FILMOWISKO („Biała wstążka”, „Ostatnia stacja”, „Autor Widmo”, „Alicja w Krainie Czarów”)

festival.banner.wl

„BIAŁA WSTĄŻKA” („Das Weisse Band”, reż. Michael Haneke)

 * * * * * *

Czy tylko w Austrii najistotniejsze sprawy rozstrzygają się w podziemiu? Czy to przypadek, że właśnie tam Zygmunt Freud zaczął sięgać do głębin podświadomości, które decydują (ponoć) o naszych świadomych poczynaniach? A Fritzl? Jak to możliwe, że funkcjonujący normalnie w społeczeństwie człowiek mógł przez prawie ćwierćwiecze trzymać w piwnicy swoją córkę, gwałcić ją i zmuszać do rodzenia całej gromady dzieci?

„Biała wstążka” – Złota Palma w Cannes, 2009

Czy dokonuję tu jakiegoś nadużycia wiążąc to wszystko z twórczością austriackiego reżysera Michaela Haneke, który obsesyjnie wręcz zajmuje się ukrytymi pod powierzchnią ludzkich zachowań ciemnymi siłami zła – instynktami przemocy, perwersji, zabójstwa? A przy tym robi to w sposób niezwykle sugestywny, niekiedy wręcz wstrząsający, o czym można było się przekonać oglądając choćby takie jego filmy, jak „Funny Games”, „Pianistkę”, „Ukryte”… no a teraz „Białą wstążkę” – surowy obraz ukazujący jedną z niemieckich wiosek i jej mieszkańców, w przededniu wybuchu I wojny światowej, oraz większe lub mniejsze potworności, które wyłaniają się spoza fasady tej ich – stworzonej przez protestancką represyjność i kostyczny temperament – powszedniej szarzyzny.

Kiedy więc dowiedziałem się, że Haneke wziął się za temat, dzięki któremu można się było zająć genezą nazizmu – tej „choroby”, która opętała Niemców w XX wieku, i to z potwornym skutkiem, czyniąc z nich jednych z z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości – spodziewałem się wiele. Lecz okazało się, że to co Hanekemu wychodziło nieźle (a niekiedy wręcz znakomicie) w sytuacjach bardziej kameralnych i hipotetycznych, nie sprawdziło się już tak dobrze, kiedy jego ambicją stało się ukazanie podobnej problematyki z szerszej, społecznej perspektywy. Tak, jakby reżyser nie był w stanie zapanować nad większą ilością postaci, a także nad wszystkimi wątkami, które zaczęły mu się trochę wymykać z rąk. Bowiem najsłabszą stroną „Białej wstążki” wydaje mi się być narracja.
A jednak jest to bez wątpienia film ponadprzeciętny i ze wszech miar godny polecenia. W oczy rzuca się jego starannie wykoncypowana i wyegzekwowana estetyka (Haneke wyrzucił z filmu kolory, zastępując je obrazami czarno-białymi), integralnie związana z treścią filmu i budująca odrealnioną nieco atmosferę świata minionego, ale przecież nadal istniejącego w historycznej świadomości wielu ludzi.
Poza tym, poszczególne sceny są wręcz przepełnione hipnotycznym spleenem, wiele z nich ma walor miniaturowych arcydzieł, które mimo ciemnego kolorytu dość ostro wcinają się w naszą świadomość i wdzierają do naszych wnętrz, wywołując tam małą emocjonalną rewolucję. A obrazów o takim uderzeniu się nie zapomina.

Dyscyplina, posłuszeństwo, porządek, czyli Niemcy w przededniu wojny. Czy za protestancką fasadą pozornego ładu czai się widmo faszyzmu? („Biała wstążka” Michaela Haneke)

 

 

„OSTATNIA STACJA” („The Last Station”, reż. Michael Hoffman)

 * * * * * *

Na „Ostatniej stacji” się nie zawiodłem, być może dlatego, że wybierając się na ten film nie spodziewałem się, iż na ekranie zobaczę ów rosyjski (czesto ciemny, niekiedy desperacki) autentyzm. Pamiętałem bowiem o innych filmach Hoffmana, zwłaszcza o „Śnie nocy letniej” – dość lekkiej, swobodnej i bardzo „amerykańskiej” adaptacji Szekspira. Zresztą, już dawno temu przestałem się łudzić, że Amerykanie (i ogólnie – większość reżyserów zachodnich) potrafią autentycznie oddać rosyjskiego ducha – ową „dostojewszczyznę” czy właśnie „tołstojowszczyznę” (z „pasternakowszczyzną” też nie było zachwycająco… trochę lepiej wychodzi im tylko „czechowszczyzna”). Niestety – a może na szczęście? – nikt nie robi tego lepiej od samych Rosjan.

Lew Tołstoj – mędrzec, szaleniec, geniusz, „mały wielki człowiek”?

Mając więc takie nastawienie, łatwiej mi było znieść pewne wtręty lekko sentymentalne i melodramatyczne, czy też inne, dość arbitralne zabiegi tworców usiłujących oddać historyczną czy też charakterologiczną prawdę o czasach i bohaterach, o jakich opowiada film.
Jednym zdaniem: nie nastawiałem się na to, że spotkam się z realistyczną interpretacją tego, co zaszło w ostatnich dniach życia wielkiego pisarza. Jeśli bowiem ktoś chce do tej „prawdy” się zbliżyć, to wg mnie powinien sięgnąć nie tylko po dzienniki samego Tołstoja oraz (oczywiście) Zofii Andrejewny, (które swego czasu wywołaŁy spore zamieszanie) ale i zajrzeć do interpretacji krytycznych tych, którzy na próbach zbadania tego jak to było w rzeczywistości, zęby swoje zjedli.

Jeśli chodzi o mnie, to – abstrahując od tego wszystkiego – dałem się ponieść swoistemu urokowi i niewąpliwej maestrii obrazu (gra aktorów, sposób prowadzenia kamery, montaż… to wszystko dostarczało mi doprawdy wielkiej przyjemności, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu).
Być może zasadny jest zarzut, iż wątek poboczny (romansu/miłości) młodego Walentego (sekretarza Tołstoja) i Maszy (należącej do para-komunistycznej sekty „Tołstojan”) można było sobie darować, bo rozmywał nieco główny temat filmu, jakim był konflikt pisarza z jego żoną (oraz ze swoim, mitycznym już wówczas, wyobrażeniem, jaki miał o nim świat). Lecz wiem, że z kolei inni mogą go potraktować, jako przeciwwagę dla tragikomicznych perypetii małżeńskich hrabiostwa Tołstojów.

Helen Mirren i Christopher Plummer w „Ostatniej stacji”

Ja oczywiście nie za bardzo wierzę w melodramatyzm i sentymentalizm ostatnich momentów życia Tołstoja na Jasnej Polanie – i jego śmierci na stacji Astapowo… Wątpię, iż prawdziwa Zofia Tołstoj miała tak rześki temperament, seksapil, a zwłaszcza wyrafinowanie Helen Mirren… Trudno mi także uwierzyć w to, że pisarz, mając 82 lata, piał (i zachowywał się) jak kogut w swojej sypialni… Ale wszak nie dokumentu spodziewałem się idąc do kina, ani tego, że dzięki temu filmowi objawi mi się wreszcie tajemnica ostatnich dni tego małego wielkiego człowieka, jakim był Tołstoj… Poddałem się konwencji, jaką zaproponowali twórcy tego filmu, zaś jego bohaterów zacząłem traktować jak postacie… w pewnym sensie autonomiczne, żyjące tylko na filmowym ekranie – „wykrojone” na potrzeby tego konkretnego obrazu. Dzięki temu zetknięcie się z filmem sprawiło mi – tego nie kryję – wielką przyjemność. Zresztą, nie tylko mnie, więc tym bardziej – i z czystym sumieniem – mogę ten film polecić każdemu, kto lubi po prostu dobre kino.

