INDIE JAK RZEKA (zapiski indyjskie)

Hinduskie kobiety pod Tadż Mahal

 

Kontemplacja czy znużenie? (Siedzący Hindus, Jodhpur)

Indie to miejsce mityczne, które zawsze pociagało pewnych ludzi z kręgu cywilizacji zachodniej. Europa od zarania kontaktów z Azją spoglądała na Wschód, by dojrzeć tajemnicze, bo bliżej nieokreślone, Światło (ex Oriente lux), które miało jakoby zdradzić tajemnice wszechrzeczy.
Pielgrzymowali tu pisarze, myśliciele, artyści, ludzie sztuki… A jednak, jeśli coś tu znajdowali, to było to… coś, co już wcześniej w nich się zadowało – tyle że ukryte.
Jeśli chodzi o mnie, to do wszelkich nawróceń czy konwersji podchodzę z pewnym sceptycyzmem. Myślę, że człowiek nie jest w stanie tak drastycznie zmienić swojej mentalności (wyrosłej z kultury, w której się wychował i okrzepł), rzucając się w otchłanie innej religii, przechodząc np. z chrześcijaństwa na buddyzm czy hinduizm. Mam wrażenie, że przeszkody są natury wręcz… organicznej, czy też raczej genetycznej. Na pewno musi to być proces długotrwały, a nie jakaś iluminacja, która jest możliwa jedynie w obrębie religii wpajanej komuś od dzieciństwa.

Pamiętam co o swoim pobycie w Indiach napisał pod koniec życia Mircea Eliade. Otóż wyjechał on tam jako bardzo młody człowiek na studia kulturoznawcze i – jak oznajmia – dopiero po wielu latach pobytu zaczął odczuwać dokonującą się w nim pewną transformację intelektualono-psychologiczną, która stawała się niejako przemianą całej osobowości. Czyli – tak to sobie można chyba tłumaczyć – zaczął się utożsamiać (antropologicznie) z tamtą kulturą. Ale był to dopiero początek, a na drodze do pełnego przemienienia stanęła… jakby mogło być inaczej! – kobieta. No i Eliade wrócił do swojego bizantyjsko-śródziemnomorskiego mózgu.

* * *

W jednej ze swoich rozmów Miłosz przypomniał haiku poety Issa: „Chodzimy nad piekłem, co dzień oglądając kwiaty”.
Nazwał też Indie „wielkim kontynentem metafizycznym”, jak również zwrócił uwagę na pewien pogląd, że XXI wiek będzie „wielkim rewanżem Indii”.
Jak wiele asocjacji prowokują te myśli…

* * *

Poranne ablucje (Orchha, Mdhya Pradesh)

 

Niestety, metafizyka jest poza zasięgiem kogoś, kto tylko turystycznie „wpada” do Indii. Moim zdaniem łudzą się na przykład wszyscy ci, którzy klepiąc mantrę, mażąc sobie kredką czoła, śpiewając w kółko „Hari Kriszna” i przywdziewając kolorowe indyjskie szatki myślą, że zagłębiają się w autentyzm kraju. Bo tak naprawdę jest to tylko powierzchowna mimikra, podpieranie się kulturowym gadżetem, dość tania atrapa…
A opium, haszysz, marihuana…? Łańcuszki, kolczyki, breloczki, wisiorki…? Cała ta błyszcząca maskarada? Do dziś w Indiach przegląda się hippisowska naiwność.

* * *

Złote Słońce pałacu w Udaipur

Pod jednym tylko względem Indie przypominają Stany Zjednoczone: można o nich powiedzieć wszystko. I na tym wszelkie podobieństwa się kończą.
Oto kolejny dowód na to, jak wielkim paradoksem są oba te kraje.

* * *

Wszystkie, najbardziej istotne w Indiach granice, są niewidoczne. Dlatego tak trudno jest Indie pojąć i opisać.

* * *

Indie przypominają grubą księgę, w której zapisują się losy miliardów ludzkich istnień. Jest tam straszno i komicznie, nędznie i bogato, nudno i dramatycznie, pięknie i szkaradnie, sielankowo i tragicznie…
Jesteśmy zdolni przerzucić ledwie kilka kartek…
Czy możemy więc opisać całą księgę?

Indie są też jak szeroka rzeka. Widzimy ją z naszego brzegu; czasem zanurzymy w niej rękę lub stopę, może wejdziemy po kolana, ale nie dalej, bo przecież nie umiemy pływać i boimy się utonąć…
Czy w takim razie możemy ją uchwycić, zbadać, ogarnąć?
Nie wiemy nawet tego, czy jest płytka czy głęboka.

* * *

*

Wioskowa studnia (Bharatpur, Radżastan)

*

Widok na Orchhę z Jahangir Mahal (Madhya Pradesh)

 *

Wschód słońca nad Świętą Rzeką - Gangesem (Varanasi, Uttar Pradesh)

                                                             

       ( © Zdjęcia autora )

*

Reklamy

komentarze 33 to “INDIE JAK RZEKA (zapiski indyjskie)”

  1. tani1 Says:

    Głęboka rzeka… „Fukai kawa” wspominałeś o Issie, a mnie się przypomniał Endo. To jedna z książek, która ciągle mi się pamięta jakoś. Nie wybieram się do Indii, nie… i dalekie mi są „prawdy indyjskie, które należy odbierać pod kątem klimatu” (nie pamiętam czyj to aforyzm). W każdym razie rozumiem, co piszesz, a przynajmniej tak mi się wydaje.
    Każda kultura to biotop swoisty dla wielu żyjących w jej obrębie stworzeń, które oddychają nią jak powietrzem, latają dzięki niej jak ptaki, które w dużej mierze latają instynktownie, ale my z zewnątrz rozumieć ją zaczynamy dopiero po „odpowiednim czasie”. Każde miejsce zostawia w nas ślad, czasem tylko powierzchowny, w każdym miejscu szukamy siebie i cząstkę siebie zostawiamy, jeśli jesteśmy tam przez czas stosowny do tego, żeby coś zostawić. Tak jest nawet z najdrobniejszymi zmianami miejsca, które trafiają nam się w życiu. Światy nasze bowiem składają się z nieskończonej ilości z pozoru błahych rzeczy.
    No, zdjęcia piękne jak zwykle i tekst. A co będę Ci słodzić. Nawet nie wiem, czy słodzisz. Ja nie, wolę zjeść do kawy czekoladkę lub inne ciastko.

    • Logos Amicus Says:

      „Każda kultura to biotop swoisty dla wielu żyjących w jej obrębie stworzeń, które oddychają nią jak powietrzem, latają dzięki niej jak ptaki, które w dużej mierze latają instynktownie, ale my z zewnątrz rozumieć ją zaczynamy dopiero po “odpowiednim czasie”.”

