WSZYSTKO I NIC (i to co pomiędzy)

 

 
WSPOMNIENIA Z RAJU
 
Człowiek na drodze ewolucji: twardy orzech do zgryzienia.
Strach pomyśleć, co zacznie wyprawiać ewolucja z powyłamywanymi zębami.
* * *
Kołacze się w nas pierwotne pojęcie raju… Coraz mniej podobnego do świata, w którym żyjemy.
* * *
Raj na ziemi to dla nas takie miejsce, gdzie nie ma jeszcze śladów współczesnej cywilizacji. To może świadczyć o tym, jak wielką jest ona pomyłką.
* * *
Paradoks postępu: to co nas zabija, może też nas uratować; to co nas ratuje, może też nas zabić.
* * *
Bóg ma tylko takich wyznawców, na jakich zasługuje.
Jeśli nie ma ich wcale – to widocznie też na to zasłużył.
 
 * * *
 
 ADVOCATUS DIABOLI
 
 
Świat zarażony złem?
Przewlekła metafizyczna grypa ludzkości.
A wszystko przez to, że Adam i Ewa chcieli się w końcu ubrać.
 * * *
Wydaje się, iż wszystko musi mieć przeciwwagę, nic nie może istnieć bez swego przeciwieństwa.
Nawet (w naszych wyobrażeniach) Bóg nie może obyć się bez diabła.
 * * *
Diabeł nie śpi.
A jeśli już leży, to tylko w szczegółach.
 * * *
Ludzie tracą wiarę w Niebo ale wiara w Piekło trwa nadal – głównie za sprawą otaczającej ich rzeczywistości.
Niebo się ulatnia, piekło zaś materializuje.
Diabła wymacać łatwiej niż aniołka.
 * * *
Demony budzące się kiedy rozum śpi są niczym w porównaniu z demonami, które osaczają człowieka na jawie.
 * * *
Diabeł jest czerwony, anioł zaś biały…
Nic więc dziwnego, że człowiek jest różowy.
 * * *
Gdy rozum śpi, budzą się potwory – oświadczył kiedyś Goya.
Jednak czasem trzeba również uśpić rozum, by obudziły się anioły.
 * * *
Powinno być:
człowieka strzela, diabeł kule nosi.
 * * *
Diabeł jest niczym ta kloaka, ktorą stworzył człowiek, by zwalać tam swoje grzechy i zło.
I tak oto powstaje piekielne szambo.
* * *
Kto ma większą moc uwodzenia: Anioł czy Szatan?
(Częściej jednak do tej roli angażujemy tego ostatniego. Dlaczego?)
* * *
Każdy wyobraża sobie Diabła jako samca.
Czy nie jest to jednak pewna dyskryminacja?
* * *
 
 
 ILUZJA PRAWDY, PRAWDA ILUZJI…
 
*
Na początku myśl krótka, ledwie uchwytna…
Usiłuje wydostać się na powierzchnię świadomości.
Mam poczucie tego, że jest to coś ważnego i istotnego, choć nieznanego – coś, co skrywa się gdzieś na peryferiach osobowości, w jakichś studziennych głębinach psychiki.
 Czyje to źródło? Moje czy mojego gatunku?
Te poskręcane sznury aminokwasów: ile w tym jest mnie, a ile ślepych sił życia? (Stwarzającego się według nieodgadnionego i nieprzejrzanego planu?)
Jeśli to plan, to czyj (albo czego)?
Jeśli przypadek, to dlaczego?
Jeśli nie przypadek, to po co?
I w jakim celu?
Skąd to wszystko przyszło, i dokąd to wszystko prowadzi?
Gdzie istnieje?
Czy istnieje?
DNA – jeden długi łańcuch z pytajników.
I wplątany weń człowiek.
* * *
A jednak jesteśmy spętanymi więźniami, którzy roją sobie sny o wolności.
Śnimy więc, kiedy uważamy się za wolne duchy.
Lecz bez tego snu nie moglibyśmy być ludźmi.
W swoim śnie jesteśmy wolni – i tylko śniąc możemy poczuć się wolni.
* * *
Śnijmy więc aby żyć, bo życie jest snem a rzeczywistość iluzją.
Jeśli jesteśmy prawdziwi, to prawdziwe są również nasze sny.
Czyż iluzja nie jest naszą prawdą?
Czyż iluzja nie jest naszą rzeczywistością?
Czy wszystko co ludzkie nie jest prawdziwą iluzją?
* * *
Czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to naprawdę chcemy tego, by nie chcieć?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?

