WOJNA POLSKO-RUSKA

 

Dorota Masłowska przesłuchuje swojego głównego bohatera "Wojny polsko ruskiej" (Borys Szyc)

Najłatwiej byłoby film Xawerego Żuławskiego potraktować jako jedną wielką surrealną hiperbolę, efekt pewnej anarchistycznej, młodzieńczej spontaniczności twórczej, która za pomocą histerycznej stylizacji i niby-chaotycznego montażu ukazuje świat wykreowany sztucznie w głowie pewnej nastolatki (Masłowska), a później odtworzony wirtuozersko na ekranie przez niewiele starszych od niej rówieśników, co to postanowili się zabawić w kino „na haju”. A jednak byłoby to zbyt daleko idącym uproszczeniem, gdyż mimo wszystko „Wojna polsko-ruska” opowiada o świecie prawdziwym: narkotycznie „zasranym i zarzyganym”, zakręconym, zaplątanym, beznadziejnym i absurdalnym – obłędnym, acz rzeczywiście przeżywanym.

Nie można więc zaprzeczyć, że również i taki świat istnieje naprawdę. I że stanowi doświadczenie wielu realnych i konkretnych ludzi.

Nigdy nie pociągała mnie twórczość Doroty Masłowskiej. Zawsze wydawało mi się to takie bardzo dwuznaczne: udawać, że się krytykuje świat, w którym jest się zatopionym po uszy – używając jednocześnie (niemal żywiołowo) języka, który w tym świecie funkcjonuje. Mówić, że jego styl jest „do dupy”, jednocześnie posługując się dokładnie takim samym „gównianym” stylem. (Nie chcę tu być źle zrozumianym: oczywiście, że nie wyklucza to talentu autorki, ani nie przeczy jej erudycji.)

A jednak film młodego Żuławskiego mnie podbił.
Dlaczego?
Czyżby dlatego, że moje nerwy i smak bardziej tolerują eksces filmowego obrazu niż „badziewie” (rynsztokowe vita vulgaris) opisywane (i kreowane) za pomocą słowa pisanego, (które może być nawet błyskotliwe)?
Nie jestem pewien. Może to są tylko jakieś moje uprzedzenia?

Jestem tego świadomy, że niektórym widzom film może się wydawać wstrętny, czy też wręcz odrażający – w najlepszym razie dziwny i niezrozumiały, (proszę potraktować to zdanie jako pewnego rodzaju ostrzeżenie). Mogę też zrozumieć to, że być może znajdą się i tacy, co uznają go za obraz kultowy – doskonały i rewelacyjny; pierwszy „melodramat dresiarski” w historii polskiego kina.
Mam pewne opory, by przyłączyć się do któregokolwiek z tych skrajnych obozów. Wolę jednak spojrzeć na ten film z pozycji outsidera.

Dlaczego więc, mimo że film ten opisuje obcy mi w zasadzie świat, którego nie chciałbym doświadczyć osobiście na własnej skórze, jednocześnie dostarczył mi wrażeń pozytywnych i satysfakcjonujących, a nawet cennych?
Myślę, że powody są natury czysto estetycznej, odnoszące się stricte do filmowej sztuki: znakomita reżyseria, oryginalność, fenomenalne aktorstwo (głównie) Szyca – wszystko to sprawiało wrażenie jakiejś wyzwoleńczej anarchii, o tyle niegroźnej, że ograniczającej się do ram filmowego obrazu.
Na podobnej chyba zasadzie można odbierać malarstwo ukazujące horrendum, które jednak nie przeszkadza tę sztukę podziwiać – a czasem wręcz wielbić (np. Goya, Bosch, Breugel, Dürer, Gericault, Dix, Bacon, Lebenstein…). Ponadto, mając do czynienia z wysokim poziomem artyzmu, nie ma się ochoty na moralizatorstwo.

 

 

 

Reklamy

komentarzy 29 to “WOJNA POLSKO-RUSKA”

  1. Torlin Says:

    Nie wiem, nie byłem, zastanawiam się, czy pójdę. Książkę na początku czytałem z zainteresowaniem, po kilkudziesięciu stronach zaczęła mnie nużyć i jej nie dokończyłem.
    Te wszystkie zdjęcia geograficzne – Ty naprawdę wszędzie tam byłeś?

    • Logos Amicus Says:

      Jeśli chodzi o książki Masłowskiej, to czytałem jedynie ich fragmenty. Tylko tyle, by przekonać się o ich stylu.
      Ponadto, z „Polityki” znam jej felietony (były ciekawe – na pewno ciekawsze, niż zamieszczana tamże radosna twórczość Kuby Wojewódzkiego :) )
      A film jest jednak bardzo specyficzny – musisz więc na niego uważać (jeśli Twoje podejście do kina jest bardziej „konserwatywne”, nastawione na klasykę i „tradycyjne”, to jednak filmu Żuławskiego Ci nie polecam.)