      Świetnie napisane, tani! :)

      Mam nadzieję, że nie naruszę Twojej prywtaności, jeśli wspomnę tutaj o tym, że Twoim mężem jest Japończyk, (gdyż sama o tym pisałaś nie jeden raz, zasugerowałaś to również na moim blogu).
      Nawet nie wiesz jak ciekawe dla mnie byłyby Twoje spostrzeżenia na temat tego, jak człowiek z zupełnie obcego kręgu kulturowego, radzi sobie w przystosowaniu się do życia wśród ludzi o całkiem innych korzeniach, innym rodowodzie, innej mentalności…
      Jak takie dwie różne klultury „ścierają się” w sercach, trzewiach i umysłach? :)
      Jak dalece człowiek musi iść na kompromizm? Czy do wszystkiego można się przyzwyczaić? Czy są takie przestrzenie, gdzie wszelka zmiana jest niemożliwa?… etc…

      • tani1 Says:

        No takie zdanie mi do gowy przyszło, fajnie, że Ci się spodobało. Niestety, to tylko sam zainteresowany umiałby chyba opowiedzieć Ci o tym, co Cię interesuje. Mnie trudno to sformułować, zwłaszcza tutaj i w punktach, tak, żeby było w miarę zwięźle. Z tego jednak co wiem od ludzi, którzy zmieniali swój „biotop” i ze swoich skromnych doświadczeń, to mogę powiedzieć, że najważniejsze jest nastawienie. Czy chce się kultywować swoją odrębność, czy człowiek gotowy jest zrezygnować z izolacji, a wchłonąć jak najszybciej i jak najwięcej. Czy inność traktujemy z życzliwym zainteresowaniem i z ciekawością, czy z uporem mówimy: dobrze, ale to nie dla mnie, nie… to jednak nie takie, nie moje… Wiesz, o co biega.
        Wielu ludzi żyje za granicą w diasporach do śmierci, bo dobrze im tylko w gronie „rodaków”. Języka się nie uczą, a serca i głowy wypełnia im zwyczajowo-mentalna mieszanka, która nie określa już tak naprawdę ani „starego kraju”, ani „nowego świata”. Ludzie Ci, odrzucając z góry wiele dziwactw i śmiesznostek swojej nowej ojczyzny, są przez tambylców uważani za niesympatycznych i traktowani z rezerwą. To z kolei w nich budzi sprzeciw i chęć większego odcięcia się. Często nie rozumieją zwyczajów, bo nie zadają sobie trudu ich zrozumienia, lub choćby przyjęcia do wiadomości. Aby jakoś to wszystko przetrawić obie strony uciekają do stereotypów. A bo Makaroniarze, Żabojady, Żółtki, Szwaby, Ruskie… wiesz. I zaczyna się. Bywa niemiło. A człowiek to tylko… człowiek.
        Podstoli przyjechał tu jako człowiek, który nie narzuca innym swojego zdania, choć wiele rzeczy u nas go mierzi, ale dostrzega wokół wiele piękna mimo wszystko. Z początku był jak dziecko, zachwycał się każdym kamykiem i człowiekiem. Z czasem zrozumiał, że człowiek i tu czasem nie brzmi dumnie. Nie ważne. Jest chyba jeszcze jedna rzecz. Kiedy wsiąkasz w jakiś świat i nagle zaczynasz sobie uświadamiać, że jest on już częścią ciebie, to nie ma przebacz, to jest już trochę Twój dom, to tak jak chwila, kiedy łapiesz się na tym, że możesz myśleć w innym języku niż Twój ojczysty i to jest… naturalne. Tak? Macham.

  2. Chihiro Says:

    Ja tez dobrze pamietam te powiesc Endo, ktora czytalam jeszcze w liceum, ale wciaz chodzi mi po glowie, po kilkunastu latach…
    Nie, nie da sie objac Indii. I na szczescie nie trzeba tego robic. Kazdy, kto podejmie proby – kto sadzi, ze takie proby moga skonczyc sie sukcesem – popelnia „grzech” upraszczania kultury, splycania jej i obejmowania w paru (chocby to byly i setki tysiecy) slow.
    Logosie, ja w przeciwienstwie do Ciebie, uwazam, ze najblizsza nam wcale nie musi byc ta kultura, w ktorej wyrastamy. Ty w niemal kazdym tekscie, czy to w tytule, czy w podpisie do zdjecia, czy w samej tresci operujesz opozycjami, ktore wynikaja bardzo silnie z tradycji chrzescijanskiej religii, a ktore mnie sa bardzo obce. Myslisz bardzo dychotomicznie, bardzo „albo-albo”, bardzo „zachodnio”, ze tak to ujme. Stad moze Twoje trudnosci w rozumieniu kultur, ktore wywodza sie z innych kregow. A przeciez wszyscy i wszystko skladamy sie nie tylko z przeciwienstw, ale przede wszystkim z tego, co posrodku. Czemu zadajesz pytanie, czy siedzacy mezczyzna jest znuzony czy kontempluje? Moze podziwia widok, jednoczesnie zastanawiajac sie, co takiego zjadl, ze brzuch go boli i myslac, czy jego matke znow rozzlosci fakt, ze dzis pozno wroci do domu.

    • Logos Amicus Says:

      Chihiro, czym innym jest „tradycja chrześcijańskiej religii” a czym innym tradycja chrześcijańska – tak to widzę. Ja się identyfikuję z tą ostatnią, nie przeczę. Nie identyfikuję się natomiast z Chrześcijaństwem rozumianym jako tradycja stricte religijna.

      Bez wątpienia żyjemy w kręgu cywlizacji zachodniej, na którą największy wpływ wywarło właśnie Chrześcijaństwo (nawet jeśli adoptowało ono elementy kultur antycznych)… z pewną domieszką bizantyjską, oczywiście.
      I, siłą rzeczy, ta gleba kulturowa jest nam najbliższa, bo w niej nas zasiano i z niej wyrośliśmy.
      Tobie się wydaje, że jest inaczej?
      Dlaczego więc nie piszesz swojego bloga np. w języku swahili, a po polsku? ;)
      (To argument tylko z pozoru trywialny – bowiem naszej świadomości często umykają rzeczy najbardziej oczywiste.)

      Zazdroszczę Ci Twojej „łatwości w rozumieniu kultur”, którą sugerujesz pisząc, że ja mam „trudności w rozumieniu kultur”.
      Naprawdę tak świetnie wszystko rozumiesz?
      To dlaczego parę komentarzy wcześniej napisałaś: „nie wspominajac islamu, bo tam sytuacja jest tak skomplikowana, że chyba nie sposób jej zrozumieć”. ? ;)

      Moim zdaniem, aby zrozumieć wszystkie aspekty jakiejś kultury, to trzeba na niej „zęby zjeść”.
      Ja nie mam aż takich ambicji. Mnie zadowoli już to, że cokolwiek zrozumiem, a zwłaszcza… jeśli zdołam poznać jak najwięcej z bogactwa jakie dana kultura oferuje.

      * * *
      Z tą moją skłonnością „dychotomiczną” to masz rację. Często umieszczam obok siebie pojęcia przeciwstwane, ale jest to bardziej chwyt retoryczny, niż skłonność do widzenia świata w czarno-białych kontrastach.
      Poza tym, opierając się na takich manihejskich przesłankach, możemy (w próbach zrozumienie świata i rzeczywistości) oddać należne miejsce dialektyce, gdyż ścieranie się przeciwieństw jest chyba jednak jednym z najistotniejszych elementów konstytuujących nasz świat.