(Ostatecznie, wychodząc poza te wszystkie zawiłości, można skonstatować jedno: ponownie dotykamy tutaj kwestii wolnej woli i determinizmu.)
* * *
Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym?
Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
 
 * * *
Advertisements

komentarzy 20 to “WSZYSTKO I NIC (i to co pomiędzy)”

  1. Sarna Says:

    „Kto ma większą moc uwodzenia: Anioł czy Szatan?”
    W słowie szaTAN zawiera się zmysłowy, upojny pląs – świetnie narzędzie uwodzenia… i dlaczego zaraz dyskryminacja z tym wyobrażeniem sobie diabła jako samca? Całkiem wdzięczne wyobrażenie choć w męskiej postaci )) A co do Boga, który wcale nie ma wyznawców, „bo widocznie też na to zasłużył”, to się z Tobą nie zgadzam. Bo czy może istnieć Bóg bez wyznawców?
    I chyba tyle uwag, poza tą że brakuje tu Ciebie i jakoś tęskno ))
    pozdrawiam

  2. Magda Kotowska Says:

    „Kołacze się w nas pierwotne pojęcie raju… Coraz mniej podobnego do świata, w którym żyjemy.
    * * *
    Raj na ziemi to dla nas takie miejsce, gdzie nie ma jeszcze śladów współczesnej cywilizacji. To może świadczyć o tym, jak wielką jest ona pomyłką.”

    Zabawne. Wczoraj, po obejrzeniu „Heimy” – zapisu trasy koncertowej Sigur Rós po rodzinnej Islandii – uznałam tę wyspę za „pewien” raj. Na zasadzie przeciwwagi dla cywilizacji i „postępu, który może nas zabić”, rozumianego jako urbanizacja, korporacje transnarodowe, globalizacja i skutki tych zjawisk, czyli materializm, alienacja, obawa przed uzewnętrznieniem się, odkryciem emocjonalnym przed drugim człowiekiem. Czy nie jest przerażające, że żyjąc w milionowych społecznościach, skazujemy się na anonimowość i samotność? Powodów jest wiele. Brakuje nam zaufania do jednostek (często słusznie) albo zwyczajnie jesteśmy przytłoczeni chaosem i tłumami na ulicy – czasem i mnie się to zdarza. Wtedy marzę, by przemienić się w dzikiego mustanga i gnać w przestrzeń przyrody, nie tkniętej przez człowieka, by poczuć jedność ze sobą i z Naturą… ze wszechświatem…
    Wybudowaliśmy okazałe wieżowce, opracowaliśmy międzynarodową infrastrukturę komunikacyjną – swoistą infosferę; (komuś może się wydawać, że wygrywamy z czasem i ograniczeniami mobilności); metropolizujemy sieć miejskich gigantów, uniformizując jednocześnie kulturę życia, bycia i myślenia (westernizacja). Stworzyliśmy sobie całkiem sprawnie funkcjonującą globalną wioskę. I co dalej? Z jednej strony mamy dostęp do wszystkiego, a z drugiej brakuje nam prostej ścieżki do swojego wnętrza. Chcemy więcej, ale im więcej posiadamy, tym mniej zostaje w nas pierwotnych wartości, uczuć, instynktów. Myślami steruje napięty grafik, a ciało i umysł pogrążają się w chaosie. Aerobik, siłownia, galerie handlowe – wszystko to sztuczne wytwory, mające zastąpić pierwotne środowisko życia człowieka, pozwalające jakoś przetrwać w bezdusznej metropolii, a nawet ją oswoić. Tylko dlaczego ten „szczęśliwy”, zmetropolizowany, nowoczesny człowiek ciągle się męczy, przepracowuje, czując zagubienie i brak sensu? Skąd pandemia samotności?
    Odpowiedź, wg mnie, jest jasna. Z braku kontaktu z Naturą i tym, co ludzkie, pierwotne, kojące zmysły, przywracające spokój i harmonię… sens.
    „Heima” pieknie i wzruszająco ukazuje niebotyczność islandzkiej muzyki, jednocześnie wskazując, że ludzka skromność, małomówność, umiłowanie ciszy i spokoju ducha nie jest dziwactwem. Islandia jest z pewnością oazą ludzkiej natury, dlatego też muzyka Sigur Rós tak hipnotyzuje świat – porusza utraconą w toku ewolucji wrażliwość. (Całościowo wyraziłam się na moim poletku :-) )