 

„AUTOR WIDMO”  („The Ghost Writer”, reż. Roman Polański)

 * * * * * *

Co prawda sam adresat tej skargi nigdy się o niej nie dowie, to ja jednak napiszę, że mam do Romana Polańskiego pretensje, że naprawdę dobre (i. e. wybitne)  filmy przestał kręcić dobrych 30 lat temu („Tess”) i już nigdy nie wzniósł się na wyżyny choćby takiego „Chinatown” (jeden z najlepszych filmów w historii kina) czy „Dziecka Rosmemary”, o prowokacjach typu „Wstręt” czy „Lokator” nie wspominając. Nie chciałbym jednak dociekać przyczyn, bo mógłbym trafić np. na tragedię osobistą reżysera (mord Masona na jego żonie i nienarodzonym dziecku) czy niefortunny wyskok seksualny z niepełnoletnią dziewczyną, (który pociągnął za sobą oskarżenie o gwałt i długoletnią banicję).

Świat wielkiej polityki, kławstwa i zbrodni. Pierce Brosnan i Ewan McGregor w filmie Romana Polańskiego „Autor Widmo”)

Nie ulega wątpliwości, że Roman Polański jest bardzo dobrym reżyserem. Problem w tym, że przez ostatnie trzy dekady kręcił on filmy, które równie dobrze mógłby nakręcić inny… pierwszy lepszy sprawny reżyser.

O co mi chodzi?
O to, że wszystkie filmy Polańskiego z tego okresu są pozbawione czegoś, co można by nazwać osobistym „nerwem”, głębszym rysem charakteru, przejawem specyficznej, niepowtarzalnej autorskiej weny. Innymi słowy: wg mnie stał się on (nie powiem, że nie mistrzowskim ale jednak szeregowym) wyrobnikiem kina. I właściwie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie te (wygórowane?) oczekiwania – tęsknota za kinem par excellence autorskim, wyróżniającym się artystycznie, sprzężonym ściśle z demonami twórcy.
Robert Harris, (którego książka „The Ghost” posłużyła Polańskiemu za kanwę scenariusza) stwierdził po premierze filmu: „Miałem wrażenie, że Polański nigdy nie powiedziałby: ‚Robimy film artystyczny’. On nie lubi kina, które nie wciąga ludzi.”
Coś podobnego! Tak, jakby „kino artystyczne” nie mogło już „wciągać ludzi”!
Chociaż… z drugiej strony to prawda, z jednym wszak zastrzeżeniem – takie kino nie wciągnęłoby już tak wielu widzów, jak kino komercyjne (a takim jest „Autor Widmo”) , które wzbrania się przed posądzeniem o artyzm, bo to tylko może odstraszyć „masowego” widza i pociągnąć za sobą zmniejszenie zysków.

„Autor Widmo”, czyli polityczny thriller w bardzo dobrym gatunku

Jeśli jednak podejdziemy do najnowszego filmu Polańskiego od strony „konsumpcyjnej”, to musimy przyznać, że jest to produkt znakomity – świetnie zagrany i sfotografowany (zdjęcia Marka Edelmana), trzymający w napięciu polityczny thriller, nawiązujący do najlepszych wzorów gatunku (Hitchcock, Schlesinger, Friedkin…) – do sprawdzonej już wielokrotnie tradycji kina sensacyjnego.
Oczywiście w scenariuszu znalazłoby się parę dziur, w zachowaniu głównych postaci kilka absurdów, zaś nad jego wiarygodnością można by postawić spory znak zapytania… lecz wygląda na to, że wszyscy zajęli się tylko jego atrakcyjna powierzchnią, nie zawracając sobie głowy schodzeniem gdzieś głębiej. Co najwyżej robi się aluzje (albo pisze otwarcie) o pewnych analogiach między kryminalnymi nadużyciami głównego bohatera filmu Adama Langa (Pierce Brosnan) a serwilistyczną wobec USA polityką byłego brytyjskiego premiera Tony’ego Blaire’a, (który miał być ponoć pierwowzorem postaci Langa). Ale to właśnie takie analizy stanowią dowód na dziecinadę niektórych krytyków, którzy zamiast odnieść się do konkretnych poczynań żywych polityków, usiłują dociec prawdy (o politycznym świecie) zajmując się fikcją.

„ALICJA W KRAINIE CZARÓW” („Alice in Wonderland”, reż. Tim Burton)

 * * * * * *   (wizualne szaleństwo Tima Burtona)
 * * * * * *   (film – ogólnie)

Najlepsze bajki pisane są zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
Dlaczego?
Może dlatego, że – po pierwsze: sam (dorosły) autor musi poczuć twórczą satysfakcję, bowiem, nawet jeśli tworzy bajkę z myślą o dziecku, to pisze ją także (a może i przede wszystkim) dla siebie i z sobie znanych powodów; po drugie: jeśli sam dorosły nie uzna jakiejś bajki za ciekawą, to nie będzie mu się także chciało czytać jej dziecku.
Wynika z tego, że „Alicja w Krainie Czarów”, stając się jedną z najsłynniejszych bajek świata, spotkała się wręcz z fascynacją dorosłych, (a ta – co tu kryć! – po części była odbiciem fascynacji samego autora, Lewisa Carrolla, swoją nieletnią bohaterką).
Ową fascynację tłumaczy również to, że właściwie wszyscy dorośli nie przestają być dziećmi. Cóż innego bowiem zmusiłoby takiego starego konia jak Burton do poświęcenia paru lat swojego życia dla podobnej fantazji?
Same pieniądze? Eeee… nie przesadzajmy. Gdyby rzeczywiście pieniądze były w Hollywood najważniejsze, to nie byłoby tam żadnego prawdziwego artysty (z jego zanurzeniem w nierzeczywistych światach – własnych twórczych fantazmatach), a jedynie sami handlowcy, manipulatorzy i gracze. A artyści niewątpliwie w Hollywood są. Jednym z nich jest oczywiście Tim Burton.

Alicja (Mia Wasikowska) w Krainie Czarów

Najnowszą „Alicję w Krainie Czarów” – mimo formatu 3D – oglądałem jakby w dwóch wymiarach: pierwszy to sama wizualność obrazu w oderwaniu od treści tej opowieści; drugi – jego myślowa i znaczeniowa zawartość, w tym narracja, akcja i cała ta symboliczna gęstość, zbliżająca się niekiedy do absurdu, nonsensu i halucynacji.
I muszę napisać, że pierwszy wymiar (wizja) zrobił na mnie spore wrażenie (choć przecież nie jest to „moja” estetyka, czyli taka jakiej szukam np. w malarstwie, albo z jaką chciałbym mieć do czynienia na co dzień), zaś drugi (intelektualna zawartość i treść) – już jakby zrobiła na mnie wrażenie nieco mniejsze (mimo, iż Burton dość wiernie trzymał się w swojej ekranowej wersji literackiego pierwowzoru Lewisa Carrolla – z całym tym jego fantastycznym sztafażem, słowną przewrotnością i niewydarzoną menażerią przeróżnych dziwolągów).

Tim Burton to prawdziwy wizjoner kina. W związku z czym, cokolwiek on robi, to spotyka się to z należytą uwagą tych, którym sztuka filmowa jest nieobojętna. Nawet jeśli nie podziela się jego entuzjazmu dla mrocznych, trącących horrorem fantazji o wyobcowanych z normalnego świata groteskowych nieudacznikach, to można zostać weń wciągniętym chociażby dzięki niezwykłej, zaskakująco bogatej – i bez mała szalonej – wyobraźni plastycznej artysty. I ja właśnie tak daję mu się czasem wciągać.

