ULICZNY ŻYWIOŁ BHARATU (zapiski indyjskie)

 

strumień ludzi i pojazdów

Pisząc o Indiach, nie sposób nie wspomnieć o tym co się w tym kraju dzieje na drogach i ulicach – patrząc na to nie tylko od strony komunikacyjnej, ale i socjologicznej.
Naczelną zasadą tamtejszego ruchu drogowego jest brak zasad. Być może przepisy istnieją gdzieś na papierze, w jakichś urzędach, ale nie na ulicy, gdzie panuje reguła większego pojazdu, głośniejszego klaksonu, szybszego refleksu. Najbardziej zadziwiające jest to, że to nieziemskie zatrzęsienie jakoś się kręci – że te wszystkie wehikuły nie wpadają na siebie, nie zderzają się, nie potrącają (zbytnio) przechodniów, o świętych krowach nie wspominając. Ruch uliczny przypomina płynąca rzekę, żywioł regulowany jakąś niewytłumaczalną siłą.
Dla przybysza z Zachodu czymś niewyobrażalnym byłoby aktywne włączenie się do tego strumienia pojazdów. Może on od biedy przecisnąć się (na piechotę) pod ścianą, wśród straganów, przyłączyć się do tłumu pieszych, ale wręcz niemożliwością byłoby, aby wjechał w to kłębowisko jakimś samochodem, motorem lub rowerem i nie utknął tam natychmiast, zdezorientowany i sparaliżowany.
Dlatego jazda moto-rykszą prowadzoną przez Hindusa po ruchliwej ulicy jest jednym z najmocniejszych (fizycznych) przeżyć wywiezionych przez Europejczyka z Indii, przypominając nic innego, jak zawrotną, szaleńczą jazdę roller-coasterem.

Dość szybko jednak doszedłem do wniosku, że ten sposób poruszania jest dokładnie taki, jaki tam być musi. W przeciwnym razie, najprawdopodobniej, wszystko utknęłoby w jakimś gigantycznym korku, ulicznej obstrukcji. A tak, każdy człowiek znajduje sobie w ułamku sekundy pewną niszę, lukę, przestrzeń, gdzie się może wcisnąć, wpełznąć, przemieścić niczym omijająca kamień woda. Pomyślałem również, że podejmowanie tych błyskawicznych decyzji leży niewątpliwie poza progiem świadomości hinduskich kierowców – musieli oni bowiem wykształcić w sobie jakiś szósty zmysł, dzięki któremu instynktownie wybierają dla siebie optymalny w danym momencie wariant ruchu. Jest to więc właściwie odruch. My, dzieci chrześcijańskiej „cywilizowanej” Europy, takich odruchów nie mamy, więc zastępujemy je wyzwiskiem lub wysunięciem wiadomego palca.

*  *  *

uliczny dentysta

No właśnie. Co mnie jeszcze uderzyło w tym wszystkim?
Otóż prawie zupełny brak agresji.
To było niewiarygodne – w takim ścisku, w takim harmidrze, w takim kurzu – spokojne, prawie że obojetne twarze. Tu i ówdzie pojawia się nawet uśmiech.
Lecz po prawdzie, co byłaby warta cywilizacja, która po pięciu tysiącach lat istnienia dałaby się wyprowadzić z równowagi zwykłym spalinowym pojazdom?

* * *
Trywialny stosunek do Indii.
Dotyczy to sporej części tych, którzy dostali się w tryby maszynki, jaką jest masowa turystyka. Z jednej strony jest to bezkrytyczny zachwyt, dość bezmyślny i niekiedy nawet obłudny, zawsze jednak powierzchowny; z drugiej zaś – awersja ściemniająca i zasłaniająca prawdziwy obraz kraju, (która jednak powierzchowna jest również).

To prawda, pierwsze zetknięcie z Indiami może być dla przybysza – przyzwyczajonego choćby do innych standardów higieny – szokujące. Na pierwszy plan wysuwają się kwestie sanitarne – brud i zapylenie; przypominające rynsztok ulice pełne fekalii i psujących się odpadków; zalegające wszędzie śmieci; wałęsające się, często będące w opłakanym stanie zwierzęta – począwszy od tzw. świętych krów, poprzez kozy, świnie, woły, psy, małpy, aż po słonie i wielbłądy (te ostatnie zawsze mają swoich panów, w przeciwieństwie do poprzednich); wreszcie zanurzeni w tym wszystkim ludzie, na widok których rodzi się naturalnie pytanie: jak można w ten sposób żyć?

Moim zdaniem grzech popełniają zarówno ci, którzy pozwalają by owe brudne aspekty hinduskich realiów zdominowały w ich oczach obraz całych Indii, jak i ci, którzy starają się to ignorować, ukazując tylko jasne strony kraju, często go przy tym mitologizując i uromantyczniając.

Wprawdzie osobiście nigdy nie uważałem, że ten wszechobecny brud jest czymś godnym zaakceptowania, to jednak zauważyłem w sobie dość przewrotną tendencję do patrzenia na to z punktu widzenia… egzotycznego wojera i fotografa. Bowiem na swój sposób pociągał mnie ów koloryt rynsztoku i śmietniska.
Dochodziło do tego wrażenie podróży w czasie – poczucie cofnięcia się o sto, dwieście lat, do epoki, wydawałoby się, dawno minionej. Kiedy więc w niektórych miastach spotykałem się ze względną czystością ulic, większym ładem (ciągle są one jednak w mniejszości: myślę tu o takich miejscowościach jak np. Jodhpur, czy Udaipur), czułem się w jakiś dziwny sposób… zawiedziony. Naturalnie, natychmiast rozsądek mi podpowiadał, że właśnie w tym kierunku powinien dążyć ten kraj, że w końcu najważniejsze jest ludzkie zdrowie i jakość życia… (takie tam oczywistości), to jednak miałem przy tym wrażenie, że porządkując się w ten sposób, Indie tracą coś ze swojego charakteru i wyjątkowości, upodabniając się do nudnawej schludności, jaka staje się standardem globalnej wioski.

*  *  *

ulica jak żywy kalejdoskop

 

 *

rzeka ryksz

* *

*

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

 

WIĘCEJ ZDJĘĆ INDYJSKICH TŁUMÓW, ULIC I BAZARÓW MOŻNA OBEJRZEĆ  TUTAJ  W NOWYM WPISIE W BRULIONIE  PODRÓŻNYM  (ilustrowanym) .

Reklamy

komentarzy 51 to “ULICZNY ŻYWIOŁ BHARATU (zapiski indyjskie)”

  1. Logos Amicus Says:

    Oto kilka zdjęć ilustrujących wpis (widocznych pierwotnie na stronie głównej:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/bundi-67wl.jpg?w=780

    Chaos – a może jednak swoisty porządek?

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/varanasi-48wl1.jpg?w=780

    Tłok, ścisk, zamęt, harmider…

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/delhi-3wl.jpg?w=780

    Galimatias w Old Delhi

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/jaipur-63wl.jpg?w=780

    Słoń jako środek lokomocji

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/varanasi-50wl.jpg?w=780

    Nieco luźniej… bywa i tak, lecz rzadko

  2. hirundo Says:

    Zaskakujące, odstręczające, porywające, kuszące, czarujące, oczarowujące – jak zwykle niezwykłe!!!