    Napiszę jeszcze tylko, że podobne refleksje nt. rdzenia ludzkiego Wnętrza naszły mnie po filmie „Każdy myśli swoje” – wyświetlanym teraz w PL w ramach tournee ENH. Jego twórcy również wskazują (za Thoreau) na nierozerwalny kontakt człowieka z Naturą… i niech poniższa myśl będzie diagnozą problemu współczesności.

    „Ludzie stali się narzędziami w rękach swoich narzędzi.”
    Henry David Thoreau

    • Logos Amicus Says:

      Magdo, poruszyłaś (niezwykle ciekawie) kilka wątków, które i mnie od dawna często chodzą po głowie. Zwłaszcza, kiedy ucieknę gdzieś na „łono natury”. Zawsze się zastanawiam wtedy, jak ten nasz sztucznie wykreowany świat (czyt. cywilizacja) ma się właśnie do Natury, z kórej przecież kość i krew nasza – gdzie nasz początek i najprawdopodobniej koniec. A skoro jesteśmy tworem Natury, to czy to, co tyworzymy, również jest naturalne? Jeśli tak, to czymś naturalnym byłaby również każda kreowana przez nas „sztuczność”… ale to jest chyba rozumowanie prowadzące do nikąd, (gdyż w ten sposób za naturalne możemy uznać wszystko).

      Taki jednak problem narzuca mi się chyba najmocniej: jak dalece, tworząc cywilizację (i kulturę), możemy „odejść od Natury”, zmieniając siebie samych – tzn. jak głęboko możemy ingerować w naszą ludzką „naturę”, by nadal pozostać jednym z elementów Przyrody. Czy ta granica to granica za którą człowiek będzie już tylko(jakimś „udoskonalonym” genetycznie) cyborgiem?
      I jeszcze: w jakim stopniu współczesna cywilizacja wpływa na naszą ewolucję gatunkową – i czy ów naturalny proces ewolucyjny nie jest już mocno (wskutek zmian cywilizacyjnych) zakłócony? Innymi słowy: czy aby sami nie szykujemy sobie jakiejś katastrofy alienując się od tego naturalnego jądra, a raczej „łona”, z którego wyszliśmy?
      Szkoda, że żyjemy zbyt krótko, by się o tym wszystkim przekonać.

      Dziękuję za niezwykle ciekawy komentarz i pozdrawiam,
      S.

      Przy okazji polecam parę moich starszych wpisów, w których podobne wątki się przewijają:

      http://logosamicus.bloog.pl/id,4950161,title,NATURA-PIEKLO-CZY-RAJ,index.html

      http://logosamicus.bloog.pl/id,4966733,title,BUTY,index.html

      * * *

      • Magda Kotowska Says:

        Logosie,
        niezwykle interesujące wpisy. Natura: raj vs piekło – jakikolwiek byłby wynik tej batalii, zawsze pozostanie subiektywny, w zależności od poziomu czucia jednostki i jej świadomości, a także empirii związanej ze światem Natury. Obiektywnym faktem jest natomiast potęga tego świata, z której potrzebuję i uwielbiam czerpać.
        Tak jak pisałeś – to, co w pojęciu człowieka wydaje się destrukcją, w przestrzeni żywiołów jest po prostu transformacją, w dodatku magiczną – bo niezależną od nas przecież! – zachodzącą samodzielnie.

        Bardzo podoba mi się poniższy fragment Twojego wpisu:
        „Poddając się tej kolaboracji jesteśmy zazwyczaj przez Naturę wynagradzani: spokojem, przyjemnością, radością, wrażeniem pełni – czasem nawet błogością lub zachwytem, co wydawać sie nam może szczęściem.
        Taki stan świadomości nie jest wszak czymś permanentnym. Tym bardziej należy go cenić, w jakiś sposób zatrzymać, utrwalić i przechować.”
        – W pełni się pod tym podpisuję. Niech żyje Wielka Energia!