Ale co z tą treścią? – może ktoś zapytać.
Czy oprócz wizualnej karmy dla złaknionych estetycznym głodem zmysłów, znajdzie się tam coś dla tych miliardów neuronów w mózgu, wśród których generują się i wyładowują nasze myśli?
Jak wiadomo, ludzki mózg to taka bestia, że zawsze znajdzie dla siebie pożywkę… nawet jeśli zetknie się tylko z „Białym kwadratem na białym tle”, kropką, przecinkiem, ciszą Cage’a albo zwykłą główką od szpilki. Bo wszystko chce wypełnić znaczeniem. A co dopiero, jeśli zetknie się z takim bogactwem ludzkiej fantazji, jakie zawarł w swojej „Alicji” Carroll? Nic dziwnego, że interpretacja, objaśnianie i roztrząsanie tego pękającego od obrazów i intrygujących słów dziełka zaowocowało niezliczoną ilością analiz – począwszy od Freudyzmu, a na Marksizmie skończywszy.

Lewis Carroll i jego rzeczywista „Alicja”

Także teraz, po premierze filmu Burtona, nie cichną dyskusje na ten temat. Ale jakoś skrzętnie omija się erotykę, jaką tak naprawdę naładowana jest „Alicja” Lewisa Carrolla, który – jak wiemy – miał wszak takie, a nie inne skłonności i upodobania.
Unikom wytwórni Disney’a (tak, tak… tej od landrynkowych słoników Dumbo, sacharynowych jelonków Bambi i kretynkowatego kaczora Donalda) się nie dziwię, ale tym wszystkim krytykom, którzy twierdzą, iż chcą się dokopać do źródeł i genezy Carrollowych fantazji – to już trochę tak… Chociaż nie zachowują się oni przecież inaczej jak całe społeczeństwo, dla którego dziecięcy seksualizm stanowi temat tabu (do tego wyparcia przyczyniły się niewątpliwie liczne skandale z pedofilami).
Któż teraz głośno (w oficjalnych mediach) przyzna, że królicza dziura, w którą wpadła Alicja to nic innego jak symboliczne (i zastępcze) przedstawienie kobiecej pochwy, a wszystkie te przygody Alicji w (pełnej fallicznych grzybów) Krainie Czarów to po prostu mierzenie się dorastającej dziewczynki z własnym, rozkwitającym seksualizmem? I że właściwie nie jest to fantazja dziecka, tylko dorosłego (?) hm…  mężczyzny, który za wszelką cenę pragnął wejść w takiej dziewczynki skórę?

„Alice in Wonderland” – nieokiełznana filmowa fantazja Tima Burtona

„Białą wstążkę” – surowy

*

Reklamy

komentarzy 39 to “FILMOWISKO („Biała wstążka”, „Ostatnia stacja”, „Autor Widmo”, „Alicja w Krainie Czarów”)”

  1. Jolanta Says:

    Żałuję, że tak rzadko chodzę teraz do kina. Ojcostwo i macierzyństwo skutecznie pochłaniają nasz czas i na razie filmy oglądamy w zaciszu kina domowego, na nowości musimy więc poczekać. Ale gdybym miała możliwość pójścia na jeden wybrany z Twoich propozycji seans, miałabym dylematy. Na pewno Polańskiego mogę sobie tymczasem darować z tych powodów, o których wspominasz. Alicja także może poczekać… Biała wstążka i Ostatnia stacja — oba przedsięwzięcia wydają mi się równie ciekawe. I ze względu na tematykę, i ze względu na aspiracje artystyczne obu filmów. Na pewno nie odpuszczę sobie zobaczenia filmu o Tołstoju, bo dla mnie jego biografia, jego twórczość to fenomen, choć zgłębianie tego fenomenu wymaga czasu. :) Miałam ambicję, kiedyś, w liceum, żeby przeczytać wszystkie jego dzieła. Sporo mi jeszcze tej lektury zostało. Teraz raczej nie tworzy się wielotomowych powieści, dominuje skrótowość i lapidarność formy.
    Dawniej nie było mediów, które obecnie pochłaniają nam masę czasu i kształtują nasze potrzeby estetyczne [skrót, migawka, cięcie, błysk]. Kiedyś potrzeby estetyczne kształtowała literatura, wspólne czytanie zamiast wspólnego oglądania telewizji, i takie powieści rzeki miały rację bytu. Nie powinnam może demonizować naszej epoki, bo sama należę do osób ciągle narzekających na brak czasu, ale jednak trochę mi żal, że dziś ten czas tak szybko pędzi, mam wrażenie, że znaczniej szybciej niż za czasów Tołstoja. ;-)
    Pozdrawiam.

  2. Logos Amicus Says:

    Dobry wobór: zarówno „Biała wstążka” jak i „Ostatnia stacja” to moim zdaniem najlepsze z omówionych tutaj przeze mnie filmów.
    Polańskiego można obejrzeć na małym ekranie (niewiele na tym straci), ale jeśli np. ktoś chciałby zobaczyć „Alicję” Burtona, to jednak najlepiej to zrobić na dużym ekranie (jeśli chodzi o mnie, to zdecydowanie preferuję oglądanie filmów w kinie… pod warunkiem, że ktoś mi za uchem nie chrupie pop-kornu i nie siorbie Coli ;) )

    Piszesz o Tołstoju. Dla mnie wielkim odkryciem było przeczytanie jegu dzienników, (które jakimś cudem udało mi się kiedyś odnaleźć w jednym z krakowskich antykwariatów). Poza tym, chciałbym sobie jeszcze kiedyś przypomnieć „Sonatę Kreucerowską”. Ciekaw jestem jak ją odbiorę po latach.

    And BTW: witam w moich skromnych progach! :)

    PS. To, że czas „”pędzi” coraz szybciej to jest oczywiście nasze złudzenie wynikające stąd, że chcemy coraz więcej zrobić i posiadać, że coraz szybciej wokół nas zmienia się świat (tzw. „postęp”, gadżety, technika…). Tym sposobem nasze życie coraz bardziej się komplikuje i coraz bardziej staje się od tego wszystkiego zależne. Tracimy nad tym kontrolę i mamy wrażenie, że wszystko wymyka się nam z rąk, że omija nas coś ważnego… pędząc nie wiadmomo dokąd.
    Przynajmniej ja tak to widzę.

  3. Jolanta Says:

    Ja także zdecydowanie bardziej wolę oglądać filmy w kinie. I faktycznie widowiskową od strony wizualnej „Alicję…” najlepiej byłoby obejrzeć na dużym ekranie. :) Może uda mi się wyrwać na dwie godziny (nie mamy z kim zostawić córeczki, niestety, a nasza 3-latka na Burtona jest raczej jeszcze za mała). W kinie zazwyczaj siadam w pierwszym rzędzie, żeby nikt mi nie przeszkadzał: i chrupaniem (nie cierpię tego), i zasłanianiem lub jakąkolwiek inną forma nadaktywności. :)
    Wczoraj na małym ekranie obejrzałam „300” i żałuję, że nie widziałam tego filmu w kinie. Być może i „Alicja…” straciłaby wiele ze swego uroku na małym ekranie. Dla niektórych filmów po prostu trzeba pójść do kina. :)
    Pozdrawiam. :)

    • Logos Amicus Says:

      Tak się zastanowiam przy okazji, czy aby to, że film traci (w większym lub mniejszym stopniu) na swojej atrakcyjności, kiedy się ogląda go na małym ekranie, nie świadczy o jego słabości, jeśli chodzi o zawartość myślową (mam na myśli treść – anegdotę, wątek, narrację).
      Bowiem, wg mnie, kino nie powinno być tylko spektaklem (tzw. „ucztą” dla oczu), ale i również czymś co zajmie naszą inteligencję (czyli pożywką dla naszego myślącego – z zalożenia ;) – mózgu.)

  4. Sarna Says:

    Nie przesadzajcie z tymi niewygodami w kinie. Epoka kina, kiedy to człowiek się bujał na fotelu z prawa na lewo i z powrotem, bo przed nim siedział jakiś dryblas i się kręcił odeszła już do lamusa. Współczesne sale kinowe mają wystarczająco odsunięte i wypoziomowane rzędy, by każdy mógł się czuć swobodnie i jednocześnie by nie przeszkadzać innym. Też nie jestem zwolennikiem konsumpcji w kinie, ale właśnie owa odizolowująca przestrzeń i klimatyzacja sprawiają, że „przeżuwacze” nie są uciążliwi. A w małych, kameralnych salkach raczej „przeżuwacze” nie bywają, więc jest ok, tylko dech czasami zapiera coś innego niż dobre kino.

