MÓJ STOS EX-LIBRYSTYCZNY

 

 

Ostatnimi czasy natknąłem się w sieci na kilka blogów, z których wprost emanuje miłością do książek. O tej namiętności sam mógłbym co nieco powiedzieć, bo znana jest mi ona od samego zarania, czyli od mojego dzieciństwa. Do dzisiaj czuję zapach niektórych książek, ciągle przed oczami mam ilustracje, które wówczas zdały mi się czymś zgoła magicznym, jakże wyraźnie pamiętam pewne sceny w tych książkach spisane… Nawet wtedy, kiedy przyszedł czas mojego buntu i kontestacji – wyrażany głównie przez używanie niecenzuralnych wyrazów, picie taniego wina, mówienie, że religia to „bajki” a wszyscy ludzie to hipokryci, noszenie obdartych dżinsów, zapuszczanie długich po ramion włosów i słuchanie Hendrixa – nie rozstawałem się z książką. Tym sposobem uzbierałem w domu dość pokaźną bibliotekę i ślęczałem po nocach nad rewelacjami, które znajdowałem w dziełach Camusa, Lema, Dostojewskiego czy Manna.

Włosy teraz noszę już krótsze (nie wspominając już o siwiźnie), wino piję już lepsze, rzadko przeklinam albo rzucam kalumnie, mój bunt bardziej oswojony a spodnie bez dziur, religie co najwyżej wiążę z mitami (szanując wszak jej tajemnice)… lecz nadal żyję z książką pod ręką (w moim nowym domu księgozbiór już dawno przestał się mieścić), a i Hendrix w dalszym ciągu jest w stanie przeszyć mnie dreszczem.

Moja biblioteka przeżywa ciężkie chwile zwłaszcza wtedy, gdy wracam z wizyty w Polsce. Także i tym razem wywiozłem z kraju cały kufer książek, który jakimś cudem udało mi się zmieścić do samolotu bez zbędnych perypetii – te pół tony makulatury, będacej efektem szperania po (głównie) krakowskich ksiągarniach i antykwariatach, także parę prezentów… (poniżej znaleźć można niemalże pełną listę tytułów).

* * *

 

Cóż nas tak ciągnie do słowa pisanego? Co powoduje, że uwielbiamy trzymać w ręku książkę, decydując się nawet na… jej przeczytanie? Skąd uzależnienie, słodka narkomania – ten pewien rodzaj intelektualnego nałogu?

Dlaczego bez lektury trudno jest niektórym żyć?

Otóż bez wątpienia sprawia to bogactwo światów, które zawarte jest tamże, między okładkami – zapisane czarnym drukiem na białych kartkach papieru. Za każdym razem, kiedy łapiesz sens przeczytanego zdania, twoje istnienie nabiera większego znaczenia, staje się bardziej intensywne i zwielokrotnione, łacząc się w jakimś magicznym akcie z wrażliwością innego człowieka – z jego myślą, ze śladem jego świadomości, z jego wizją świata, i z wyobraźnią, która tenże świat za każdym razem stwarza i ujmuje. To taki rodzaj prawie że religijnej komunii, stopienia się monad – skupienia porozpraszanych w kosmosie drobin ludzkich egzystencji.

* * *

„Co pozostaje?” – pyta się w swoich notesach Nicola Chiaromonte i odpowiada: nie ważne jest to co się otrzymało, ważne jest to co trwa i istnieje. Co w takim razie pozostaje w nas z naszych lektur? Czy ogrom trafiających do nas myśli i fraz nie podmywa brzegów naszej jaźni, czy nie rozmywa wewnętrznego świata o ustalonych już konturach i uformowanych brzegach? Co zapożyczamy, a co kradniemy? I czy nie przestajemy być sobą – z każdym słowem i zdaniem, które sączy się nam do mózgu i oblepia nasze poskręcane myśli? Czy zachłanność na słowo pisane nie jest właśnie jakimś narkotycznym głodem? Czy pochłaniając te gęste treści jesteśmy w stanie to wszystko przetrawić?

Czy poprzez lekturę naprawdę się wzbogacamy? Czy nasze ograniczone wnętrze zdolne jest pomieścić cały ten splendor? Czy jest w nim dostatecznie miejsca by przyjąć to bogactwo myśli, wyobrażeń, słów i idei? Czy wszystko, co czytamy jesteśmy w stanie zrozumieć, ogranąć, przyswoić? Do jakiego poziomu możemy się wznieść, nie mogąc wszak przeskoczyć siebie samego? Wreszcie, czy aby czytając mądre książki, sami stajemy się mądrzejsi?