      • Magda Kotowska Says:

        Drogi Logosie!
        Piszesz także:
        “Czy jest to możliwe, by uciekając do lasu strząsnąć z siebie cywilizacyjne naleciałości, pozbyć się ciężaru narzuconej nam (i przyjętej przeze nas) kultury, która określa perspektywę, z jakiej widzimy (i oceniamy) Naturę? I wejrzeć w nią nieuprzedzeni i tak obnażeni?”

        Myślę, że po to właśnie uciekamy do lasu, żeby pozbyć się hałaśliwej cywilizacji, natłoku słów, oceniania, kombinowania, by na chwilę wypaść z walki o przetrwanie i trwanie (kto dziś umie trwać tu i teraz? działamy z myślą o przyszłości – pracujemy, żeby więcej mieć, a nie lepiej być).

        Las jest jednym z wielu obliczy Natury – tym najbardziej dostępnym i bezpiecznym, bo umożliwia szybką regenerację, pobudza wewnętrzny instynkt buszmena. Inna sprawa, że nie każdy czuje Naturę tak samo – prócz wrażliwości, to w dużej mierze kwestia świadomości tego, skąd pochodzi człowiek, jak potęga urbanizacji ma się do mocy sił naturalnych, które jedną falą, podmuchem huraganu niszczą wszystko, co człowiek zbudował. Zresztą, srogie opady śniegu wystarczą, by sparaliżować ruch komunikacyjny, by odciąć od dostaw prądu, wody, tzw. cywilizacji. To Natura rządzi człowiekiem. Zarówno w znaczeniu wewnętrznych instynktów jak i codzienności – to ona wyznacza granice tworzenia. Ktoś by powiedział, że jest złośliwa i kapryśna, bo chłoszcze deszczem, straszy żywiołami – ale czy to nie dowodzi jej wielkiej potęgi i mądrości? Tylko Natura jest w stanie przypomnieć człowiekowi o jego małości, jednocześnie wprowadzając w niebotyczny zachwyt. Jest najbardziej wartościowym źródłem natchnienia i emocji… magnetyzuje istoty ludzkie swoją potęgą właśnie… Przypomina, że o ile człowiek jest koroną stworzenia, to nie on jest kreatorem, a co najwyżej budowniczym.

        Zastanawiam się bardzo intensywnie nad tym jak wyglądałoby życie ludzi osadzonych wśród przyrody, zdeterminowane światłem słońca, uniezależnione od popędów materialistycznych, przesadnych ambicji, ścieżek kariery, manipulacji a skupione na pracy wokół własnego ogródka, czerpaniu z owoców Natury…. Utopia, wiem, a jednak po cichu o tym marzę. W tym kontekście paradoksalne wydaje się istnienie sklepów ze zdrową żywnością dla mieszczuchów – z ekologicznych pól pochodzącą – drogą, bo trudno dostępną – spożywcza ropa naftowa… Kolejna sprawa to np. eko-moda – przecież to też wyraz tęsknot ludzkiej natury do objęć Demeter… Tak się zurbanizowaliśmy, że zaczyna brakować nam tego, co pierwotne, ŻYWE.

        Człowiek próbuje Naturę okiełznać, zabudować, stłamsić… Nie uda mu się, bo Natura jest w nim – czy tego chce czy nie. Najpierw musiałby więc stłamsić samego siebie. Nie da się odciąć tej pępowiny i już!

  3. tani1 Says:

    Mam do Ciebie ogromną prośbę. Nie to, żeby złośliwą, nie. Pisz troszeczkę krócej, bo trudno się do tego odnieść tak szybko, a czasami człowiek w połowie czytania zapomina, co było na początku.
    Jeśli masz możliwość dawania notek częstszych a krótszych ciut, to byłoby super.
    To tak ja mam może tylko… wiesz, głowa mała, ciasna. Tyle myśli i spraw na co dzień. Piszesz pięknie i mądrze, bardzo lubię Cię czytać, ale czasem potem wszystko mi się w tym małym móżdżku miącha i wiesz…
    Te aforyzmy świetne, choć nie wszystkie trafne (nie wszyscyśmy różowi wszak, ot choćby moje chłopaki… ;), na wiele chciałoby się odpowiedzieć, ale jak? Za dużo na raz, za dużo dobrego.
    Macham serdecznie.