    Polański mnie rozczarował do granic możliwości. Właściwie film jest poprawny technicznie, ale to nudne wprowadzenie do tematu przez 3/4 filmu by w ostatniej chwili powiedzieć o czymś, co dla mnie było już wiadomym gdzieś w połowie filmu, eee …… flaki z olejem. O jakim napięciu i zagadce kryminalnej mówisz Amicusie? Stara, poczciwa A. Christie i Colombo przy „trzymającym w napięciu ” w tym filmie Polańskim to prawdziwy szampan. Wynudziłam się na maksa z jakimiś 300 osobami, które znudzone i poziewające z ulgą opuściły sale, a komentarze jakie usłyszałam wychodząc zostawię sobie, bo się załamiesz :)
    Jedyne, co mi się w tym filmie podobało to przeszklona ściana i oczywiście męski wygląd P. Brosnana.
    Myślę, że mój zawód filmem wziął się z tego jak zauważyłeś, że po Polańskim spodziewałam się czegoś lepszego, a ten film z takim samym efektem nakręciliby mniej zdolni. W każdym razie nie polecam, szkoda czasu i kasy.

    A „Alicja w krainie czarów”? Jest w tym filmie wszystko to o czym mówisz, ale mnie się ta ekranizacja odczytana w duchu Freuda podobała. Bohaterka z lęku przed dojrzewaniem, byciem kobietą i związanymi z tą rolą obowiązkami ucieka w świat wyobraźni, z którego również może uciec gdy coś będzie nie tak. Zawsze przecież może się obudzić i pocieszyć, ze to tylko zły sen. A my, dorośli i odpowiedzialni ludzie, czy czasami ze strachu przed podjęciem niechcianego zobowiązania, ważnej decyzji nie uciekamy się do sztuczek i nie staramy się ich odwlec w czasie, nie wypieramy ich ze swojej świadomości, nie chcielibyśmy się obudzić i stwierdzić, że to tylko zły sen? W każdym z nas, bez względu na płeć jest jednocześnie niewinne stworzenie i apetyczna lolitka, w każdym z nas drzemie „kapelusznik” z rozczepioną osobowością i tylko plagi niebieskich gąsienic jakoś nie widać )))
    Wiem, ze film jest uniwersalny, bo i dla tych dużych i dla tych małych, których zresztą na sali widziałam wielu, ale chyba jestem już za stara, bo nie potrafię sobie wyobrazić, co dziecko z tego filmu wyniesie oprócz obrazów.
    Czy polecam? Z braku lepszego zajęcia może być.
    pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Sarno, czy Ty aby nie przesadzasz z tym Polańskim? Moim zdaniem „Autor Widmo” nie jest może jakimś wybitnym dziełem, ale nie jest to film nudny (choć rzeczywiście, jak na film sensacyjny, thriller, to chyba jednak za mało się w nim dzieje). Ale to obraz, który te niedociągnięcia fabularne nadrabia elegancka edycją, śwetnymi zdjęciami, niezłą muzyką…
      To ja już nie wiem z kim Ty tam w Polsce chodzisz do tego kina, skoro 300 – jak powiadasz – widzów nudzi się i ziewa na filmie, który zdecydowana większość widowni amerykańskiej uznaje za ciekawy i zajmujący.

      A co do Alicji? Obawiam się, że w przypadku wersji Burtona, są to przede wszystkim obrazy. Treść jest taka, jaka jest – i nie potrzeba, moim zdaniem, aż tak rozdmuchanego wizualnie filmu, by ją poznać (wystarczy sięgnąć po książkę Lewisa Carrolla).
      Mnie osobiście najmniej przykonywały te momenty (ucieczki, pogonie, walki smoków… etc.), kiedy z „Alicji” usiłowano zrobić jakąś drugą „Narnię”, „Neverending Story”, czy nawet „Władcę pierścieni”. Film także nie angażował emocjonalnie. Ponadto, zbyt dużo ostało się w nim jednak z tej „antropomorfizującej”, utopijnej, landrynkowej i sentymentalno-kiczowatej „poetyki” disney’owskiej. Wolałbym, żeby Tim Burton przemycił na ekran więcej samego siebie, czyli tego swojego ciemnego niepokoju, zabarwionego często melancholią, a nawet tragizmem.
      Ale, w końcu, to tylko bajka i być może niepotrzebnie się czepiam ;)

      PS. O tak! Drzewiej w kinie zupełnie inaczej bywało. Uświadomiłem to sobie choćby podczas tej sceny z „Rewersu”, gdzie ubecki apsztyfikant Buzkówny ćmi na sali kinowej jednego papierosa za drugim, a cała widownia zanurzona jest w kłębach gęstego dymu.
      Teraz już tego nie ma, ale są za to popkornowcy, którzy chrupią podczas seansu tę swoją karmę, jakby od tego wręcz zależało ich życie. I mam wrażenie, że podobnie – czyli bez jakiegoś większego zaangażowania intelektu ;) – „przeżuwają” też to, co widzą na ekranie :)

      • Sarna Says:

        Jak to z kim w Polsce chodzę na te filmy, skoro zdecydowana większość widowni amerykańskiej uznaje film za ciekawy i zajmujący? Sam już sobie odpowiedziałeś Amicusie na to pytanie powyżej mówiąc, że ten film broni się nadrabiając braki treści formą (czyt. obrazem). Widocznie nam to nie wystarcza. Zresztą widz amerykański żyje w innej rzeczywistości, kulturze, więc zapewne i poszukuje w filmie innych wartości niż ludzie znad Wisły.
        Ciekawy jest zamysł scenariusza na bazie którego nakręcono film, ale to już nie zasługa Polańskiego. Szkoda, bo po ludzku chciałam, żeby po tych ostatnich przykrych dla niego wydarzeniach zaświeciło mu słoneczko. Poza tym używasz tego samego argumentu w dwóch zupełnie różnych celach. W przypadku Polańskiego obrazem bronisz filmu, a w przypadku Burtona stwierdzeniem, że są to same obrazy, chcesz ten film zdyskredytować. Zawsze treść jest (przynajmniej dla mnie) ważniejsza od obrazu, ale akurat w przypadku ekranizacji bajki obrazy są bardzo istotne i Twój zarzut jest tu deczko chybiony. Twierdzenie „nie potrzeba, moim zdaniem, aż tak rozdmuchanego wizualnie filmu, by ją poznać (wystarczy sięgnąć po książkę….)” jest ze wszech miar słuszne, ale jednak bardziej pasuje do komentarza o filmie Polańskiego.
        W moim odczuciu film zawsze przegrywa z książką, co jest spóźnioną odpowiedzią na Twoje pytanie w poprzednim wpisie. A za zadymioną salą kinową jednak nie tęsknię (może dlatego, że takiej nie pamiętam). To co mnie bawi w nostalgii za duchem starego kina (jako miejsca) to, to że tęsknimy troszkę za klimatem lat minionych, zadymionymi salami, wymiętolonymi płótnami na ścianach, skaczącym obrazem, a marudzimy gdy w nowoczesnych wnętrzach zaleci nam zapach popkornu albo szwankuje lekko ostrość obrazu :)

        PS. Chodzi za mną film “Różyczka” Kidawy Błońskiego i chyba się na niego wybiorę. Widziałam zwiastun, zainteresował mnie tematem i klimatem. Widziałeś go już może?

      • Logos Amicus Says:

        Film Polańskiego także i w Europie przyjęto dość przychylnie, więc przynajmniej z tego powodu może on mieć niejaką satysfakcję. Poza tym, większość środowisk filmowych stanęło jednak po jego stronie.