Czy wszystko co nowe jest dla nas lepsze? A może nowe powoduje erozję starego ale pewnego, czyli tego, co już się w nas osadziło, stało podporą, mocnym fundamentem? Chyba jednak nie: nagrodą za burzenie gnuśnego spokoju jest olśnienie cudem nieustającej przemiany.

* * *

Lecz jeśli miałbym wybierać: książka albo świat i życie? (Ale czyż książka sama nie jest niczym świat i życie?) Cóż, wyrzuciłbym „albo”, wstawiłbym „i” pozostając przy świecie i życiu, gdzie jest również to „i”, czyli książka. Ja wiem, że to szelmostwo, cwaniactwo, pycha i zarozumiałość. Lecz właśnie tego nauczyło mnie życie i… – co tu kryć! – książki.

* * *

Gwoli zaspokojenia ewentualnej ciekawości dociekliwych, podaję autorów i tytuły książek w stosiku (jego ideę zaczerpnąłem ze zdumiewających wręcz blogów czytelniczych, kórych sprawcami są głównie Panie, pochłaniające książki jak piranie):

Od dołu: „Musee d’Orsay” i „Muzeum Narodowe w Krakowie”  (wydane przez Arkady albumy malarstwa), Susan Sontag – „O fotografii”, Le Bon – „Psychologia tłumu”, J.M. Coetzee – „Zapiski ze złego roku”, Miron Białoszewski – „Chamowo”, Bruno Schulz – „Księga listów”, Leszek Kołakowski – „Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne opowiadania”, Stefan Chwin – „Dziennik dla dorosłych”, Beata Nowacka, Zygmunt Ziątek – „Ryszard Kapuściński. Biografia Pisarza.”, Zygmunt Bauman – „Nowoczesność i zagłada”, Claude Levi-Strauss, Didier Eribon – „Z bliska i z oddali”, Anais Nin – „Dziennik”, T.S. Eliot – „Chrześcijaństwo-Kultura-Polityka”, Umberto Eco – „Diariusz najmniejszy”, Fryderyk Nietzsche – „Wola mocy”, Hermann Hesse – „Siddharta”, Milan Kundera – „Spotkanie”, Emil Cioran – „Historia i utopia”, Kurt Vonnegut – „Niedziela palmowa”, Herta Müller – „Król kłania się i zabija”, J.M. Coetzee – „Młodość”, Nicola Chiaromonte – „Co pozostaje”, Josif Brodski – „Tym tylko byłem”, Aldous Huxley – „Filozofia wieczysta”, Virginia Woolf – „Chwile wolności. Dziennik 1915-1941”, I.B. Singer – „Felietony. Eseje. Wywiady.”

*

Advertisements

Odpowiedzi: 17 to “MÓJ STOS EX-LIBRYSTYCZNY”

  1. snoopy Says:

    O mojej miłości do książek i znaczeniu, jakie ma dla mnie literatura mógłbym napisać… książkę. ;) Wkrótce króciutka notka na ten temat pojawi się i u mnie na blogu. To ciekawe, na co zwracasz uwagę, że tą miłością pałają głównie Panie – albo one przede wszystkim dzielą się nią ze światem. Musimy więc, Logosie dbać o honor facetów na tym polu, prawda? :)

    Stosik imponujący. Naprawdę nie wiem jak Ci się udało to przewieźć w samolocie. Wybrałeś świetne pozycje znakomitych autorów! Cieszy mnie niezmiernie, że w tej stercie jest także Coetzee i Woolf. Polecam te pozycje bardzo (szczególnie „Młodość”). I jeszcze jedno. Gdzie Ty do cholery dorwałeś Brodskiego? Ja do dziś pluję sobie w brodę, że nie kupiłem tej pozycji, gdy miałem okazję. Teraz to niemal nie do zdobycia – nawet na aukcjach internetowych.

  2. Torlin Says:

    Są okresy w moim życiu, kiedy to pochłaniam jedną książkę za drugą, są zaś takie, w których nic nie czytam. Przy intensywnej pracy zawodowej bardzo często nie ma na to czasu. Jeżeli Cię interesuje, co czytam w tym momencie, to jest to Leszka Kołakowskiego „Rozmowy z diabłem”, a skończyłem Janusza Tazbira „Polskie przedmurze chrześcijańskiej Europy – mity a rzeczywistość historyczna”. W kolejce czeka Wacława Sadkowskiego „Odpowiednie dać słowu słowo – zarys dziejów przekładu literackiego w Polsce”.

