WIZYTA

 

Jest czwarta nad ranem, Wielkie Miasto śpi jeszcze, czarne niebo zawisło nad zimnym jeziorem, lampy uliczne wyłaniają z ciemności zarysy domów, ciszę lekko zaburza odległy szum przelatujących co jakiś czas samolotów oraz sącząca się z półmroku muzyka… Minęło już kilka dni od mojego powrotu z kraju, a ja ciągle budzę się w środku nocy – moje skołowane ciało nadal działa wedle polskiego zegarka. Piję kawę, w mieszkaniu jest ciepło, wokół panuje spokój, choć z głośników wydostają się dość nerwowe i niepokojące dźwięki „Filles de Kilimanjaro” Milesa Davisa. Wszystko to sprawia, że odczuwam pewne odrealnienie, bardziej lub mniej świadomie zanurzając się w oniryzmie wspomnień tego, co wydarzyło się – we mnie i wokół mnie – podczas ostatnich kilku tygodni spędzonych w Polsce.

 

Nie chcę się tutaj bawić w żadne epickie opisy, w których mogłaby się rozmyć esencja wrażeń, roztrwonić ładunek doznań… Może więc tylko ograniczę się do zarysowania kilku mocniejszych impresji – stworzenia czegoś w rodzaju konspektu istotniejszych tematów, które dotknęły mnie w kraju.

Zima w moim ogrodzie

 

STRONY RODZINNE

Jakiż to atawizm sprawia, że chcemy raz po raz wracać na ziemie, gdzie wyciągnięto nas za uszy z nicości? Bez względu na to, czy cierpimy, czy też oddajemy się wszelakim przyjemnościom życia, ciągnie nas do miejsca, gdzie zaczęliśmy się oswajać ze światem, którego przecież nigdy nie uda się nam oswoić. Że rodzina, znajomi, przyjaciele… że swojskie kąty, dom pierwszy (zły albo dobry) – że nasze ogrody, lasy, rzeki, niebo i klimat…? Tak, tak… i jeszcze to, że w naszej świadomości jest to epicentrum naszego roztrzęsionego bytu, taki metafizyczny pępek – punkt centralny otaczającego nas Wszechświata;  początek, który chce nas zawlec do samego końca – do dołu gdzie wrzucą nasze kości, do momentu, gdzie dusza będzie się mogła przekonać o tym, czy w ogóle istnieje.

CZAS I LUDZIE

Czas biegnie w zawrotnym tempie (choć ponoć, tak naprawdę, to go nie ma), kolejne lata lądują w śmietniku naszej przeszłości a my się zachowujemy tak, jakby nic się takiego szczególnego nie działo – ot, zwykła kolej rzeczy, egzystencjalna normalka. Nie ma powodu by rozdzierać szaty, bo przecież na nic się to nie zda, a zdarzy się to, co ma się zdarzyć. To nic, że w gardzieli zachłannego przemijania giną na zawsze chwile naszego życia, że ciało wiotczeje, serce bije wolniej, krew bardziej gęsta, włos się już tak nie jeży na głowie; to nic, że w stawach coraz głośniej nam trzeszczy, ręce zaczynają drżeć, nogi uginać, plecy przygarbiać, a wzrok przysłania coraz gęstsza mgła… Na znajomych i bliskich nam ludzi chcemy patrzeć tak, jakby dla nich (i dla nas) czas się zatrzymał, jakby mieli oni pozostać wiecznie młodzi – tak jak na zdjęciach z naszego dzieciństwa, które trzymamy w szufladzie biurka (i tylko dziwiąc się czasem, że tak pożółkły i że tak jakoś same się pomięły).

Czas trzyma nas wszystkich na uwięzi – na łańcuchu, z którego nie sposób się zerwać. I, naturalnie, chcemy usilnie tego, żeby tak trzymał nas jak najdłużej, choć czasem ujadamy, czy też skomlimy, nie zawsze czując się szczęśliwymi jak ten merdający radośnie psi ogon.

* * *

Krakowskie planty zimą (widok z hotelowego okna na ulicę Św. Tomasza)

 

KRAKÓW

Miasto to niemal zawsze jest wśród miejsc, które odwiedzam na trasie moich wędrówek po Polsce i niemal za każdym razem jest to przynajmniej pobyt kilkudniowy. Tak było również i tym razem. Mimo wielce niesprzyjającej aury, osiem krakowskich dni upłynęło mi dość intensywnie. I choć o długodystansowych spacerach musiałem tym razem zapomnieć, to spotkania ze znajomymi, bliższą rodziną i przyjaciółmi szczelnie wypełniły mój czas. Poza tym był teatr, kino, muzyka, wystawy, galerie, kawiarenki, antykwariaty, księgarnie, restauracje… no i trzymające mnie w cieple i aktywności psycho-fizycznej grzańce, nie wspominając o wytrawnym czerwonym winie z Chile, którego – jak się okazało – w Krakowie pod dostatkiem.

To tyle gwoli (mocno rzeczowego) wstępu do teatralnej trylogii, o której chciałem teraz napisać.

BAGATELE, GROTESKI, KOMEDIE, DRAMATY…

Podczas mojej bytności w Krakowie trwał tam akurat „festiwal dramatyczny Bagateli”, więc pomyślałem, że jeśli się nań wybiorę, to może być dosyć lekko, łatwo a może nawet i przyjemnie – choć teatru „ogromnego” raczej się nie spodziewałem. Tak się jednak złożyło, iż trafiłem na (mocno) odgrzewaną klasykę, która – jak się okazało – w dobie silnej komercjalizacji i walki artystów sceny o przetrwanie, różne może mieć oblicze, (czy też raczej różne maski przywdziewać.)