        Jeśli chodzi o kino, to jednak nie należy mylić obrazu z formą, bo na tą ostatnią składają się jeszcze takie elementy filmu, jak montaż, dźwięk, narracja, gra aktorów… etc. A to w filmie Polańskiego było jednak bez zarzutu. Poza tym sama historia, (czyli poniekąd treść) choć cokolwiek wydumana, to jednak przykuwała uwagę. Czego nie mozna powiedzieć już o „Alicji” Burtona. Tam, wg mnie, królowała plastyka – ona jakby przytłoczyła wszelkie możliwe treści filmu.

        PS. A o „Różyczce” słyszałem. Czytałem też ostatnio kilka artykułów poświęconych historii Pawła Jasienicy i jego żony, która nawet z dnia jego pogrzebu zrobiła raport dla UB. Ciekawa kobieta :)

      • Sarna Says:

        No tak, jak to kobieta: albo ciekawska, albo ciekawa :)
        Dzięki za słowo o różyczce.

      • Sarna Says:

        Miałam zadać Ci te pytanie wczoraj, ale jak to bywa zapomniałam. Owe ” coś czerwonego na fotce ” za plecami Tołstoja z parasolem to autobus?
        – miłej niedzieli, pozdrawiam

      • Logos Amicus Says:

        Nie. To widmo nadciągającej czerwonej rewolucji ;)

    • Sarna Says:

      Zatęskniłam już za Twoim poczuciem humoru, wręcz zapomniałam jako to piszesz, drzewiej? na Twoim bloogu bywało .
      Tołstoj nie miał „pociągu” do rewolucji, ja jednak optuję za „autobusem” tudzież :) innym pojazdem ciężarowym. U Ciebie widzę zaledwie dwa niezbędne kółka, ale za to na nosie :)
      pozdrawiam

      • Sarna Says:

        No dobrze Amicusie, odpuszczam autobus, ale mam dla Ciebie inną ciekawostkę. Widzisz na fotce „obok Tołstoja z parasolem” plastikowe wiadro? Jesteś specem w kwestii widm, a ja czekam na nową próbkę Twojego poczucia humoru :). Ciekawa jestem jak teraz zakwalifikujesz widmo, bo zapewne wiesz, że polietylen i polipropylen oraz inne sztuczne tworzywa z tej grupy w produkcji znalazły zastosowanie już grubo po czerwonej rewolucji.
        pozdrawiam

      • Logos Amicus Says:

        A to z kolei jest widmo nadciągającej cywilizacji plastiku :)

      • Sarna Says:

        Masz na myśli zjawiskowo koszmarne usta z botoksem, piersi z silikonem i coś innego z kwasem hialuronowym, albo słówko “nie” w celafonie? :)
        A liczyłam na coś oryginalnego, uuuu, zawiodłeś mnie – liczyłam, że będzie dowcipnie :)

  5. Pemberley Says:

    Faktycznie ogladamy te same filmy :), chociaz na Polanskiego nie zdazylam sie wybrac, a na Alicje chyba sie juz nie wybiore ;). Mam teraz w planach „Agore” i „Kwiat pustyni”, a Ciebie serdecznie namawiam tez na obejrzenie „Bright Star” – film jest ucztą dla oczu i uszu, a oglada się go bez daniny „krwawiacego serca”.

    Wracajac do „Bialej Wstazki”, to ciekawy jest zarzut słabej narracji i nietrzymania wszystkich motywow na sznurku. Ja mialam podobne uczucie, przy czym doszukiwalam sie charakterystycznego dla Haneke nierozwiazywania watkow do konca, tak jak to jest w zyciu – cos tam widzimy w wycinku i dopowiadamy sobie poczatek i koniec, wedle naszych wlasnych przezyc czy wyobrazen o innych.. Moze szukalam za duzo. Rzeczywiscie sila razenia przy takim temacie moglaby byc grubszego kalibru, ja osobiscie to sie wlasciwie ciesze, ze ten film mam za soba … Jak to brzmi…

    Co do „Last Station” to mamy bardzo zblizona opinie, mysle, ze obnizenie poprzeczki w konkretnych tematach tez ulatwia odbior tego filmu ;) Pianie Tolstoja zupelnie mi nie przeszkadzalo :), chociaz zgodze sie, ze jest to przedstawienie zachowania raczej nowoczesnego. Jak teraz o tym mysle, to stwierdzam, ze bylo to nawet swego rodzaju wzruszajace – gest sam w sobie aseksualny, ktory jednak przywrocil jednosc malzenstwa, takze i seksualna. Na jakis czas przynajmniej…

    • Logos Amicus Says:

      „Jasna Gwiazda” jakoś tak mi umknęła, (mimo, że miałem na nią ochotę) ale spróbuję jeszcze sięgnąć po nią na DVD.
      „Agory” jeszcze nie widzę „u nas” na ekranach, ale jak dotrze, to postaram się ją obejrzeć, bo zajmuje się tematem, który mnie interesuje.

      Haneke a narracja.
      Zwykle Haneke jest bardzo precyzyjny w serwowaniu nam emocji i obrazów, a jego dotychczasowe filmy sprawiały nieco wrażenie takich… monolitów – mimo dawkowania nam tej ekranowej rzeczywostości w sposób cokolwiek jednak fragmentaryczny. W „Białej wstążce” zaś chce on nam przekazać pewną opowieść, więc kiedy spotykamy się tam z jakimiś niedopowiedzeniami (czyli, jak Ty to nazywasz – „nierozwiązywaniem wątków do końca”), to można to odbierać właśnie jako uchybienie narracyjne.

      Mnie również te pienia Tołstoja, (a właściwie Christophera Plummera) w łóżku (z Helen Mirren) nie przeszkadzało. Napiszę nawet więcej: zaskoczyło mnie to, że ta scena wypadła tym aktorom tak naturalnie (co klasa, to klasa!).
      Jednak wątpię, czy prawdziwy Tołstoj zachowywał by się (w tym wieku) tak samo :)

  6. iwona Says:

    Sczerze, to malo sie dopatrzylam w „Bialej wstazce” genezy faszyzmu. To lekko naciagana „teza”. Przeddzien owszem, ale geneza?? Jesli juz to obraz spolecznosci, z pewnymi kryteriami postepowan, z tlamszeniem uczuc, zakrywaniem zla, sztywnoscia postepowan. To czlowiek w pewnej sytuacji. To zlo w czlowieku w pewnej spolecznosci. To brak pomocy w pewnym wymiarze postepowania. To sztucznosc nalozona przez otoczenie. To emocje w protezie.
    Co do samego obrazu – niesamowicie realny, kazdy detal sprawial ze wydawlo sie, iz jest to obraz dokumentalny, a nie fabularny/kostiumowy.

    • Logos Amicus Says:

      Iwona, z tym dokumentem to może przesada, ale masz rację z tą „genezą”.
      Rzeczywiście, film Hanekego nie dociera do „genezy” faszyzmu, a do warunków i okoliczności – do gleby, na której mógł ten faszyzm wyrosnąć.
      Po raz kolejny widzimy, jak dyscyplina, sztywność, wypieranie uczuć i bezkrytyczne podporządkowanie się prawu, rozkazom, „autorytetom”, może doprowadzić do takich zbrodniczych zwyrodnień, jakie stały się udziałem społeczeństwa III Rzeszy.

      • iwona Says:

        Te latajace muchy po pokoju byly niesamowicie realne :)
        Faszyzm to sie mi zdaje wyrosl na biedzie i warunkach gospodarczych, no i na pewnych seksulanych upodobaniach co poniektorych kolegow pewnego psychopaty/Hitlera.
        Dzisiaj za to widzialam tez warty obejrzenia film „The Girl With the Dragon Tattoo”, niby niepodobna tematyka, ale problemy sie zazebiaja. Tyle tylko, ze trafia na inny grunt :)

      • Logos Amicus Says:

        Przyczyny powstania faszyzmu są tak różnorodne i złożone, że trudno jest napisać o nich w jednym – czy nawet w kilku – zdaniach.

