KINO A LITERATURA

Człowiek jako zapisana księga ("The Pillow Book", reż Peter Greenaway)

Czy kino może zastąpić literaturę?
W dobie pośpiechu i ogólno-ludzkiego pędu nie wiadomo dokąd, któż znajduje czas i cierpliwość na wielogodzinne obcowanie z książką? Dysponująca tym czasem garstka miłośników, fanatyków i maniaków słowa? Renciści i emeryci? Recenzenci i nauczyciele? Sami autorzy i literaci?
Wydaje się, że już nigdy nie wrócą czasy, kiedy pisarz stawał się „sumieniem narodu”, wyrocznią, autorytetem i jedną z głównych figur w kraju. Nigdy już książka nie odzyska prestiżu jaki miała dawniej, kiedy traktowana była jako rodzaj testamentu, ogólnoludzkiego przesłania, jako zbiór wartości uniwersalnych – jako świadek wyżyn, na jakie wspiąć się może genialny ludzki mózg.
Te role i funkcje literatury dobijały kolejno: prasa, radio, kino, telewizja, video… a ostatnio – komputeryzacja i internet. Słowa zostają zastąpione przez obrazy, pełne zdania przez filmiki Youtube, kompleksowe porozumiewanie – przez esemesy (kciuki wyrabiają sobie nowe miejsce w ludzkich mózgach). I choć zawsze znajdzie się ktoś, kto przemyci w tym wszystkim literacką szczyptę, to jednak świat po rewolucji informatycznej nigdy już nie będzie taki sam – i nigdy taki sam nie będzie już człowiek.

Można jednak jeszcze raz powtórzyć pytanie: czy mimo wszystko jest szansa, by zwięzłe (w porównaniu z literaturą) kino, w dobie pośpiechu i cywilizacyjnego pędu, przejęło szlachetną rolę literatury – przez wieki jednego z najważniejszych nośników naszej kultury? Lecz zasadna jest też kwestia, czy aby to kino, do jakiego nas przyzwyczaili twórcy wielkiego formatu – tacy jak np. Bergman, Kubrick, Kurosawa, Fellini… – samo już nie odeszło bezpowrotnie w przeszłość?

Niestety, jeśli chodzi o kino popularne, „masowe”, trudno jest doprawdy uznać, że niesie ono dzisiaj ze sobą jakiekolwiek walory literackie. W (głównie amerykańskim) zaledwie średniactwa, sztuczności, bezmyślności, schematów, fajerwerków i krwi, nie ma zbyt dużo miejsca na myśl głębszą, treść pełniejszą – refleksję niepowszednią…
Kino hollywoodzkie już dawno zatoczyło koło i wróciło do swoich plebejskich źródeł, czyli do jarmarku. Tłumami zawładnęła konsumpcyjna rozrywka. Jedynie kino tzw. „ambitne”, bardziej wyrafinowane, wysmakowane estetycznie i wyrobione myślowo, zdolne jest przybliżyć nas do świata większej lub mniejszej literatury.
Zawsze jednak będzie to namiastka. Nie tylko dlatego, że to kino bardziej rasowe przemyka się gdzieś po peryferiach. Film stanowi jednak medium tak zsadniczo różne od literatury (oglądanie przecież to nie lektura) – mając nad książką zarówno przewagę, jak i cierpiąc (wobec niej) pewne niedostatki – że komparatystyka kina i literatury wydaje się wręcz niemożliwa, a może i pozbawiona większego sensu.

* * *

Zainteresowanych tematem zapraszam do przeczytania tekstu „PARNAS I SUTERENA” , zajmującego się porównaniem kina tzw. „ambitnego”  z popularnym (rozrywkowym).

Oto jego fragment:

Kino jako sztuka, kino jako patrzydło. To samo medium – jakże różne, wydawałoby się, światy.
Kino europejskie, autorskie, artystyczne vs. kino hollywoodzkie, popularne, rozrywkowe…
Wygląda na to, że także i tutaj mamy do czynienia z konfliktem między sztuką tzw. „masową” a elitarną.
Czy jednak musi to być walka „na noże” lub pogardę? Czy wysublimowany widz musi patrzeć z góry na odbiorcę filmowej pop-kultury? Czy tzw. widz „przeciętny” musi klękać przed wyniosłym artystą, albo też go profanować?
Czy jest to nierozwiązywalny i permanentny antagonizm?
Czy naprawdę parnas nie może mieć nic wspólnego z sutereną, i czy aby suterena nie może czasem sięgnąć parnasu?