      Weźmy np. tytuł mojego poprzedniego wpisu: „Ascetyzm czy Hedonizm?” Czy właśnie takie postawienie sprawy nie sprowokowało nas do eksploracji nie tylko tych ekstremów, ale i wszystkiego, co może być pomiędzy? Przecież to były tylko takie punkty odniesienia, dość hipotetyczne, zresztą.
      Czy naprawdę posądzasz mnie o jakiś ekstremizm? Myślę, że dość wyraźnie dałem do zrozumienia, że nie jestem zwolennikiem postaw i wyborów skrajnych.

      PS. Piszesz, dziwiąc się temu: „Czemu zadajesz pytanie, czy siedzacy mezczyzna jest znuzony czy kontempluje?” , (bo podpisałem zdjęcie: „Kontemplacja czy znużenie”)
      A dlaczego nie? Co złego w tym podpisie? (Że nie wyczerpuje wszystkich możliwości?)
      Twoje domysły, co też ten człowiek może robić, są słuszne, ale jak to by wyglądało, gdybym to zdjęcie zatytułował w taki oto sposób?:

      „Kontemplacja czy znużenie? A może podziwianie widoku i jednocześnie zastanawianie się, co takiego zjadło się na obiad, że boli brzuch, i myślenie, czy matkę znów rozzłości fakt, że dziś późno wróci do domu? „ :)

      • Chihiro Says:

        Nie, nie wszystkie kultury swietnie rozumiem i nigdy tak nie pisalam. Bardzo czesto przypisujesz innym zdania, ktore nie padly nigdzie w tekscie – Logosie, zacznij czytac to, co jest napisane, a nie to, co moze sie kryc (a sie nie kryje!) miedzy wierszami! To, ze pisze, ze masz problemy ze zrozumieniem kultury nie znaczy, ze ja ich nie mam!!! Ale nie pisze o tym, bo wydaje mi sie to, zupelnie oczywiste, natomiast odnosze wrazenie, ze Ty bolejesz z tego powodu, ze byles w jakims kraju kilka razy i wciaz nie rozumiesz jego kultury, wciaz bardzo silnie chcesz ja zrozumiec, ogarnac. Zbyt silna potrzeba osiagniecia celu prowadzi najczesciej do nikad.

        „I, siłą rzeczy, ta gleba kulturowa jest nam najbliższa, bo w niej nas zasiano i z niej wyrośliśmy.
        Tobie się wydaje, że jest inaczej?”

        Tak, wydaje mi sie, ze jest inaczej. Pisalam juz w kontekscie reinkarnacji kilka postow wczesniej, ze ja zupelnie inaczej postrzegam nasze pochodzenie. Rownie silne znaczenie (a czasem silniejsze!) ma dla mnie, w jakich kulturach wyroslam w poprzednich wcieleniach co i w tym. Ale wlasnie moje poglady sa kompletnie niezgodne z tradycja chrzescijanska i nie bardzo sie z nimi obnosze, bo spotykam sie najczesciej z wielkim niezrozumieniem. Moim zdaniem wiele trudnosci, jakie ludzie maja odnosnie tozsamosci i dobrego badz zlego samopoczucia w jednej a nie innej kulturze wynika z tego, ze postrzegaja swoje istnienie wyrywkowo, biorac pod uwage tylko to jedno zycie. A to zaledwie czastka naszej egzystencji – to tak jakby (zgodnie z tradycja „zachodnia”) analizowac swoja osobowosc wziawszy pod lupe tylko ostatnie trzy lata. Niestety odkad w 534 na soborze w Konstantynopolu zakazono wiary w reinkarnacje swiat zachodni uwaza ja za jakies wschodnie dziwactwo.

        Naprawde uwazam, ze myslenie przeciwienstwami nie jest u Ciebie chwytem retorytycznym, jak sugerujesz, ale jest bardzo gleboko zakorzenione w Twoim umysle – moze tak gleboko, ze sam nie zdajesz sobie z tego sprawy. Jednym z powodow, dla ktorych np. kultura japonska i mentalnosc Japonczykow sa dla ludzi Zachodu tak trudne do zrozumienia, jest fakt, ze Japonczycy nie mysla dychotomicznie, a w ludziach Zachodu ten sposob myslenia jest tak gleboko zakorzeniony, ze wymaga wiele wysilku, by probowac chocby myslec inaczej, by nie widzec przeciwienstw. Scieranie sie przeciwienst jest istotne dla wielu kultur, ale akurat nie japonskiej. A i inne wschodnie kultury nie sa przez przeciwienstwa tak zdeterminowane jak Zachod.
        PS. Podalam tylko przyklad Twojego dychotomicznego myslenia – bo jest to az nadto widzialne, by uwazac je jedynie za chwyt retoryczny…

  3. liritio Says:

    Wchodzę na Twoją stronę już nie po raz pierwszy, i nie po raz pierwszy stwierdzam, że ogromnie podobają mi się Twoje zdjęcia. I te z Indii sprawiają, że ja też chcę tam pojechać – a wcale nie jestem Indiami jakoś specjalnie zainteresowana, chociaż wszędzie krzyczą na mnie, że to wspaniały i interesujący kraj – tak, w to nie wątpię, ale i tak na pierwszych miejscach stoją inne kraje. Chociaż Indie na pewno są fascynujące.
    A to ostatnie zdjęcie, prawie jak Wenecja :) Prawie.

    • Logos Amicus Says:

      Witaj liritio! :)
      Cieszę się, że podobają Ci się zdjęcia. Mam nadzieję, że zaglądasz tu nie tylko ze względu na nie, ale i na tematykę, jaką się tu porusza.
      (A zdjęć z Indii będzie więcej. Niestety, zauważyłem, że nie na wszystkich monitorach te zdjęcia wyświetlają się w całości – obcinana jest spora część z prawej strony.)

      Tak, Indie to niesłychanie interesujący kraj, a dla wielu również i fascynujący. (W moim prywatnym rankingu najciekawszych krajów świata, Indie są zdecydowanie w czołówce.)
      A czy jest to kraj wspaniały? To zależy, co mielibyśmy na myśli.

      PS. A skojarzenie Varanasi z Wenecją? Chyba jednak nietrafne :)

      • liritio Says:

        Domyślam się, że nietrafne :) ale zdjęcie jak te z Wenecji, takie pod kątem kadry często na Santa Marię robią z kanałem Grande, jak w mordkę strzelił :) ale to oczywiście luźne skojarzenie. Chociaż faktem jest, że mnie się wszystko w ten czy inny sposób z Włochami w końcu skojarzy, takie zboczenie.

        A oprócz zdjęć teksty też mnie oczywiście interesują :) podczytuję powoli wstecz.
        Indie jako kraj wspaniały – możliwe, że to ja po protu nadużyłam słowa. Ale skoro tak wielu ludzi uważa je za jeden z najciekawszych krajów świata, to chyba jednak jakaś wspaniałość musi w tym być.