  7. Jula Says:

    To ja tutaj na zachętę podam jak jest odbierana „Różyczka” Jana Kidawy-Błońskiego przez niektórych.
    Tymi wrażeniami podzielił się dla nas R. Grzela ;)

    „Różyczka” ma znakomicie napisany scenariusz. Naprawdę nie tylko nie ma się czego wstydzić ale jest i czym się chwalić, bo dawno już w polskim kinie nie widziałem filmu, który pokazywałby współczesną historię Polski w sposób tak nienachalny. Dawno też nie widziałem tak dobrego konfliktu, tak wyrazistych a równocześnie niejednoznacznych postaci. Każda kolejna scena filmu wciąga jeszcze bardziej, zwroty akcji, świetnie prowadzona fabuła, wreszcie znakomicie zagrane role. Nie mówiąc o montażu (Cezary Grzesiuk) i muzyce (niezawodny Michał Lorenc), które naprawdę grają tu ważną rolę.
    Oto otrzymujemy historię pisarza, profesora Uniwersytetu Warszawskiego Adama Warczewskiego (ważna rola Andrzeja Seweryna), który samotnie wychowuje córkę. W dziekanacie maszynistką jest młoda kobieta Kamila Sakowicz (w tej roli fenomenalna Magdalena Boczarska, murowana nagroda w Gdyni, jak ona niuansuję tę rolę, no cudo!), która ma tego pecha, że jej narzeczonym, o czym zresztą na początku nie wie, jest oficer SB Roman Rożek (Robert Więckiewicz inny niż znamy, rola majstersztyk). Nie chcę opowiadać filmu, ale właściwie wiemy już co wynika z tego trójkąta. Zwłaszcza, że pisarz Warczewski jest opozycjonistą, a tłem dla wydarzeń jest rok 1968. Ale jednak nie wiemy, co się wydarzy, bo film stawia różne hipotetyczne wersje biografii, która jest nam znana. Mnoży zwroty akcji i burzy krew. Właściwie od połowy oglądamy film z zapartym tchem i nasze myślenie wciąż to wywracane jest przez podszewkę. Dlatego nie będę tego filmu opowiadał. Powiem tylko, że udało się twórcom „Różyczki” pokazać ludzi uwikłanych w system, ale przede wszystkim uwięzionych w namiętnościach i ekstremalnych emocjach, co czyni tę historię bardziej uniwersalną niż tylko polityczna opowieść o tych, na których donoszono i o tych, którzy donosili. Udało się Kidawie-Błońskiemu pokazać fragment współczesnej historii Polski bez dydaktyki i jakiejkolwiek nachalności ale też udało się mu nakazać widzowi spojrzeć na tamten właśnie trudny fragment historii bez utrwalonych stereotypów, czy krótkowzrocznego myślenia, bez łatwego osądzania i rzucania kamieniami. W moim odczuciu temu filmowi nie jest po drodze z IPN-em i to jego niepodważalna wartość. Nic w nim nie jest jednoznaczne. Nic w nim nie jest osądzone. Być może dlatego tak bardzo w ten film uwierzyłem. To film z otwartą głową i naprawdę warto go zobaczyć. Po jego obejrzeniu dyskusje o tym, czy wolno było Kidawie-Błońskiemu wykorzystać biografię jednego z ważnych pisarzy, inspirować się nią, uważam za bezcelowe.

    Oto jedna ze scen tego filmu:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/03/rozyczka.jpg?w=780

    Sama jeszcze nie byłam, na razie się zastanawiam ;D
    Co do filmów wymienionych przez Ciebie nie byłam, na razie oglądam, przynajmniej staram się oglądać stare filmy już zapomniane, a które, jak sam przyznajesz, kiedyś fascynowały świat :D

    Czasami korzystam z tego co oferuje „klub dobrego filmu ” w moim mieście – jest to bardzo ciekawa forma, zorganizowana przez zapaleńców, miłośników ambitnego kina.
    W każdą środę o godz. 18:00 lub o 12:00 wyświetlane są niebanalne filmy europejskie, zarówno nowości jak i klasyka ;) Ja wybieram to drugie.
    Terkot prawdziwych projektorów, kawa, herbata, ciasteczka i kawiarniany nastrój sali kameralnej i naprawdę cudownie się ogląda w tych warunkach starych dobrych klasyków filmu ;D))) To tak odnośnie wyboru warunków oglądania, ja cenię tę kameralność, potem są dyskusje po projekcji ;)

    • Logos Amicus Says:

      Jula, tym „terkotem prawdziwych projektorów” przypomniałaś mi fantastyczny włoski film sprzed… 20 bodajże lat, a mianowicie „Cinema Paradiso”. Bardzo polecam – to takie małe arcydzieło ukazujące prawdziwą miłość do kina (niestety, do kina takiego, które odeszło już w przeszłość).
      I przy okazji rewanżuję Ci się (nie tylko za scenkę z „Różyczki”, ale i za jej rekomendację przez R. Grzelę) jednym małym obrazkiem, właśnie z „Cinema Paradiso”:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/03/cinema-paradiso.jpg?w=780

      • Jula Says:


        Nie wiem, czy ten link na górze poszedł ;)

        To ma być taka widokówka w stylu Wiktoriańskim, czyli niejako nawiązuje do Alicji w Krainie Czarów ;D)))

        Bo Następna zima odchodzi w dal,
        czas ściągać z szyi ciepły szal,
        bo znowu idą ku nam jak
        z procy wesołe święta Wielkanocy! . . .

        ……
        Natomiast ten film, o którym wspomniałeś to zaważył na życiorysie niejednego filmowca ;D))) I w pewnym sensie, takie czy może podobne początki były nie tylko rodzimych ale i światowych Twórców kina! . . . Nawet sam Cameron, który swoim „Avatarem”, jakby rozpoczął nowe trendy w kinie, a może i nawet i je zrewolucjonizował ( mam na myśli nowatorska formę przekazu ;) … Otóż opowiadał, że dzieciństwo spędził gdzieś w Kanadzie w okolicach wodospadu Niagara, w rodzinie wielodzietnej, raczej niezamożnej pielęgnującej surowy, oschły sposób życia. Za sąsiadów miał między innymi Polaków ;D …
        I od tej surowej rzeczywistości często, jako młode pachole ;) uciekał w magię kina, tak jej zasmakował, że to mu zostało i na stare lata, z czego tylko możemy się cieszyć !!! ;D

  8. tamaryszek Says:

    Do „Białej wstążki” się odniosę. Widziałam dwa razy w odstępie kilkumiesięcznym – za każdym razem porażała mnie chirurgiczność (?!) tej opowieści. Chłód, głównie emocjonalny, wzmacniany obrazem i grą aktorską. Ból odrzucenia. Są nacięcia, a potem rozszerzanie ran. Pastor karzący swoje dzieci (bo zawiodły, rozczarowały, sprawiły mu przykrość) – mający za tarczę Biblię i swój autorytet, przytłacza…no rani cholernie. Rzecz jasna, że niezjedzenie kolacji czy stanie w kącie samo w sobie jest niczym wobec upokorzenia. Słowa jak tatuaż pozostają. I są zasiewem nienawiści. Tu można mnożyć przykłady scen. Mną wstrząsnęła zwierzęcość lekarza. Wraca ze szpitalnej rekonwalescencji, domu dogląda mu sąsiadka, z którą ma romans – oddana niczym wierny pies (bo taka rola kobiety w tym świecie)… Zbliża się do niej, a chwilę później opluwa słowami – że się nią brzydzi… Nie powtórzę, ale nigdy nie słyszałam mocniejszego upodlenia kobiety.
    Najistotniejsze są oczywiście relacje między rodzicami i dziećmi. One są studium „jak rodzi się nienawiść”. Również ta nienawiść, która zatruła serca całej generacji (czyli stała się „genezą faszyzmu”). A propos tego, o czym rozmawialiście w poprzednich komentarzach: śmieszyły mnie te socjologiczne tezy (znane z prasy) po pierwszym seansie, bo odbierałam film jako opowieść psychologiczną. Za drugim razem: zgasiłam drwinę, faktycznie socjologia góruje i nie wiem, czy przesądza o moich wyobrażeniach na temat historii, ale jest ważnym głosem.