Na pierwszy ogień poszedł „Tramwaj zwany pożądaniem” w małej, zimnej i niewygodnej jak plastikowe krzesło salce na Sarego… za cholerę nie chcącej przypominać gorącego, parnego i dusznego amerykańskiego Południa, którego erotyzm tak skutecznie rozpalali ongiś w sobie i na wielkim ekranie Liz Taylor i Marlon Brando. Tutaj Stanley Kowalski z ciepłej i kolorowej Luizjany był tylko Stanleyem Kowalskim z chłodnej i szarej krakowskiej ulicy, i nawet grająca z emfazą (lecz jakże wdzięczna miejscami, jakże pięknie się poruszająca) Magda Walach nie zdołała wykrzesać z niego owej samczej iskry pożądania, które przecież musi drzemać w tekście Tennessee’go Williamsa. Jeśli zaś chodzi o moje kameralne doznania, to wyraźnie zmiękłem tudzież poczułem słabość do z lekka upadłej Blanche Dubois, kiedy ta zstąpiła ze scenicznych wyżyn ku nam (czyli widzom), zmuszając nas niejako do fizycznego wejścia w ten jej mocno poplątany świat (a ja do dzisiaj czuję na mojej dłoni jej dotyk).

I do dzisiaj też stoi mi przed oczami postać mocno roztrzęsionego oraz silnie histeryzującego Raskolnikowa, tego dyżurnego mordercę wieku uśmiercenia Boga i nihilistycznej otchłani, nad którą zawisł absurdalny świat, i gdzie wszystko jest dozwolone, nawet zabójstwo. Podczas gdy na scenie przy Krupniczej rozgrywała się intensywna psychodrama „Zbrodni i kary”, ja siedziałem wśród szczelnie wypełniającej salę widowni i zadawałem sobie pytanie, jak też nasza współczesność znosi teraz kogoś tak mocno zaangażowanego etycznie i metafizycznie, jak Dostojewski oraz w jaki sposób mogą dziś trafić do nas ci jego – porozdzierani tak strasznie, i tak straszliwie na serio traktujący swą marną egzystencję – bohaterowie, wypełnieni po brzegi cierpienia chorą rosyjską duszą?

Myślałem że bliższa mi jednak będzie, może nie tyle chora, co równie neurotyczna amerykańska dusza Woody’ego Allena, którego także na swoich deskach postanowiła zaadaptować Bagatela, biorąc się za jego „Seks nocy letniej”. Co z tego wyszło, lepiej jest zbyć milczeniem. Gdybym nie znał allenowskiej wersji filmowej (inspirowanej zresztą Bergmanem, który z kolei zainspirował się Szekspirem) czyli „Midsummer Night’s Sex Comedy” , to raczej nigdy bym nie wpadł na to, że mam do czynienia z tekstem błyskotliwego i genialnego skądinąd Jajogłowego Króla Neurotyków Allena. Rozciągnięta do granic wytrzymałości (a konkretnie aż do trzech godzin) sztuka, która w zamierzeniu miała być lekką a zabawną, kostiumową i erotyczną komedią, okazała się miernie zagraną, chybioną inscenizacyjnie i scenograficznie farsą, w której erotyzmu było tyle co kot napłakał a bohaterowie miotali się między sobą udając, że napędzają ich same demony seksu. Moim zdaniem było to jedno wielkie nieporozumienie, choć prawdopodobnie publiczność była innego zdania niż moje.

* * *

Krakowski tryptyk teatralny (od lewej: „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Zbrodnia i kara”, „Seks nocy letniej”. Fot. Piotr Kubic)

* * *

Advertisements

komentarze 33 to “WIZYTA”

  1. Sarna Says:

    Szaleństwo Raskolnikowa zostało zagrane bardzo realnie i przejmująco. Podobała mi się ta interpretacja. Muszę przyznać, że pierwszy raz byłam na „takiej sztuce”. Takiej tzn. nie zszokowała mnie, ale w pierwszej chwili kompletnie zaskoczyła, bo Raskolnikow przez jakiś czas przebywał na scenie w rajskim stroju Adama:)
    Podobała mi się scenografia, a zwłaszcza jej drugi plan w postaci pokoju widocznego przez uchylone drzwi, bądź akcentującego swoje istnienie przytłumionymi głosami przenikającymi przez szybę zamkniętych drzwi. Obskurne pomieszczenia, przytłumione głosy i mroczne światło, poruszające się w zwolnionym tempie postaci. Choroba toczyła chyba wszystko na scenie: bohaterów, ściany, instytucje sądową. Chyba się zupełnie nie znam, bo wg mnie wszystkie kreacje były ciekawe. Bo i skacowany sędzia (właściwie operował środkami mima) i przebiegły sekretarz (zabawna rola) i młoda-przegrana Sonia. Przejmujący smutek, który wyzierał z każdej postaci i z każdego kąta.
    Swoją drogą Raskolnikow tak rewelacyjnie zagrał swoja rolę, że w pewnym momencie pogubiłam się w tym, co wg niego było realiami, a co zwidami )) Dzieciaki z grupy kolonijnej, której byłam opiekunem chyba nie wiedziały o co naprawdę w tej sztuce chodzi, wśród widzów byli tacy co wyszli w pierwszym antrakcie :)
    A „Tramwaj zwany pożądaniem” letni i chyba mnie nie uwiódł, ale ciesze się, że mogłam go zobaczyć.
    Najlepsza wg mnie rola to student. Kto był to wie o czym mówię. Siedział w fotelu obok mnie przez całe przedstawienie i tak świetnie zagrał swoją rolę widza, że nabrał wszystkich :)

    PS 1 Amicusie, czy nie znajdujesz w urodzie Pani Walach podobieństwa do Ani z Zielonego Wzgórza?
    PS 2 Piękny ten twój ogród zimą i chyba bardzo pracochłonny latem :)
    PS 3 Mały jest ten świat, wygląda na to, że wszystkie drogi nie wiodą do Rzymu, a do Krakowa.

