FILMOWISKO (“Rewers”, “Dom zły”, “Przerwane objęcia”, “Głód”, “Precious”, “Avatar”)

festival.banner.wl

„REWERS” (reż. Borys Lankosz)

 * * * * * *

Miłość w czasach agenturalnej zarazy („Rewers”)

Siłą rzeczy wybierałem się na ten film z bagażem wielkich oczekiwań – tak gromko i powszechnie zewsząd go chwalono. Może właśnie stąd ten lekki zawód. Spodziewając się arcydzieła, zastałem „jedynie” film bardzo dobry.
Oprócz czarno-białej stylizacji, świetnych zdjęć, dobrego aktorstwa, ciekawego scenariusza i oszczędnej – acz na swój swój sposób zagęszczonej znaczeniami – narracji, największe wrażenie zrobiło na mnie to, co można nazwać… jego etyczną przewrotnością. Bowiem twórcy filmu, w sposób zupełnie zaskakujący odwrócili moralną podszewkę epoki polskiego schyłkowego stalinizmu, przemieszali oczywiste zło komunistycznego systemu z… uwaga! – jeszcze większym złem, jakiego dopuszczają się ci, którzy reprezentują szlachetną (z założenia) stronę antykomunistycznej opozycji. Przy czym, nie do końca jestem pewien tego, czy owo aksjologiczne zachwianie zostało w ogóle przez widzów zauważone – tak przesiąknięci jesteśmy stereotypami dzielącymi świat epoki totalitaryzmów na ewidentne zło komunizmu i immanentne dobro tego, co komunizmowi się sprzeciwiało.
A że nie zawsze tak było – tego już za bardzo dostrzegać nie chcemy, choćby tylko dlatego, że wynika stąd dla nas (burząca spokój i ład) większa komplikacja otaczającej nas rzeczywistości, którą tak usilnie przecież chcemy oswoić, uporządkować i posegregować. Film Lankosza ten nasz wygodnicko-konformistyczny pociąg do schematyzmu zaburza i być może dlatego odciska w nas ślad głębszy, niż filmy przestrzegające wyrazistego czarno-białego stereotypu.
„Rewers” wyróżnia się więc spośród obrazów nawiązujących do tzw. peerelowskiej przeszłości i niewykluczone, że jest to sprawa młodego wieku jego twórców nieobciążonych już (jeszcze?) „jedynie słusznymi”, czy też „politycznie poprawnymi” interpretacjami najnowszej historii naszego kraju.

 

„DOM ZŁY” (reż. Wojciech Smarzowski)

 * * * * * *

Marazm przechodzący w horror, czyli peerelowskie doły („Dom zły”)

„Dom zły” obejrzałem w rzeszowskim kinie „Helios”, co jest o tyle istotne, że akcja filmu rozgrywa się na Podkarpaciu, oraz padają w nim nazwy miejsc dobrze mi – z racji tego, że są to moje strony rodzinne – znanych, w tym samego Rzeszowa.
Wprawdzie trudno było mi się utożsamiać z ukazanym w filmie środowiskiem (mój dom był dla mnie domem dobrym), a tym bardziej z występującymi w nim postaciami nurzającymi się – co tu kryć! – w błocie dość koszmarnej rzeczywistości (nota bene wykreowanej na ekranie z niezwykłym wyczuciem i zatrważającą wręcz wiarygodnością przez reżysera), to jednak pamiętna mi bliskość peerelowskiego marazmu „ściany wschodniej”, jaki towarzyszył w bliższej lub dalszej perspektywie mojemu dzieciństwu, pozwalała mi na odkrycie pewnych paralel oraz wysnucie konkretnych analogii między tymi dwoma światami.
Dość szybko uświadomiłem sobie to, jak łatwo „Dom zły” mógłby się stać filmem zgoła nie do oglądania, gdyby nie znakomita reżyseria Wojciecha Smarzowskiego, który zdołał utrzymać na wysokim poziomie ów delikatny (wbrew pozorom) balans między realizmem ukazywanej rzeczywistości a wpisującą się weń – i to mocno zabarwioną horrendum – groteską. Ta sama sprawność reżysera spowodowała również i to, że dysonansem dla tego wszystkiego nie okazał się humor, bez którego trudno byłoby znieść duszny i mroczny naturalizm filmowego obrazu. Oczywiście na nic by się zdały te wysiłki Smarzowskiego, gdyby nie wspomagająca je świetna gra aktorów, wyprana zupełnie z gwiazdorskiego narcyzmu, jaki zwykle napędza ich w produkcjach bardziej sprzedajnych (sorry… lepiej sprzedajających się), czyli nastawionych głównie na komercję, bliższych popkulturowemu mainstreamowi. W „Domu złym” aktorzy nie oszczędzają zarówno siebie, jak i widza, dlatego też nie brakuje w nim momentów bez mała wstrząsających.
W sumie są to (wg mnie) wyżyny filmowej sztuki, na jakie czasem zdolne jest wspiąć się polskie kino i to bez względu na panujące aktualnie trendy, mody – nie zważając zbytnio ani na nowalijki, ani na wszelkiego rodzaju „szkoły” – za to obdarzone mocnym charakterem a także mające odwagę mówienia własnym głosem oraz przedstawiania świata za pomocą obrazów będących oryginałem, a nie jakąś podróbką czy też kopią.