  3. czara Says:

    Aaale imponujący stos, fiu fiu! Ja również nauczyłam się miłości do książek w dzieciństwie. Nie lubiłam wtedy robić niczego oprócz czytania, co bardzo martwiło moją rodzinę, bo przez całe dnie potrafiłam nie wstawać z fotela, zwłaszcza na wsi podczas wakacji ;) Teraz myślę, że to był po prostu bezpieczne miejsce, ucieczka od rzeczywistości. W liceum zachciało mi się klasyki i połykałam ją… tomami. Niestety na wiele pozycji byłam za młoda, nie zostało z nich wiele, i czuję, że do większości po prostu muszę wrócić, teraz, bogatsza w wiele doświadczeń.

  4. Magda Kotowska Says:

    „… łacząc się w magicznym akcie z wrażliwością innego człowieka – z jego myślą, ze śladem jego świadomości, z jego wizją świata, i z wyobraźnią, która tenże świat za każdym razem stwarza i ujmuje.” – ładnie nazwane.

    Dokładnie takie uczucie każdorazowo towarzyszy mi, gdy trzymam w dłoniach Hessego – mojego absolutnego guru świata duchowego. Kocham wszystkie jego książki i czytam je z wielkim namaszczeniem. Za wielki komfort uważam fakt, że mnie jego pisarstwo nie rozczarowuje. Każda opowieść wnosi nowości, jest odzwierciedleniem poszczególnych etapów burzliwej, uduchowionej egzystencji… każda historia otoczona jest jakąś sferą sacrum, ale jednocześnie bardzo ludzka; materialna ziemskość przeplata się ze światem wartości wyższych i czystych. Hesse przedstawia człowieka poszukującego, pielgrzyma, który próbuje wszystkich możliwych sposobów, by poznać swoje jestestwo i odnaleźć właściwą receptę na pełne i godne przeżycie życia; często błądzi, a jego refleksje są bezcenne… Ach, no dobrze. Zrecenzuję Siddharthę wkrótce! Zmotywowałeś mnie.
    A Coetzee z „Młodością” jest i w moim stosiku :-)

  5. georgeeliot Says:

    Czytanie książek w ojczystym języku dla człowieka, który mieszka daleko po za granicami kraju, nabiera szczególnego znaczenia. Tym bardziej, jeśli te książki zostały stamtąd osobiście przywiezione. To tak, jak przywieźć ze sobą jakąś część swojej Ojczyzny.
    Nawet i bez tego pokaźnego stosu książek, Logosie, trudno by było nie zauważyć, ze jesteś człowiekiem bardzo oczytanym – chociażby w sposobie i stylu pisania Twoich blogów. :)

  6. Logos Amicus Says:

    Znów mnie wyniosło poza dom (mój dostęp do internetu jest więc sporadyczny) jednakże chciałbym Wam teraz odpowiedzieć choć w kilku słowach na to, co napisaliście (a za co jestem Wam wdzięczny – za to, że nie tylko czytacie moje wpisy, ale i zostawiacie tu swój ślad, komentujecie).

    @snoopy: no właśnie… dlaczego, jeśli chodzi o zdradzanie się z fascynacji książkami, czy też literaturą, bardziej aktywne w blogosferze są kobiety? (Czyżby to było takie „niemęskie” zajęcie?) To dziwne, bo przecież wśród krytyków literackich przeważają mężczyźni. Poza tym, znamy wielu pisarzy, którzy zawsze czuli się niejako w obowiązku złożyć hołd literaturze, czy nawet samej „bibliotece” (Borges, Kundera, Miller, Czapski, Miłosz, Adorno… i wielu, wielu innych.)

    @torlinie: mam podobnie, jak Ty. Tzn. są okresy kiedy czytam dużo, są też takie, kiedy sobie nieco książki odpuszczam (i tutaj również dzieje się tak często po prostu z braku czasu).
    W żadnym razie nie jest to tak, że cały czas ślęczę z nosem w książce. Mimo wszystko ważniejsze od literackiej fikcji jest dla mnie życie… choćby nie wiem jak ta fikcja byłaby fascynująca i porywająca.
    Już dawno zauważyłem, że masz zacięcie historyczne. Ja się skłaniam bardziej ku psychologi, filozofii i sztuce… Tak to przynajmniej wygląda.