    Mam natomiast odmienne spostrzeżenia na temat narracji. Początkowo sądziłam, że coś Ci nie odpowiada w staroświeckiej konstrukcji narratora z offu, który i tak wie zbyt wiele jak na postać z tamtego świata. Ale personalne spojrzenie wyklucza wszechwiedzę. Niedomówienia przyjmuję jako konieczność, choć dręczy mnie pytanie: co z tym upośledzonym chłopcem?
    Narracja pierwszorzędna.

    Zgadzam się z tym, co piszesz o obrazach i „hipnotycznym spleenie” (!)

    I jeszcze dorzucę coś o dzieciństwie, które jest czasem różnych naznaczeń. To z książki Anne Enright, o której pisałam ostatnio:
    „Patrzę na swoje dzieci i myślę, że w wieku ośmiu lat wie się już wszystko. Może się jednak mylę. Wie się wtedy wszystko, ale to wszystko jest przed nami schowane, zapieczętowane, trzeba się więc rozciąć, żeby poznać prawdę.”

    Dorastanie dzieciaków z „Białej wstążki” wyobrażam sobie właśnie jako rozpoznawanie stłumionej agresji, rozcinanie krępujących poniżeń.
    Pozdrawiam:)

    • Logos Amicus Says:

      Najprawdopodobniej, gdybym oglądał ten film po raz drugi, to jeszcze bardziej dostrzegłbym ową (jak to trafnie ujęłaś) „chirurgiczność” tej opowieści. I całkiem możliwe, że i mnie wówczas jej narracja wydałaby się „pierwszorzędna” (bo lepiej, dokładniej i bardziej kompleksowo dostrzegałbym strukturę/budowę całego filmu).
      (Moje zastrzeżenia co do płynności tej narracji są bardzo subiektywne. Jak widać, w Twoim przypadku, okazała się ona bardzo skuteczna – i pewnie o to reżyserowi chodziło.)

      Tak, to prawda – film Hanekego jest przede wszystkim opowieścią psychologiczną i oczywiście ma charakter uniwersalny, bo dotyczy jakiejkolwiek sytuacji, gdzie ludzie muszą się liczyć ze społeczną (obyczajową, religijną, państwową) represyjnością, z wypieraniem zła z własnej świadomości.
      Niemniej jednak odwołanie się za pomocą tego filmu konkretnie do niemieckiego fenomenu narodzin faszyzmu i próba objaśniania genezy XX-wiecznego nazimu w kontekście tego, co nam ukazuje Haneke, jest moim zdaniem bardzo zasadne, czemu nie przeczy nawet sam reżyser.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/03/michael-haneke.jpg?w=780

      Oto co znalazłem szukając wypowiedzi Hanekego na ten właśnie temat:

      1. Elizabeth Day z „The Observer” pisze, przytaczając słowa reżysera, z którym przeprowadzała wywiad:

      Critics have theorised that Haneke is attempting to explain the genesis of Nazi Germany – the children who carry out acts of random cruelty will grow up to be the generation that spawned the barbarism of the Holocaust.

      „It’s not a coincidence that I chose this period of time in which to present the story,” Haneke says. „This is the Nazi generation, but I didn’t want the film to be reduced to this example, to this specific model. I could do a film about modern-day Iran and ask the same question: how does fanaticism start?
      „That’s the core of the film. In places where people are suffering, they become very receptive to ideology because they’re looking for something to clutch hold of, a straw that will take them out of that misery.”
      Does ideological belief remove the need to ask questions?
      „Of course. The less intelligent I am, the more easily I follow someone who is going to give me the answers.”

      * * *
      2. A oto fragment wywiadu Hanekego dla Spiegla:

      S: And 20 years later these children, as adults, are prepared to form the foundation of German fascism. Is that what you’re driving at?

      Haneke: You could see it that way. It isn’t a coincidence that the village is called Eichwald. When strictness becomes an end in itself, and when an idea turns into ideology, it becomes perilous for anyone who doesn’t comply with this ideology. The film uses the example of German fascism to talk about the mental preconditions for every type of terrorism, whether it comes from the right or the left, and whether it’s politically or religiously motivated. Wherever people are in a hopeless, unhappy and humiliating situations, they will grasp at any straw that is handed to them.

      * * *

      3. I jeszcze jeden fragment innego wywiadu, tym razem dla brytyjskiego „indieLONDON”:

      Q. The narrator asks us to think ahead and even says at one point: “By re-telling these events, perhaps we can come to some understanding of the events that came later…” It asks us to look forward in German history? But isn’t it true that you don’t just see this as a German story? So, how did you achieve that balance?

      Michael Haneke: The film does try to use German Fascism as an example, but not specifically Fascism… the results of German Fascism. It shows how people are prepared or indoctrinated for an ideology… people who are already in a state of repression who have been humiliated by society and who clasp at a straw that’s offered to them. And how that’s then developed into a form of indoctrination. But it could be Fascist, religious or political – it’s always the same model that operates in these circumstances, and it’s that which is the actuality of this film. Therefore, it’s not specifically an explanation of German Fascism because that would be an impossible thing to do in any case.

      * * *

      Jednym zdaniem: mimo rezerwy Hanekego by przyznać, że jego film dotyczy tylko tej specyficznej sytuacji, zajmując się podatną glebą, na której w pierwszej połowie XX wieku wyrósł nazizm, tym filmem można również objaśniać i ten konkretny fenomen (czyli właśnie genezę faszyzmu).
      A oprócz tego – źródło i przyczynę każdego terroryzmu, fanatyzmu, wypierania uczuć, znieczulicy, konformizmu, represji i zorganizowanej przemocy. Na tym polega uniwersalny charakter „Białej wstążki”, filmu doprawdy nietuzinkowego.

  9. czara Says:

    Z ciekawością przeczytałam Twój „raport filmowy”, bardzo lubię te kinowe notki, choć nie zawsze ze wszystkimi uwagami się zgadzam (uważam, że Haneke osiągnął w swoim filmie szczyt przenikliwości społecznej). Widziałam również Ghostwritera i ze smutkiem stwierdziłam, że ten film nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Fakt, że już sama konwencja thrillera czy film noir nie czesto do mnie przemawia, ale ten obraz już szczególnie pozostawił mnie obojętną.
    Zresztą ostatnio jestem kinowym malkontentem, nie podobała mi się również Education, Lony Schering, zawiodłam się filmem Lovely Bones… Za to również mogę polecić Bright star, nie wiem czy Ci się spodoba, ale ja byłam zachwycona.

    Pozdrawiam serdecznie!
    czara

    • Logos Amicus Says:

      „…bardzo lubię te kinowe notki, choć nie zawsze ze wszystkimi uwagami się zgadzam (uważam, że Haneke osiągnął w swoim filmie szczyt przenikliwości społecznej).”
      Ależ ja jestem podobnego zdania o filmie Haneke. Uważam, że jest to film wybitny (i tylko trochę mi żal, iż nie mogę napisać, że jest to arcydzieło… a naprawdę chciałbym ;) )
      Po „Bright Star” spróbuję sięgnąć przy najbliższej okazji. I może po „Education” (choć Ty trochę kręcisz na ten film noskiem).

      Pogodnej wiosny życzę!
      Wzbogaconej pięknymi doznaniami artystycznymi, of course :)

      • czara Says:

        Nie tylko „trochę kręcę noskiem” na „Education” ale na dodatek krzywię się i sarkam ;) Miałam wyjątkową ochotę na ten film i wyjątkowo się zawiodłam. Nie rozumiem entuzjastycznych recenzji, dla mnie to bajka dla grzecznych dziewczynek, przypowiastka z morałem…
        Natomiast dziś po południu wybrałam się na „Różyczkę” i… to było bardzo udane popołudnie :)
        Próbowałam szukać w komentarzach odpowiedzi na to, dlaczego nie nazwałbyś Białej Wstążki arcydziełem. Nie potrafię zrozumieć zarzutu o rozpadaniu się narracji, dla mnie wszystkie niedpowiedzenia stanowią o sile tego filmu.