    Jestem pod wrażeniem – ten frazeologizm nie oddaje stanu, w jaki wbił mnie indyjski tłum. Jego istnienie od dawna sobie uświadamiam, potrafię wyobrazić sobie poszczególnego człowieka, nawet indyjski pociąg lub samochód – nie mogę powiedzieć, że mnie zaskoczyły. A przecież nigdy nie patrzyłam na tak pokazany „esencjonalny” tłum. Także dlatego, że tłum jest mi przykry i boję się go. Początkową reakcją, taką z podświadomości jeszcze, było cofnięcie się pod naporem idącego, „gęstego”, ludzkiego mrowia. Jednak ten tłum czaruje i gdy przeczytałam Twój wpis byłam gotowa na odebranie deklaracji o Twym pokonaniu zaskoczeń wszystkim indyjskim. Wrócę jeszcze nie raz do tych zdjęć, ponieważ obrazują coś kompletnie przeciwnego mojej naturze, ale co kusi swoją potęgą i logiką. Byłam na spotkaniu hinduskim z okazji święta Diwali ku czci bogini Lakszmi. Hindusi są pięknymi ludźmi i potrafią swe piękno oprawiać w stroje i biżuterię – jednak na Twoich fotografiach znika jednostka, stając się drobiną tłumu. Ileż odcieni traci swą moc w tej perspektywie… a ileż nabiera intensywności…
    Dzięki, że w taki sposób proponujesz zamyślić się i przemyśleć tematy, które chwilę temu staraliśmy się dookreślać. Poddajesz kolejnej próbie moją (naszą) wrażliwość – już nawet ten wpis kończę jako „poruszona” – Twoje propozycje to intelektualny rozrusznik -chociaż nie wiem dokładnie co znaczy to słowo w ustach mechanika samochodowego… :)

    PS. Dziś moją uwagę zwracają także „suche” konteksty indyjskich fotografii – pozdrawiam z zapłakanego deszczem Dolnego Śląska, który wkrótce może „popłynąć”, bo leje bez przerwy, kolejny już dzień :(

  3. Torlin Says:

    Współczuję Dolnemu Śląskowi.
    Widziałem kiedyś taki filmik na Youtube, z góry filmowane skrzyżowanie dwóch dużych ulic w kształcie litery „T”. Do głównej ulicy wlewała się rzeka pojazdów z tej „od nóżki”, niektóre skręcały w prawo, co było proste, ale część chciała skręcić w lewo, inne zaś z głównej drogi z kolei w lewo w „nóżkę litery T”. Ani jednej stłuczki.
    Ty się z Tes Teqiem umówiłeś na pisanie o zlikwidowaniu przepisów drogowych?

  4. hirundo Says:

    Dzień dobry Torlinie, współczucie odniosło skutek, bo przestało lać, ale ziąb okrutny (tylko 8 stopni C).
    Kiedyś, za rządów Radżiwa Gandhiego, słyszałam jego ostrą ripostę dotyczącą pomysłów na zmotoryzowanie kraju. Kategorycznie się sprzeciwił, uznając, że zmieniłoby to oblicze Indii oraz stało się wielkim problemem ekologicznym dla świata (vide Chiny).
    Jako programowa „piechota” pozostaję w ciągłym konflikcie z hegemonią naszych kierowców, ludu agresywnego i niewrażliwego na przejścia dla pieszych.
    Krzysztof Mroziewicz mógłby nam wytłumaczyć różnice mentalne i ich przejawy w strefie cywilizacji europejskiej i w Indiach. Chociaż… „świętych krów” ci u nas dostatek :)

  5. larix Says:

    .. odmienność szalonych kontrastów życia – szokujących podziałach na kasty społeczne – np. niedotykalni…
    Jednocześnie od wieków to właśnie Indie przyciągały swoją wyjątkowością cudzoziemców: koloryt, klimat, roślinność, zapachy korzenne, barwniki, duchowość i mentalność ludzi potrafiących znajdować radość chociażby z najmniejszych przejawów „dobrobytu”.
    Jednocześnie skrajne wyczerpanie głodem, bo i tak przecież tam bywa. Tak łatwe pogodzenie się z losem.

    Życie w świecie fantazji bajecznych kolorów, także świat ich religii, mentalność – może to pomaga w ich specyficznej drodze życia.
    Podobno człowiek ma zdolności przystosowawcze do przeróżnych przeciwności i ze wszystkim jest w stanie sobie poradzić – taki chaos na drodze to potwierdza.
    My w tłumie – przecież jakoś także nie wpadamy i nie tratujemy siebie.

    A co do brudów, pomyślałam jak jeszcze z 200 lat temu pachniały ulice naszych europejskich miast. Jak „cuchnęły”, ulice i rynsztoki.
    To nie znaczy jednak, aby Indie doganiały współczesny świat, tak długo jeszcze.
    Higiena – lepsza, bardziej dostępna służba zdrowia (nie taka jak ten na zdjęciu „dentysta” uliczny) i pomoc świata w budowaniu rynku pracy. Wiadomo łatwiej jest mówić nawet tym w Brukseli.

    • Logos Amicus Says:

      Kasiu, Indie to kraj naprawdę fascynujący (i nie jest to tylko moje zdanie). Piszę to bez żadnej przesady.
      Bez wątpienia to najciekawszy, najbardziej niezwykły, zróżnicowany (skontratowany), a także najbardziej fotogeniczny zakątek świata, do jakiego udało mi się w moim życiu dotrzeć.

      Tutaj przedstawiam tylko jedną stronę Indii – więc niewątpliwie błędem byłoby, gdybyśmy tylko na tej podstawie wyrabiali sobie opinię o tym kraju (albo, tym bardziej – osądzali, czy też oceniali, styl życia zamieszkujących go ludzi).

      Jedną rzecz chciałbym sprostować (gdyż napisałaś: „… jednocześnie skrajne wyczerpanie głodem, bo i tak przecież tam bywa” )
      Z tego co wiem, mimo wszystko w dzisiejszych Indiach nie ma problemu głodu, w przeciwieństwie choćby do krajów afrykańskich.)

      • sarna Says:

        Kasiu, czy istnieje coś takiego jak indyjska szkoła witrażu? To przecież kraina barw, baśni, religii i świątyń. Raj, wyzwanie dla ludzi witrażu. Amicus słusznie zauważa, że Indie mają obok przaśnego realu , specjalnie wyreżyserowane, folderowe oblicze dla turystów. To dopiero pole do popisu dla witrażystów.
        pozdrawiam

  6. Kartka z podróży Says:

    Trudno mi pisać o Indiach bo nigdy tam nie byłem. Nie planuję też tam jechać bo myśle o innym projekcie. Ale czytałem sporo. Wrażenie na mnie zrobiła książka „Masala” Maksa Cegielskiego – pamiętam, że kupiłem ją wraz płytą grupy o tym samej nazwie. Książka ciekawa, bo autor wylądował w Indiach w dość trudnej sytuacji – świeżo po odwyku heroinowym. Zresztą przetrwał ten odwyk marząc o podróży do Indii. Tak więc książka była nie tylko o Indiach ale i o rozbitym człowieku, który w tej scenerii zbierał się do kupy. Pewnie dlatego była tak ciekawa
    Pozdrawiam

  7. tani1 Says:

    A wiesz, co mi przychodzi do głowy…? Z krajami jak z ludźmi… W każdym są piewcy (zazwyczaj neofici) i zajadli przeciwnicy (ludzie o małych serduszkach), a my… no cóż, pozwólmy im po prostu żyć tak jak chcą. Tylko tyle. Odpowiada im chaos, tłok czy brak higieny… No żyją, no umierają tak, no to jest to, czego nie wybrali, takie życie jest dla nich naturalne jak powietrze. Ja się do Indii nie wybieram, wolę je oglądać choćby w takich ciekawych i kolorowych reportażach jak Twój. Masz szczególny dar fotografowania ludzi, jak mój przyjaciel B. To się widzi i czuć te emocje, widać, że to są żywi ludzie, że to nie jakaś lipa, no wiadomo, jak ktoś ma nie tylko dobry sprzęt to takie zdjęcia wychodzą. Ponieważ nie widziałam, nie byłam i nie wiem, to nie mogę mieć zdania. Wiem, że świat, w który się wchodzi, chcąc nie chcąc powinniśmy jakoś akceptować. Ty robisz to po swojemu, po reportersku. Miło się to ogląda i czyta.
    Macham

  8. iwona Says:

    Brrr, fe, fe, i jeszcze raz fe…kiedy patrze na ulicznego dentyste. Za Chiny Ludowe nie pojade do Indii. Brzydze sie brudem. Juz patrzac na ten wszedobylski balagan i brud mam ochote przetrzec monior Lisolem :) zdjecia piekne, na pewno przezycie niesamowite. Jednak widzac tak wychowane spoleczenstwo nawet w hotelu 10 gwiazkowym nie czulabym sie bezpiecznie z samitarnego punktu widzenia.

    • sarna Says:

      Iwona, z tym 10* hotelem zaryzykuj, tam pewnie na całą obsługę składają się Polacy.

      pozdrawiam

      • iwona Says:

        ?? az tak licznie tam emigrujemy??

      • sarna Says:

        Nie mam pojęcia, nawet nie zerknęłam do statystyk, tyle że Polacy są już chyba wszędzie. Np. przy okazji ostatniego trzęsienie ziemi na Haiti okazało się, że obecność Polaków i ich zadomowienie od lat 90-tych XVIIw są faktem. Faktem też jest, że wodzem indiańskiego plemienia też był Polak.
        Obecnie, globalizacja i gospodarka rynkowa zrobiły swoje. Polacy migrują gdzie się da i trudnią się czym się da. Mamy przykład prof. A. Wolszczana, mamy przykłady swoich znajomych, którzy są lekarzami, misjonarzami, urzędnikami, kelnerami i pomocą domową. Zaledwie kilkanaście kilometrów od mojego miasteczka jest seminarium Księży Werbistów, którzy organizują m.in. pomoc dla Indii. Czasami wpadam tam by obejrzeć ich piękne zbiory przywiezione z różnych zakątków świata. Gdzieś też wyczytałam, że Polak udoskonalił indyjski kołowrotek. Tak więc, choć pewnikiem jest, że Polacy pracują w Indiach (np. praktyki studenckie w międzynarodowych korporacjach, szpitale i ośrodki leczenia dotkniętych trądem), to o Polakach zatrudnionych w hotelach palnęłam odruchowo, bo gdzie jak gdzie, ale w obsłudze hotelowej o Polaków nietrudno. W Indiach chyba raczej ich tam nie znajdziemy. Tam wyzyskiwaną siłą roboczą są już dzieci, po co mieliby przepłacać Polakom?
        Zabiłaś mi ćwieka, nie słyszałam o pracy Polaków na szerszą skalę w Indiach. Pobuszuję w wolnym czasie po statystykach.
        – zmuszasz do refleksji i rewizji zasobów wiedzy, dzięki

  9. czara Says:

    Piękne zdjęcia!
    Pozdrawiam serdecznie.

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiem, czy gdybym zobaczył podobne zdjęcia gdzie indziej, to nazwałbym je „pięknymi”.
      Pewnie nie. To chyba jednak niezbyt adekwatne (w tym przypadku) określenie.

      Akurat w prezentowanej tu serii zdjęć nie chciałem pokazać „piękna” Indii – no i tego piękna tu przecież nie widać. (Cóż może być pięknego np. w tym nędznym i groteskowym ekwipunku „denstysty”, w przebijającej się z tych zdjęć biedzie, albo w tym ulicznym zbitku „masy” ludzkiej i środków lokomocji?)

      Oczywiście mam również w swoich zbiorach zdjęcia, gdzie to ewidentne piękno Indii jest widoczne, gdzie są Indie „jak z obrazka”, „folderowe”, jak z reklamy biura podróży…
      Mam mnóstwo fotografii przedstawiających ludzi – ich niewątpliwe piękno, ujmujące człowieczeństwo, egzotyczny apparel, etnourage i urodę

      Ale tym razem zależało mi na tym, by przedstawić inną fasadę indyjskiej rzeczywistości – i co najważniejsze – wpisanych w tę specyficzną rzeczywistiość ludzi. Czyli Indie w obrazach pogłębiających nasze wyobrażenie pewnego typu społeczeństwa, naszych „bliźnich” żyjących w innych warunkach – w odległym zakątku naszej planety.
      (I nie wiem, czy to „osłabia” poruszony przeze mnie w poprzednim tekście problem bezdomności – ukazanej w kontekście cywilizacji Zachodu. Moim daniem nie osłabia a zmusza do pewnej refleksji, rewizji naszych stereotypów – przedstawiając to w innym świetle, w innej rzeczywistości, w innej kulturze i warunkach.)

      • czara Says:

        Drogi Logosie, nie obruszaj się tak, nie ma potrzeby. ;) Piękno fotografii nie polega tylko na jego pocztówkowym aspekcie, zresztą to pewnie świetnie wiesz, zakładam że tylko się droczysz. Ten frenetyczny rój ludzi, widziany jakby z lotu ptaka – mogłabym oglądać te zdjęcia bez końca.

        Natomiast nie jestem pewna, czy ta notka doprowadza do rewizji moich poglądów, czy raczej ich nie umacnia… Brud, ścisk, słonie na ulicach i uliczny dentysta – to obraz Indii, o których się dużo mówi. To co piszesz o „nudnawej schludności” jest też, dla mnie wizją pewnego typu turysty, który raczej szuka czasu, który powinien się zatrzymać, niż rozwoju i prawdziwej twarzy miejsca, które odwiedza…

        PS I jak – czy ten komentarz jest już bardziej akceptowalny? :)
        Pozdrawiam bardzo serdecznie,
        czara

      • iwona Says:

        Dla mnie one sa piekne w swoim wyrazie. Nie o pieknie Indii tu chyba piszemy, co o zdjeciach. Technice, tematyce, ujeciu. Sa piekne. Swiatlo, kolor, akcja, zatrzymana chwila. Oddaja wlasnie zycie. I dlatego sa piekne :)

      • Logos Amicus Says:

        No niech Wam będzie – jak tak bardzo chcecie, to możecie te zdjęcia nazwać pięknymi. Już nie będę oponował :)

        Masz rację, Czaro… pokazując słonie na indyjskiej ulicy, czy też „ulicznego” denstystę, utrwalam stereotypowy obraz Indii, jako kraju zacofanego. A przecież państwo to rozwija się w niezwykłym tempie i tylko patrzeć jak stanie się światowym mocarstwem ekonomicznym (jeśli jeszcze takim nie jest).
        (I tak, tak… są tam również gabinety dentystyczne z prawdziwego zdarzenia – a hinduscy lekarze nie mają raczej problemu, by w Stanach nostryfikować swoje dyplomy.)