  4. salina Says:

    No cóż Amicusie „Wszystko na tym świecie odbywa się powoli i niesłusznie, żeby człowiek nie popadł w pychę, żeby był smutny i nieswój” – jak powiedział był Wieniedikt Jerofiejew :)

  5. joan Says:

    Każde pytanie, każda wątpliwość, każda teza otwiera w mózgu kolejne szuflady, zmusza do myślenia. Szukając odpowiedzi zaczynamy przyglądać się swojej osobowości. Grzebiemy w zwojach i odkrywamy pokłady dziwnych myśli, poplątanych emocji. Czy to przybliża nas do poznania siebie? Czy jesteśmy więźniami zamkniętymi w śnie życia?

  6. Jula Says:

    Ciekawy wpis zwłaszcza w kontekście ;) , W dwusetnej rocznicy urodzin Darwina, a jednocześnie 150 rocznice wydania tego przełomowego dla biologi .”There is grandeur in this view of life, with its several powers, having been oryginaly breathed into a few forms or into one; and that, whilst this planet has gone cycling on according to the fixed law of gravity, from so simple a beginning endless forms most beautiful and most wonderful have been, and are being, evolved”
    Karol (Charles) Darwin, „O Powstawaniu Gatunkow”
    A skoro sami sobie tworzymy piekło na Ziemi to marzymy o jego przeciwwadze , czyli raju. ;D

    A czy na tym świecie odbywa sie wszystko powoli, ja raczej mam wrażenie ,że pędzi !… I tego zdania też jest „faraot” , która na swoim blogu pisze, że „Obecnie uznaje sie, ze zmiany moga byc znaczne, np. nowy gatunek moze powstac z pokolenia na pokolenie przez duplikacje genotypu (podwojenie liczby chromosomow).

    Nie włączam się w dyskusję, bo nie jestem , nie posiadam wiedzy tak z biologii , tyle co ze szkoły i to w okrojonym zakresie , jak i w dziedzinie teologii. Aczkolwiek wiem ,że specjaliści bardzo próbują jakoś połączyć obie te dziedziny tak istotne dla naszego życia, dla nas ludzi , by dusza i ciało ;))) PA!

  7. Torlin Says:

    Logosie Amicusie!
    Przeczytałem, ale nie umiem skomentować. Fajne.

  8. Logos Amicus Says:

    Muszę ponownie prosić Was o wyrozumiałość, bowiem odpowiadam Wam w warunkach dla mnie dość niezwykłych, czyli z dala od mojego oswojonego biurka, przy którym czuję się zdecydownie pewniej, niż tutaj, siedząc w jakiejś internetowej kafejce przy krakowskim Rynku. Obok nieznani mi ludzie wystukują na klawiaturach swoje myśli, wypuszczając je w sieciowy bezmiar, co… lekko mnie deprymuje – właściwie nie wiem dlaczego. Może po prostu czuję, iż to miejsce pozbawia mnie pewnej intymności myślenia? Może to zwykłe kłopoty z koncentracją w nie swoich dekoracjach?
    Dlatego przepraszam za ewentualne bzdury, które w takich niezwyczajnych dla mnie warunkach mogą mi się wymknąć.

    Jakże różni się ten Kraków od tego, jaki pamiętam z mojej ostatniej tu wizyty, która miała miejsce półtora roku temu w lecie. Oczywiście, odpowiedzialna jest za to głównie pora roku. Wtedy przez Rynek przewalały się tłumy, świeciło słońce, było ciepło a planty wyglądały niczym splątany zielony gąszcz, pośród którego deptakiem dreptały ludzkie zastępy, po konarach skakały płoche wiewiórki a z krzewów niosło ptasimi trelami.