    @czaro: robiłem to samo, tyle że zamiast fotela był… koc na trawie pod gruszą :) Ten powrót do ważnych książek naszej wczesnej ( ;) ) młodości jest chyba dobrym pomysłem, bo dzięki niemu możemy się choćby dowiedzieć jak się zmieniliśmy (reagując teraz inaczej niż wtedy, zwracając obecnie uwagę na inne niż wówczas rzeczy). Ja niedawno zrobiłem tak z esejsmi Camusa („Człowiek zbuntowany”, „Mit Syzyfa”), podobnie z Dostojewskim. To było bardzo ciekawe doświadczenie – przekonać się, jak inaczej odbieram teraz ich pisanie. To samo będę chciał zrobić np. z Schulzem (zdopingowały mnie do tego jego listy, które całkiem niedawno wpadły mi w ręce – to ta własnie pozycja jest w moim stosie).

    @Magdo: Wstyd się przyznać, ale ja Hessego znałem dotychczas jedynie z „Wilka stepowego” (trochę dziwnej, moim zdaniem, powieści, z której Hesse jest chyba głównie znany). Odczuwam więc pewien niedosyt, który chcę choć częściowo zaspokoić właśnie „Siddhartą”, opowieścią o Buddzie. Jeśli to mnie przekona, to sięgnę także po inne jego ksiązki.
    „Młodość” Coetzeego już przeczytałem. Napisałem nawet o tym notkę, która czeka na swoją kolej (i pewnie ukaże się ona za kilka dni na moim blogu). Bardzo chętnie wymienię z Tobą opinie na temat tej autobiograficznej powieści Coetzeego, jednego z ważniejszych dla mnie ostatnio pisarzy.

    @georgeeliot: dziękuję :) Co tu kryć, książki w języku polskim czyta mi się najłatwiej. Zdecydowanie szybciej niż po angielsku. To chyba zrozumiałe: w tym języku ukształtowała się moja świadomość i tożsamość. Jeśli myślę o sprawach dla mnie najbliższych i najistotniejszych, to myślę naturalnie po polsku. Język angielski ma dla mnie znaczenie bardziej utylitarne.

    PS. Winny Wam jestem chyba tę informację, że wszystko to piszę będąc w podróży. Przepraszam więc, że w tej chwili nie jestem w stanie zaglądać na Wasze blogi.
    Od kilku dni bowiem jestem w Gwatemali. Najpierw była stolica kraju (Guatemala City), skąd wyruszyłem na Wyżynę Centralną, gdzie trafiłem do niezwykle ciekawej i egzotycznej, pełnej lokalnego kolorytu miejscowości zwanej Chichicastenango. Dzisiaj natomiast dotarłem nad otoczone wulkanami jezioro Atitlan, gdzie znalazłem nocleg w małej osadzie Santa Christina, skąd właśnie stukam do Was te literki.
    Wrażeń już mam moc, takoż zdjęć… Próbuję robić jakieś notatki, aby jakoś zatrzymać to wszystko w pamięci.

    PS 2: I jeszacze tak a propos książki vs prawdziwe życie: wiem, że żadne książki (ani nawet filmy), nie zastąpiłyby mi tego, co aktualnie doświadczam na własnej skórze – patrząc własnymi oczami, chłonąc własnymi zmysłami…. Potęga naszej wyobraźni jest wielka, ale jednak nie jest w stanie konkurować z konkretem i namacalnością samego świata.

    Pozdrowienia dla Wszystkich!