    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Dostojewski, jak widać, doskonale nadaje się do teatru. Stwarza pełne pole popisu nie tylko dla aktorów. Wszyscy jego bohaterowie są bowiem tak wyraziści i … dramatyczni właśnie. Grający Raskolnikowa Wojciech Leonowicz był moim zdaniem znakomity. Wogóle, był to chyba najlepszy spektakl z tych trzech, które widziałem w styczniu w Krakowie.
      „Tramwaj”, mimo wszystko, też nie był taki zły. Najgorzej wyszedł Bagateli ten „Seks” ;)

      Ad PS1. Znajduję.
      Ad PS2. Piękny i pracochłonny.
      Ad PS3. Mały. Wiodą.

  2. joan Says:

    Dobrze czyta się wstęp – lubię takie klimaty. Rozdział „Czas i ludzie” wzbudził we mnie niepokój, zadumę, nieokreślony rodzaj bólu. CZAS. Wszystkiemu winny jest czas, który biegnie, leci, pędzi. Coraz szybciej w zawrotnym tempie. Gdzie tak gna, po co i dlaczego? A może popełnić zbrodnię i zabić czas? Ten spryciarz jednak wciaż nam ucieka. Za chwilę role się odwracają i to on nas goni. Jest uparty i za żadne skarby nie chce się cofnąć. A my dalibyśmy wszystko, aby dał się jednak namówić i byśmy mogli wrócić na pewne rozsataje dróg. Ot taka obłędna, niekończąca się karuzela. Czas nadgryza naszą powłokę, ale przecież nie duszę. Bo w duszy ciągle maj, choć łańcuch coraz krótszy.

    • Logos Amicus Says:

      Czy czas nie może nadgryźć naszej duszy?
      Nie jestem tego taki pewny.

      PS. Tak, zabijanie czasu jest zbrodnią. Lepiej tego nie robić. Mimo wszystko czas jest czymś niezwykle cennym, a jego strata jest nieodwracalna.

      • joan Says:

        Pewnie może. Jest na to rada. Trzeba wziąć 3 łyżki marzeń, pół kilo optymizmu, 2 szczypty szaleństwa, trochę ciekwości świata i ludzi, szklankę radości, 3 krople miłości, przydałaby się jeszcze pasja. Ulepić i ta mieszanka sprawi, że czas pokruszy zęby. Niech nadgryza marudnych pesymistów, ja się nie daję. A Ty? :)

      • Logos Amicus Says:

        A czy 3 krople miłości to dużo czy mało? :)

        PS. „(…) czas pokruszy zęby.”
        Tylko żeby nie były to zęby nasze :)
        Niestety, wszystko wskazuje na to, że tzw. „ząb czasu” jest mocniejszy od zęba ludzkiego.

      • joan Says:

        ,,A czy 3 krople miłości to dużo czy mało? „

        Nawet jedna cenniejsza niż złoto.

  3. Chihiro Says:

    Wrazenie, ze czas mija, odnosze tylko wtedy, gdy spotykam sie z ludzmi, z ktorymi dawno sie nie widzialam. Wtedy zauwazam, jak wiele sie wydarzylo w miedzyczasie. Ale na co dzien uwazam, ze czas mija dokladnie tak, tak powinien – ani za szybko, ani zbyt wolno. Akurat :)
    Milo, ze odwiedziles teatr, szkoda, ze doznania byly srednie. U mnie tez styczen miesiacem teatralnym, co mnie bardzo cieszy – jak na razie wrazenia mam bardzo pozytywne.
    Co do stron rodzinnych… Mnie w nie nie ciagnie. Odkad wyjechalam z Olsztyna w wieku 12 lat, bylam tam tylko jeden raz. W Warszawie, gdzie tez spedzilam kilka lat, zaledwie pare razy i tak naprawde z koniecznosci. Tam mieszka moja siostra, wiec chcac ja odwiedzac, musze pojechac do Warszawy. Zawsze mowilam, ze w Polsce urodzilam sie przypadkiem. Silniej zwiazana czuje sie z innymi krajami, a szczegolnie z krajem, w ktorym mieszkam (moze konkretniej: z miastem). Wielka role odgrywa tu wiara, mimo ze wychowalam sie w kontekscie religii chrzescijanskiej, trudno mi bylo zawsze uwierzyc w boga, w jednorazowe istnienie na swiecie, w pojedynczy moj byt. Nie przemawia do mnie ten koncept, czulam zawsze, ze cos tu zgrzyta. Przede wszystkim z wiara w reinkarnacje zwiazane jest moje postrzeganie tozsamosci, miejsca na ziemi, w tym takze kraju, w ktorym sie urodzilam (i Polska jest po prostu jednym z krajow, w ktorych przyszlo mi zyc, w tym konkretnym wcieleniu).

    • Logos Amicus Says:

      Wydaje mi się, że wiem skąd między nami te różnice w postrzeganiu przepływu czasu oraz przywiązania (lub nie) do ziemi ojczystej.
      Myślę, że jest to m.in. sprawa różnicy wieku między nami – jesteś o całe pokolenie młodsza ode mnie – i to choćby powoduje, że ja inaczej odbieram przemijanie i związany z tym upływ czasu. Chociaż… nie. Pamiętam jednak, że mając te dwadzieścia kilka lat również doznawałem dojmującego poczucia przemijalności wszystkiego i… winiłem za to właśnie czas (w końcu kogoś/coś trzeba było za to winić :) )
      W moim wpisie napisałem o tym psuciu się z czasem ciała, ale raczej nie miałem tak bardzo na myśli siebie (nie jest jeszcze ze mną tak źle ;) ) , co strasze osoby z mojej rodziny (zwłaszcza rodziców). Jakbyśmy na to nie patrzyli, to ten rozpad ludzkich ciał za życia jeszcze jest jednak czymś strasznym. (Mimo, że tlumaczymy sobie, że to jest naturalne, że taka kolej rzeczy, że nawet starość ma swoje przyjemności… etc. Zresztą wspomniałem coś o tym niedawno w związku z filmem Jacka Bławuta „Jeszcze nie teraz”, który starość chciał w nim przedstawić wręcz jako najlepszy okres w życiu człowieka. Hm… Szlachetne to i pełne dobrej woli, ale niezbyt adekwatne do rzeczywistości.)