        Nie zgodzę się jednak z Twoim zarzutem, że w innych krajach szukam czasu, który „powinien” się zatrzymać.
        Otóż nie uważam, że powinien.
        Jednakże to, co było dawniej, jest dla mnie bardziej „prawdziwym” obliczem kraju, niż to, co przynosi ze sobą globalizacja, unifikacja, homogenizacja – wyrównywanie światowych standardów.

        Wyruszam w świat także w poszukiwaniu tej „inności”, odrębności, różnicy… także oryginalności, unikalności i egzotyki. Jeśli zaś wkrótce świat wszędzie będzie wyglądał tak samo, to mająca taki cel podróż, przestanie mieć sens.

  10. sarna Says:

    A ja w pierwszym momencie poczułam wyraźnie dwa zgrzyty mające swe źródło w kontraście.
    – Pierwszy dotyczy tego zgiełku, bałaganu, scenki jakby z innej epoki, a nad tą scenką rodzajową pięknie rozpięta przez całą szerokość ulicy współczesna, drogowa tablica informacyjna jakiej nie powstydziłaby się stolica państwa europejskiego ;)
    – Drugi zgrzyt spowodowany był tym, że chwilę wcześniej miałeś wpis o bezdomności, która jawiła się z naszego punku widzenia, w odniesieniu do naszych realiów, czymś zasługującym na współczucie, pomoc, a czasami na krytykę i politowanie czy połajanie. Pokazanie tego morza ubóstwa na indyjskiej ulicy sprawiło, że problem bezdomności w krajach europejskich, czy nawet Ameryce, wydał mi się zjawiskiem marginalnym. Wiem, rozum i rozsądek mówią, że tak nie można traktować tej kwestii, tym bardziej, że to są tragedie poszczególnych ludzi, a tych już nie można bagatelizować, ale zestawienie przez Ciebie kolejności wpisów osłabiło wydźwięk tego pierwszego (przynajmniej w moim odbiorze).
    Poza tym mam jeszcze jedna refleksja: bezdomność, z którą się spotykamy w realu, budzi w nas zawsze – oprócz chęci pomocy – odruch odsunięcia się na bezpieczną odległość od brudu i jego zapachu. A na zdjęciach, choćby nie wiem jak epatowały tym smrodem, brudem, ubóstwem, zachwycamy się kolorystyką, orientem, dostrzegamy, że są to żywi ludzie i szanujemy ich wybory.
    Zastanawiające.
    * * *
    W kontekście tego co piszesz i co pokazujesz na zdjęciach, widok sygnalizacji świetlnej wręcz bawi. To “coś” działa?
    W ostatnią niedzielę wpadłam na motokros żeby odreagować “stresa”. Nigdy nie rozumiałam, co jest fajnego w tym że stoisz na zakręcie gapiąc się jak na ciebie pędzi rozpędzony pojazd, nad którym kierowca traci panowanie. Ale jednak jazda jest przednia, niezła adrenalina i to powstrzymywanie się do końca z decyzją – wiać czy może jednak junak wyrówna tor i w ostatniej chwili przejedzie obok ciebie o pół metra obsypując piachem? :)
    Tor jest świetnie urządzony, z jednego punktu widokowego widać kilka podjazdów i tras, a wszystkie jakoś tak poprowadzone, że w jednej chwili miało się te dziesiątki rozpędzonych motorów jednocześnie przed, za sobą i z każdego boku. Jeden wielki ogłupiający ruch i huk. Na tej indyjskiej ulicy też jest niezły młyn i chyba adrenalina porównywalna z tą gdy widzisz pędzący na siebie pojazd.
    pozdrawiam

  11. Logos Amicus Says:

    Nie wiem, czy pokazane tu zdjęcia “osłabiają” poruszony przeze mnie w poprzednim tekście problem bezdomności (ukazanej w kontekście cywilizacji Zachodu).
    Moim daniem osłabiać nie powinny (ten problem pozostaje przecież taki sam – bez względu na jakieś tematyczne sekwencje). Raczej sprowokować do pewnej refleksji, rewizji naszych stereotypów – ukazując pewien aspekt człowieczeństwa w innym świetle, w innej rzeczywistości, w innej kulturze i warunkach.

    Piszesz: „bezdomność (…) budzi w nas zawsze – oprócz chęci pomocy – odruch odsunięcia się na bezpieczną odległość”.
    Zastanówmy się jednak, który z tych odruchów jest w nas silniejszy (a tym samym, który „zwycięża”?).

    I jeszcze: „A na zdjęciach, choćby nie wiem jak epatowały tym smrodem, brudem, ubóstwem, zachwycamy się kolorystyką, orientem, dostrzegamy, że są to żywi ludzie i szanujemy ich wybory.”
    Nie jestem pewien czy ci ludzie dokonują wyboru – sposobu życia, czy też warunków w jakich żyją.

  12. ela Says:

    – Pisząc o wyborach, nawiązywałam do stanowisk w komentarzach. To taka moja wredna parodia wypowiedzi.
    Osobiście nie sadzę by bezdomność w czystej formie była czyimkolwiek wyborem (naturalnie myślę o osobie zdrowej na umyśle, bo w przeciwnym wypadku to już zupełnie nie ma mowy o jakimkolwiek wyborze).

    – Który z odruchów jest silniejszy?
    Przyzwoitość. I nie ma ona nic wspólnego z tym, że z obrzydzenia podnosi mi się zawartość żołądka. Raz, bo to niezależny ode mnie fizyczny odruch, a dwa, to skoro Oni nie robią nic, by nie śmierdzieć (nie pachną przecież brzydko wszyscy bezdomni, a tylko nieliczni, którzy odrzucają wszelką pomoc związaną z przestrzeganiem reguł ośrodków pomocy), to ja też nie muszę tego smrodku bohatersko znosić. Jedno to czuć fetor, a drugie, to dać odczuć, że mi to się nie podoba. Ciągle jestem w grupie tych, co milcząco znoszą przykrą woń bezdomności. Podobnie jak Torlin wolę wysiąść z autobusu niż demonstrować swoje niezadowolenie. To głupie, ale nie potrafię się wyzbyć poczucia winy, że mam się lepiej.

    – Gdy pisałam, że obecny wpis osłabił odbiór poprzedniego, to chciałam powiedzieć, że gdy chodzi o inną kulturę, to dla naszego widzenia istotny jest nie tylko punkt siedzenia, ale i punkt odniesienia. Bezdomność sama w sobie jest tym samym wszędzie, ale u nas postrzegamy ją jako brak lokalu mieszkalnego, meldunku – warunki egzystencji poniżej minimum urągające ludzkiej godności, itp.
    A już np w Indiach te mizerne warunki egzystencji są normą, która nie jest postrzegana jak bezdomność. Dla mnie, Europejczyka patrzącego okiem stereotypu człowieka wychowanego w innej cywilizacji, indyjska ulica to rzeka bezdomnych – lub mających domy – ale żyjących w skrajnej nędzy. Stąd wrażenie, że ci nieliczni bezdomni na ulicach naszych miast to zjawisko marginalne.