 

„PRZERWANE OBJĘCIA”„Los abrazos rotos”, reż. Pedro Almodóvar)

 * * * * * *

Pożądanie, upokorzenia, zazdrość, zapominanie, pamięć… (Penelope Cruz w „Przerwanych objęciach” Almodóvara)

Pedro Almodóvar to jeden z tych reżyserów, na którego film każdy kinoman winien iść jak „w dym” (czy też raczej „w ciemno”), bowiem niewielu już takich reżyserów na świecie zostało, których twórczość staje się (na pniu) natychmiastową klasyką.
„Przerwane objęcia” nie przerywają dobrej passy tego hiszpańskiego poety europejskiego kina, choć nie są także jakimś zniewalającym nas arcydziełem. (Ale czy wogóle takie arcydzieła dziś jeszcze gdzieś powstają? Czy aby czas filmowych arcydzieł nie minął wraz z epoką Wielkich Mistrzów Kina, których już wśród nas nie ma?) Dzięki Bogu jednak, (oraz takim tuzom kina autorskiego jak Almodóvar) cały czas pojawiają się na ekranach kin filmy dobre a nawet bardzo dobre, a przykładem mogą właśnie służyć „Przerwane objęcia” – mistrzowskie ćwiczenie w stylu (wyszukanego wizualnie i psychologicznie) melodramatu oraz kina noir (przy czym noir nie oznacza tu jakiejś monochromatycznej ciemnicy, bo żywej kolorystyki obrazowi Almodóvara zaiste nie brakuje).
Nie brakuje też pasji, erotyzmu i zakręconych emocji, jakich nigdy nie szczędzi nam ten pełen namiętności człowiek z La Manchy, który jako żywo opowiada o ludziach niestworzone rzeczy, nie pozbawiając ich jednak nigdy człowieczej treści. Wręcz przeciwnie, tak jak jego krajan Cervantes z Don Kichota, tak i Almodóvar ze swoich bohaterów wyciska sam humanistyczny ekstrakt – na przekór ich szaleństwom i zmąconym (czy to cierpieniem, czy to szczęściem, czy to pożądaniem, czy też rezygnacją) rozumom/umysłom, te postaci są nam dziwnie (?) bliskie. Czyżby dlatego, że w każym z nas drzemie coś podobnego? A patrząc na ekran często widzimy tam nasze odbicie?

 

„GŁÓD” („Hunger”, reż. Steve McQueen II )

 * * * * * *

Kino i martyrologia („Głód”)

Film wzbudził kontrowersje w Irlandii i na Wyspach, i wcale się temu nie dziwię. Rozdrapuje bowiem całkiem jeszcze świeże rany odniesione podczas walki irlandzkiego ruchu oporu z brytyjską „okupacją”, dotycząc konkretnie strajku głodowego więźniów, członków IRA, protestujących przeciwko traktowaniu ich jako kryminalistów, bez przyznania im statusu więźniów politycznych.
Ukazując to, twórcy „Głodu” poddali swój obraz niezwykle wyrazistej stylizacji i mocnej dramatyzacji opisywanych wydarzeń, wskutek czego – mimo oparcia całej fabuły na faktach – całość staje się, wg mnie, na swój sposób odrealniona, a przez to mniej wiarygodna. A przecież taka była prawda: w walce o swoje ideały zagłodziło się wówczas – w północnoirlandzkich kazamatach – dziesięciu więźniów.
Mimo swego szokującego potencjału oraz artystycznej wirtuozerii film mną nie wstrząsnął, może właśnie dlatego, iż zacząłem nań patrzeć bardziej jak na twór estetyczny niż autentyczny.

 

„PRECIOUS” (reż. Lee Daniels)

 * * * * * *

Ameryka klęka przed otyłą murzynką („Precious”)

Ten film amerykańskich krytyków filmowych powalił na kolana. Powalił też znaczną część widowni, przy czym, należy zaznaczyć, że widownia to inna, niż ta, która karmi się na codzień hollywoodzką komercyjną papką. „Precious” wyróżnia się na tle innych popkornowych wyrobów amerykańskiego kina dość dramatycznie.
Przede wszystkim rodzajem bohatera… w tym przypadku raczej antybohaterki, którą jest potwornie otyła murzyńska dziewczyna, gwałcona od dziecka przez ojca narkomana, w wieku 16 lat będąca już dwukrotnie matką (co jest efektem owego kazirodztwa), sprawiająca wrażenie opóźnionej w rozwoju, wycofanej ze świata, przyduszonej przez tępe cierpienie, wegetującej w jakiejś ciemnej dziurze Harlemu, czyli w domu, który zamienił się dla niej w piekło.
Czy z takiego przerażającego świata da się zrobić kino, które „podnosi na duchu”? (A wydaje się, że taki właśnie cel przyświecał jego twórcom i tak odbebrali ten film widzowie.)
Czy budująca wymowa „Preciuos” nie podważa w jakimś stopniu jego wiarygodności? Czy obciążone happy-endem amerykańskie „kino narodowe” zdolne jest do ukazania przaśnego realizmu, nie rozmytego artystycznym konceptem – tą optymistyczną konwencją, mającą jednak coś wspólnego z dyktaturą tzw. „pozytywnego myślenia”?
Na przekór podobnym wątpliwościom, ja także jestem skłonny ten film ocenić wysoko, a probieżem jego wartości jest dla mnie tutaj choćby moc, z jaką mimo wszystko ten obraz rzuca nam w twarz ochłap prawdziwego życia: lepki, gęsty, krwisty i lekko cuchnący – ale jednak nie odrażający, bo przesiąknięty czymś esencjonalnie ludzkim, a więc także ciepłym, nie pozbawiającym wiary w istnienie czegoś tak nieokreślonego, acz nam niezbędnego, jak człowiecza dusza.

 

„AVATAR” (reż. James Cameron)

 * * * * * *   (efekty wizualne)
 * * * * * *   (film – ogólnie)

Rewolucja w kinie? („Avatar”)