  4. miziol Says:

    Widzę, że te klimaty ci „leżą” Amicusie. Czyżby znudzenie dostatnim życiem w konsumpcyjnym raju? :-)

  5. Torlin Says:

    I trzeba koniecznie pamiętać o tym, że jest to największa demokracja na świecie.

  6. buksy Says:

    Zgadzam sie, ze bardzo trudno wejsc w obca kulture, że graniczy to z niemozliwoscia. W koncu samo okreslenie „zrozumiec” stosowane wobec konkretnej kultury sugeruje pewien dystans i wysiłek. Zreszta jaka mamy gwarancję, że gdy dumnie oświadczamy, iz doskonale pojmujemy daną kulturę, to czy jest tak rzeczywiscie? Czy gdybysmy wyłożyli nasze pojomwanie danego społeczeństwa i jego zasad osobie do niego nalezacej, to, no właśnie, zostalibysmy zrozumieni? przytaknięto by nam, czy pokręcono glowa z niedowierzaniem?
    Moim zdaniem takie upieranie sie przy wspanialym pojmowaniu obcej kultury, czy wrecz przynalenosci do niej, mozna porównac do intensywnego opalania sie w celu uzskania ciemnego koloru skóry i wmówienia komuś, że nie jest sie białym czlowiekiem. Nie czarujmy się, pewnych rzeczy nie da się ot tak przeskoczyc, wiara nie zawsze dokona cudu. A zdjecia magiczne!

    • Logos Amicus Says:

      Co to zresztą znaczy: zrozumieć obcą kulturę?
      Czy nie lepiej ujmiemy (postawimy) problem, jeśli będziemy mówić o stopniu poznania danej kultury, czyli o zakresie wiedzy, którą możemy o niej posiąść?
      Bo zrozumienie suponuje niejako, że pewne aspekty obcej kultury akceptujemy, a przynajmniej tolerujemy.
      Ale czy rzeczywiście w tym przypadku zrozumieć znaczy wybaczyć? Albo przynajmniej zaakceptować?

      Dla nas, czyli dla ludzi wywodzących się z kręgu kultury tzw. chrześcijańskiej, zawsze pewne elementy np. hinduizmu, taoizmu, buddyzmu, czy islamu, pozostaną obce – choć w tamtych kulturach są przyjęte za normę.
      Bo czy np. zaakceptujemy kiedykolwiek sposób, w jaki są w islamie traktowane kobiety? Czy przestaniemy się oburzać na zabieg wycinania afrykańskim dziewczynkom łechtaczki? Czy – oprócz dziwaków i desperatów – ktokolwiek z nas zanurzyłby się w zatrutych śmiertelnie wodach Gangesu, by zwiększyć swoje szanse na nirwanę? Czy gdybym chciał w Polsce (czy w jakimkolwiek europejskim kraju) założyć harem (idąc śladem Wielkich Islamu i… domniemanych poligamicznych skłonności mężczyzny;) ), to czy spotkałbym się ze zrozumieniem i akceptacją społeczeństwa?

      Nie przeceniajmy własnej (tak przecież chętnie deklarowanej) tolerancji wobec obcych nam kultur. Ani tego, że możemy je dobrze „zrozumieć”, (nie wspominając już o „wspaniałym” jej pojmowaniu.)
      Nawet jeśli jakimś sposobem staniemy się częścią społeczeństwa stworzonego przez obcą nam kulturę, to – mimo dokonywania cudów mimimry, przystosowania i asymilacji – i tak nigdy nie będziemy w stanie zrzucić tej naszej pierwotnej skóry, w którą obrośliśmy w dzieciństwie i młodości.
      Takie jest moje zdanie.

      • Chihiro Says:

        Logosie, islam potepia obrzezanie kobiet!!! Ten zabieg nie ma zadnego zwiazku z islamem, a z pewnymi kulturami. Nie mozna wszystkiego, co dzieje sie w krajach islamskich zwalac na islam, bo poza religia istnieja tez w krajach przeciez tradycje wywodzace sie z danych kultur, nie zwiazane z religia.

        Ciekawie byloby sie zastanowic, co w ogole pojmujemy pod pojeciem „obca”? Czym jest obca kultura? Czy skoro jestem Polka (w tym wcieleniu – dla mnie to bardzo wazne! rownie wazne, jak dla Ciebie, Logosie, wiara, ze tylko to zycie determinuje Twoja osobowosc) znaczy, ze kultury, z ktorymi w poprzednich wcieleniach i w tym nie mialam duzego styku sa dla mnie obce i nigdy nie beda mi bliskie? Logosie, jak rozumiesz „obcosc” kultury?

      • Logos Amicus Says:

        Chihiro, piszesz (a nawał wykrzykników zdradza pewne wzburzenie ;) )
        „Logosie, islam potepia obrzezanie kobiet!!!”
        Otóż to, że islam potępia obrzezanie kobiet nie oznacza, że muzułmanki nie są poddawane temu zabiegowi (niedawne badania prowadzone we Francji wykazały, że ok. 35 tys. muzułmańskich dziewcznnek albo zostało obrzezanych, albo chciano je obrzezać).
        Lecz ja, pisząc o obrzezaniu nie miałem na myśli konkretnie islamu.

        Wogóle, dyskutując o różnicach występujących w różnych kulturach, staram się nie podchodzić do tego w kategoriach religijnych. Dlatego, mówiąc o Europie zakorzenionej w tradycji chrześcijańskiej, mam na myśli szerszy kontekst kulturowy, a nie tylko religijny (bo to mogłoby się sprowadzić do problematyki związanej np. z katolicyzmem, protestantyzmem, anglikanizmem… etc. – a ja tego robić nie chcę). W tym sensie, wg mnie ktoś może deklarować się jako ateista czy agnostyk, a i tak jego sposób myślenia, mentalność będzie w jakimś stopniu wiązać się z europejską tradycją chrześcijańskią, nawet jeśli będzie to postawa krytyczna, opozycyjna. (Tak mocno był związany z Chrześcijaństwem choćby np. taki Nietzsche, największy chyba zadeklarowany wróg Chrześcijaństwa. Z Chrześcijaństwem wiele wspólnego – wbrew pozorom – ma również taka ideologia, jak np. komunizm… etc.)
        * * *
        Wybacz Chihiro, ale na temat reinkarnacji trudno mi byłoby z Tobą duskutować, bo wg mnie jest to dyskusja odnosząca się do wiary (której ja nota bene nie podzielam).
        Nie jest mi dane doświadczenie poczucia moich wcześniejszych wcieleń, trudno mi więc mówić, czy byłem świnką, owcą, braminem, samurajem, imamem, cadykiem, Robin Hoodem, Eskimosem czy królową Anglii… Nie wiem czy w moich wcześniejszych wcieleniach byłem członkiem plemienia Hula Gula, hordy Wielkiego Mogoła, gejszą cesarza Japonii czy mędrcem na dworze cesarza Chin. Widzisz… takie założenia, w moim mniemaniu, doprowadziłyby nas do absurdu.
        Na Twoje oświadczenia, że w innym wcieleniu żyłaś w innej kulturze, mógłbym niestety zareagować tak, jak na oświadczenia kogoś innego, kto twierdziłby np., że pamięta swoje życie na planecie Pandoria w gwiadozbiorze Aldebarana (ale nie zareaguję, bo nie chcę Ci sprawić przykrości).
        Proszę, nie zrozum mnie źle… w żadnym razie nie chcę Cię urazić, ale tylko określam swoje dość sceptyczne stanowisko wobec reinkarnacji, czy jakiejkolwiek wiary w coś, co jest mi obce i co skłonny jestem tłumaczyć projekcją – imaginacją naszego mózgu.