      PS. No pomyśl Torlinie, gdybym tam wszędzie nie był, to jak mógłbym zrobić te wszystkie zdjęcia? :)

  2. chihiro2 Says:

    Też niedawno obejrzałam ten film i mam podobne odczucia do Twoich. Podobnie jak Ty patrze na ten swiat z pozycji outsidera. Ja taką rzeczywistosc widziałam jedynie przez szyby autobusow, ewentualnie stojąc na przystankach obok przedstawicieli tego swiata (gdy jeszcze mieszkałam w Polsce).
    Wiem, że Masłowskiej zarzuca sie, że jezyk, jakiego używa jest niewiarygodny, ze dresiarze tak nie mowia. Cóż, w literaturze nie szukam wiarygodnosci, to nie non-fiction, ale wlasnie fiction! Niewazne, czy to, co ona opisuje istnieje naprawde, chocby w małym wycinku. Ważne, że robi to na mnie wrażenie.
    Czytałam tylko „Miedzy nami dobrze jest”, ktorą to sztuke uwazam za doskonałą. „Wojne polsko-ruska” tylko ogladałam na ekranie i jestem zdania, że Żuławski świetnie pobawil sie powieścią i postaciami, wplótł tam troche tarantinowskich efektow i wyszedł mu mały majstersztyk.

    • Logos Amicus Says:

      Jeżeli Masłowska nie używa języka , którym posługują się ludzie w środowisku jakie ona opisuje… to tym gorzej dla Masłowskiej, bo w takim razie koszmarki przez nią produkowane nie mają już żadnego uzasadnienia prócz czczej zabawy (będąc przy tym tworami pozbawionymi wartości estetycznej, o walorach poznawczych nie wspominając).
      Mnie się zawsze wydawało, że książki Masłowskiej są jakąś tam denuncjacją postmodernistycznego pokawałkowania rzeczywistości wprowadzającego chaos i dezorientację – a tu okazuje się, że one same są takim postmodernistycznym pokawałkowaniem rzeczywistości wprowadzającym chaos i dezorientację.

  3. Magda Kotowska Says:

    Artyzm to pojęcie bardzo względne, bo subiektywne. Ja myślę, że nie ma sensu na siłę doszukiwać się piękna (w jakiejkolwiek postaci) czy wyższej wartości w czymś, co niekoniecznie oba te przymioty reprezentuje. Tak jak w malarstwie. Można dostrzec geniusz w kiczu, tylko dlatego że akurat kicz potzregany jest (sezonowo) jako nowatorstwo. Nie twierdzę, że obraz Żuławskiego namalowany został farbkami tandety, bo oczywiście tak nie było i winszuję, że udało się stworzony chaos jakoś ogarnąć, ale zabrakło filmowi jasnego przekazu. Pointa zagubiła się po drodze zepchnięta na pobocze skutkiem przesadnej emancypacji formy.
    ‘Wojna…’ z pewnością jest filmem ciekawym, warto wyrobić sobie o nim zdanie, ale zachwytu nad nim nie pojmuję, choćby dlatego że nie spełnia podstawowej funkcji tj. dialogu z odbiorcą.
    Inna sprawa, że filmy, muzykę itd. odbieramy emocjonalnie, kierując się np. wyczuciem estetycznym i granicami dobrego smaku w sztuce; widz czuje, kiedy wulgarne sceny są koniecznością, a kiedy gwałcą ludzką wrażliwość i są upierdliwe. Proza Masłowskiej jest dość odrażająca, jeśli chodzi o krajobraz społeczny, więc naprawdę myślę, że każdy winien sobie wizualizacji jej opisów dokonać w przestrzeni własnej wyobraźni, a przenoszenie specyficznej wulgarności i wszędobylskiego chaosu na ekran nie ma większego sensu.

    Wspomniana przez Ciebie anarchia to bezpieczna wymówka dla nieopierzonych artystów punkowych i kinematograficznych ekscesów również, bo zezwala na swobodę tworzenia, bunt, niezrozumienie, epatowanie naturalizmem, mieszanie form, treści i brak odpowiedzialności za efekt. “Po” zawsze można powiedzieć, że oto miała miejsce niezła zadyma.