  7. Madame l'arte Says:

    Znam ten nałóg, znam i niestety, od kiedy wszedł na poziom zaawansowany nie mogę już strawić tego wszystkiego a tym bardziej pojąć.
    Co kradniemy, co zostaje w nas? Cóż, czasem książka przypomina nam nasze idee sprzed lat, o których w codziennym natłoku spraw i pod wpływem zmieniającego się otoczenia i nas samych. Czasem wrócimy do dawnych ideałów, by po chwili znów zapomnieć…
    Jest jednak jedna książka, którą na zawsze zapamiętam i o której sobie przypominam, gdy zaczynam za dużo marudzić: „Biedni ludzie” Dostojewskiego. Główny bohater nie ma nawet podstawowych rzeczy, nosi wyświechtane ubrania aż się z niego śmieją w pracy, żywi się tylko chlebem i słabą herbatą a i owa herbata jest luksusem dla niego. Ale swej ukochanej powtarza wciąż że niczego mu nie brakuje… jest skromny, dobroduszny, cieszy się każdym dniem i docenia to co ma a ma przecież tak niewiele materialnie. Jego braki materialne wynagradza mu bogactwo duchowe.
    Gdy mi źle przypominam sobie o nim i od razu wiem ile mam powodów do szczęścia :)
    Wybrałbyś życie. Nie to nie szelmostwo. To dobry wybór bo nigdy nie jest dobrze dać się opętać przez nałóg :) Niedawno dokonałam podobnego wyboru.

    Trafiłam na twój blog przypadkiem i jakże się cieszę że mogę go znać i że są jeszcze ludzie którzy potrafią tak pisać o książkach. Pozdrawiam

  8. rosaria Says:

    :)
    Życie jest wielką księgą z całą gamą uczuć, zapisuj się w niej swoimi zgłoskami…rób ogląd świata, ludzi, miejsc i niech serce robi stop-klatkę!
    Pięknych wrażeń w czasie

  9. Chihiro Says:

    Logosie, piekny stos! Nie liczylam wszystkich ksiazek obecnych w nim, ale blisko chyba liczbie do mojego rekordu ksiazek przywiezionych z Polski (33 sztuki) :)
    Mialam zapytac o jezyk polski, ale Georgeeliot ubiegla mnie swoim komentarzem i Ty poniekad odpowiedziales na pytanie… Ale tylko poniekad, wiec zapytam dokladnie: Nie wolisz ksiazek napisanych w jezyku angielskim czytac po angielsku?
    Z jezykiem jest ciekawa sprawa, bo ja np. wole czytac po angielsku. Czyta mi sie szybciej w tym jezyku, „szybciej” w znaczeniu „szybciej chwytam, co autor przekazuje”. Po polsku czytam odrobine szybciej czasowo, ale tez mniej starannie. Angielski jest dla mnie zdecydowanie precyzyjniejszy do czytania (choc do mowienia wole jez. polski, szczegolnie do mowienia o uczuciach). Zreszta o rzeczywistosci, ktora widze wokol wole czytac w jezyku, ktorego ona dotyczy, polski postrzegam czasem za ubozszy w odniesieniu do zjawisk, z ktorymi sie stykam (przede wszystkim dotyczy to wielokulturowosci).

    Uwazam, ze czytanie zawsze wzbogaca. Generalnie zreszta wzbogaca nas wszystko, nawet jesli faktycznie czegos nas pozbawia, np. iluzji. Nic nie rozmywa nam naszych konturow i nie podmywa brzegow jazni, poniewaz nasza tozsamosc nigdy nie jest uformowana raz na zawsze. Jestesmy jak gliniany dzbanek, ktory nigdy nie wysycha. Mozna dodac tu ornament, tam uszko, mozna zmienic ksztalt dziubka, mozna wyryc rysunki, a wciaz pozostaniemy tym samym dzbankiem. Raz wazniejszy bedzie dziubek, innym razem podstawa dzbanka, jeszcze innym szlaczki na nim. Nigdy nie przestajemy byc soba i nigdy nie jestesmy soba w tym samym stopniu, w jakim bylismy soba wczoraj i bedziemy jutro. Zmiany w nas samych sa nieuniknione.
    Nie musimy pochlaniac calego splendoru lektury. Wystarczy, ze czastka jej trafi do nas, otworzy nam na cos oczy, pokaze inny punkt widzenia, sprawi, ze wyjdziemy na chwile z naszej „comfort zone” i pokaze, ze istnieje cos poza nia.
    Absolutnie nie wszyscy stajemy sie madrzejsi czytajac madre ksiazki. Zreszta nie ma definicji „madrej” ksiazki. Ale miliony zdan (innych dla kazdego) z milionow ksiazek takze skladaja sie na nasz swiatopoglad, sposob myslenia. Trudno jednak powiedziec, jakimi torami nasze mysli beda podazac po wplywem roznych ksiazek. Biorac za przyklad np. Koran widac wyraznie, ze ta ksiega na rozne osoby ma bardzo rozny wplyw, a przeciez kazdy czyta te same zdania…

  10. Logos Amicus Says:

    Ciągle jestem w podróży, niemniej jednak nie chcę pozostawiać Waszych komentarzy bez odpowiedzi, więc – wbrew mało sprzyjającym warunkom – spróbuję teraz skreślić choćby tych kilka zdań.