    • Kartka z podróży Says:

      Ela
      Może nie temat Indii ale ciągu dalszego rozmowy o bezdomności i biedzie.
      Siedziałem dziś nad tekstem autobiograficznym tekstem Orwella „W hołdzie Katalonii”. I taki fragment znalazłem: „Wobec zimna inne niewygody zdawały się drobnostkami. Wszyscy byliśmy oczywiście ciągle brudni. Woda dla nas, podobnie jak żywność, przyjeżdżała na grzbietach mułów z Alcubierre i przydział wystarczał na mniej więcej jedną czwartą dnia. Cóż za ohydna woda, odrobinę bardziej przezroczysta od mleka. Teoretycznie przeznaczona była tylko do picia, ale zawsze co rano wykradałem miskę, aby się umyć. Jednego dnia myłem się, a następnego goliłem; wody nie wystarczało nigdy na obie czynności na raz. Stanowisko cuchnęło obrzydliwie, a tuż za małym obwałowaniem okalającym barykadę zalegały wszędzie ekskrementy. Niektórzy z żołnierzy notorycznie załatwiali się w okopie — wstrętny zwyczaj, szczególnie gdy przychodzi robić obchód w ciemnościach. Ale brud nigdy mnie nie martwił. Ludzie za bardzo przejmują się brudem. To zadziwiające, jak szybko można się przyzwyczaić do radzenia sobie bez chusteczki do nosa i do jedzenia z cynowej miski, która służy również jako miednica do mycia. Także spanie w ubraniu przestaje być uciążliwe już po jednym czy dwóch dniach. Ściąganie ubrania na noc, nie mówiąc o butach, nie było oczywiście możliwe; obowiązywała nieustanna gotowość bojowa. W ciągu osiemdziesięciu nocy zdjąłem odzież tylko trzy razy, chociaż udawało mi się to zrobić niekiedy w ciągu dnia. Dla wszy było na razie za zimno, ale szczurów i myszy nie brakowało. Często się mówi, że nie sposób spotkać myszy i szczurów w jednym miejscu, lecz to nieprawda, zależy to tylko od tego, czy jest dla nich wystarczająca ilość żywności.”
      To prawie jak indyjskie slumsy – tyle, że zimno. Orwell takie zycie wybrał służąc w anarchistycznej republikańskiej milicji w czasie wojny domowej w Hiszpanii.
      Pozdrawiam

      • hirundo Says:

        Ekskluzywna higiena w Europie jest pomysłem względnie nie starym. Pisze o tym niemiecki badacz kultury Norbert Elias w „Przemianach obyczajów w cywilizacji Zachodu” – niektóre spostrzeżenia są szokujące.
        Weźmy taki Wersal np. – nie posiadał kanalizacji i toalet – co powszechnie przecież wiadomo. Jan Sobieski, sadząc się na polski Wersalik, czyli Wilanów, miał zapraszać okolicznych chłopów, by, za przeproszeniem, sikali na
        fasadę pałacu, po to by nabył wersalskiego zapachu – widać szpan niejeden ma wyraz, niejeden ma zapach.
        W średniowieczu nawet mnisi mieli zakaz rozbierania się do snu i mycia, broń Boże! – kojarzono higienę z
        czarną śmiercią (rozprzestrzeniała się w łaźniach).

      • sarna Says:

        Kartko, starasz się być nie mniej dokuczliwy względem mojej awersji do smrodku niż ja względem Amicusa ogólnie? ;)
        Wygląda na to, że Orwell chciał dbać o higienę, ale nie miał możliwości, czego już nie można powiedzieć o Napoleonie i jego Józefinie.
        Swoją drogą człowiek może wiele znieść. brrr

        PS Skutek odniosłeś, nawet pozytywny, bo spowodowałeś, że musiałam się podrapać tu i ówdzie, dzięki czemu porozciągałam troszkę mięśnie.
        pozdrawiam

      • Logos Amicus Says:

        Wy tu ciągle o tym zapaszku… ;)
        Ale, jak tak sobie przypominam te hinduskie miejsca (place, ulice, bazary…), to tam absolutnie nie dominował jakiś odór, smród czy fetor (najbardziej przykry pod tym względmem był spalinowy smog w Delhi – on rzeczywiście powodował, że jak najszybciej chciałem z tego miasta uciec).

        Nie przypominam sobie również jakiegoś dojmującego smrodu fekalii, (który utrzymywałby się prtzez dłuższy okres czasu).
        Ganges też nie śmierdział tak, jak się tego spodziewałem 9obawiałem) – stamtąd, czyli z Varanasi, pamiętam zamiast tego… lekko słodkawy zapach palonych zwłok, a później odurzający zapach kadzideł podczas wieczornej, odprawianej nad Świętą Rzeką Hindusów, Pudży.

        Najsilniejszym wspomnieniem „zapachowym” z Indii są jednak dla mnie zapachy przypraw, czyli te zwiazane z kuchnią – wszelkie substancje zapachowe spotykane na targach, bazarach, przy zwykłych ulicznych stoiskach z jedzeniem. I muszę zdecydowanie oświadczyć, że były to wrażenia raczej przyjemne… niektóre z nich działały nawet lekko… upojnie, niczym afrodyzjak.
        Ładnie pachniały też indyjskie kobiety, ale… jako że byłem tam (w zasadzie) w towarzystwie żony, więc zbyt intensywnie sam tego nie sprawdzałem ;)

      • sarna Says:

        No tak, kuchnia, nie dziwię się, że Ciebie uwiodła i nic w tym złego. Wypocisz grzeszki na siłowni ;) by mieć względy u Europejek :)
        PS Jak pachniały Amicusie indyjskie kobiety?

    • iwona Says:

      Ela nie mozna miec poczucia winy, iz sie ma lepiej. Na „lepiej” skladaja sie czynniki, ktore sa od Ciebie wielokrtonie zalezne. To powinno byc raczej powodem do dumy, nie mylic z pycha. Jest Ci lepiej, i brawo. To lepiej jednak moim zdaniem daje pewne zobowiazania dla tych co maja gorzej. I dopiero wtedy mozna by cos powiedziec o poczuciu :winy: choc tez nie do konca.

  13. hirundo Says:

    Zapachy świata zwane tu ironicznie smrodkiem lub zapaszkiem są integralną częścią zmysłowej informacji o miejscach, o ludziach. Logos pogłębia nasze odczucia, uzupełniając fantastyczne fotografie (jest to jedyny znany mi przypadek, że „widok” pozuje (!) fotografikowi – Logos współistnieje ze swymi kadrami, jak one z nimi – Jego „widać” w tych zdjęciach… Jego pasję i talent, TALENT i PASJĘ).
    Zapachy są zawsze splotem fetoru i aromatu – jak piżmo i konwalia, czy ambra i fiołek (pomieszczenie wypełnione upajającym zapachem konwalii lub kruszyny czy lilii staje się nie do zniesienia! a wyperfumowana „dama” w tramwaju jest wręcz agresywna zapachowo !).