        Tak więc, skoro nie pamiętam swoich wcześniejszych wcieleń w innych kulturach (co, logicznie, jest dla mnie jednoznaczne niewierze w nie), to za „obcą” kulturę uznaję taką, która jest mi obca, choćby tylko dlatego, że jej (jeszcze) nie poznałem.
        Lecz gdybym chciał np. poświęcić życie na poznanie takiej kultury (ucząc się jej języków, żyjąc wśród jej ludzi, poznając jej literaturę, sztukę, tadycję, religię, obyczaje…) to być może w którymś momencie ta kultura przestałaby mi być obca, więc nie musiałbym już używać na jej określenie słowa „obca”.
        Tak więc, wg mnie „obcy”, nie wiąże się u mnie z niemożnością poznania. Wprost przeciwnie. Dla mnie „obcy” oznacza interesujący, godny poznania, wart zrozumienia… Gdyż tylko poprzez poznanie czegoś, co jest nam „obce”, wzbogacić się może nasza wiedza o świecie… i innych ludziach.

  7. Jula Says:

    Historia nam pokazuje i udowadnia, że czasami wydawałoby się ludzie zżyci zasymilowani – w jakiś tam określonych sytuacjach, z reguły w czasach kryzysów ekonomicznych, są odrzucani przez lokalne społeczności ! …
    Jakim cudem są tak z miejsca wyłapywani?…
    Przecież, czasami jest to któreś tam pokolenie ?… :O )))
    PA! ;D

    • Logos Amicus Says:

      Jula, ja mam nadzieję, że żadnych „łapanek” ulicznych ani czystek etnicznych w Europie (również w Stanach), się nie doczekam.
      Chociaż wiem, że problem związany z obecnością caraz liczniejszych społeczności muzułmańskich w Europie robi się coraz większy i prędzej czy później trzeba się będzie z nim zmierzyć – i to chyba w bardziej radykalny sposób (a ten „radykalizm” oczywiście nie wróży niczego dobrego).

      • Chihiro Says:

        Ciesze sie, ze poruszasz ten temat, Logosie, bo ja w zeszlym tygodniu bylam na znakomitej dyskusji z uznanymi specjalistami (moze powinnam o niej napisac, zamiast tutaj sie wypowiadac, hi hi :)): „Is Europe failing its Muslims?”. Jedna z podstawowych kwestii bylo wlasnie postrzeganie muzulmanow za „problem”. Wiele osob, w tym mysle, ze Ty takze, pisze i mowi o nich jako o problemie. Czasem jest to niezrecznosc jezykowa, ale czesto tez naprawde postrzeganie obecnosci muzulmanow w Europie za sytuacje problematyczna – co ciekawe, bo islam w Europie w wielu krajach ma silniejsza tradycje i istnial dlugo wczesniej niz chrzescijanstwo, a jednak ze swiadomosci wiekszosci ludzi (niemuzulmanow) ten fakt zostal wyparty na przestrzeni lat.

      • Logos Amicus Says:

        Chihiro, a czy równie dobrze nie możnaby ogłosić dyskusji pt. „Are Muslims failing their Europe”? :)
        Ja wspominając o problemie jaki zaczyna mieć Europa z muzułmanami (ale nie tylko z nimi, jeśli chodzi o ludność tzw. „napływową”) miałem na myśli to, że coraz szersze społeczności europejskie zaczynają postrzegać obecność „obcych” kulturowo imigrantów jako problem właśnie.
        Bo czyż nie jest problemem, jeśli np. mieszkańcy Paryża widzą w tych, którzy podpalają auta przede wszystkim jako Arabów, a mało kto myśli w kategoriach socjalnych (wiążąc to z bezrobociem)? Czyż nie jest problemem to, że terroryzm jest wiązany z samym Islamem, a nie z jego ekstremistami? Niestety, nadal jesteśmy w Europie na poziomie patrzenia na Innego, jako na Obcego (a więc potrencjalnie groźnego). I z tym należy się liczyć, a nie z pełnymi tolerancji deklaracjami idealistów, którzy mówią, że nie ma żadnego problemu (no problem!) – że jest to właściwie „niezręczność jężykowa”, czy też sprawa niewłaściwgo nazewnictwa (co sprowadza niestety całą kwestię do czegoś podobnego do tak ośmieszonej przecież „politycznej poprawności.

        Istnieje niestety, jeszcze inny spakt całej sprawy. Odnosi sie on do starego jak świat ludzkiej cywilizacji atawizmu walki o dominację (w tym przypadku; jendej kultury nad drugą). Po prostu: w naszej historycznej rzeczywistości silniejsza kultura wypiera słabszą. I tak jest od zarania ludzkości. Czyli: jeśli Ty nie zadbasz o „swoją” kulturę, to inna kultura „zadba” o Ciebie.
        Warto moim zdaniem pamiętać także o takich aspektach, gdyż na dobrych intencjach (i naiwności stąd wynikającej), nader łatwo można się „przejechać”.

        Myślę, że narzeczy będzie, jeśli przytoczę tu fragment wypowiedzi pewnej (kulturalnej i wykształconej) Niemki, jaką cytuje w swoim „Dzienniku dla dorosłych” Stefan Chwin:

        „Pani S. (…) mówi o tym, co dzieje się w niemieckich szkoałach i nie kryje niepokoju. W Darnstadt są klasy., w których na 25 uczniów tylko 5 jest Niemcami. Nauczyciele nie wiedzą co z tym robić. Turcy, Niemcy z Rosji, Serbowie, Kurdowie. Żyją we własnym kręgu i wielu, a może nawet wikszość nie mówi po niemiecku. Dzisiaj już jedna dziesiąta niemieckiego społeczeństwa to auslanderzy. A za 20 lat? (…) za dwadzieścia lat będzie ich trzy razy więcej. Wystarczy, by każdy z auslanderów miał dwoje, troje dzieci. Co z tego wyniknie? Pani S. śmieje się „Jak to co? Za dwadzieścia lat kanclerzaem Niemiec będzie Turek albo Arab. Bo przecież oni mają prawo do głosowania i startowania w wyborach tak samo, jak wszyscy Niemcy. (…) Do Europy przybywają już nie tysiące, już nie dziesiątki czy setki tysięcy, lecz miliony prezybyszów z krajów, w których nie bylo żadnych tradycji demokratycznej. Zapewne część dostosuje się dop systemu wartości cywilizacji europejskiej, lecz czy wszyscy? I kim bęzie im jak liczna będzie ta reszta, która się nie dostosuje? Jak będzie wplywać na politykę niemiecką i – pośrednio – politykę europejską? (…) Rasizm? Ależ jaki znowu rasizm! NIe chodzi o żaden rasizm, lecz o to, czy oni będą bronić wartości demokratycznych, czy też raczej będą demokrację pogardliwie odrzucać. Bo wie pan, ja nie chcę, żeby moja wnuczka musiała chodzić w czadorze!”.