        Pozdrawiam i życzę równie przyjemnej wiosny, artystycznej czy nie :)
        czara

      • Logos Amicus Says:

        Mam nadzieję, że już wkrótce „Różyczka” dotrze za Ocean i będę mógł ją sobie obejrzeć… nie zwiędniętą :)

        Każdy ma swoje wyobrażenie „arcydzieła”, tzn. swoje własne kryteria oceny działa sztuki i jej wartościowania.
        Mnie np. film musi „powalić”, abym mógł go uznać (prywatnie, na mój własny użytek, oczywiście) za arcydzieło. A „Biała wstążka” Hanekego mnie nie powaliła, ani nawet za bardzo mną nie wstrząsnęła (tak jak to zrobiły np. „Funny Games” tegoż reżysera).
        Tak więc, to wszystko jest bardzo subiektywne.

        O! Taki „Fanny i Alexander” Bergmana – to jest wg mnie arcydzieło (podobnie zresztą, jak „Szepty i krzyki”, „Siódma pieczęć” czy „Persona”).
        Zresztą: porównanie Hanekego do Bergmana w przypadku „Białej wstążki” narzuca się samo, i… niestety, Bergman w tym zestawieniu, wydaje się reżyserem bardziej kompleksowym, pełniejszym, bogatszym i chyba jednak głębszym…
        Ale i tak uważam Hanekego za jednego z najciekawszych reżyserów współczesnego kina (innym takim moim faworytem jest np. Alejandro González Iñárritu („Amores Perros”, „Babel”, „21 Gramms”…)

        PS. „Nie tylko “trochę kręcę noskiem” na “Education” ale na dodatek krzywię się i sarkam.”
        Hm… w pierwszej chwili przeczytałem „smarkam” :)
        Nie, żebym od razu Cię miał za taką smarkulę ;)

  10. georgeeliot Says:

    Najpierw obejrzałabym film „Ostatnia stacja”, a następnie „Alicja w krainie czarów”. Te filmy mają w sobie wspólny punkt – otóż również trudno nakręcić film, który by oddawał w pełni jestestwo rosyjskiego ducha i duszy, nie mając w sobie pewnej mentalności Rosjanina, tak i zrozumieć całą grę słów, powiedzonek i żartów, których tak wiele jest w książce Carrolla, nie znając doskonale języka angielskiego. Chociaż, w przypadku Alicji dobry tłumacz posłuży pomocną dłonią – zawsze można zastąpić angielskie przysłowie analogicznym w rodzimym języku.
    I nawet, jeśli przeczytamy wszystkie dzieła Tołstoja, dzienniki jego żony, a nawet jej książkę kucharską, poznamy byt i myśli tej rodziny, to i tak wiele rzeczy pozostanie dla nas zagadką. Tak, jak i bajka Carrolla, którą można odebrać jako pewną alegorię prawdy o nim samym lub tylko jako bajkę.

    • Logos Amicus Says:

      Bardzo często mówimy „prawda”, a jest to jedynie nasza interpretacja. Albo… wiara.

      PS. Oczywiście, że „Alicję w Kraninie Czarów” najlepiej jest odbierać jako bajkę, a „Ostatnią stację” jako film, a nie dokument.

  11. Chihiro Says:

    Logosie, przeczytalam – przyznaje – tylko Twoja notke o Alicji, bo akurat ten film widzialam w poniedzialek, innych jeszcze nie, wiec nie chce sie sugerowac.
    Zgadzam sie z Twoja ocena Alicji, pierwszy raz widzialam film w 3D (poza jednym wyjsciem do Imaxu, gdy mialam 15 lat i bylam na wymianie szkolnej w Sztokholmie) i bylo sympatycznie. Na mnie tez wrazenia nie zrobily poscigi i ucieczki i rowniez przyszlo mi do glowy porownanie z „Narnia” i „Wladca pierscieni” (mimo ze tego drugiego nie widzialam) :) Ciekawa jest twoja interpretacja, ja bylam dosc zmeczona ogladajac ten film i odbieralam go bardziej na gruncie czysto rozrywkowym (czyt. wylaczylam mozg i dalam sie poniesc efektom wizualnym). Najbardziej podobaly mi sie zwierzaki, mam sentyment do personifikacji zwierzatek. Pomyslalam tez, ze Johnny Depp musi byc fajnym ojcem :) Takie to zwykle mysli.
    Widzialam tez „Shutter Island” i tu mam nieco wiecej przemyslen (choc tez nie bardzo duzo), ogladales?

    • Logos Amicus Says:

      Chihiro, czyżbyś się obawiała moich sugestii? :)

      Ja myślę, że nawet jeśli nastawiamy się tylko na „rozrywkę”, to nie możemy wyłączyć naszego mózgu, co najwyżej zmysł krytyczny, jakieś „wyższe” funkcje myślowe… :)
      Ale taki odbiór filmów też ma swoją wartość. Nie powinniśmy ciągle nastawiać się na odbiór arcydzieł, bo i one w końcu mogłyby się nam „przejeść”.

      „Shutter Island” widziałem. Popełniłem już nawet o tym filmie notkę (podobnie jak o „Up in the Air” i „A Lonely Man”), ale nie chciałem tego dołączać do powyższego tekstu, który i tak zrobił się ciut za obszerny :)

  12. Chihiro Says:

    Nie, nie obawiam sie Twoich sugestii :) Po prostu nie czytam recenzji ani niczyich uwag, zanim sama nie obejrze filmu.
    Masz racje, pewnie zupelnie mozgu wylaczyc nie mozna :), ale tez nie uwazam, ze cokolwiek sie „powinno”. Dlatego nie mam wyrzutow sumienia, jak do czegos podejme bez wielkich oczekiwan i po obejrzeniu nie bede sie nawet nad filmem zastanawiac. Milo spedzilam dwie godziny, i to tyle :) Nie zglupialam od filmu, nie zmadrzalam, nie zaluje wydanych kilku funtow :)
    Przeczytam w takim razie Twoja notke o „Shutter Island”, ale to po powrocie z Barcelony za tydzien :)
    Pozdrawiam wiosennie!

  13. Aga Says:

    „Biala wstazka” – rewelacja, wbijajaca w fotel.
    Wydaje mi sie, ze doszukiwanie sie w nim tylko narodzin faszyzmu to duze, ale przyznaje bardzo zreczne uproszczenie. Dla mnie to film o relacji silny-slaby. Takze o patriarchalnej kulturze, ktora stawia kobiete, niezaleznie od majatku i urodzenia, w sytuacji nie do pozazdroszczenia.

  14. avika Says:

    „(… mimo, iż Burton dość wiernie trzymał się w swojej ekranowej wersji literackiego pierwowzoru Lewisa Carrolla – z całym tym jego fantastycznym sztafażem, słowną przewrotnością i niewydarzoną menażerią przeróżnych dziwolągów)”

    Dziwolągi, stwory są w różnych bajkach, więc można je odnieść do wielu bajek Burtona, jak choćby film z 1988 „Sok z żuka”, ale nie mogę się zgodzić że Burton trzymał się pierwowzoru Lewisa Carrolla. Zmienił absolutnie wszystko poza oczywiście „stworami” i „dziwadłami”.
    Jeśli zaś chodzi o króliczą norę hmm, typowo męskie skojarzenie, to ja tylko dodam że pantofelek Kopciuszka to też pochwa, a nie co innego ;)

  15. małgosia (guciamal) Says:

    Przeczytałam twoją opinię i po poleceniu Ostatniej Stacji przez Ciebie a także przez Ewę wyszukam filmu i obejrzę z pewnością, a wówczas podzielę się refleksją. Co do jurności Tołstoja Zofia w Pamiętnikach (na ile zgodne z rzeczywistością były jej wspomnienia, a na ile miały odpowiadać pewnemu obrazowi Lwa jaki chciała przekazać) wspominała, iż zachowywał sprawność w sypialni do 83 roku życia, więc kto wie może i piał :) i wywijał harce.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s