    Kiedy natomiast przyjechałem tu wczoraj, powitało mnie zupełnie inne miasto – mniej ludne, ożywione a przede wszystkim szaro-białe, chłodnawe, mokrawe… Lecz mimo wszystko… swojskie. Znów więc mogłem poczuć się tu jak u siebie.
    Naturalnie wizyta w położonym tuż obok Kościoła Mariackiego empiku, tudzież w antykwariacie na Szpitalnej skończyła się, jak zwykle, wyniesieniem stamtąd pół tony książek (jak ja się z tym wszystkim zabiorę przez Ocean?) Poza tym – jakże by inaczej! – rzut oka na repertuar tutejszych kin i teatrów (pewne plany z tym związane); sprawdzenie ulubionych kafejek i restauracji… (uwaga: postanowienia noworoczne w zagrożeniu! :) )

    Dziś rano, kiedy wyjrzałem prze okno, planty pozostawały jeszcze w cieniu sino-ołowianego nieba, tu i ówdzie, wśród czarnych zygzaków gałęzi przemykała się śpiesznie jakaś postać… lecz za chwilę przez chmury przebiło się nieco blade (bo dopiero co wzeszłe) słońce i wszystko nad uliczką Św. Tomasza stało się jaśniejsze, cieplejsze, bardziej żywe i ludzkie…
    Po śniadaniu, przy kawie, na drugie „dzień dobry”… Chwin i jego „Dziennik dla dorosłych”. (Jakże miejsce, gdzie coś czytamy, a zwłaszcza to w jakim jesteśmy stanie intelektualno-emocjonalnym, zmienia perspektywę odbioru literatury. Przynajmniej tak jest w moim przypadku: za każdym razem zupełnie inne barwy, wrażenia, odczucia…)

    No cóż… ni stąd ni z owąd wstęp zrobił mi się cokolwiek… epicki, czym narażam się znowu na niecierpliwość osób podobnych tani, która mnie zrugała („nie to, żeby złośliwie”: ;) ) za moja rozwlekłość.
    Lecz cóż zrobić – litery tak jakoś „same” stukaja sie na klawiaturze, układają w słowa, a słowa w zdania… z bardziej lub mniej sensownym skutkiem :)

    * * *
    Może więc zdołam Wam jakoś odpowiedzieć?:

    @tani – teraz zupełnie nie mam możliwości dodawania notek częściej (krótszych czy też dłuższych), bo od kilku tygodni nie ma mnie w domu (i tak będzie jeszcze czas jakiś). To co się ukazuje, „wchodzi” niejako automatycznie – są to bowiem wpisy, które przygotowałem jeszcze w Chicago, ustalająć daty, kiedy mają się opublikować.
    Co do długości wpisów: musisz mnie zrozumieć, że ja nie zakładam tego, jak obszerne mają być moje blogowe teksty. Sa tematy, które pozwalają na bardziej lapidarne potraktowanie, sę też takie, które wymagają szerszego oddechu. I wtedy ich długość staje się dla mnie jakby mniej istotna – bardziej liczy się wyczerpanie tematu.
    Jeśli zaś chodzi o mnie, to ja nie mierzę wartości (cudzych) tekstów ich wielkością. Jeśli coś mnie zaciekawi, zaintryguje, to mogę tę stronę przewijać i przewijać… aż do końca.
    Ale Ty poruszyłaś temat dość istotny: w zabieganiu naszym powszednim zdarza się, że nie mamy czasu (a i cierpliwości) na poświęcenie czemuś dłuższego czasu, nasze „attention span” robi się coraz krótsze (jak u dzieci), i chcielibyśmy „połknąć” coś konkretniejszego w jak najkrótszym czasie. Ale tak się nie da!
    Zresztą, jeśli mam wyrazić swoje zdanie, to nie jestem zwolennikiem „skakania” po różnych stronach, wpadania do kogoś na miutę, udawania tego, że się komuś poświęca uwagę, zostawiania zdawkowego „komentarza” i… gonienia dalej – nie do końca wiadomo gdzie i w jakim celu.
    Nie traktujmy się tak bardzo „na wyrywki”.

    @torlinie – Umiesz, umiesz… tylko Ci się pewnie nie chce :)
    Jak byś się postarał, to… sam wiesz.
    Ale dziękuję za odwiedziny i tych parę słów – łącznie z tym „fajne” :)

    @Sarno – A to ciekawe, że zwróciłaś głównie uwagę na te diabełki ;)
    Co do tęsknoty: czasem jest ona wręcz wskazana i działa dobroczynnie ;)

    @joan – Mam poważanie dla wszystkiego co zmusza nas do myślenia. Może dlatego, że rutyna i przyzwyczajenie sprawia, iż większość naszych czynności wykonujemy dość bezmyślnie – mechanicznie. A źle byłoby całe nasze życie przejść jak automat i maszyna, nieprawdaż?