    @Madame l’arte: Użyłem słowa „nałóg”, ale nie miałem na myśli jakiegoś natręctwa, przymusu, który sprawia nam kłopot, staje się dla nas ciężarem, albo jest sposobem ucieczki od życia i świata. Nie… Czytanie cały czas jest dla mnie samą przyjemnością, źródłem wiedzy, sposobem oglądania świata oczami (wyobraźnią, wrażliwością…) innych ludzi…

    Wspominasz „Biednych ludzi” Dostojewskiego… sugerując tym samym, że jakoby ludzie pod względem materialnym biedni są często bogatsi duchem.
    Pewnie, zdarza się i tak, ale w zasadzie bieda, a zwłaszcza nędza jest dla człowieka czymś degradującym, poniżającym, pozbawiającym godności. Nie ma nic romantycznego, pociągającego, pozytywnego w biedzie.

    Swego czasu była modna (zwłaszcza w Polsce) taka dyskusja: zastanawiano się czy lepiej jest „mieć” czy „być”? (jakby jedno wykluczało drugie.)
    Moim zdaniem jest to sztucznie wykreowany problem, bo, wg mnie, można zarówno „mieć”, jak i „być”.

    Podsumowując: nie ulega dla mnie wątpliwości to, że czytając książki można się wzbogacić duchowo. Ponadto: owo „bogactwo duchowe” jest dla mnie czymś zdecydowanie cenniejszym, niż bogactwo materialne. Uważam także, iż zachłanność, bezwględna pogoń za pieniądzem, otaczanie się jedynie dobrami materialnymi (i wynikające stąd mierzenie wartości człowieka zamożnością, czy też stanem jego konta), może podobnie człowieka zdegradować i zepsuć (nie tylko zresztą duchowo), jak bieda i ubóstwo. Może nawet bardziej.

    @rosario: to właśnie próbuję robić – zapisywać własne życie, niby księgę, która być może gdzieś tam przetrwa w jakichś drganiach Kosmosu. I oglądam ludzi, świat, zbieram go… posługując się także stop-klatką :) Tak właśnie robię w tej chwili, podróżując po Gwatemali i Hondurasie. Wszystko, co czytałem – będąc właściwie dzieckiem jeszcze – o starożytnej cywilizacji Majów, odżywa teraz, kiedy zwiedzam ich – ongiś świetne, a teraz w ruinie – miasta. Zawsze chciałem, aby to czytanie było tylko swoistym preludium do doświadczenia prawdziwego świata i życia, do tego, by zobaczyć to wszystko na własne oczy, dotknąć ręką piramid i kamiennych stalli, poczuć ten sam zapach dżungli, usłyszeć te same dźwięki, co ich dawni twórcy.

    @Chihiro: wszystko wskazuje na to, że język angielski znasz lepiej ode mnie. Zresztą, ja stosunkowo mało czytam beletrystyki, czy też tzw. literatury pięknej (tutaj rzeczywiście bardziej wskazane byłoby czytanie w języku oryginału), więcej natomiast eseistyki, opracowań krytycznych, tematycznych, naukowych, czy też popularno-naukowych. A takie książki łatwiej (oraz szybciej) przyswajam w języku polskim, zwłaszcza jeśli są dobrze przetłumaczone (i niekoniecznie muszą się one wyróżniać jakimiś walorami literackimi).

    (A z tym co piszesz dalej, zgadzam się w całej niemal rozciągłości… i pewnie dobrze, że tak jest, bo zrobiło się już późno, lekko padam na oblicze, a tu wypada się wyspać przed kolejnym dniem pełnym wrażeń… przynajmniej taką mam nadzieję, wybierając się do jednego z trzech najważniejszych ośrodków starożytnej cywilizacji Majów, jakim było – leżące na terenie dzisiejszego Hondurasu – zagubione w dżungli, miasto Majów, Copan.)