      Piszesz, że nie ciągnie Cię w rodzinne strony?
      Wydaje mi się, że również i to potrafię zrozumieć. W moich oczach jesteś jedną z tych młodych osób, które czują się obywatelami świata – to takie nowe pokolenie wywodzącychy się z Polski kosmopolitów. I ja nie widzę w tym nic złego, choć większość z naszych krajan gotowa jest postrzegać to jako pewien rodzaj zdrady.

      Dlaczego czuję się przywiązany do stron rodzinnych? Zastanawiałem się nad tym i… doszedłem do wniosku, że być może ma to swoje źródło w jakiejś atawistycznej plemiennej terytorialności, który dawniej przejawiała się choćby w przywiązaniu do ziemi różnych warstw społecznych, od chłopstwa począwszy przez szlachtę, włościan, na ziemiaństwie skończywszy (i bardziej byliśmy przywiązani do ziemi niż do Polski samej).

      Lecz mimo tych odruchów i ciągot, które we mnie drzemią, ja dość dobrze czuję się na obcej ziemi, jestem chyba otwarty na multikulturowość, bardzo mi się np. podoba wielorasowość społeczeństwa amerykańskiego…
      I również czuję się obywatelem świata. Być może dlatego tak bardzo ciągnie mnie też ku temu, by ten świat poznawać własnym sumptem, oglądać go własnymi oczyma, odczuwać własnymi zmysłami…

      PS. „Zawsze mowilam, ze w Polsce urodzilam sie przypadkiem.”
      Być może wszędzie rodzimy się przypadkiem.

  4. Sarna Says:

    Nawet internet jest potwierdzeniem ponadczasowości Dostojewskiego, uniwersalności jego dzieł . Pomyśl Amicusie jaka to olbrzymia scena, ilu aktorów i widzów, a jakie dramaty się tu rozgrywają :) nie wspominając o obłędzie wciągającym człowieka w pułapkę czasu, gdzie biedni Roskolnikowie mylą rzeczywistość ze zwidami i naobarot. Jakie odległe podróże namiętnych kochanków śpieszących niestety już nie trojką a na fali wiązki światła na randki )) Ile tu intryg i mordów popełnionych z zimną krwią bądź z wielkich emocji. I choć to świat wirtualny, to za zbrodnie spotyka nas czasami realna kara.
    pozdrawiam

  5. georgeeliot Says:

    Aktywny odpoczynek dla ciała i duszy – taki sposób spędzenia wolnego czasu jest chyba najlepszy. I ten mały sezon teatralny, który sobie urządziłeś.

    „Jakiż to atawizm sprawia, że chcemy raz po raz wracać na ziemie, gdzie wyciągnięto nas za uszy z nicości?”

    Kiedy tam wracam realnie, to duszę mi ściska wielki ból, wywołany uświadomieniem przemijania. Granica pomiędzy tym światem, który już nie wróci, a który jest teraz, przebiega przez cmentarz. Dlatego wolę nosić w sobie moje wspomnienia stron rodzinnych i domu – mogę tam być w każdej chwili na życzenie tylko mojej myśli. Tam świat stoi bezpiecznie w miejscu, jak i każda filiżanka w kredensie i stary zegar przy oknie.

  6. Sarna Says:

    Jaka czwarta nad ranem? na moim zegarku 4,52 :) U mnie o tej porze to nawet samolotów już nie słychać. Tylko jak zwykle śmieciarka budzi miasto ze snu.

  7. Chihiro Says:

    „Byc moze wszedzie rodzimy sie przypadkiem”…
    Owszem, mozna na to tak patrzec, ale niektorzy z tym przypadkiem czuja sie bardzo dobrze. Pamietam takie jedno wydarzenie, gdy studiowalam w Berlinie i poszlam z kolezankami i kolegami ze studiow, Grekami, na pewnien ogrodzony plac, gdzie na wielkich telebimach ogladalismy mecz Grecja-Brazylia (to byly mistrzostwa swiata chyba). Pamietam ich wielkie emocje, ekscytacje, ogromna radosc i lzy, gdy Grecy strzelali gole czy wreszcie – gdy wygrali. Patrzylam na to troche z boku i myslalam, ze mi nawet nie przyszloby do glowy, by pojsc ogladac taki mecz w grupie, gdyby grali Polacy, a co dopiero cieszyc sie tak jak oni. Nie mam w sobie tego patriotyzmu lokalnego, ktory czyni mnie dumna z miejsca urodzenia, ktorzy powoduje, ze chetnie slucham, gdy inni, cudzoziemcy, mowia, iz odwiedzili Polske, nie mam specjalnie ochoty opowiadac o Polsce i wychwalac ja. Uwazam, ze jest za co, moglabym z pasja mowic o kulturze, ale z rownie wielka pasja moge mowic o kulturze wielu innych krajow. Polskosc nie stanowi wielkiej czesci mojej tozsamosci (choc jest jednym z jej skladnikow).
    Nie czuje sie przywiazana do granic, do ziemi, do polskich jezior, morz i gor. Zazdroscilam wtedy nieco Grekom ich patriotyzmu, dumy z pochodzenia od jednej z najwiekszych kolebek ludzkiej kultury i cywilizacji. Ja tego nigdy nie poczuje w stosunku do Polski, mam raczej patriotyzm Europejczyka i dumna jestem z naszego paneuropejskiego dziedzictwa.
    Nie pojmuje kompletnie postrzegania mojego stanowiska w kontekscie zdrady. Tak sie zlozylo, ze jedni czuja silna wiez z ziemiami i kultura polska, ja tej wiezi nie czuje. I tak wiele kwestii polskiej, zreszta calej srodkowoeuropejskiej mentalnosci i kultury jest mi autentycznie obcych, egzotycznych wrecz, ze zywie glebokie przekonanie, ze po raz pierwszy sie urodzilam w tym rejonie, ze jeszcze go „nie czuje”… Czuje za to inne rejony, gdzie indziej latwiej mi i szybciej przychodzi rozszyfrowywac kody kulturalne, poddawac sie im, w Europie Srodkowej (bo w Niemczech mam podobnie jak w Polsce) przychodzi mi to trudniej, wiecej wysilku musze wkladac, by tam nie uchodzic za nieprzystajace do otoczenia „dziwadlo”.