Oto jeszcze jeden przyczynek do niegasnącej debaty o stosunkach kultury masowej z tzw. „elitarną”.
Czy musi to być wojna?
Czy możliwy jest tu mezalians?

(WIĘCEJ . . . )

Czy kino przejęło po literaturze zdolność przekazywania "największych historii jakie kiedykolwiek opowiedziano"? (Sceny z "Ostatniego kuszenia Chrystusa" w reż. Martina Scorsese)

*

Reklamy

Komentarzy 6 to “KINO A LITERATURA”

  1. Jula Says:

    Z pewnością masz rację ze wszystkim, zgadzam się z każdym Twoim słowem, zdaniem :)
    Przeczytałam ten tekst z ogromną przyjemnością. Mimo, że ja jestem tym odbiorcą „jarmarcznym” .
    L. Kydryński prowadził kiedyś w radio, a może w TVP program pt ” łatwe, proste i przyjemne”. I to jest to, co kocham najbardziej (czytać ,słuchać i oglądać ;D)))
    Czasami skuszę się i na „mądre rzeczy ” – polecane przez „mądrych ludzi” – bo są tam zawarte rzeczy uniwersalne ogólnoludzkie. Natomiast nie cierpię rzeczy, ja to nazywam „przeintelektualizowanych” !… Autor chciałby coś pokazać, udowodnić i w końcu sam się w tym gubi. Wtedy aż się prosi o zadanie pytania, wzorując się na pewnym „menelu”, który zadał uniwersalne pytanie moim zdaniem ;) „ale o co tu biega?..”

    Natomiast w obecnych czasach, denerwuje mnie wszechogarniające pokazywanie wszędzie! – bo i w książce, filmie, reklamach, internecie ect… , nazwę to delikatnie – negatywnych aspektów życia. Przede wszystkim brutalności, wulgarności, okrucieństwa. :(
    To jest spirala, która się nakręca nawzajem, na każdy środek przekazu i na życie z powrotem.
    Potem dziwi nas, zachowanie takie a nie inne ludzi – wobec innych ludzi ! :(
    Pa! :D

  2. Logos Amicus Says:

    Jula, ktoś, kto jest odbiorcą czegoś „jarmarcznego”, sam niekoniecznie musi być „jarmarczny” ;)
    Zresztą, tego określenia „jarmarczny” użyłem tak z przymróżeniem oka – mając właściwie na myśli ogólnie rozumianą rozrywkę. Na pewno nie było moją intencją to, by pisać to w pojęciu pejoratywnym, a tym bardziej wyrażać się o tym z pogardą.
    Poza tym, „rozrywkowy” niekoniecznie musi oznaczać „głupi” czy „bezmyślny”. Rozrywka w życiu człowieka jest czymś niezmiernie ważnym – jest jedną z jego podstawowych potrzeb. I, najczęściej, aby taka rozrywka była skuteczna, miała sens, spełniała swoje zadanie… musi być właśnie „lekka, łatwa i przyjemna” (tak w rzeczywistości nazywał się program Kydryńskiego – nie było tam słowa „proste” ;) )
    Nie wypieram się tego, że również i ja jestem odbiorcą kultury „masowej”. Nie twierdzę, że odrzucam „pop”… bo to przecież karma dla „średniego człowieka”, a ja jestem taki … wyrafinowany :) Nie gardzę popularną rozrywką (co często jest przecież udziałem snobów), a tym bardziej ludźmi, którzy są jej konsumentami. Wogóle nie lubię, kiedy ludzi określa się jakimiś abstrakcyjnymi, bezosobowymi (i w sumie degradującymi) określeniami typu „masa”, „ciżba”, „gawiedź”, „motłoch”…