Najnowszy film Jamesa Camerona ma podobno zrewolucjonizować kino w stopniu, w jaki zrobiło to udźwiękowienie obrazu. Po zapoznaniu się z „Avatarem” sądzę jednak, że jest to jedynie mocny anons w kampanii reklamowej filmu, w który wpompowano ponoć 300 mln. dolarów, więc robi się wszystko, by z jego pojawienia się na ekranie uczynić wydarzenie. I owszem… jak widać „Avatar” jest już wydarzeniem, tyle że – moim zdaniem – bardziej komercyjnym, niż artystycznym, wbrew ambicjom reżysera, który często podkreśla w wywiadach, że jednak jest artystą, a nie tylko wyrobnikiem kina i efektów specjalnych.
Nie powiem, film ten robi wielkie wrażenie swoim fantazyjnym rozmachem, jest dość efektywny na poziomie prostych, elementarnych emocji, lecz pod względem intelektualnym pozostaje na poziomie średnio rozwiniętego umysłowo nastolatka (przy czym, nie należy tego stwierdzenia traktować jako uwłaczanie „średnio rozwiniętemu umysłowo nastolatkowi” – nie ma w nim bowiem żadnej złośliwości).
Obraz Camerona przypomina doprawdy coś w rodzaju wizualnej orgii (jak na mój gust może aż nadto kolorowej), lecz jeśli chodzi o wartość fabularną i zawartość myślową, to nie wyrasta on ponad stereotypową przeciętność powielanej po raz tysięczny bajeczno-mitycznej historyjki o odwiecznej walce Dobra ze Złem, która w naszych czasach przybiera głównie formę globalnej walki (ekologicznych przeciwników niepohamowanej eksploatacji zasobów naturalnych naszej planety z odpowiedzialną za to korporacyjną chciwością) o ocalenie naszej Matki Ziemi.
W sumie, niby to bój o przetrwanie, stawka więc poważna a interes „żywotny”, szkoda tylko, że… efekt i wykonanie cokolwiek płytkie (mimo formatu 3D) i fantasmagoryczne.
PS. Aby jednak zachować się uczciwie – zarówno wobec czytających te słowa, jak i samego siebie – muszę napisać, że oglądający ten film chłopiec, (który jest we mnie, jak zresztą i w każdym mężczyźnie) miał jednak w kinie niezłą frajdę. Zwłaszcza wtedy, kiedy zapominał, że jest to „rzeczywistość” wygenerowana komputerowo (czyli sztuczna) i wykoncypowana na użytek ciągle spragnionej bajek masowej wyobraźni.

*

Reklamy

Komentarze 33 to “FILMOWISKO (“Rewers”, “Dom zły”, “Przerwane objęcia”, “Głód”, “Precious”, “Avatar”)”

  1. Sarna Says:

    Witaj, część z tych filmów widziałam ale przyznam, że mamy troszkę inne wrażenia.

    „Rewers”:
    Trudno oceniać negatywnie postać, w którą wciela się aktor, jeśli jako żywo przypomina ci kogoś kogo kochasz. Toporny pan Toporek wygląda jak mój tato na zdjęciach z rodzinnego albumu. A jednak nie da się ukryć jak toporny jest to typ. Masz rację o patrzeniu przez pryzmat stereotypów, bo rzeczywiście dla mnie „złem” była świetnie zagrana postać przez Dorocińskiego, a nie owe delikatne, zamieszane w to przez bieg historii kobiety. Film rzeczywiście nie powala na kolana, bardziej odbiera się go jako widowisko teatralne, ale jednak było w nim coś, co:
    1) zaparło mi dech w piersiach, tj. scena z oryginalnej kroniki filmowej, z obrazkiem Warszawy całej w powojennej odbudowie, oplecionej rusztowaniami, jak obraz „feniks z popiołów”
    2) perełka gry aktorskiej Anny Polony (postaci drugoplanowej) i scena otrucia odegrana przez Dorocińskiego.

    „Dom zły”:

    Jest moim zdaniem grubo przerysowanym opisem realiów PRL. Dla mnie wręcz nierealnym opisem, bo coś z tego okresu pamiętam, ale nic tak obskórnego, żałosnego, wstrętnego. Pamiętam PRL jako siermiężny, ale nie taki chlew. Oglądając film miałam świadomość ( nie wrażenie), że reżyser wciska mi przysłowiowy kit. Odrzuciłam więc ten sposób patrzenia, który przeszkadzał mi w jego odbiorze i skupiłam się na samym przesłaniu. A to mi się podobało, bo wiodło do konkluzji, że jednak wśród ludzi nie wszyscy są źli, spętani przez system, służalczy i ubezwłasnowolnieni, a nawet wśrod tych, którzy zostali wkręceni przez system w jego turbiny byli tacy, co toczyli wewnętrzną walkę i wybierali mimo ceny jaka przyszło im za to zapłacić „dobro”. Podobały mi się proste zabiegi techniczne typu odgłos skrzypiącego pod nogami śniegu, trzask ognia w pożarze, odgłos burzy, które często zastępowały w filmie podkład muzyczny i budowały niesamowity nastrój. Acha! było coś jeszcze, świetna gra oczu aktora (bimbrownika). Bardzo wymowne spojrzenia, czyniące dialog lub monolog zbędnymi.

    „Przerwane objęcia”:

    Almodovar strasznie zagmatwał w tym filmie historię. Przez połowę filmu człowiek próbuje poskładać kto jest w tym filmie kim i dlaczego tam jest, a na końcu dostaje olśnienia, że było jeszcze inaczej. Penelope Cruz jak zwykle piękna i kobieca. Ten film ma coś wspólnego z „Rewersem”. Ostatecznie okazuje się, że złym nie jest ten oczywisty dla nas z uwagi na postrzeganie stereotypami „zły”, a „niewinna”, słodka istotka, wyrachowana i zepsuta do szpiku kości. Wychodząc z filmu współczułam „złemu” )), bo doszłam do wniosku, że to on jest w tej historii kimś dobrym i szlachetnym.

    I tyle moich refleksji na temat fikcji, teraz zmykam na niedzielny, realny spacer. Miłego dnia.

    • Logos Amicus Says:

      „Rewers” : takich scen „zapierających dech w piersiach” jest w tym filmie więcej. Np. ta, kiedy grana przez Buzkówną staruszka idzie po schodach (po przekątnej kadru – przy ujęciu z góry) a ze ścieżki dźwiękowej leci „Please, don’t let me be misunderstood” (zaskakujące wykorzystanie dawnej piosenki „The Animals”). Niby to pretensjonalne, ale jednak okazało się bardzo efektywne w wywołaniu u mnie „goosebumps” ;).