    Dla mnie miejsca także mają swoje wizytówki zapachowe: Budapeszt pachnie parzoną kawą, Paryż serem pleśniowym (raczej „zapaszek”), Londyn morzem, Drezno piwem, Opatija sardynkami (świeżymi), Split cząbrem… Warszawa uryną dworca głównego i przejść podziemnych, Poznań i Wrocław – niestety podobnie.
    Nawet nie chce mi się zakładać, że „zapaszki” miałyby mnie zatrzymać w pieleszach domowych, czy dość upiornych hotelowych gettach. Świat to nie „cepelia”. To raczej zaułki i zakamarki, oczy i usta ludzi, stopy i dłonie, to aromaty splecione z fetorem (portów, rzeźni, zaplecza restauracji i garkuchni, toalet publicznych i miejsc żyjących nocą). Odwiedzający nasz kraj także odbierają go organoleptycznie – i czasami (często (?) ) muszą mieć odruch wymiotny, gdy kamieniczki w centrum wielkich miast „cuchną”, gdy parkowe alejki ( i nie tylko) „zdobią” psie kupy, gdy przystanki pod arkadami kamienic są poplamione wstrętnie wydzielinami (a przecież jest chemia do higieny miejskiej) . Co miejsce to zapach. Kiedyś „świat” rozpoznawał nas, Polaków, po „zapachu” papierosów „popularnych”…

    Wędrowanie po świecie, jakie uprawia Logos, jest wieloaspektowe i poznawcze. Wędrowanie przez świat, jakie uprawia Kartka jest totalne i organiczne – wędrujcie, wędrujcie, Pielgrzymi naszej wyobraźni… Pozdrawiam ulewnie, choć wolałabym wylewnie, nawet nie ośmielam się życzyć „powodzenia”, bo u nas te życzenia się sprawdzają :(

    • Logos Amicus Says:

      Hirundo,
      dzięki za te – jakże działające na wyobraźnię, tudzież inne organy – wycieczki organoleptyczne po świecie. Nikt tak dobrze się do tego nie nadaje, jak kobieta właśnie – bardziej wrażliwa (ponoć) na wszelkie fumy, wonie i zapachy.
      My, mężczyźni, nawet (tak ważnych dla nas) feromonów nie możemy wyczuć (świadomie, of course) naszym aparatem powonienia.

      Sarno,
      o ile dobrze sobie przypominam, to o bezdomności była mowa w poprzednim wpisie, no a teraz zajmujemy się (ogólnie) zapachami… – że tak się wyrażę – światowymi ;)

      • sarna Says:

        Amicusie, ja w kwestii formalnej ;)
        „Zapachy świata zwane tu ironicznie smrodkiem lub zapaszkiem” – rozmowa do której akurat nawiązał komentarz dotyczyła jednej z kwestii bezdomności i ubóstwa tj. ich zapachu, który jest również zapachem świata ( i bynajmniej nie ironizowaliśmy, a serio), więc skoro już rozmówca nawiązuje do naszej rozmowy to prostuję jeśli suponuje coś, czego nie powiedzieliśmy.

        A meritum wpisu były nie stricto zapachy, a jak sam piszesz ” Czyli Indie w obrazach pogłębiających nasze wyobrażenie pewnego typu społeczeństwa, naszych “bliźnich” żyjących w innych warunkach – w odległym zakątku naszej planety” Zapachy wypłynęły po drodze i rozmowa o nich jest równie uprawniona jak i o brudzie, ubóstwie, bezdomności. Sadziłam, że każdy pisze o tym, co dla niego jest istotne w tym temacie, a nie co jest istotne dla Ciebie.
        Sorry, ośmieliłam się mieć swoje zdanie ;)

  14. sarna Says:

    Hirundo, już wiemy jaki z Ciebie wagabunda, tyle, że my tu generalnie o zapaszku bezdomności, bez ironii, szczerze, o tej którą możesz dojrzeć i poczuć już za rogiem, no chyba , że tak zwie się przydomowa kwiaciarnia: fiołek i piożmo, wsio rawno , znaczy się jedno wielkie g :_)

    PS Bez złośliwości, ale zamiast agresywnie wyperfumowanej damy w tramwaju życzę Ci dyskretnego fetorku bezdomności

    • hirundo Says:

      Sarno! Dlaczego tak mi życzysz? Ja sobie raczej nie życzę…

      • sarna Says:

        Sorry Hirundo, ale tak opacznie odczytałam Twój komentarz. W rzeczywistości nie życzę Tobie, ani nikomu innemu, bo to do przyjemności nie należy. Ot przykra rzeczywistość z którą musimy nauczyć się jakoś radzić. Problem polega na wyczuciu granicy naszego człowieczeństwa, która jest bardzo nikła. Bo z jednej strony nad zapaszek ważniejszy jest człowiek go rozsiewający, a z drugiej strony mamy ograniczone naszą fizycznością granice wytrzymałości naszych organów zmysłu. Czasami te drugie górują, co nas samych zawstydza, ale czy zawsze , w każdej sytuacji z tego powodu musimy się czuć winni?
        pozdrawiam

      • iwona Says:

        Jesli od kogos smierdzi, to smierdzi. Koniec i kropka. Jesli z tego powodu czlowiek zatyka nos, wymiotuje w kacie, zbiera go na wymioty i co tam jeszcze sie mu dzieje – musi sie tak zachowac. Tez koniec i kropka. Ten odruch nie jest odruchem odrzucenia biedy, czy negatywnego jej postrzegania. Nie ma sie czego wstydzic. To zdrowy odruch, a nie musi on zawsze niesc brak pozytywnego czynu. Zreszta w najgorszej akcji ratunkowej, zawsze, zawsze najwazniejszy jest ratownik. Jego zycie i bezpieczenstwo jest najwazniejsze a dopiero pozniej ratowanego.
        Zapach Hindusa… z moich _ubogich_ doswiadczen – nie cierpie tego zapachu. Zapach przypraw, niedomytych cial, braku uzywania dezodorantow plus watpliwa higiena jamy ustnej jest dla mnie jednak nie do przetrawienia….

  15. sarna Says:

    Amicusie, a propos Indii, obiecałeś mi koronki ;) jest nadzieja?
    pozdrawiam

  16. hirundo Says:

    Sarno! Popatrz może w ten sposób – do wczoraj ktoś miał wszystko, czego dusza zapragnie – willę z ogrodem, basenem – jak zwał, tak zwał – spełniona górna półka stereotypowych marzeń. Dzisiaj taki ktoś stoi w wodzie i patrzy z przerażeniem, że nie ma już niczego, bo powódź (która właśnie się rozlewa po Polsce, a właściwie po Europie Środkowej) – zabrała to wymarzone WSZYSTKO. Z braku ubezpieczenia powrotu do raju raczej nie będzie – bardzo współczuję wszystkim powodzianom, z których może ktoś przedwczoraj czytał u Logosa o bezdomności, jako o abstrakcyjnym dla niego stanie egzystencji. Proponuję zmianę perspektywy na bardziej empatyczną…

    • sarna Says:

      Hirundo, nie czytałaś uważnie:

      – ani moich komentarzy, bo wówczas wiedziałabyś jak postrzegam bezdomność i jaki jest mój stosunek do niej i ludzi nią dotkniętych,

      – ani komentarza z życzeniami, bo: wyraźnie jest mowa o zamianie jednej woni na drugą w tramwaju, a nie życzenie komuś bezdomności,

  17. Kartka z podróży Says:

    Logos wczoraj pisał o zapachach Indii więc zastanawiałem się nocą jak pachnie Hiszpania. I nie mogłem jednoznacznie tego zapachu odtworzyć. Inaczej pachnie nad Atlantykiem, w portach a inaczej na wyschniętej messecie. Ale Hiszpanki pięknie pachną – bardzo dyskretna nutka perfum, ciut ciut potu i zapach suszonego na słońcu prania. Ja bardzo lubię zapach wysuszonych na słoncu ubrań. A oni na prowincji suszą na sznurach przewieszonych nad ulicami.
    Zresztą w niektórych miasteczkach piorą jeszcze w kamiennych pralniach zbudowanych na placach. To płytkie baseniki z kamiennymi przegrodami przez które przepływa woda – kobiety trą tymi ubraniami o kamienie i obok wieszają. Pewnie kiedyś to były również wodopoje dla bydla. W Polsce dawno temu w ten sposób prano nad strumieniami. Bardzo przyjemnie jest z hiszpańskimi kobietami posiedzieć mocząc nogi w pralni.
    To relaksujący kraj
    Pozdrawiam

  18. Neha Says:

    Niestety problem glodu jest; chocby w Madhya Pradesh. W ciagu ostatnich 5 lat zmarlo ok. 500 tysiecy dzieci z niedozywienia. W MP 60% dzieci ponizej piatego roku zycia jest zagrozonych smiercia z niedozywienia, co stawia MP na rownej pozycji z krajami afrykanskimi.
    40% tamtejszej spolecznosci zyje ponizej tzw. progu ubostwa, przez organizacje swiatowe wyznaczone na ok. 2 dolary dziennie, ok. 80 rupii. Indyjski rzad swego czasu ustalil prog ubostwa na 10! rupii dziennie (ale, sa dotacje rzadowe na zywnosc, wiec tez ostroznie prosze).
    Statystyki…jasne, mocno niedokladne w przypadku tak silnej migracji ludnosci jaka obserwuje sie miedzy innymi w MP.