    Uwazasz rozpad ciala za straszny? Ha! Ja moge tylko wyznac, ze za niewygodne. Uwazam, ze trzeba z wiekiem (mimo, ze wciaz przeciez jestem, obiektywnie rzecz biorac, z punktu widzenia naszej zachodniej kultury, stosunkowo mloda) wiecej uwagi i wysilku poswiecic, by cialo utrzymac w normie. Choc na bole zadne sie nie uskarzam, to nie wiem, czy jeszcze bede w stanie pozbyc sie cellulitu :) Z drugiej strony zmienia sie perspektywa i czlowiek widzi, ze sa wazniejsze rzeczy na swiecie niz robienie tragedii z nierownej skory :))) W Indiach widzialam, na pewno Ty takze, osoby w bardzo podeszlym wieku, ktore bez problemow potrafily siedziec z kolanami pod broda, co mojej mlodszej zdecydowanie mamie nie przyszloby z taka latwoscia. Wazna jest elastycznosc ciala, do czego w naszej kulturze przywiazuje sie zbyt mala wage, a wynalezienie krzesla powoduje, ze wiele osob w srednim i starszym wieku nigdy nie siada na podlodze, po turecku, w kuckach czy z wyciagnietymi przed soba nogami (co robia ludzie w innych kulturach), przez co stawy ulegaja usztywnieniu zbyt wczesnie. No ale to to moze inny temat :)
    Innym tematem jest – ciekawe, czy zauwazyles to w Polsce? – potworna hipochondria Polakow. Oczywiscie Amerykanie przoduja w kwestii zazywania lekarstw, witamin i wszelkich suplementow, zaraz za nimi sa Francuzi, ale Polacy zajmuja zaszczytne trzecie miejsce (niedawno czytalam taki ranking). Liczba reklam poswieconych lekarstwom przyprawia juz o bol glowy. Przy czym na profilaktyke nie zwraca sie nalezytej uwagi, i jeszcze mniej poswieca sie jej odpowiedniej diecie i ruchowi – mowie tu konkretnie o jednostkach, bo o potrzebie ruchu slychac zewszad.
    Ech, rozgadalam sie (a raczej rozpisalam)… Przepraszam :)

    • Logos Amicus Says:

      Nie masz za co przepraszać bo ja bardzo lubię takie… tyrady :) Zwłaszcza jeśli pochodzą od tak ciekawej i mającej wiele do powiedzenia osoby, jak Ty.

      Masz prawo do swojego kosmopolityzmu (ależ jestem wspaniałomyślny, co? :) ) Tak samo jak do wiary w reinkarnację (której ja agnostycznie raczej nie podzielam. Zresztą nie wiem czy wiesz, że w reinkarnację wierzy 33 % polskiego (katolickiego ponoć w 99%!) społeczeństwa i aż 66% amerykańskiego – przy średniej europejskiej 25%. Ja jednak uznaję to za jedną z form ludzkiej tęsknoty za (osobniczą) nieśmiertelnością.

      Masz stuprocentową rację z tym wymogiem dbania o własne ciało, by z wiekiem nie ulegało ono coraz większej niesprawności. Niby każdy z nas o tym wie, ale jakże mało często robimy, by zachować jego dobrą formę.
      Jesteś jeszcze młoda, więc łatwiej Ci utrzymać swoje ciało w ryzach. Lecz z wiekiem musisz się liczyć z tym, że coraz mniej Ci ono będzie posłuszne.
      A rozpad ludzkiego ciała jest jednak straszny… zwłaszcza jeśli patrzymy na czlowieka śmiertelnie chorego i widzimy/wyczuwamy jego wielkie cierpienie.
      Ale to dociera do nas dopiero wtedy, kiedy mamy z tym bliski i bezpośredni kontakt, jeśli dotyczy to nas samych lub blliskich nam osób, które kochamy i które powoli od nas odchodzą… chyba jednak na zawsze.

      Ale przed takimi myślami trzeba się bronić rękami i nogami – i chłonąć z tego świata to, co najlepsze, przeżywać śwadomie i intensywnie każdą daną nam chwilę życia… zwłaszcza w tym wcieleniu, którym się cieszymy obecnie :)

  8. salina Says:

    Tak tak Amicusie, potrzebujemy bywać od czasu do czasu w owym „epicentrum naszego roztrzęsionego bytu” w „metafizycznym pępku”, jak to celnie i ładnie nazwałeś. Tylko trudno te krótkotrwałe powroty uznać za odprężające. Skwapliwie zapewniamy o „naładowanych akumulatorach” i cichcem upychamy gdzieś głęboko narastający niepokój i niepewność.
    Czyż może być inaczej?