      „Dom zły” : Nie wiem czy grubo przerysowane… Takie historie jednak się zdarzały. Może za owo „przerysowanie” uznajesz konwencję groteski, jaką posłużył się Smarzowski? A i tak, mimo tej groteski, udał się mu także i naturalizm, (w ukazaniu którego pomogli mu świetnie odtwarzający główne role aktorzy).
      PRL był nie tylko siermiężny, ale, niestety, przypominał też w niektórych miejscach chlew.
      Nie uważam, że reżyser „wciskał nam kit”. Myślę, że takie określenie jest jednak obraźliwe dla tego, co on robi, a moim zdaniem, robi on kino bardzo dobre… o czym już zaświadczyło wcześniej jego „Wesele”.

      „Przerwane objęcia” : Zgadzam się, to jest takie charakterystyczne dla większości filmów Almodovara – owo wprowadzanie nas na początku w błąd; sprawianie, by coś wyglądało na coś, czym w rzeczywistości nie jest… by tym mocniej nami potrząsnąć w momencie, kiedy odsłania się to, co było do tej pory ukryte.
      Almodovar, stosując ten zabieg zmusza nas niejako do dokonywania przewartościowań, burzy nasze przyzwyczajenia, wskazuje na pozorność postrzeganej przez nas rzeczywistości. Jest to swego rodzaju (artystyczna) prowokacja, dość skuteczna zresztą, bo dzięki niej filmy tego reżysera rzeźbią w nas głębsze ślady.

      PS. Mam nadzieję, że (realny) spacer się udał :)

      • Sarna Says:

        Nie mógł się nie udać, bo zima w ostatnim okresie jest wyjątkowo malownicza ( jak na zdjęciu z Twojego ogrodu), a i nie mogłam się powstrzymać żeby nie skorzystać z lśniącej ślizgawki na chodniku, super-polecam, niezła jazda:)
        Dziękuję za przypomnienie sceny ze staruszką, chyba najpiękniejsza w całym filmie, jak mogłam o niej zapomnieć, przecież zakręciła mi się wówczas łza w oku. Melodia też mi się podobała, ale miałeś tę przewagę, że rozumiałeś słowa, więc efekt odbioru został spotęgowany przez dodatkowy bodziec łechcący Twoje zmysły.
        Co do „Domu złego” może masz rację, ale pamiętam inne obrazki od tych z filmu, nie przypominające zupełnie tych scen, stąd przeświadczenie o przerysowaniu. Od pierwszej klasy podstawówki, minimum dwa razy w roku lądowałam w różnych zakątkach Polski i z czymś nawet podobnym się nie spotkałam. A współcześnie i owszem, ostatnio w autobusie miejskim do którego wsiadł bezdomny. Transformacja była potrzebna, ale smutne jest, że wiele rzeczy bądź się przez 20 lat nie zmieniło, bądź zatoczyło krąg i wróciło do punktu wyjścia.
        Ja nie neguję Amicusie, że reżyser zrobił dobre kino, wręcz przeciwnie, zgadzam się tu z Tobą. Mam uwagi, co do wierności przekazu prawdy historycznej, ale film rządzi się swoimi prawami, ten akurat nie jest dokumentem, więc reżyser mógł swobodnie puścić wodze fantazji. To to moje doszukiwanie się związków z rzeczywistością było błędem i przeszkadzało mi w odbiorze. Tyle że trudno oglądać film i kontrolować poprawność swoich wrażeń, jesteśmy jacy jesteśmy. Przynajmniej ja nie jestem doskonała :)
        pozdrawiam

  2. buksy Says:

    Mogę tylko powiedziec że „Rewers” mimo wszystko jest dla mnie nie walką klas ani walką ras, a walką płci. Budzi we mnie nie tyle zajadłą, co przewrotną feministkę ;). Choć arcydzieło to nie jest, ale w porównaniu z innym rodzimym chłamem wypada wspaniale. No i byłam zachwycona jego plastycznością. I tym mrugnieciem w kierunku widza, zwłaszcza końcowymi scenami (mam na myśli mrugnięcie metaforyczne, choć rzeczywiste też było urocze ;)).
    Niestety reszty filmów nie widziałam, (najbardziej mi żal Almodovara, ale może już jest na płycie?) wiec siłą rzeczy musze pominąć je milczeniem.

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście… zdjęcia „Rewersu” są wręcz niesamowite. Zrobiły na mnie nie mniejsze wrażenie, jak sama fabuła filmu (wraz z muzyką i … odgłosami ulicy… nie wiem czy zauważyłaś jak wielką rolę przypisano w filmie dźwiękowi).

      Ach ten… radykalny feminizm. Ciarki mi czasem po plecach przechodzą, jak sobie uświadomię, do czego zdolna jest kobieta wobec… męskiej „szowinistycznej świni” :)

      A ostatniego Almodovara polecam. Nawet na DVD powinno się go dobrze oglądać.

  3. miziol Says:

    Widzialem „Rewers” i „Avatar”.
    „Rewers”, chociaz w warstwie plastycznej i dzwiekowej rzeczywiscie niezly, to sama historia poprowadzona zostala, jak zwykle chyba w polskim kinie, tak aby nie narazic widza na zbytnie zaangazowanie emocjonalne. Wedlug mnie, zbyt rozciagnieto na poczatku motyw szukania meza, a potem na reszte juz nie wystarczylo czasu i cos, co mialo byc glownym motywem i do czego caly film zmierza (zbyt wolno jak dla mnie), zostalo z koniecznosci tylko musniete, bez odpowiedniego poglebienia dramaturgicznego. Wyszlo cos nieokreslonego, ni to komedia, ni to dramat. Dorocinski zagral troche zbyt teatralnie i przez to jego postac jest nieco plastikowa, malo rzeczywista. Nie wzbudzil we mnie ani sympatii ani strachu. W ogole wszystkie postaci w tym filmie sa jakies zbyt plaskie. Moze oprocz ksiegowego ( :-) ). Jedynie Krystyna Janda tchnela dosyc zycia w swoja bohaterke i chociaz jestem mezczyzna, dalem sie wciagnac w jej, jakze kobiecy, problem i naprawde wspolczulem. Przy tych wszystkich niedostatkach, ten film oglada sie z przyjemnoscia. Wlasnie dla jego audiowizualnej urody.
    To samo mozna powiedziec o „Avatarze”. Technicznie wspanialy. Okulary tym razem jakby solidniejsze i wygodniejsze. Tylko ta fabula!! Czekam kiedy Cameron zrobi teraz film dla doroslych, bo ten jest dla dzieci w przedziale 10-12 lat. No i czekam az ktos wrzuci do netu nowy polski film „Zero”. Zdaje sie, ze nareszcie bedzie polski hit. Pozdrawiam.