    @Salino – Lecz gonitwa i pośpiech też jest znakiem naszych czasów. No i niebezpieczne jest to, że zbyt często słyszymy o czymś „jedynie słusznym”.
    Także człowiek, który popada w pychę nie jest wolny od smutku… bo zwykle i jego w końcu dopada „niesłuszność” twardej rzeczywistości.

    @Jula – Zwykle nasze ludzkie dążenia do uczynienia raju na ziemi kończą się tym, że rozpętujemy tu piekło (a mają to na sumieniu nie tylko systemy – utopie – totalitarne, ale i sama religia.) Mam nadzieję, że czymś podobnym nie skończy się np. unifikacja Europy, ciągłe udoskonalanie naszych technologii, globalizacja, powódź informacji, zysk i coraz większa wydajność… itp. w pogoni człowieka za stworzeniem „Nowego Wspaniałego Świata”.

    @ Magdo – Twój ciekawy i obszerny komentarz wymaga szczególnej uwagi. Postaram się do niego wrócić.

  9. Torlin Says:

    Nie Amicusie, to nie jest tak. Jest to ta forma twórczości nie poddająca się ocenie krytycznej. Można jedynie napisać, że się podoba, lub nie. Są to przemyślenia autora, ja mogę najwyżej stwierdzić, że te uważam za słuszne, a te są – moim zdaniem – błędne.
    Ja sam od wielu lat piszę – ja je nazywam – „Bagatelki”, dałem kilka w swoim blogu i odzew był żaden, zero, nikt na moją twórczość nie zwrócił uwagi. Więc to nie jest tak, że mi się nie chce.

  10. czara Says:

    A ja pomyślałam o moim ulubionym Lecu :) Czarującego Krakowa życzę (bo „magiczny” koło „Kraków” to się zrobiła wyświechtana zbitka).

    :)

  11. Logos Amicus Says:

    @Magdo, próbuję rozkoszować się tą naszą zimową Polską (jak mi życzysz – za co dziekuję), nawet teraz… choć ten jej piękny płaszczyk zrobił się dzisiaj cokolwiek wilgotny :) Ale chłodnym i szarawym wieczorem wszystko ratują grzańce, czyli dobre gorące czerwone wino z goździkami, którego w Krakowie na szczęście nie brakuje.
    Lecz Kraków to nie tylko rozkosze podniebienia… o tym jednak długo by pisać (wspomnę tylko o „Rewersie”, który udało mi się wreszcie zobaczyć wczoraj w kinie pod (nad?) Baranami. No i był jeszcze… „Tramwaj zwany pożądaniem” w białej sali przy Sarego. O tym jednak może innym razem. ;)

    @Torlinie, proszę Cię, abyś moje odpowiedzi traktował czasem tak pół żartem – pół serio. Niekiedy to takie… przekomarzanie się :) Poza tym uważam, że wszystko można poddać ocenie krytycznej. Nie tylko napisać, że coś „się podoba lub nie”. Ja zresztą nie oczekuję tu żadnych pochwał (a nawet wcale ich sobie nie życzę ;) ) tylko wymiany myśli. I uważam, że to co napisałem w ostatnim wpisie jak najbardziej się do tego nadaje. Jeśli zaś nie masz mi (czy też komukolwiek, kto tu zagląda) nic na ten temat do powiedzenia, to po prostu… nadajemy w innych rejestrach i trudno Ci odebrać to, co napisałem (ale na szczęście nie zawsze tak jest – o czym świadczy nasza wirtualna znajomość, która wszak trwa już przecież od dłuższego czasu.)
    Pozdrawiam serdecznie!

    @Czaro, próbuję w tym mokrym śniegu wypatrzeć jakąś „Zaczarowaną Dorożkę” z zaczarowanym koniem, ale na razie na krakowskim Rynku widzę tylko… zmarzniętych dorożkarzy ;) Natomiast tych elektrycznych melexów staram sie nie zauważać, gdyż wątpię, czy można w nich odnaleźć jakikolwiek czar.
    Prawdziwie cenne są natomiast dla mnie spotkania z przyjaciółmi, których dawno nie widziałem. Może dlatego, że są właśnie tak bardzo realne.