    Z drugiej zaś strony nie podoba mi się także, kiedy ktoś, kto żywi się TYLKO pop-kulturą (z różnych powodów, wśród których jest niestety również i zwykłe umysłowe lenistwo), lekceważy, poniża, a także ignoruje twórczość (albo twórców) z tzw. „wyższej półki” – a więc bardziej złożoną, kompleksową, zmuszającą do myślenia, burzącą spokój i utarte schematy, niełatwą w odbiorze, często „zawadzającą” i „uwierającą”; także bardziej wyrafinowaną – subtelnieszą, ale i tą cięższego kalibru, niekoniecznie „lekką, łatwą i przyjemną”.
    Bo i taka jest potrzebna.

    Ja również nie lubię, kiedy w sztuce (filmie, literaturze, plastyce…) epatuje się odbiorcę brutalnością, wulgarnością, okrucieństwem – i robi się to właściwie dla samego efektu, dla zwrócenia czyjejś uwagi, właściwie bez sensu… Ale wiem, że w pewnych wypadkach ukazanie tego na ekranie (czy też opisanie w książce) ma swoje uzasadnienie. Wszystko bowiem zależy od intencji, w jakiej się tego używa, no i oczywiście od poziomu artystycznego danego utworu.

  3. Torlin Says:

    Zastanawiałem się, czy Ci nie odpisać w formie wpisu u siebie w blogu, ale ponieważ ostatnio dyskutowaliśmy na ten temat u Defendo, to dałem spokój.
    I masz rację, i jej nie masz.
    Masz, bo tak wygląda współczesny świat, i nic z tym nie zrobimy. Ludzkość przeszła na stronę – nazwijmy to – wizyjną, wolą popatrzeć. Nie masz, ponieważ taki układ jest od stuleci – co ja mówię – od tysiącleci. Od dawna Wielką Sztuką interesowały się 5 – max. 10 % mieszkańców, dawniej rozrywanie końmi przyciągało więcej ludzi niż trupa teatralna (a cóż powiemy o sztuce Baroku). I to się nie zmieniło do dzisiaj.
    Ja sobie zdaję sprawę, że takich filmów jak kręcił Fellini, Antonioni, Pasolini, Bergman, dawny Wajda, Bertolucci, Truffaut, Godard, Kurosawa, Visconti już się nie nagrywa. Ale nie można powiedzieć, żeby wspaniałe ekranizacje nie występowały na rynku. Ja nie jestem zbyt intensywnym kinomanem, ale w ostatnich latach olbrzymie wrażenie na mnie zrobiły „Ukryte pragnienia”, „Przed zachodem słońca”, „Między słowami”, „Dziewczyna z perłą”. Tak będzie zawsze – 5 – 10 %. Z polskich wielkie wrażenie na mnie zrobiły: „Zmruż oczy”, „Pornografia” i „Jasminum”.
    A dobra popularna książka i dziś potrafi przyciągnąć czytelników. Dawniej to był „Wiedźmin” czytany przez miliony, teraz młodzież widuje się Kinga i Koontza. Ja w każdym razie widzę w metrze i autobusach mnóstwo czytających.
    A z drugiej strony opowieści, jak to nowe medium zabija stare, toczą się od lat. Oczywiście nie mówimy o fotoplastykonie (ale czy dzisiejsze pokazy zdjęć w Internecie w Picasa rzeczywiście się czymś diametralnie różnią od fotoplastykonu?), ale ani radio nie zginęło, ani fotografia, ani w gruncie rzeczy magnetofon. One się po prostu uwspółcześniły, są nowe nośniki, ale tak, jak nie zginęło radio, tak nie zginie książka.
    Pozdrawiam.

    • Logos Amicus Says:

      Cieszę się Torlinie, że wreszcie przemówiłeś
      Tyle, że nie jestem pewien, czy zrozumiałeś jakie było podstawowe pytanie (a właściwie dwa pytania), postawione w tym wpisie.
      Może więc powtórzę:
      – interesuje mnie to, jak się ma kino do literatury, jeśli chodzi o nośność pewnych idei, tworzenie pewnego kulturowego kanonu (kodu);
      oraz:
      – czy kino, razem z literaturą nie przegrywają rywalizacji z nowymi nośnikami medialnymi, takimi np. jak internet, niosącymi ze sobą rewolucję prowadząca do ustalenia się jakiejś cywilizacji informacyjno – obrazkowej, w której coraz większe znaczenie ma rzeczywistość wirtualna.