    • chihiro2 Says:

      Magda, a gdzie jest powiedziane, ze podstawowa funkcja filmu jest dialog z odbiorca? Moge wymienic wiele znakomitych filmow, ktore sa uznane przez krytykow za swietne i ktore na mnie robia wrazenie, mimo ze nie widze tam zadnego dialogu.
      A czy filmowi zabraklo jasnego przekazu? Coz, sztuka (a dla mnie film, takze „Wojna…” to sztuka) odzwierciedla przede wszystkim widza. Co kto zobaczy w tym filmie, zalezy wylacznie od niego samego…

      • Magda Kotowska Says:

        Pozwolę sobie jeszcze powielić to, co napisałam u siebie a propos kwestii: refleksja a dialog z odbiorcą:
        Pewnie, że nie chodzi o to, by wszystko w filmie było jasne i przejrzyste. Im więcej wątpliwości, pytań, dyskusji, interpretacji, tym lepiej, bo to oznacza, że obraz widza poruszył. Jednak bez względu na to, czy film jest trudnym dramatem czy podchodzi pod sensacyjny s-f zawsze chodzi o refleksję, która pozostawi w widzu jakieś przesłanie, konkretne emocje, choćby strach.
        Z “Wojną…” jest ten problem, że chaos przyćmił wartościowe wątki, a przecież wiadomo, że takowe istnieją. Wyszła z tego taka “sztuka dla sztuki”, która, oczywiście, ma swoją rację bytu, ale w tym przypadku raczej drażni niż wzbudza podziw. Przypomniał mi się momentalnie Tsai Ming-Liang ze swoją “Twarzą” nakręconą na zlecenie Luwru – piękny obraz, ale jaki… kokieteryjny! Kawior dla elity, powiedziałabym. Tego typu dzieł w kinie nie potrzebuję :)
        Anarchistyczny wybryk Żuławskiego, choć na poziomie, to przeze mnie jednak zdyskredytowany właśnie za ten zakłócony dialog z widzem albo inaczej: za brak punktu odniesienia dla refleksji.

    • Logos Amicus Says:

      Magda, mimo wszystko myślę, iż można się umówić co do tego, co jest artyzmem, a co nie (jakie kryteria zastosować, jak go rozróżnić), choć rzeczywiście każdy z nas inaczej ów artyzm odbiera.

      Ja w filmie Żulawskiego nie doszukałem się “piękna”, co jednak nie uniemożliwiło mi pozytywnej reakcji na ten film.

      Moim zdaniem film (czy też jakiekolwiek dzieło sztuki) nie musi posiadać “jasnego przekazu”. Często jest wręcz odwrotnie: im jest ono bardziej wieloznaczne, tajemnicze, dopuszczające wielość interpretacji – tym mocniej sprawia wrażenie czegoś głębszego, bogatszego, bardziej kompleksowego.

      Ja również nie zachwyciłem się filmem Żuławskiego, stwierdzam jedynie, że zrobił on na mnie spore wrażenie (jakąś taką swoją filmową wirtuozerią), utrafił w moją wrażliwość, po prostu wzbudził moje zainteresowanie… Czy to nie jest właśnie “dialog z odbiorcą”?
      Sądzę zresztą, że dzieło sztuki wcale nie musi podejmować “dialogu” z odbiorcą (równie dobrze może to być monolog ), ważne jest, aby w jakiś sposób odbiorcę poruszyło.

      Tak, jak piszesz – czasem wulgarne czy też okrutne sceny są koniecznością, mają swoje uzasadnienie – ale na podobnej zasadzie swoje uzasadnienie może mieć naturalizm, mieszanie form, “wizualizacja” panującego w danym środowisku chaosu… To się sprawdza, jeśli twórca jest w stanie nadać temu jakąś spójną (integralną) – właśnie artystyczną – formę

      Trudno byłoby winić Żuławskiego za to, że ktoś (np. jakiś “nieopierzny artysa punkowy”) nieudolnie mógłby naśladować jego styl.

      Sam nie jestem anarchistą, ale uważam, że pewne “anarchistyczne” zachowania mogą mieć sens i swoją wartość. Podobnie jak “zadyma”, czy bunt. A już na pewno czymś zdecydowanie pozytywnym jest “swoboda tworzenia”.

      Mam swoje zastrzeżenia wobec tego filmu i muszę Ci wyznać, że zbliżają się one – choć nieco okrężną drogą – do tego, co Ty mu zarzucasz.
      A jest to np. … jakaś taka… jałowość tego filmu. Czysta, filmowa zabawa, za którą tak naprawdę nie wiadomo co się kryje. W tym kontekście, moja przychylność do tego filmu rzeczywiście może wyglądać trochę… irracjonalnie. Ale tak już chyba wszyscy mamy: czasem odbieramy coś bardziej trzewiami, niż rozumem… i dopiero później szukamy dla tej naszej reakcji jakiegoś racjonalnego uzasadnienia.