    Jeśli tak wiele spodziewamy się zobaczyć, dotknąć, przeżyć, doznać? Wykorzystać ten krótki czas co do minuty i to tak żeby niczego nie żałować?
    Cały czas pod kontrolą, w napięciu, ze świadomością, że przemija i to co straci się czy zepsuje już nie zdąży się naprawić ani wymazać ani odzyskać.
    Muusi przyjść znużenie, zmęczenie.

    Im dalej się odjeżdża, im rzadziej się przyjeżdża, tym jest trudniej.

    Każdy ma swoje życie, codziennie skrupulatnie budowane w konkretnym miejscu, środowisku – jeśli nie „buduje” się razem – nawet bliskie więzi rozluźniają się. Uświadamiamy to sobie raptem i nie jest to przyjemna świadomość…
    No i jeszcze jedno przykre odkrycie (napisałeś o tym), że wszyscy znajomi, bliscy, są o wiele starsi!
    Gdy się jest razem, dzień po dniu, nie zauważa się postępujących zmian, co innego gdy widuje się raz na kilka lat. Takie widoczne znaki przemijania nie poprawiają samopoczucia przecież. Zwłaszcza kiedy myśli się o rodzinie, rodzicach.
    Trzeba czasu by pozbyć się tego kłującego ziarnka niepokoju po „radosnej” wyprawie w ojczyste strony.
    Po rozregulowanym byciu, zawieszeniu gdzieś „pomiędzy”…

    Z wciąż zaśnieżonego Krakowa uśmiechy i pozdrowienia ślę :))

    • Logos Amicus Says:

      Może czas zwolnić? Bardziej dopieszczać każdą przeżywaną chwilę bez myślenia o gonieniu gdzieś dalej?
      Nie, nie jechałem do kraju by „ładować akumulatory”. Ja te akumulatory zwykle ładuję zimą gdzieś nad południowymi morzami, gdzie dużo słońca, woda i zwykle dżungla w zasięgu ręki. (I wygląda na to, że już niedługo gdzieśw takim miejscu się znajdę :) )

      Odwiedziny domu rodzinnego trudno mi traktować w charakterze „urlopu”, „relaksu”, „rozrywki”… To nie te rejestry, to jest inny charakter.
      Wizyta w Krakowie była intensywna, teraz widzę, że chyba zbyt intensywna, choć przecież cenne dla mnie były wszystkie te spotkania z przyjaciółmi, rodziną… ze znajomymi starymi, czy też z tymi całkiem nowymi ;) (Mam nadzieję, że nie wynudziłaś się ze mną podczas naszej długiej rozmowy przy herbacie „Pod Słońcem” :) )

      Wiele prawdziwych strun dotknęłaś w swoim komentarzu. Większość z nich odczuwam zupełnie tak samo.

      Pozdrawiam serdecznie

  9. Chihiro Says:

    Logosie, alez wiara w reinkarnacja to przede wszystkim tesknota za smiertelnoscia! Przeciez jesli chrzescijanin wierzy w jeden byt na ziemi, smierc ciala, wierzy tez w niesmiertelnosc duszy (po smierci czeka zycie wieczne). Natomiast rodzenie sie i umieranie trwa tylko do pewnego momentu, do osiargniecia nirwany, az cala nasza karma rozpadnie sie w pyl i wreszcie uwolnimy sie od tego cyklu niesmiertelnosci (ktory trwa bardzo dlugo). To dazenie, by w koncu stac sie smiertelnym.
    Zadziwiaja mnie te statystyki, powiem Ci szczerze. Prawie kazda religia zezwalala dawniej na wiare w reinkarnacje, w chrzescijanstwie zakazano tego w 543 roku, Giordano Bruno splonal na stosie m.in. za szerzenie pogladu, jakoby reinkarnacja istniala.
    Wiesz, ja przeszlam regresje (czym sie zbytnio nie chwale, przynajmniej nie detalami jej, wazne, ze to nie byla hipnoza ani nic w tym rodzaju, bo wszystkiego bylam caly czas swiadoma), podczas ktorej mialam okazje „zobaczyc” kilka moich przeszlych wcielen i co umocnilo moja wiare. Mozna w to wierzyc albo nie, sama podchodzilam nawet po regresji sceptycznie do tego, co przeszlam (mialam watpliwosci, czy to nie moja bujna wyobraznia podsuwala mi obrazy), ale z czasem wszystko nabralo sensu i teraz zaliczam regresje do najwazniejszych doswiadczen mojego zycia. Jakies klapki mi zdjela, cos wewnatrz odblokowala, przez co poczulam wiecej, zrozumialam wiecej na wlasny uzytek.

    Brak kontroli nad cialem obserwuje niestety u dziadka. Do zeszlego roku byl sprawny calkowicie, az odezwala sie gruzlica kosci (podobno istnieje cos takiego) i z dnia na dzien kregoslup ulegal takiemu zniszczeniu, ze w ciagu tygodnia dziadek stal sie sparalizowany od pasa w dol. Nie moze nawet siadac, moze tylko lezec, a z tym wiaze sie cala masa innych klopotow zdrowotnych. Tak wiec na przykladzie bliskiej mi osoby widze, co znaczy nieposluszenstwo ciala. Psychika tez ulega zmianom, jesli nie potrafimy pogodzic sie z brakiem sprawnosci w ciele, a dotychczas bylismy aktywni fizycznie. Zaleznosc od drugiej osoby w tej sytuacji jest czyms koszmarnym, mam wielka nadzieje, ze nigdy nie bede w takim stanie, by nie moc fizycznie sie soba zaopiekowac…
    Coraz glosniej w glowie cos do mnie krzyczy „Carpe diem!”, wiec koncze juz smetne wywody :)