      Pewnie to moja wina, że wspomniane kwestie nie wyniknęły jasno z mojego tekstu.
      Tak więc, nie zajmuje mnie tu teraz eskluzywność sztuki tzw. „wysokiej” w konfrontacji z powszechnością rozrywkowej konsumpcji pop-kultury, (którą mamy skłonność uważać sza sztukę “niską”).

      Muszę się przyznać, że tekst ów napisałem już jakiś czas temu i teraz widzę dość wyraźnie jego wady i uchybienia.
      Po pierwsze: sądzę że nie ma większego sensu porównywać kina z literaturą, bo są to jednak media zbyt od siebie odległe. Jeżeli już, to można się zastanawiać, w jaki sposób dokonuje się transpozycji literatury w kino (w przypadku adaptacji czy ekranizacji) i jakie są tego efekty.
      Po drugie: nie mam większych złudzeń jeśli chodzi o rzeczywisty wpływ dzisiejszej sztuki (w tym literatury i kina) na świat. Wielki wpływ natomiast mają już media (informacyjne), które jednak więcej mają wspólnego z manipulacją, reklamą, indoktrynacją, polityką i grą interesów, niż ze sztuką i kulturą wyższego rzędu (I chyba nawet wywierają istotniejszy wpływ, niż np. sama religia).
      Poza tym, nadal najważniejszym motorem napędzającym zmieniający się świat jest ekonomia.
      Co oczywiście nie oznacza, że kultura jest zaledwie jakimś kwiatkiem do korzucha. Nie… Ona jest wręcz niezbędna przy budowaniu poczucia ludzkiej tożsamości; za jej pomocą człowiek poszukuje również sensu dla swojego życia, nie wspominając już o tym, że dzięki niej można tę naszą egzystencję ubarwić, przyprawić o różne smaki…

      PS. Piszesz: “dawniej rozrywanie końmi przyciągało więcej ludzi niż trupa teatralna”.
      Może właśnie stąd pochodzi określenie “rozrywka”?

  4. tani1 Says:

    Bardzo ciekawy temat (choć z pozoru banalny) a i dyskusja…
    No, blog taki i masz takich Czytaczy, to pewnie dlatego :).

    Każda dziedzina sztuki jest tak pojemna jak umysł ludzki. I w każdej znadzie się coś prostszego i bardziej wysublimowanego. Nawet porównanie dzieł literackich jest trudne, a choćby obrazki malowane na szkle i teatrzyk kukiełkowy… Wszystko dla wszystkich. Ważne, żeby w dziele przemycić okruch jakieś, choćby i relatywnej „prawdy”. To jest ważne. A ponieważ mamy wiele zmysłów, na wiele różnych sposobów może ta sztuka oddziaływać.
    Niektórzy twierdzą, że tekstu nic nie przebije… Że literatura… Jako niedouczony kwasimóżdżek w wąskim literackim zakresie… Nie wiem.
    Wiem, że wszystko jest potrzebne aby widzieć świat i nas wielowarstwowo, aby odkrywać na nowo stare prawdy tak na nasz prywatny „odbiorczy” użytek choćby, nawet śmiecie… byleby tylko w nich nie utonąć z głową.

    • Logos Amicus Says:

      Najlepiej jest, jeśli różne dziedziny sztuki się dopełniają, bo przecież każda w inny sposób penetruje nasze ownętrze, wpływa na naszą wrażliwość – i to za pomocą różnych środków, oddziaływując na różne zmysły.

      Nie byłoby dobrze, gdyby literatura stała się jakąś niszową częścią kultury, a kino – tylko rozrywką, jakimś dobrem jedynie konsumpcyjnym, które nie niesie ze sobą żadnych głębszych treści.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s