        Czy to nie jest problem?

      • Chihiro Says:

        Odnosnie „problemu” islamskiego :)

        Napisalam tekst o spotkaniu do portalu Arabia.pl, ale jeszcze sie nie ukazal, wiec nie bede pisala o tym, co mowiono, ale slusznie uwazasz, ze koncept „Muslims are failing their Europe” jest jak najbardziej wart uwagi – i w wielu przypadkach trafiony.

        Jak zreszta w wiekszoscia kwestii, ten kij ma dwa konce. Najwazniejsze jest rozroznienie, moim zdaniem, miedzy imigrantami i miedzy obywatelami europejskimi. To, co drazni wielu muzulmanow, i co drazni takze mnie, to postrzeganie muzulmanow jako „obcych”, przyjezdnych. Tymczasem wielu z nich jest Europejczykami, czasem nawet od trzeciego pokolenia, maja obywatelstwo francuskie, brytyjskie, holenderskie itp. i okazywanie im goscinnosci tylko ich rozjusza – oni sa u siebie w domu! Tu jest ich ojczyzna, ktorą mogą krytykowac, ktorej reguly moga podwazac i je ksztaltowac.
        Tak, to jest problem, ze wiekszosc niemuzulmanow patrzy na muzulmanow przez pryzmat ich religii. Ale to nie jest wina muzulmanow, a swiatopogladu i uprzedzen niemuzulmanow. Wiele Europejczykow, slyszac, ze ktos pochodzi, dajmy na to, z Libanu, mysli od razu: „Arab”, „muzulmanin”. A przeciez wielu Libanczykow to chrzescijanie. Tak samo jak w Iranie sa chrzescijanie, buddysci, zoroastrianie itd.
        Wracajac do muzulmanow – religia jest tylko czescia ich tozsamosci, nie jedynym elementem. Uwaga zas niemuzulmanow skupiona jest wylacznie na tym elemencie, zwlaszcza gdy Twoj wyglad pokazuje wyraznie, ze mozesz nie byc stad. Zastanow sie, jakby to dzialalo na Ciebie, gdyby patrzono na twoje wąsy i myslano automatycznie: „Polak, katolik, konserwatysta, cwaniak” plus dziesiatki innych okreslen, z ktorymi wąsaci mezczyzni moga byc kojarzeni (oczywiscie nie bierz tego do siebie, wykazuje tylko sposob myslenia).

        Szczerze mowiac, nie rozumiem problemu tej Niemki. Podobno wyksztalcona, a nie przyszlo jej do glowy, ze ci Turcy (zreszta Turcja jest demokratycznym, liberalnym krajem), ktorzy sa dzis trzecim pokoleniem w Niemczech, za 30 lat zupelnie moga odrzucic islam? Tak samo jak coraz wiecej Polakow, ktorych dziadkowie byli mocno wierzacymi katolikami, staje sie ateistami. Religia tez przechodzi transformacje, nie jest zaczepiona w jednym punkcie historii. Islam obecnie bardzo wolno podaza z duchem czasu, ale w wielu krajach (szczegolnie w Europie) podaza jednak i da sie jak najbardziej pogodzic z demokracja.
        Te pania niepokoi fakt imigracji. Ale ci Turcy, Serbowie, o ktorych ona sie wypowiada, nie sa wcale tylko Turkami i Serbami. To sa Niemcy, maja obywatelstwo niemieckie, sa tak samo Niemcami jak i ona sama.

        A propos, czytales rewelacyjna ksiazke Amina Maaloufa „On Identity”? Cieniutka, zaledwie 130 stron, ale to najlepsza rzecz, ktora czytalam o kwestii tozsamosci.

      • Logos Amicus Says:

        Wg mnie nasza postawa winna być logiczna i konsekwentna:
        jeśli cenimy takie wartości, jak demokracja, tolerancja, wolność słowa, poszanowanie innych… etc. (które nota bene są „produktami” cywilizacji Zachodu), to powinniśmy się przeciwstawiać tym, którzy tych wartości nie cenią (bez względu na ich pochodzenie, kolor skóry, kulturę, religię, narodowość…), a którzy zaczynają (chcą, zamierzają) wpływać na rzeczywistość w jakiej żyjemy.
        Czyż nie?

  8. salina Says:

    Poddałam się urokowi obrazów- impresji przez Ciebie zatrzymanych, utrwalonych i pomyślałam sobie Amicusie, że… „podróże kształcą” :) Ale tylko tych którzy bacznie obserwują, porównują, dostrzegają podobieństwa i różnice, formułują pytania, szukają na nie odpowiedzi.
    Czy powinno się przy tym czuć dyskomfort, że jest się „z zewnątrz” i nie jest się w stanie dostrzec całej palety lokalnych zwyczajów, tradycji, norm, wierzeń, wniknąć w wielowiekową i przebogatą kulturę? Przez te parę godzin, dni, a niechby i tygodni, podróży? Czy aż takie ambicje są zasadne? :)
    Powiedziałeś kiedyś, że pociągają nas odmienności i miałeś rację. Najchętniej wybieramy się w miejsca dla nas egzotyczne. I wypatrujemy różnic, a nie podobieństw.
    Może gdybyśmy zaczynali od podobieństw poznanie byłoby prostsze? W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy mnóstwo wspólnych cech i identycznych potrzeb.
    Ty to wiesz bardzo dobrze Amicusie, że uroda nie tylko Indii, ale i wielu innych miejsc na świecie „wręcz zapiera dech w piersiach”, jak się zwykło mówić, i zauroczenia zwiedzających do złudzenia przypominają stan zakochania. A którego zakochanego stać na trzeźwe myślenie, ocenianie? On nie zauważa tego co może mu się nie podobać, wyolbrzymia zalety, zachwyca się wszystkim i stawia wyżej od tego co sam posiada :)

    • Logos Amicus Says:

      „(…) uroda nie tylko Indii, ale i wielu innych miejsc na świecie “wręcz zapiera dech w piersiach”, jak się zwykło mówić, i zauroczenia zwiedzających do złudzenia przypominają stan zakochania. A którego zakochanego stać na trzeźwe myślenie, ocenianie?”

      Pięknie to ujęłaś, Salino.
      Kiedy już odwiedzimy jakiś kraj, jakieś miejsce, nasz stosunek do niego staje się zwykle czymś bardzo osobistym. Często jest to zauroczenie, czasami odraza… i zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku nasz ogląd staje się – poprzez swój subiektywizm – bardzo wybiórczy. Tzn. przymykamy oczy na pewne aspekty, zaś wyolbrzymiamy inne. Tak właśnie, jak to ma miejsce w stanie zakochania (lub nienawiści :) ) – co słusznie zauważyłaś.
      (Jeśli zaś jest to obojętność, czy choćby tylko „letniość”? – To znaczy, że dany kraj nie zrobił na nas żadnego wrażenia i nie warto było się do niego wybierać.)