    Gandhi pisal ze :”glod jest najgorsza forma przemocy”.

    Dentystow ulicznych mozna zobaczyc takze na marokanskich marketach – ale nie pozwalaja sie fotografowac (nawet nie mialam zamiaru). Niektorzy chca, jak mi sie wydaje, przy ich ubostwie ocalic to co najcenniejsze – wlasna godnosc. Bywaja i takie zakatki swiata, gdy za drobne pieniadze mozna sfotografowac rowniez nedze.

    Brud, istnieje, tam gdzie bieda oczywistym wyborem jest zakup chleba – wydaje sie, ze w tym sensie budzi w nas wspolczucie czy zrozumienie sytuacji, ale jak zrozumiec brud w srodku cywilizowanej Europy, w domach ludzi, choc za ich oknami, na ulicach regularnie sie sprzata?

    Gmatwanina kabli elektrycznych nie jest wylacznie indyjska specjalnoscia- proponuje rzucic okiem na rumunskie miasteczko Ploesti-komu palme pierszenstwa? Trudny wybor.

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuję za ten kompetentny i rzeczowy komentarz.

      Trudno mi uwierzyć w tak wielkie rozpowszechnienie głodu w Indiach (te informacje, do których miałem dostęp, na to nie wskazywały). W miejscach, gdzie przebywałem, też nie było to widoczne, choć zdaję sobie sprawę z tego, że tam gdzie byłem (Północne Indie, a zwłaszcza Radżastan) ludności wiedzie się nieco lepiej, niż w innych rejonach kraju.

      Jeśli ludzie w Indiach głodują i to na taką skalę – to jest moim zdaniem (anty)humanitarny skandal, tym bardziej, że Indie zaliczane są do światowych potęg ekonomicznych, czyli stać je na to, by sobie z tym problemem poradzić. Ale, jak widać, likwidacja głodu nie jest to dla tego państwa priorytetem (i tu się zastanawiam, czy nie jest to aby pochodną specyficznego, panującego w tamtej kulturze, stusunku do cierpienia innych ludzi… który, niestety, możemy po prostu nazwać obojętnością).

      Nie jestem pewien tego, czy jeśli robiłem zdjęcie np. temu ulicznemu denstyście, to w jakiś sposób odbierałem mu godność (muszę w tym miejscu zaznaczyć, że właściwie nigdy nie fotografowałem w Indiach ludzi wbrew ich woli… ale to jest mój wybór i moje podejście. Nie mogę się wypowiadać o innych fotografach. Jeśli bowiem ktoś podchodzi do fotografii poważnie, to nie może za każdym razem starać się o przyzwolenie innych na zrobienie zdjęcia – bo, stosując taki wymóg, doprowadzilibyśmy do upadku fotoreportażu – ważnego przecież instrumentu rozpowszechniania informacji o świecie.)

      Moje zdjęcie ulicznego „dentysty” na pierwszy rzut oka może budzić rozbawienie. Ale po krótkiej trefleksji można też dojść do wniosku, że społeczne (państwowe) przyzwolenie na funkcjonowanie tego typu usług jest po prostu kolejnym skandalem świadczącym o lekceważeniu (nie uwzględnianiu) przez prawo (władzę i administrację) elementarnej zasady ochrony zdrowia człowieka.

      PS. I tak, natralnie, zgadzam się: brud i bałagan na świecie jest wszędzie, tudzież gmatwanina kabli elektrycznych (telefonicznych)… – tu przypominają mi się choćby brazylijskie fawele, gdzie swego czasu natrafiłem na taki oto obrazek:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/rio-favela-kable.jpg?w=780

      • Neha Says:

        Nie wiem czy likwidacja glodu jest dla rzadu Indii priorytetem czy nie, ale nie przechodzi sie obok problemu obojetnie – dla najubozszych sa specjalne ceny na podstawowa zywnosc, kilkukrotnie nizsze od rynkowych, ale to nie tedy droga. Indie nie sa w stanie rozwiazac wszystkich swoich problemow, brak tutaj spojnej i konsekwentnej polityki panstwa – trudno zreszta liczyc na cud. Podobnie ze stertami walajacych sie wszedzie smieci. Indie ewidentnie sobie nie radza. To, ze sprzatajaca czyjs dom kobieta, usunie je sprzed naszych oczu, ale niewiele osob wie, ze czesto po prostu wyrzuci przez okno, bo blizej.
        Mowimy o kraju wielkosci powierzchniowo 10 razy wiekszym od Polski i ludnosci ponad miliarda (wlasnie trwa powszechny spis ludnosci).

        Funkcjonowanie „takich dentystow” nazywasz skandalem. Niby tak, ale w Indiach sa tacy ludzie, ktorych po prostu nie stac na lekarza. Ktoregos dnia, wracajac pozno z pracy, zauwazylismy kobiete idaca w kierunku szpitala, ciezarna. Szla i rodzila, wody plodowe odeszly w naszym w aucie. Ledwo zdazylismy. Rankiem podjechalam do szpitala, by dowiedziec sie jak sie czuje. Urodzila dziecko i w kilka godzin, w srodku nocy, zabrala je i poszla do domu.

    • Logos Amicus Says:

      Przyznaję, że można mieć problem ze spójnym określeniem stosunku do pewnych przejawów życia (postrzegania rzeczywistości) krajów spoza naszego (zachodniego) kręgu kulturowego.
      Bo z jednej strony wiadomo, że nie można naszych standardów (ani naszej miary) przykładać do panujących tam warunków, obyczajów (czyli tamtejszych realiów); ale z drugiej jednak – reagujemy tak jak reagujemy, bo przecież inaczej nie możemy, przyzwyczajeni do panujących u nas warunków opieki zdrowotnej, sposobu odżywiania się, higieny, poszanowania prywatności, dyskrecji, intymności… (Siłą rzeczy, perspektywa z jakiej patrzymy, jest inna).

      Dlatego np. sposób i warunki w jakich operuje ten uliczny dentysta, wydają mi się “skandaliczne”, podobnie zresztą jak inne aspekty indyjskiej rzeczywistości.
      Myślę, że, niestety, nie jest to tylko sprawa niedostatecznych środków, ubóstwa, braku infrastruktury – tego, że państwo sobie „nie radzi”… ale i ograniczonej świadomości, zaniechania, lekceważenia, zaniedbania, braku wyobraźni, zaburzonej hierarchii wartości…
      Nie chciałbym jednak wystawić temu krajowi jakiejś cenzurki. Wzbraniam się przed osądzaniem (ocenianiem) tych ludzi.