  4. Logos Amicus Says:

    Miziole, to co napisałeś daje do myślenia . Po zastanowieniu się, jestem gotów zgodzić się z większością Twoich spostrzeżeń (a to nie jest takie częste, musisz przyznać ;) ) choć, być może, w sprawie „Rewersu” wypowiadasz się (moim zdaniem) nazbyt surowo. Jeśli chodzi o mnie, to ja ten film oglądałem z większą… przychylnością.
    A co do „Avataru”? Podniósłbym nieco poprzeczkę wiekową: to film dla dzieci od lat 10 wzwyż :)
    Zważ na furrorę, jaką „Avatar” wywołał wśród widzów w każdym wieku (co świadczy tylko o tym, że widz „masowy”
    oczekuje od kina głównie łatwej, a jednocześnie „wystrzałowej” rozrywki).

  5. salina Says:

    Błędem byłoby sądzić, że Twoje „Filmowisko” jest tylko dla filmoznawców, dochodzę do wniosku, że wręcz przeciwnie! Tym co do kina chadzają rzadko ale chcą mieć jakieś ogólniejsze rozeznanie – należałoby wskazać drogę do Ciebie :) Ja w każdym razie czytam wszystko co na ten temat masz do powiedzenia, i ufam opiniom Twoim i Twoich Rozmówców :)
    Na „Rewers” i „Dom zły” od dawna zresztą mam ochotę.

    • Logos Amicus Says:

      Te recenzyjki Salino z założenia mają być „dla ludzi”, a więc wyzbyte pompy, krytycznego żargonu, „filmoznawczego” zadęcia. Chciałbym, aby nawet ci, którzy filmu nie znają (ani się do kina nie wybierają), znaleźli w tych krótkich tekścikach coś, co ich zainteresuje, zaintryguje… by mieli choć powierzchowne rezeznanie w tym, co nowego dzieje się na ekranach kin. Może dzięki temu zdecydują się w końcu na obejrzenie czegoś – czy to na dużym ekranie w kinie, czy też w domu, już na ekranie nieco mniejszym.

      Czy mi się to udaje? Nie wiem.
      W każdym razie pisanie o filmach sprawia mi dużą przyjemność, choć jeszcze większą… ich oglądanie :)

      PS. „Rewers” i „Dom zły” warto obejrzeć. Myślę, że zwłaszcza „Rewers” może Ci się spodobać.

  6. joan Says:

    ,,Rewers”- nic dodać nic ująć, poczatek Twojej recenzji jest jakby wyjęty z mojej szuflady. Miałam dokładnie takie samo odczucie. Doskonałe zdjęcia, aktorstwo, muzyka, ale czuję pewien niedosyt. ,,Dom zły” – mroczny, wstrząsający, mocny. Drażni, stawia pytania, zmusza do refleksji.
    Niestety lekko rozczarował mnie Almodovar. Owszem przeplata się tu wiele emocji, uczuć, ale gdzieś po drodze zanikają i film nie zapada w pamięć.
    „Avatar” – totalna porażka. Fabuła to amerykański banał, a tak szumnie zapowiadane, nowatorkie efekty jakoś nie wbiły mnie w fotel. Szkoda, bo czekałam na esktremalne, wizualne przeżycia, a po miesiącu od seansu nawet te piękne baśniowe krajobrazy zszarzały i zbladły.
    Od dawna czekam na ,,Zero”.
    Polecam „Cztery noce z Anną” Skolimowskiego.

    • Logos Amicus Says:

      Joanno, piszesz, że „Avatar” jest „totalną porażką”. Ale w jakim sensie?
      Myślę, że nikt z całej rzeszy ludzi, którzy przyczynili się do powstania tego filmu nie nazwał by go „porażką”, a tym bardziej „totalną”. Podobnie te dziesiątki milionów zachwyconych nim widzów. A dziewięć nominacji do Oscara? A to, że stał się on już najlepiej zarabiającym filmem w historii śiatowego kina?
      No, chyba że masz na myśli porażkę artystyczną. Ale mimo wszystko jednak, „Avatar” – nawet pod względem artystycznym (chodzi mi o wyższą sztukę kina) – nie jest takim totalnym fiaskiem. To jest po prostu (wyrastający jednak ponad przeciętność swoimi ambicjami i rozmachem) wytwór kina popularnego, skrojony na miarę masowego widza, prosty myślowo, aczkolwiek rozbuchany w warstwie wizualnej.
      Uważam, że pod względem technicznym jest to niewątpliwie znaczące osiągnięcie współczesnego kina.
      Masz jednak rację pisząc, że fabuła jest „amerykańskim banałem”.

      PS. „Cztery noce z Anną” Skolimowskiego już widziałem. Rzeczywiście dobry film. Napisałem nawet o nim parę słów tutaj:

      http://logosamicus.bloog.pl/id,3880502,title,GLOBALNY-KALEJDOSKOP,index.html

      Pozdrawiam.

      • joan Says:

        Zawsze zapominam dodać ,,dla mnie”. Dla mnie Avatar to porażka. Czyżby tylko dla mnie? Poszłam do kina skuszona, jak pewnie wielu, obietnicą nowych, fascynujących efektów. Co unikalnego było w tym filmie? Kolory??? Mimika komputerowych postaci? To zdecydowanie za mało. Nawet nakręcony kilkanaście lat temu ,,Park jurajski” zaskakiwał czymś nowym. Avatar to trochę taki cukierek bez nadzienia. Spirala promocji i reklamy zrobiły swoje i tu nalezy schylić czoła. Oskary będą, ale ja już dawno nie ekscytuję sie tym wydarzeniem, choć oczywiście trafiają się w nominowanych i nagradzanych wartościowe perełki.