      Indie są o tyle specyficzne, że wzbudzają w nas uczucia skrajne. Może właśnie dlatego ten kraj zrobił na mnie tak olbrzymie wrażenie.

  9. magamara Says:

    Logosie, jezeli zrobic krok dalej od tego stanowiska, o ktorym piszesz powyżej (w odpowiedzi dla buksy), to nalezaloby przyjac, ze nie warto wlasciwie nawet starac sie zagladac do tego, czym jest „obca” nam kultura, bo przy pierwszej lepszej okazji, natrafimy na mur nie do pokonania. Z pewnoscia jednak nie to masz na mysli, o czym swiadcza chociazby Twoje rozlegle podroze, w tym do kraju tak pelnego sprzecznosci jak Indie.

    Indie rzeczywiscie trudno opisac. Trud ten wynika z wielu rzeczy. I przy calym tym niezliczonym dobrodziejstwie i licznych koszmarach, ktore oferuja Indie, zapomina sie o jedynym – o zwyklej geografii. Subkontynent jest tak rozlegly, ze trudno aby w swej samej podstawowej wielkosci dawal sie latwo okreslic. To tak, jakby sie chcialo wrzucic Europe z kawalkiem Rosji, Turcji i Izaela do jednego worka i okreslic ja w kilku slowach.

    Co do rozumienia czy poznawania nowych kultur to owszem jest to zadanie szalenie trudne, karkolomne, ale uwazam, ze zawsze warte podjecia. Oczywiscie zawsze napotkamy na cos, czego nie bedziemy w stanie zaakaceptowac, czego nie bedziemy chcieli zrozumiec (i tutaj wymieniles kilka trafnych, choc dosc eskremalnych przykladow).
    Jedna z najwiekszych barier jest jednak moim zdaniem jezyk – bo w nim jest zakodowanych tyle znaczen, ktore nawet przy dlugim wystawianiu sie na zagadki innej kultury, nie bedziemy w stanie pojac, jezeli nasz umysl nie zacznie operowac w kategoriach tego jezyka, w kategoriach tych wszystkich znakow, symboli, konotacji. Bo wlasnie w ten sposob, przez jezyk, obca kultura moze stac sie nam bliska (co wcale nie znaczy, ze od razy musimy przejsc konwersje :-)

    Moze nie jest to najlepszy przyklad (ale to jedyny jaki mam, wiec musi wystarczyc :-), ale sprobuje pokazac to, czym jest w moim pojeciu poznawanie innej kultury. Przeprowadzka z Polski, ktora bylo nie bylo, jest krajem dosc homogenicznym, do UK, totalnego tygla, ktory nic nikomu nie narzuca (i ktory juz bardzo niewiele ma wspolnego z tradycja chrzescijanska, bo dominuje raczej ateizm badz podejscie agnostyczne, nie wspominajac silnej tradycji islamu), byla dla mnie pewnego rodzaju kulturowym szokiem. I aby rzeczywiscie znalezc tutaj wlasne miejsce, musialam niejako zupelnie na nowo sie zdefinowac, tym bardziej, ze moj maz, komplikujac sprawe, jest jedynie pol-Anglikiem (druga polowka to wloskie korzenie). Zatem wspolny zwiazek jest pewnego rodzaju kulturowym kompromisem, ktory anektuje to, co nam bliskie z kazdego z krajow, a jednoczesnie traci cala ta pewnosc, ktora zwiazana jest z przywiazaniem tylko i wylacznie do jednego systemu wartosci, do jednej ziemi. Trzeba, ze sie tak wyraze, czesc siebie zatracic. Trzeba sie otworzyc, pogimnastykowac z wlasnymi pogladami, tradycjami, zachowaniami i znalezc nowa droge. To bardzo ciekawe doswiadczenie, nie jest jednak wcale latwe i przyjemne. Na pewno jednak wzbogaca i uczy pewnej pokory do tego, ktory pochodzi z „obcego” (wole jednak slowo „innego”) swiata.

    Przepraszam za dlugie dygresje. Podjales szalenie ciekawy temat. Serdecznosci :-)

    • Logos Amicus Says:

      Magamaro, jestem daleki od tego, by twierdzić, że nie warto „się starać” poznawać „obcą” kulturę, bo „natrafimy na mur nie do pokonania”.

      Wyraziłem to np. pisząc:
      „Czy nie lepiej ujmiemy (postawimy) problem, jeśli (zamiast o „zrozumieniu”) będziemy mówić o stopniu poznania danej kultury, czyli o zakresie wiedzy, którą możemy o niej posiąść?”
      Oraz:
      „Moim zdaniem, aby zrozumieć wszystkie aspekty jakiejś kultury, to trzeba na niej “zęby zjeść”.
      Ja nie mam aż takich ambicji. Mnie zadowoli już to, że cokolwiek zrozumiem, a zwłaszcza… jeśli zdołam poznać jak najwięcej z bogactwa jakie dana kultura oferuje.”

      Mnie bardzo interesują „obce” kultury. Lecz godzę się z tym, że mogę je poznać w (zazwyczaj) dość mocno ograniczonym stiopniu… (i to ograniczonym z wielu względów). Dlatego nigdy bym nie mógł stwierdzić, że jakąś kulturę znam „doskonale” i że poznanie wszystkich jej aspektów jest dla mnie czymś szalenie łatwym i prostym.

      * * *
      Bardzo słuszna jest Twoja uwaga odnośnie stopnia zależności między możliwością poznania danej kultury a znajomością języka, jakim posługują się ludzie z jej kręgów.
      Ja bardzo ubolewam nad tym, że jadąc do jakiegoś kraju, nie znam języka, jakiego tam się używa (liczę zwykle na angielski).
      Bardzo np. chciałbym poznać Chiny (a przy okazji także Tybet, Wietnam, Laos, Kambodżę…), ale właśnie przed podróżą tam powstrzymuje mnie mocno bariera językowa (a myślałem o kilkumiesięcznej wyprawie mało utartymi szlakami, zdając się w dużym stopniu na improwizację, na przypadkowe kwatery, przypadkowych ludzi, bez podpierania się kartami kredytowymi i bez stałego kontaktu z „naszą” cywilizacją… ;) )
      W Indiach nie było większych kłopotów z poruszaniem się po tym kraju, mimo że mogłem się tam posługiwać właściwie tylko językiem angielskim.

      Jeszcze tylko wspomnę o moim „szoku kulturowym”, kiedy przybyłem z Polski do Stanów. Akurat panująca w Ameryce multikulturowość i niesłychana różnoroność etniczna – ten tygiel, o którym wspominasz – szalenie mi się tu spodobała. (Na szczęście, wychowanie w naszej „homogenicznej”, jednonarodowej Polsce, nie wepchnęło mnie do okropnego piekła ksenofobii.)