    • Logos Amicus Says:

      Założę się Chihiro, że jeśli ktoś np. w Polsce wierzy w reinkarnację, to tym samym żywi nadzieję właśnie na życie wieczne – i nie w głowie mu żadna (unicestiwająca go) nirvana.
      Moim zdaniem od ludzi Wschodu dzieli nas (psychologiczna i filozoficzna) przepaść, której nie da się zasypać jakąś – najbardziej nawet spektakularną i gwałtowną – konwersją. My (dzieci cywilizacji Zachodu) zupełnie inaczej podchodzimy do nicości. Dla nas bywa ona raczej tragedią (horror vacui – to ta ziejąca nicością otchłań, która wszystko, ale to wszystko co ludzkie unicestwia), dla ludzi Wschodu zaś szczęściem (bo wyzwoleniem z pełnego cierpienia koła śmierci i narodzin).

      Przeżyłaś jakiś „odmienny stan świadomości”?
      Moim zdaniem była to projekcja Twojego (jakże pełnego i bogatego w myśli, wspomnienia i obrazy :) ) mózgu. Jednak wiem, że takie stwierdzenie nie zrobi na Tobie większego wrażenia, bo Ty to odczuwasz jako coś bardzo realnego. To tak jak z doświadczeniem mistycznym i wiarą – nie można dyskutować z czymś, co ktoś uważa za prawdę, bo sam tego w głebi, czasem nawet w momencie iluminacji, doświadczył.

      PS. No nie… Ty akurat starością nie musisz się martwić. Przed Tobą jeszcze (najprawdopodobniej ;) ) parę ładnych dekad poznawania (tudzież pochłaniania ;) ) tego niesamowitego świata. Czego Ci życzę! (Wiesz o tym, że szczerze :) )

  10. magamara Says:

    Logosie, witaj po wojazach! Milo mi bardzo, ze wrociles. Juz Ci pewnie powiedzialam, ze zazdroszcze Ci dlugosci i intensywnosci tej podrozy. Ja zwykle wpadam na o wiele krocej do Trojmiasta do rodzicow, ewentualnie na chwile do przyjaciol do Warszawy i nie mam specjalnie mozliwosci zatrzymac sie dluzej w jednym miejscu, tym bardziej w Krakowie!

    Co do uplywajacego czasu i konsekwencji tego widocznych na ciele, to mam troche inne podejscie. Spotkania po miesiacach czy latach, kiedy nagle dostrzega sie na twarzy i ogolnie w ciele bliskiej lub dalszej osoby, nie wywoluja u mnie pragnienia, by myslec o spotykanych tak, jak ich sie wczesniej zapamietalo (jak z fotografii). Te zmiany sa dla mnie naturalne. To, co jednak przez nie dociera do mnie w pelnej swej powadze to, to, jak wiele stracilam, nie bedac z bliskimi. Kazda zmiana to objaw czasu niebycia razem, bo przeciez gdybysmy mieszkali obok siebie to nie widzialabym ich z taka ostroscia.

    Lubie moje podroze do Polski, powroty do rodzicow, do bliskich mi miejsc. Nie sa one jednak dla mnie powrotami do domu. Kiedy mysle o powrocie do domu, to automatycznie mam przed soba nasz kawalek wlasnej przestrzeni na oksfordzkiej ulicy.

    Czasami, kiedy chodze po Gdyni czy coraz bardziej komercjalizujacym sie Sopocie, to mysle, ze staja sie mi o wiele dalsze, choc wciaz darze je ogromnym sentymentem. I z czasem zaczynam (moze jeszcze nie w Trojmiescie, ale w innych krajach Polski) czuc sie jak turystka, a nie jak mieszkanka.

    A czym dla Ciebie jest podroz do Polski?

    A teraz odnosnie sztuk teatralnych. Proza Dostojewskiego jest rzeczywiscie znakomitym materialem na scene. Dostojewski jest pisarzem slowa, ekspresji, latwo dokonac inscenizacji, bo jego bohaterowie wciaz prowadza dialog, a cala reszta nie ma znaczenia. Jezeli czytasz ksiazki Dostojewskiego, to wiesz dokladnie, o czym rozmawialy postacie. Nie masz jednak pojecia, co bylo dookola nich: czy obok stalo krzeslo, czy moze scena byla na ulicy, czy ktorys z nich poczul jakis zapach etc. Dla porownania, czytajac Pamuka, wiesz dokladnie, co dzieje sie dookola, bo to jest dla pisarza szalenie wazne, potrafisz dokladnie opisac to, co widza dookola siebie postacie. Pamuk jest pisarzem obrazow. Zreszta sam o sobie powiedzial, ze jest martwym (niezrealizowanym) malarzem.

    Rozgadalam sie troche nie na temat, pardon.

    ps. Mialam zapytac, czy widziales cos ciekawego w kinie podczas podrozy?

    • Logos Amicus Says:

      Magamaro, pozwól że (z braku czasu) odpowiem na razie tylko na Twoje PS:
      Tak, właściwie wszystkie filmy, które widziałem w Polsce w kinie były ciekawe: „Dom zły” Smarzowskiego, „Rewers” Lankosza, „Weronika postanawia umrzeć” E. Young wg Coelho i „Przerwane objęcia” Almodovara… także „Avatar” Camerona, który moim zdaniem również wart był obejrzenia. O większości z tych filmów poczyniłem notki, które pewnie niedługo ukażą się w moim „FILMOWISKU”. Żałuję, że dosłownie koło nosa przeszło mi „Gorzkie mleko”, nie udało mi się też już znaleźć „Białej wstążki” Haneke. Ale wiem, że ten ostatni film muszę gdzieś w końcu zobaczyć… w najgorszym razie na DVD (piszę „w najgorszym” bo jednak zdecydowanie wolę oglądać filmy na dużym ekranie).