        Pozdrawiam:))

        PS. Jakaś pustka w strefie fotograficznej :)) Bedą nowe??

      • Logos Amicus Says:

        Moje odczucia, jeśli chodzi o „Avatar”, były podobne: spodziewałem się (zapowiadanej) rewolucji, a zobaczyłem kolejny, dobry film z efektownymi – nie powiem, że nie – efektami specjalnymi i poprawną, działającą na emocje fabułką. Naprawdę doceniam ogrom wysiłku ludzi, którzy włożyli w powstanie tego filmu swoje pasje, zdolności i pomysłowość, ale… bez przesady, ta wykreowana przez nich filmowa rzeczywistość (wirtualna) nadal wygląda na świat sztuczny. Dla mnie, prawdziwie rewolucyjnym osiągnięciem byłobo to, gdybyśmy tej sztuczności nie byli w stanie dostrzec – gdyby te dwa światy (wirtualny i rzeczywisty) były dla nas nierozróżnialne.

        PS. Oskarami także zbytnio się nie podniecam (kilka obecnych nominacji wydaje mi się dość niewydarzonych). Traktuję to całe zamieszanie jako lepszą lub gorszą (w zależności od roku) rozrywkę, jako sposób na popularyzację kina, zwrócenie uwagi na pewne filmy.

        PS2. Mam sporo nowych zdjęć, (i to jeszcze z ubiegłego roku) ale ciągle brakuje mi czasu, by je posegregować i „obrobić”. Ale wkrótce coś zamieszczę na moich stronach (np. na Światowidzie).
        Dużo zdjęć przywiozłem z ostatniego wypadu do Gwatemali i Hondurasu. Zaskoczyły mnie te kraje od strony, że tak powiem… etnicznej. Nie spodziewałem się, że tyle jeszcze tego folkloru tam się zachowało (w samej Gwatemali żyje obecnie ponad 6 mln. potomków starożytnych Majów).

        Dziękuję za zainteresowanie.
        (Widziałem Twoje ostatnie zdjęcia zamieszczone na „foto-kopii”. Jak zwykle – świetne!)

  7. czara Says:

    Bardzo ciekawy przegląd filmowy. Pierwsze trzy filmy widziałam i tym razem muszę się zgodzić (z przykrością, bo czy nie było by miło się do czegoś przyczepić? ;) ) z Twoją opinią. To, co mi się podobało jeszcze w „Rewersie”, to język. A właściwie parodia języka z tamego okresu. „Dom Zły” to ciężki film, po którym nie ma mowy o żadnej niestrawności. Słyszałam o nim dobre opinie, ale nie przypuszczałam, że taki obraz tak mnie zauroczy. „Przerwane Objęcia” były miłym doświadczeniem, chociaż dla mnie to tylko taka żonglerka konwencją, film będący hołdem do filmu.

    Nie widziałam, niestety, „Głodu”. Bardzo mnie zaintrygował za to Twój opis „Precious” – postaram się nie przegapić. „Avatar” natomiast zupełnie mnie nie interesuje.

    Pozdrawiam serdecznie!
    czara

    • Logos Amicus Says:

      Piszesz, że „z przykrością” musisz się ze mną zgodzić.
      W takim razie muszę napisać coś, z czym byś się z radością nie zgodziła ;)

      PS. Trafne spostrzeżenie jeśli chodzi o „Przerwane objęcia”. Z tym, że użycie określenia „miłe doświadczenie” jeśli chodzi o odbiór filmu, który zrobił Almodovar, można chyba potraktować jako jego lekką dyskredytację ;)

  8. Agnieszka Says:

    W ramach pokuty:-) i z pewną premedytacją obejrzałam Avatara na … ekranie komputera i co … WIELKIE NIC. Odarty z efektów specjalnych niewiele sobą reprezentuje.
    Dla odmiany proponuję Madeinusa – okrutny, przewrotny, wstrząsający, nieco przydługi ale temat – egzotyka. A kolory – palce lizać :-)

    • Logos Amicus Says:

      Masz rację, oglądanie „Avatara” na ekranie monitiora nie ma chyba większego sensu. Okazuje się, że ten film to… przede wszystkim „efekty specjalne”.
      Mimo wszystko zachęcałbym do obejrzenia go na dużym ekranie w kinie, i oczywiście w formacie 3D.
      I nie używałbym jednak na określenie go tak radykalnych stwierdzeń, jak „WIELKIE NIC”.

  9. georgeeliot Says:

    Z filmów od których tu piszesz, Logosie, oglądałam tylko „Avatar”. Byłam na tyle pochłonięta tym, co działo się na ekranie, że zapomniałam o własnych myślach i troskach. Świetnie wypoczęłam. Być może tego akurat potrzebowałam- poczuć się odrobinę dzieckiem? Kiedy wyszłam z kina, przypomniała mi się książka Conan Doyle’a „Zagubiony świat”, którą czytałam w jeszcze w dzieciństwie. Jestem ciekawa, jaki byłby mój odbiór tej książki dziś.

    • Logos Amicus Says:

      Napisałem pod ostatnim komentarzem, że ten film to „przede wszystkim efekty specjalne”. Mógłbym jeszcze dodać: i dość efektywna, prosta fabuła wyzwalająca w większości widzów elementarne uczucia, jakich zwykle doświadczamy, kiedy jesteśmy świadkami walki Dobra ze Złem.
      Ja je odczułem… wprawdzie wyłączyłem niejako na ten czas (trwania projekcji) mój intelekt ;) , ale jednak odczułem – o czym zresztą uczciwie wspomniałem w mojej krótkiej recenzyjce.
      Wiem chyba, skąd się biorą te – spotykane tu i ówdzie – zdecydowanie negatywne oceny „Avatara”. Myślę, że po części z tego, że film ten wśród tzw. masowej widowni wzbudził furrorę, stał się już najbardziej kasowym filmem w historii kina, zdobył wiele nominqacji do Oscara… i wielu ludzi sądzi, że na to wszystko po prostu nie zasłużył.
      Ja sam mam trochę konkretnych zastrzeżeń wobec tego filmu, ale z drugiej strony chcę mu też oddać pewną sprawiedliwość. (Stąd wynika chyba ta moja dwzuznaczna nieco ocena „Avatara”.)

