, ani nawet do spraw świata.
      „Samolubny gen” czytałem. Cenię Dawkinsa, ale z wieloma jego poglądami się nie zgadzam (i nie tylko ja, zresztą – nie zgadzają się z nim także poważni i uznani naukowcy.)

      Mogę Cię zapewnić, że przyglądam się naturze, i to z różnych perspektyw – nie tylko z „zapędem filozofa/myśliciela”.

      Chociaż jak najbardziej uważam, że do natury można (i należy) podchodzić także filozoficznie.

      • iwona Says:

        Filozoficznie tak. Ale bez udzialu Boga. Zgadzac sie nie musi w zasadzie z nikim :) Co nie swiadczy o racji. Lub odwrotnie. Z konkretnie Dawkinsem sa, ktorzy sie nie zgadzaja, ale i jest bardzo wielu ktorzy sa na tak. Ale i tak jestem pelna podziwu, ze nie znajac biologii w stopniu rownym Dawkinsowi mozna sie z nim zgadzac, lub nie :) Ja raczej stoje na stanowisku, iz jesli nie jestem ekspertem to raczej przyjmuje cos do wiadomosci, starajac sie zrozumiec anizeli podejmowac proby jakiejs seminaukowej analizy. Dla mnie byloby to wrecz zalosne :) Biologiem nie jestem, a juz na skale Dawkinsa w ogole. Nie podejme sie wiec wyrazic smialej opinii ze sie z nim zgadzam czy nie. Raczej sklaniam sie do racjonalnosci jego pogladow, staram sie zrozumiec is pojrzec na swiat jego oczami.
        Czytajac tego bloga nie potrafie uwierzyc w Twoje zapewnienia :)

  22. graffiti Says:

    W Indiach jak widać panuje naturalny miejski kontrast . Z jednej strony piękne budynki i świątynie w Delhi a z drugiej slumsy i bieda. Ale tak czy inaczej Indie to piękny kraj który naprawdę warty jest odwiedzenia.

  23. Mrówka Says:

    Ahoj! Już miesiące temu miałam pisać, że miło było tu zaglądnąć. Za miesiąc znowu Indie ;) Pozdrawiam :)

    • Logos Amicus Says:

      Witam.
      Dobrze, że co się odwlekło, to nie uciekło ;)

      „Za miesiąc znowu Indie.”
      Też bym tak chciał :)
      Udanej podróży życzę.
      (Jestem pewien, że się uda – jak zresztą wszystkie Wasze podróże ;) )


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s