  11. Chihiro Says:

    Mam watpliwosci co do mojej lepszej znajomosci angielskiego, malo prawdopodobne mi sie to wydaje. Zreszta trudno nam jest to oceniac, opisujemy tylko nasze subiektywne odczucia, a te nie moga odnosic sie do obiektywnej znajomosci jezyka, mierzonej testami jezykowymi.
    Mam nadzieje, ze po powrocie opiszesz nam tu te wszystkie wspanialosci, ktore ogladasz i poznajesz :)
    Nigdy nie bylam w Ameryce Poludniowej (najnizej w tym rejonie bylam tylko na Dominikanie, i to jako nastolatka, turystycznie, z rodzicami, nie mialam wowczas tego zmyslu obserwacji, ktory mam dzisiaj, wiec niewiele pamietam) i jestem ciekawa :)

  12. salina Says:

    A może szukamy w książkach samych siebie Amicusie? Swoich doznań, przeżyć, wątpliwości, swoich lęków, pytań i odpowiedzi na nie?
    Żeby się dowiedzieć, że wcale nie jest się aż tak wyjątkowym, oryginalnym, czyli nie jest się… samotnym we Wszechświecie! :) Że są ludzie podobnie czujący, myślący, mające podobne problemy – tylko umiejący zauważać to, i opowiadać znacznie lepiej od nas.
    Wziąłeś jakąś książkę ze sobą na tą wyprawę? Tak tylko pytam, bo po prawdzie na co Ci tam jeszcze książka? :)

  13. Logos Amicus Says:

    Tylko przewodniki, Salino. Oprócz tego, każdego dnia mam taki nawał informacji, że już chyba nie byłoby miejsca na nic innego. Poza tym, chcę się skupić na miejscach, które zwiedzam.
    Teraz jestem w Hondurasie, a konkretnie w leżącym tuż przy gwatemalskiej granicy miasteczku Copan Ruinas. Nieopodal znajdują się ruiny jednego z najwspanialszych miast Majów, Copan.
    Mam jednak szczęście do spotykanych na trasie ludzi. Wczoraj np. trafiłem na wykład francuskiego archeologa Rene Viela, który już od 33 lat prowadzi prace badawcze w Copan. To było wspaniałe wprowadzenie do poznania tego miejsca, które nazywane jest „Atenami Nowego Świata”, gdyż cywilizacja Majów osiągnęła tu swój szczyt, jeśli chodzi o architekturę i sztukę (jakiś czas temu Copan wpisano na listę największych osiągnięć ludzkiej cywilizacji i światowego dziedzictwa UNESCO). Dzisiaj spędziłem w Copan prawie cały dzień i ciągle jestem pod wrażeniem tego wszystkiego, co tam zobaczyłem i czego się dowiedziałem. Kupiłem też książkę traktującą o poczynionych tu ostatnio odkryciach i najnowszych hipotezach. Będę miał cały wieczór na jej przeglądnięcie. Jak widzisz, na inne książki nie byłoby już czasu.

  14. Jula Says:

    Widzę, że sporo książek zamieszkało u Ciebie na półeczce ;)
    No, po powrocie z Ameryki Łacińskiej, będziesz miał co robić w wolnych chwilach.
    Myślę, że Ty jesteś z tych nielicznych, co realizują marzenia z lat dziecięcych.
    Kto z nas nie czytał książek o przygodach młodego polskiego podróżnika – to była cała taka seria powieści Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego na różnych kontynentach w Ameryce południowej również… gdzie wpleciona jest historia odkryć dokonywanych przez polskich podróżników ! …
    Widzę, że Ty niejako jesteś jego kontynuatorem :)
    Pozdrawiam i czekam na piękne zdjęcia i emocjujące opisy.
    ;))))…

  15. iwona Says:

    Ja jestem zdecydowana fanka „non fiction”. Czasami wpadnie mi w reke swiat fikcji, jednak najwieksze przezycia, najwiekszy i namacalny podziw, zastanowienie, refleksje powoduje realizm. Roznie przedstawiony, wyrazony ale faktyczny, nie uludny. Wtedy stane sie lepszym czlowiekiem a nie urojeniem. I jak co poniektorzy tutaj, tez wole czytac ksiazki autorow angielskojezycznych w jezyku autora.

    • Logos Amicus Says:

      Świat „fikcji” także ma swoją wartość. Nie wszystko da się wyrazić „realistycznie”. Zresztą, tak zwana przez nas „realność” również jest pewnego rodzają interpretacją otaczającego na świata.
      A czy czytanie książek „realistycznych” czyni z nas lepszych ludzi? Nie wiem czy istnieje taka zależność.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s