  10. kuzynka Says:

    „Dom zły”
    Ja nie wiem, co tam było przerysowane (jak to napisał ktoś komentujący Twój wpis). Kiedy słyszę historie z rzeszowskiej prokuratury, wtedy widzę taki dom zły jako obraz uniwersalny… Mąż, który zabił żoną podkową na szczęście, albo kurew, którą rodzina pochowała w suknie ślubnej, bo zawsze o tym marzyli. Uwierzyłby ktoś w to? A to się działo współcześnie. Co zaś do epoki peerelu – absurd gonił absurd, wódka lała się strumieniami, chrzciło się partyjne dzieci po ciemku w kościele, żeby towarzysze nie odkryli niecnych praktyk religijnych pewnego prokuratora itp. itd. Tylko trzeba trochę posłuchać i przestać między bajki wkładać opowieści o Peerelu.
    Według mnie „Dom zły” jest opowieścią uniwersalną o całym gównie moralnym, które gdzieś tam zawsze pośmiarduje, taką trochę antyczną tragedią w swojskiej polskiej wersji.

    „Przerwane objęcia” – Almodovara zamknięto najwyraźniej na dłuuuuuuugi czas w pokoju i kazano mu oglądać jego własne filmy. No musiał zrobić „the best of…”, ale według mnie wyszło mu pretensjonalne niewiadomoco, i raczej „the worst of…”

    „Rewers – toteż właśnie to, co zobaczyłeś w tym filmie, to przewrotne potraktowanie „szlachetnych” jednostek jest tego filmu najważniejszą zaletą. Do tego to film ładny. I szalenie dobrze zagrany, a przez to zabawny, przynajmniej dla mnie.

    • Logos Amicus Says:

      Kuzynko, myślałem, że mi napiszesz o tym, dlaczego „Rewers” Cię rozbawił, natomiast „Dom zły” – nie.
      Ja osobiście w „Rewersie” nie widziałem tyle zabawności, co w „Domu złym”. Tak, to był humor wisielczy, ale jednak był – i moim zdaniem doskonale równoważył horror tego, co się działo na ekranie… dzięki czemu można tu mówić o grotesce. Ciut gorszy reżyser od Smarzowskiego mógł to skopać tak, że tego filmu nie dałoby się oglądać. A tak? Mamy jeden z najlepszych polskich filmów ubiegłego roku.

      Almodovar… rzeczywiście, gdybym trafił na „Przerwane objęcia” będąc w niezbyt dobrym humorze, to mógłbym ocenić ten film podobnie jak Ty… ale jednak nie napisałbym, że to jest „The Worst of Almodovar”. Może… „The Mediocre of Almodovar” ;)

      Co do „Rewersu” to – jak widać – się zgadzamy.

      Czyżbyś natomiast chciała mnie oszczędzić, nie wyrażając swojej opinii o „Avatarze” ? :)

      PS. A tak wogóle, to zapraszam do częstszej rozmowy.

  11. grześ Says:

    „Rewers”?

    Dobry, ale nie powalił mnie ten film.

    Przez pół filmu nie mogłem się wczuć w tę konwencję, w to przerysowanie na siłę, w tę mieszankę czarnego kryminału, melodramatu i filmu o PRL>

    Nie wszedłem w ten świat, nie dałem się uwieść.

    A Dorociński i bohater grany przez niego działał mi strasznie na nerwy.

    Film jednocześnie świetny z kilku powodów: gry Anny Polony i Krystyny Jandy, kilku dobrych scen.
    magiczna była końcówka, ta scena, gdy zaczyna się „Don’t let me be understood” i cudowny głos Niny Simone…:)

    Niezłe melanż komedii z kryminałem też, acz główny pomysł trochę wtórny, choćby to uśmiercenie złego bohatera skojarzyło mi się z „Smażonymi zielonymi pomidorami”, acz tam sposób pozbycia się zwłok był dużo ciekawszy niż rozpuszczenie w kwasie:)

    „Przerwane objęcia”, za pierwszym razem rozczarował, za drugim się spodobał, zreszta mam tak z kolejnym filmem Almodovara, podobnie „Złe wychowanie” za pierwszym razem mnie nawet zniesmaczył, później się spodobał.

    Acz odwrotnie miałem choćby przy „Wszystko o twojej matce’, które pierwszy rz porwało i zachwyciło, później troszkę już nudziło.

    Ogólnie Almodovar, jeden z ciekawszych reżyserów, napisałem ze dwa teksty o nim.

  12. grześ Says:

    O „Przerwanych objęciach” pisałem też tu (w komentarzach)

    http://tekstowisko.com/gretchen/60480.html

    Tu zaś recenzja „Wszystko o mojej matce”

    http://tekstowisko.com/tecumseh/58100.html

    A tu o Almodovarze:

    http://tekstowisko.com/tecumseh/51747.html

    Eh, śp . tekstowisko mnie inspirowało:) do pisania ciekawych tekstów.

  13. grześ Says:

    Hm, „Dom zły”, świetny film, ale jeden z najbardziej przerażających, moim skromnym zdaniem.
    Planowałem kiedyś obejrzeć coś tak odprężającego dla poprawy nastroju, a kumpel przyniósl „Dom zły”.
    Ciężki film strasznie, nawet humor w tym filmie nie pozwala wydobyć się z tej zeschizowanej atmosfery, jak tam panuje.
    Ale warto.