    • Magda Kotowska Says:

      Ach, piękny ten TWÓJ Kraków :-) W głębi duszy tkwi we mnie pragnienie, by poczuć kiedyś przez dłuższą chwilę maanamowy, krakowski spleen – ale taki stoicki i rozkoszny zarazem :) Póki co, raduję się Wrocławiem – równie natchnionym.
      A co do rozkoszy podniebienia, to nie ma nic wspanialszego od procentowej wróżki, grona przyjaciół i urokliwego otoczenia. Hedonizuj bez pamięci! Pozdrawiam! :-)

  12. salina Says:

    A mnie jakoś inaczej klika się do Ciebie Amicusie, gdy mam świadomość, że jesteś w Krakowie :)
    Szkoda tylko, że teraz tu tak szaro, pochmurno, mokro a w Rynku rusztowania i maszyny budowlane :(
    Właśnie stamtąd wróciłam… i najcieplejsze pozdrowienia posyłam :)

  13. dsdm-larix Says:

    …kiedy tak ponuro, bez słońca pomyślałam czytając, że jesteś w Krakowie, że tak bardzo chciałabym znaleźć się teraz w kościele Franciszkanów. Przysiąść na ławeczce i podziwiać grę świateł witraży S. Wyspiańskiego – ogrzać się jego Żywiołem ognia, podziwiać gąszcz secesyjnych żółtych kwiatów wijących się spod ołtarza. W ciemnych postaciach św. Franciszka i św. Salomei, pomimo smutku ich postaci, pokrzepić się siłą jaką chcą przekazać, że nawet smutek ma różne oblicza i że czasem i on może być ukojeniem… jak biel róż, choć mających kolce…
    Chciałabym dotknąć palcami polichromii jak żywych pomarańczowych kwiatów nasturcji i czerwieni róż malowanych jego ręką. A wysoko w górze ujrzeć podświetlone błękitne niebo ze złotymi gwiazdami.
    Cały Kraków, cała dusza w jednym miejscu… ten kościół zawsze mi się tak kojarzy.

  14. tani1 Says:

    Nie rozumiemy się, ale to nic. Chodzi o to, że żadnego głębszego tematu nie da się wyczerpać. Wydaje mi się, że trzeba by uchwycić to, co istotne. A Ty masz warunki po temu. Ja zaglądam tylko na kilka stron, do „znajomych”. Natomiast nie zamierzam Ci dyktować co i jak powinieneś pisać. Nie po to oddałam jedyny głos na Ciebie, wiesz gdzie. Pisz jak chcesz, ja mogę tylko prosić, a Ty się zastanów. Nie chcesz, nie możesz, nie umiesz, bo tak Ci w duszy gra? No i dobrze. Pust’ budiet. Zaglądać będę i tak. Macham szczerze.

  15. Logos Amicus Says:

    Pogoda w Krakowie trochę zwariowała, o spacerach raczej trzeba zapomnieć… lecz mimo to trudno się w tym mieście nudzić. Na duchu podtrzymuje człowieka nie tylko grzane wino (w miłym i ciekawym towarzystwie ;) ), ale również… choćby perspektywa Woody’ego Allena w krakowskim teatrze, którego sztukę (o wielce obiecującym tytule „Seks nocy letniej” ;) ) mam zamiar obejrzeć dziś wieczorem. Ciekaw jestem, co też Bagatela z tego zrobiła?

    @Salino, wygląda na to, że odczuwamy te same klimaty, widzimy te same „rusztowania” na krakowskim Rynku :)

    @Larix, tak pięknie i tęsknie napisałaś o witrażach Wyspiańskiego u Franciszkanów, że musiałem się tam wybrać po raz kolejny. W końcu – to tak blisko… A każda wizyta w tym miejscu ma w sobie coś wyjątkowego.

    @tani1, ja Cię rozumiem i wiem, że i Ty mnie potrafisz zrozumieć. To, co napisałem w mojej odpowiedzi Tobie, zawiera pewne uogólnienie, które niekoniecznie musisz odbierać tak bardzo osobiście – to taka moja, dość luźna refleksja. Temat jest zresztą szerszy i wart szczególnego potraktowania… Ale o tym może kiedy indziej.
    I pamiętaj proszę, że zawsze jesteś tu mile widziana :)

    POZDRAWIAM WSZYSTKICH
    (po raz ostatni chyba – z mokrego i mglisto-szarego Krakowa.)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s