    • Logos Amicus Says:

      „A czym dla Ciebie jest podroz do Polski?”

      Przede wszystkim spotkaniem z najbliższą rodziną i przyjaciółmi.
      Dalej: poznawaniem kraju mojego dzieciństwa i młodości – odrabianie tych wszystkich zaległości i zaniedbań, których się (pod tym względem) dopuściłem, kiedy byłem jeszcze w Polsce.

      „Kiedy mysle o powrocie do domu, to automatycznie mam przed soba nasz kawalek wlasnej przestrzeni na oksfordzkiej ulicy.”

      A ja mam wrażenie, że posiadam dwa domy – po obu stronach (przepastnego) Oceanu :)

  11. tani1 Says:

    Ładnie piszesz o czasie i o ludziach. Malujesz sobie ten blog tak o… Zobacz jaki piękny śnieg. Przyjemnie. Napiję się herbaty z jabłkiem. Macham.

    • Logos Amicus Says:

      Tak, jak jest piękny śnieg, to jest też i przyjemnie. Co tam malowanie bloga! Nie ma to jak pejzaż malowany zimą :)

      PS. Nigdy nie piłem herbaty z jabłkiem. To się je czy pije?

      • tani1 Says:

        To się pije i je. Robisz herbatę, a jak się zaparzy wrzucasz plasterki jabłka (cieniutkie). A potem możesz je zjeść, jeśli lubisz. Taki herbato-kompot. Zima jest piękna, tylko zimna. A herbata ciepła i tak powinno być.
        Niedawno pytałam przyjaciela jak się czuje, kiedy leci do Tokio.
        On na to: Jakbym wracał do domu.
        – A – pytałam dalej – jak się czujesz kiedy lecisz do Warszawy? – No… – uśmiechnął się.
        – Jakbym wracał do domu, wiesz?
        Tylko Podstoli mówi mi, że dom jest już tutaj, ale… nie do końca mu wierzę. Wszystko zostaje w nas, wszystkie miejsca, czasy, domy i ludzie, nawet sprzęty i chleb z pajęczyną. Jesteśmy jak wielkie albumy ze zdjęciami, z czasem coraz grubsze i coraz bardziej zakurzone. Macham.

  12. Chihiro Says:

    Szybciutko dotkne jeszcze raz tylko tematu reinkarnacji. Jesli ktos uznaje, ze w nia wierzy, a skupia sie na niesmiertelnosci to zupelnie zle pojmuje cala idee. Trudno mi sobie wyobrazic, jak mozna dbac o poprawe karmy, gdy marzy sie o niesmiertelnosci. Bycie coraz lepszym czlowiekiem automatycznie przybliza nas do nirwany, czyli smiertelnosci.
    Oczywiscie na temat tego co przezylam nie mozemy dyskutowac, bo gdy jedna osoba wierzy, a druga nie, to trudno znalezc racjonalne wytlumaczenie (zreszta takich nigdy nie ma w przypadku wiary jakiejkolwiek). Nie bylam w zadnym odmiennym stanie swiadomosci, to byl zaledwie stan glebokiego relaksu, w jaki wpada sie podczas prawdziwej medytacji. Tyle ze trwal 5 godzin :) A sceny, ktore widzialam, cale opowiesci ze mna w roli glownej mam przed oczami w kazdej niemal minucie zycia od tamtej pory, sa nieodlaczna czescia mnie. I niezwykla wolnosc daje swiadomosc, ze moje zycie nie zaczelo wraz z tymi narodzinami 30 lat temu, ono trwalo dlugo wczesniej i bedzie trwalo, jak moje cialo juz umrze. Taka wiara w niesamowity sposob uwalnia od leku przed smiercia, pozostaje jednak lek przed bolem i cierpieniem, gdzies gleboko, ktorego trudno sie pozbyc (i chyba nie powinno sie).
    Pozdrawiam cieplo :) Czy juz sie zaaklimatyzowales z powrotem w amerykanskim domu?

  13. Logos Amicus Says:

    „Taka wiara w niesamowity sposób uwalnia od lęku przed śmiercią.”

    Może właśnie dlatego w to wierzysz?

  14. Jula Says:

    Wow, co za piękne zdjęcia i wspomnienia mimo paskudnej zimnej aury ;)
    Wydaje mi się, że tak jakby minęliśmy się w tym pięknym, starym polskim grodzie :)
    Czy przypadkiem spotkałeś się z kimś z blogowiska, bo parę osób z blogosfery, to właśnie Krakusy. ;D
    PA! :)))

  15. Chihiro Says:

    Nie, nie dlatego :) Choc to ladne wytlumaczenie. Ale jak z kazda wiara, nie ma na nia racjonalnego wytlumaczenia. Po prostu gdzies tam kiedys „kliknelo”, zaczelam poznawac ludzi, ktorzy pokierowali mnie w strone reinkarnacji (za duzo w tym bylo czegos, co potocznie nazywa sie zbiegami okolicznosci), a potem nagle wszystko zaczelo sie ukladac w harmonijna calosc. Miedzy innymi znikl lek przed smiercia i w ogole wiele innych lekow i frustracji takze :) Same pozytywy, bo jestem tez na tyle osoba zdroworozsadkowa, by nie trzymac sie kurczowo przeszlosci, dawnych wcielen itp. i nie powielac raz sprawdzonych schematow. Wiem, ze nie wchodzi sie dwa razy do tej samej rzeki i wszystko, co przezywam, jest nowe. I swiat wokol jest tez nowy :)
    Pozdrawiam serdecznie!


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s