  14. Peckinpah Says:

    Wszedłem, by przeczytać co napisałeś o „Głodzie”, ale dłużej się zatrzymałem przy tym co napisałeś o „Avatarze”. Widzę, że osobom komentującym także ten film się nie podobał. Ja „Avatara” oglądałem tylko raz w kinie i film zrobił na mnie ogromne wrażenie, i zauważyłem w nim nie tylko efekty specjalne. Cameron, podobnie jak w poprzednich filmach, wykorzystał pretekstową fabułę do stworzenia własnej wizji świata, który niewiele się różni od naszego – przemoc, walka o pieniądze i władzę, miłość do osoby innej rasy, inwigilacja osób w celu poznania ich tajemnic, walka o życie i o swoje przekonania. A oprócz tego mamy tu ciekawie przedstawione zderzenie dwóch różnych kultur. „Avatar” to nie tylko solidne widowisko, ale przede wszystkim niebanalne kino. O ile „Głód” mnie nie wciągnął to „Avatar” dostarczył mi emocji i trzymał w niepewności, bo mimo iż finałowa bitwa i jej wynik były do przewidzenia to losy jednostek już nie.

    • Logos Amicus Says:

      Rozumiem Twoje podejście do „Avatara”
      Ja zresztą też zaznaczyłem, że ten „chłopiec”, który nadal we mnie chyba drzemie, miał z tego filmu niezłą uciechę :)
      W sumie ja jednak lubię ten film – zwłaszcza na tym poziomie czysto rozrywkowym. Ale cenię go także za to, że nawiązując do naszych głębszych archetypicznych tęsknot, dostarcza nam pewnej… fundamentalnej satysfakcji.

  15. Dama Pik Says:

    Odniose sie do dwoch filmow z tego postu.

    Po pierwsze „Czesc Skarbie”, film ktory widzialam dosc niedawno i tylko z tego powodu dobrze go pamietam. Szczerze mowiac nie zrobil on na mnie tak piorunujacego wrazenie, jakiego od tego filmu moglabym oczekiwac. Pomijam tu nawet intencje tworcow, ktorzy chcieli stworzyc film krzepiacy, podnoszacy na duchu. U mnie bylo wrecz odwrotnie. Poczulam sie ciezko, jakby caly swiat oparl sie na moich barkach, a sam film, byl dla mnie obrzydliwym zlepkiem nieszczesc, ktore spotyka ta otyla dziewczynke. Mnogosc tych fatalnych zdarzen jest tak duza, ze az nieprawdopodobna. Ogladalam, pytajac niemal, „Co jeszcze ta dziewczyne spotka?”. Moim zdaniem bylo tego troche za duza, tak jakby autor na sile chcial wywolac uczucie wspolczucia i smutku.

    Po drugie „Avatar”, ktorego swiatowego fenomenu nigdy nie pojme. Owszem, jak sam piszesz, warstwa wizualna ( pomimo, ze nie ogladalam filmu w wersji 3D) robi wrazenie. Patrzac jednak na filmowy zyciorys Camerona i wypowiadane przez niego slowa, mozna zalozyc, ze Avatar mial byc filmem glownie opartym na efekcie 3D, a nie fabule. Podobnie zreszta bylo, z poprzednim, wielkim dzieckiem rezysera, jakim byl Titanic. Tu jednak, historia swietnie wspolgrala z efektami, ktore tylko podbijaly efektownosc obrazu, zamiast go zdominowac. Czy Cameron jest artysta? Napewno tak. Nie mozna zapominac, ze znaczna czesc swojego zycia, Cameron poswiecil nowym technologia w kinie i wlasnie efektowi 3D. Trzeba byc bardzo swiadomym tworce, by wiedziec, ze czasami, z pewnymi rzeczami trzeba poczekac, by byly one doskonale i zrobily takie wrazenie, jakiego sie od niego oczekuje. Wracajac jednak do samego Avatara. Dla mnie to nie kino, a raczej „pokaz” tego, co mozna jeszcze wydobyc z ekranu, jezeli efekty specjalne, maja byc najlepsza czescia filmu. To jednak nie moje kino.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      W pierwszej chwili pomyślałem, że opisujesz jakiś inny film, dopiero chwilę później do mnie dotarło, że tytuł „Precious” miał swój polski odpowiednik – tyle, że nie „Cześć Skarbie” a „Hej, Skarbie” – taki drobiazg ;) )
      Rozumiem, Twoje zastrzeżenia do tego filmu, zresztą ja w swojej recenzji wyraziłem podobne wątpliwości.
      Summa summarum – jest to film dobry, ale nie wybitny, (dlatego nie rzuca na kolana, choć na pewno warto go obejrzeć.

      James Cameron to dość nieprzewidywalny reżyser, bo obok niewątpliwie udanego „Terminatora” zdarzały mu się takie kurioza, jak np „Pirania”.
      Ja światowy fenomen „Avatara” tłumaczę przede wszystkim widowiskowością i techniczno-wizualną innowacyjnością tego filmu. Fabuła dla popularnego widza, czyli tzw. „szerokiej” publiczności (czytaj: dziecka w każdym z nas). Może dlatego ja dość łatwo pogodziłem się z infantylnością tego obrazu ;)
      Podobno Cameron pracuje nad… aż trzema! kolejnymi częściami „Avatara”. A to raczej nie wróży dobrze fabule.
      No ale… pożyjemy, zobaczymy – nie ma się co martwić na zapas ;)

  16. Dama Pik Says:

    Rzeczywiscie, „Hej, Skarbie”. Taki drobiazg.

  17. „BODY/CIAŁO”, „WARSAW BY NIGHT”, „CARTE BLANCHE”, „ZIARNO PRAWDY”, „ANATOMIA ZŁA”… | WIZJA LOKALNA Says:

    […] umiarkowanym), za drugą część „Ziarno prawdy” wziął się reżyser pamiętnego „Rewersu” Borys Lankosz (z rezultatem znacznie już lepszym). Zapewne na sukces filmu pracowało już to, że […]

  18. „POWIDOKI”, „PROSTY FILM O MORDERSTWIE”, „LAS, 4 RANO”, „PLANETA SINGLI” – o filmach 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce | WIZJA LOKALNA Says:

    […] nastroju desperacji i zagrożenia, co jest niejako znakiem firmowym Smarzowskiego, twórcy choćby Domu złego (gdzie też grał Jakubik), z którym niejedną analogię można by tutaj znaleźć. Koniec […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s