      • iwona Says:

        A mnie sie wydaje, ze trzeba nazwać rzeczy po imieniu. Istnieje pewien folklor danego kraju, ale jesli ludziom dzieje sie krzywda wtedy nie mozna zaslaniac tych ludzi ich zwyczajami, kulturam i ichniejszymi realiami. Tam po prostu wielokrotnie nie sa przestrzegane prawa czlowieka. System kastowy, prostytucja dziewczynek, handel nimi, palenie na stosie wdow, wielka umieralnosc kobiet w czasie porodu i nie tylko, niska ich edukacja, najnizsza ich dlugosc zycia
        (http://www2.goldmansachs.com/ideas/brics/book/BRICs-Chapter10.pdf) – nie mozna tego tolerowac w imie panujacych tam warunkow. I trzeba to ocenic, zeby zaczac cos robic. Inaczej bedzie sie tylko gapiem.

  19. hirundo Says:

    Indie to wielki temat… właśnie odkryłam bardzo ciekawy blog, który może zainteresuje Ciebie, Logosie i Twoich Gości – pobieżny podgląd pozwala w to wierzyć. Wydaje mi się, że niezłym przewodnikiem mogą być książki Mroziewicza o Indiach – nie mam złego zdania o Jego fachowości publicystycznej i dyplomatycznej – zanim został ambasadorem w Indiach, sensownie objaśniał fakty ze świata. Oto adres wspomnianego bloga:

    http://valley-of-dance.blog.onet.pl/1,CT113297,index.html

    Pozdrawiam :)

  20. Natasza Says:

    Indyjska ulica tętni życiem. Panuje ciągły ruch, ciągły hałas, tłok jest taki, że wydaje się niemożliwym wejście weń. A potem okazuje się, że może wjechać samochód… Pamiętam taką sytuacje. Szłam uliczką Starego Delhi. Żeby iść dalej musiałam przedostać się przez tłum, jaki się zgromadził nagle u wylotu małej przeczniczki. Ludzie, riksze, motocykle. Totalny chaos, wszyscy trąbią próbując się przedostać a ja cierpliwie czekam szukając najmniejszej luki by się przedostać dalej. Nagle w ten ścisk, gdzie nie dałoby się wcisnąć szpilki, na pełnym luzie wchodzi krowa… I znajduje się dla niej miejsce. Nikt się specjalnie jej obecnością nie przejął. Po prostu sobie weszła. W uliczkę tak wąską, że wątpię, że zmieściłby się samochód… W tłum ludzi, riksz i sam Bóg wie czego jeszcze… Aż się na głos zaśmiałam jak to zobaczyłam i pomyślałam, że jeszcze dużo wody musi w Gangesie upłynąć, zanim zrozumiem jakie reguły tu obowiązują i że krowa zawsze się zmieści.… A już myślałam, że w miarę nauczyłam się tu poruszać… Po tym wszystkim poszłam w ślady tejże krowy i też po prostu wlazłam tam gdzie chciałam i też się dało.

    Po jakimś czasie przestaje dziwić krowa na ulicy, mały zakład pracy na chodniku, fryzjer, który za cały zakład ma jedynie taborecik i lusterko. To wszystko staje się normalne. Teraz w Polsce brakuje mi tego chaosu. Ulice wydają się takie nudne, jednostajne. Ludzie wszyscy tacy sami, w ciągłym pośpiechu. Tutaj nie spotka się siedzącego na słupie faceta, który po prostu siedzi… Drzwi domów są pozamykane, chodniki pozamiatane, ulice puste. Nie ma potrzeby pokonywania labiryntu by przedostać się na drugą stronę drogi. Nie ma obawy, że zza węgla wyjrzy nagle święta krowa, której zamiary są nieznane…

    Nasze ulice nie mają zapachu (no może poza smrodem spalin). W Indiach smród spalin miesza się z wonią kadzideł, które są wszędzie, gotowanych na ulicach potraw, zapachem rynsztoków, które wcale tak nie śmierdzą jak mogłoby się wydawać. Do tego dochodzi to, co zostawiają po sobie wszystkie włóczące się po ulicach zwierzęta. Wszystko to daje niesamowitą mieszaninę, która zostaje na długo. Indiami pachną moje jeszcze niewyprane ubrania, kupione szaliczki, plecak, śpiwór. I jakoś nie chcę się go pozbywać. Przynamniej na razie… Jednym z zapachów, które niewątpliwie będą kojarzyć mi się z tym krajem, jest zapach ziaren anyżku. Nie wiem dlaczego, ale utkwił mi on w mojej głowie najbardziej. Jak powącham przywiezione stamtąd ziarenka widzę uliczki Delhi, Jaisalmeru, Udajpuru, Jajpuru i innych miast Rajastanu odwiedzonych po drodze. Widzę wypakowane owocami wózki będące przenośnymi sklepikami, kobietki w kolorowych sari, pędzących rikszarzy, włażące wszędzie krowy. To wszystko składa się na jeden z obrazów Indii, tego wspaniałego kraju, do którego niewątpliwie wrócę. Indie można albo znienawidzić albo pokochać. Co mnie spotkało chyba już wiadomo.

    • Logos Amicus Says:

      Bardzo sugestywny opis.
      Dziękuję :)

      * * *

      Wprawdzie wideo, które chciałbym przy okazji tu załączyć nie jest zbyt dobrą ilustracją Twojego komentarza, to jednak – jak najbardziej :) – wpisuje się w poruszony tutaj przez nas temat:

      Ale w takim Wietnamie też jest ciekawie:

      I może jeszcze – skoro weszliśmy dalej w Azję – obrazek pewnego japońskiego skrzyżowania:

      Pozdrawiam

  21. marinoblue Says:

    Indie to niesamowity kraj, ale jest tam też straszny syf i brud. W żadnym razie nie można pić wody z kranu i uważać nawet w restauracjach, czy przypadkiem nie podają wody „z kałuży” jako świeżej butelkowanej. Na ulicach widać ten cały syf. Tam nie potrafią jeździć. Jedyną zasadą jest to, że nie ma zasad. Można się o tym przekonać odbywając dowolną podróż samochodem. Bardzo prawdopodobne jest, że po drodze zobaczymy jakiegoś trupa w wypadku samochodowym, które tam są na porządku dziennym. Zdarza się, że jadąc trzypasmową „autostradą” spotyka się ciężarówkę jadącą jednym z pasów pod prąd. Nie jest to wcale rzadki widok. Najdziwniejsze jest to, że nikt tego nie pilnuje ani nie egzekwuje. Policja jest tam dla dekoracji. Zero organizacji. W miasteczku, w którym schodziłem ze statku świnie swobodnie biegają po ulicach, a krowy chodzą i nic sobie nie robią z jeżdżących samochodów i trzeba na nie uważać. Ludzie załatwiają się swobodnie na poboczach inni mieszkają w szałasach i bajka się kręci. W ruchu ulicznym najpopularniejszą rzeczą jest klakson. Używają go wszyscy, non-stop, potrza i nie potrza, co na dłuższą metę potrafi wyprowadzić z równowagi.

  22. INDIE: tłumy, zgiełk ulicy, kolory bazaru… | brulion podróżny (ilustrowany) Says:

    […] ilustracją wpisu  “ULICZNY ŻYWIOŁ”  opublikowanego na blogu “WIZJA […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s