      • magamara Says:

        Logosie: Nie zarzucam Ci wcale zadnej niecheci do poznawania innych kultur. Wrecz przeciwnie :-) Wspomnialam, ze Twoje doswiadczenia podroznicze temu wlasnie zaprzeczaja. Pisalam o tym, ze wychodzac z zalozenia, ze poznanie jest ograniczone, mozna dojsc do konkluzji, ze skoro tak jest to nie warto sie wysilac, zeby osiagnac tylko ulamek czegos i w ten sposob pozostac przy tym, co najbardziej i najlepiej znane czyli kultura wlasna. Ot, tyle.

        Co do barier jezykowych, moze moglbys znalezc chinskiego podroznika z angielskim (badz dziennikarskiego „fixera”), ktory mialby ochote wybrac sie z Toba w kilkumiesieczne przemierzanie Chin? Podejrzewam, ze istnieja jakies agencje, blogi zbierajace tego typu informacje, skupiajace ludzi z podobnymi planami. Zycze powodzenia w realizacji wojazowego planu!

  10. Norna Says:

    a mnie zostało poczucie bezpiecznej przystani
    ukryłam się w niej
    swoje marzenia ukryłam
    by w chwili ulotnej
    po nie wrócić
    w wolnym czasie
    bo tak trudno dostrzec znaki
    idąc przez pustynie
    nie mogę odnaleść tej mapy uczuć

    powiem słowami Szymborskiej –
    człowiek dość rzadko ma cos
    do powiedzenia
    naprawdę
    a od siebie:
    bo świat jest tylko jeden
    jak jeden jest tylko duch

    kłaniam się Tobie nisko
    bo Cię podziwiam i jestem blisko
    ściskam bardzo bo jak Cię nie lubić

    gdzie się podziały
    zmieniły się z poczwarki
    i odleciały
    gdzie nektaru więcej
    i zapachu pomarańczy
    woń

  11. Chihiro Says:

    Logosie, musze odpowiedziec tu na temat reinkarnacji, bo powyzej system nie daje mi takiej mozliwosci :( Odnosze sie tu do uwag wylacznie w komentarzu z godz. 5:23am.

    Wiesz, mozemy nie mowic o wierze zupelnie, bo ona nie determinuje ani mojego, ani twojego zycia. Jednakze dogmaty wiary chrzescijanskiej masz zakodowane w mozgu i nimi operujesz, chocby w odniesieniu do dlugosci zycia. Uznajesz, ze czlowiek ma jedno zycie, rodzi sie i umiera. Koniec. Rozpatrujesz wiec postac danej osoby poczawszy od jej narodzin do smierci, z uwzglednieniem czasem pochodzenia tej osoby, jej rodzicow, dziadkow itp.
    Ja znam jako tako koncept zachodni, czyli wywodzacy sie z tradycji chrzescijanskiej, ale nawet jako dziecko czulam sie nieswojo z pomyslem, ze czlowiek tylko raz rodzi i sie umiera. Dla mnie to koncept nie do przyjecia, nie potrafie myslec nie ujmujac sylwetki czlowieka szerzej, w kontekscie licznych narodzin i smierci. Mozna probowac odsunac na bok religie, bo ja nie wyznaje zadnej, ale nie mozna dsunac tego podstawowego zalozenia dotyczacego dlugosci zycia czlowieka. To naprawde zmienia caly swiatopoglad i perspektywe. To jest ten szerszy kontekst kulturowy, ktorym rowniez ja operuje. Nie ma znaczenia, czy znasz swoje wcielenia czy nie, wierzysz w nie czy nie. Wazne, czy w glebi duszy jestes przekonany, ze Twoje zycie zaczelo sie te kilkadziesiat lat temu.

    Rozumiem Twoje argumenty dotyczace „obcej” kultury. Ja postrzegam „obcosc” jednak bardziej intuicyjnie. Gdy ciagnie mnie do jakiejs kultury, interesuje mnie ona, odczuwam latwosc w chlonieciu jej osiagniec, latwo mi porozumiec sie z osobami wywodzacymi sie z danej kultury – ona nie jest dla mnie obca. Obca jest ta, ktora mnie malo interesuje, ktora moje wewnetrzne „ja” odrzuca mimo wielu prob zrozumienia jej, przyblizenia, z ktorej czlonkami (zle slowo tutaj, ale nie przychodzi mi w tej chwili nic sensowniejszego) nie moge znalezc wspolnego jezyka. Patrzac na to w ten sposob, blizsza jest mi np. kultura brytyjska (mimo iz mniej ja znam) niz polska (ktora znam lepiej i w ktorej jezyku wyrastalam). Nie zawsze istotne jest dla mnie, ile sie wie o danej kulturze, ale jak sie dana kulture czuje.

    • Logos Amicus Says:

      „Uznajesz, ze czlowiek ma jedno zycie, rodzi sie i umiera. Koniec.”
      A skąd Ty wiesz, że ja to uznaję? Nie przypominam sobie naszej rozmowy na ten temat, a nawet tego, czy wogóle poruszałem taki temat w moich (opublikowanych tu) tekstach.
      Nie wiem, czy „KONIEC”.
      Pod tym względem skłaniam się ku postawie agnostycznej.

      „Wazne, czy w glebi duszy jestes przekonany, ze Twoje zycie zaczelo sie te kilkadziesiat lat temu. „
      Tak, jestem przekonany, że moje OBECNE życie zaczęło się kilkadziesiąt lat temu (już widzę reakcję odpowiednich urzędów, gdybym chciał podważać prawdziwość odpisu mojego aktu urodzenia ;) (Ale, ale… mam nadzieję, że nie wypominasz mi tu mojego wieku :) )

      * * *
      Podoba mi się Twoja definicja (i podejście do) „obcej” kultury.

      • Chihiro Says:

        Takie zrobilam zalozenie, byc moze bledne. Jesli tak, to przepraszam. Jednakze to zalozenie tlumaczyloby wiele Twoich uwag na temat atawizmu, rozumienia danych kultur i przywiazania do danego „habit of thought” (jak to dobrze brzmi po polsku? „zwyczaj myslowy”? hmmm…).

        Hi hi, nawet ci wierzacy w reinkarnacje, nawet buddysci, przede wszystkim skupieni sa na zyciu obecnym :) Bo zbytnie zakorzenienie w przeszlosci nie jest wskazane, ani w przeszlosci z tego wcielenia, ani z poprzednich. Najzdrowiej skupic sie na terazniejszosci i myslec co nieco o przyszlosci :) A rozne problemy wyjasniac wspomagajac sie przeszloscia (a gdy wierzy sie w reinkarnacje, latwiej i szybciej dochodzi sie do zrozumienia siebie, tak mi sie wydaje, tak mi mowi wlasna obserwacja mojej skromnej osoby).

        *
        Moje podejscie do „obcej” kultury jest mocno emocjonalne i z gruntu naukowego kompletnie nie racjonalne. Jednakze mi odpowiada, bo nie naleze do osob, ktore patrza na swiat przede wszystkim „szkielkiem i okiem” :)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s