      • Magda Kotowska Says:

        1. Artyzm. Zgodzę się, że można umówić się co do konkretnej jego definicji w oparciu o reguły, standardy, trendy w sztuce i modę, ale czy to będzie na tyle obiektywne, żeby przyporządkować danemu dziełu odpowiedni poziom jakości? Trendy się zmieniają, ewoluują, nie ma pojęć stałych, bo często ten rozwój odbywa się na zasadzie kontrastu, przeciwwagi dla protoplastów konkretnego nurtu.
        I dalej… to, że coś uznane zostało za obiektywny standard nie oznacza, że każdy winien się do niego dostosować w subiektywnej percepcji sztuki. Dla mnie najważniejszym wyznacznikiem jakości jest jednak ludzka jednostka – zindywidualizowana pod względem własnych doświadczeń, poziomu czucia, wrażliwości, siatki doznań, zmysłów, intelektu. Choć zgodzę się, że na zasadzie porównań można wyróżnić wysoką jakość i kicz, choćby w muzyce. Wiadomym jest, że Pink Floyd nie zachwyci fana disco polo dla przykładu.
        Co do kina, to sprawa ma się nieco inaczej, bo widz ulega całemu spektrum bodźców, które muszą ze sobą jakoś współgrać, żeby wywołać efekt pożądany – refleksję.

        2. Refleksja a dialog z odbiorcą. Pewnie, że nie chodzi o to, by wszystko w filmie było jasne i przejrzyste. Im więcej wątpliwości, pytań, dyskusji, interpretacji, tym lepiej, bo to oznacza, że obraz widza poruszył. Jednak bez względu na to, czy film jest trudnym dramatem czy podchodzi pod sensacyjny s-f zawsze chodzi o refleksję, która pozostawi w widzu jakieś przesłanie, konkretne emocje, choćby strach.
        Z “Wojną…” jest ten problem, że chaos przyćmił wartościowe wątki, a przecież wiadomo, że takowe istnieją. Wyszła z tego taka “sztuka dla sztuki”, która, oczywiście, ma swoją rację bytu, ale w tym przypadku raczej drażni niż wzbudza podziw. Przypomniał mi się momentalnie Tsai Ming-Liang ze swoją “Twarzą” nakręconą na zlecenie Luwru – piękny obraz, ale jaki… kokieteryjny! Kawior dla elity, powiedziałabym. Tego typu dzieł w kinie nie potrzebuję :)
        Anarchistyczny wybryk Żuławskiego, choć na poziomie, to przeze mnie jednak zdyskredytowany właśnie za ten zakłócony dialog z widzem albo inaczej: za brak punktu odniesienia dla refleksji.

        3. Anarchia. “Buntuję się, więc jestem” – postawa kontestatorska rodzi chyba największe twory, a przynajmniej najbardziej spektakularne, na pewno głośne, może skandalizujące… Jakkolwiek, “zadyma” jest odczuwalna i to się często liczy bardziej niż cel albo efekt :) Nie twierdzę, że “Wojnę…” można pod ten pogląd podciągnąć (chociaż z tego, co wiem, to Żuławskiemu środowisko punkowe nie jest obce), ale tym miszmaszem treści, formy, języka i obrazów robi niezłą zamieć w mózgu, na której widz skupia całą uwagę, kiedy próbuje ogarnąć to, co widzi i słyszy. Z całego filmu jest w stanie wyłapać znikome przesłania i na tym koniec, bo po seansie czuje się przejedzony tym, co mu podano.

        Jeśli więc uznać takie filmy za artystyczną zabawę, lekko zanarchizowaną, to rzeczywiście nastawić się trzeba na odbiór trzewiami ;)

      • Logos Amicus Says:

        Mocna argumentacja, z którą trudno mi się nie zgodzić.
        Podejrzewam, że wobec filmu Żuławskiego zastosowałbym zupełnie podobną, gdyby mi się on po prostu nie spodobał, gdybym go „nie poczuł”… A taki problem mam np. z kinem Tarantino – inni się nim zachwycają, ja nie mogę, bo zwyczajnie nie trawię tego, co wydaje mi się tylko jakimś… przewrotnym szpanerstwem, które pod pozorem krytykowania przemocy, samo się tą przemocą napawa – ot, tak sobie… właściwie tylko dla zabawy.

        Te wszystkie różnice, które między nami wystąpiły w związku z „Wojną polsko-ruską” wynikają po prostu z tego, że Ty podeszłaś do tego filmu bardziej racjonalnie, krytycznie i intelektualnie. Wygląda na to, że ja się w tym przypadku „zamknąłem” na rozum i rozsądek, poddając się trzewiom.
        Wiesz… faceci tak czasem mają :)

  4. czara Says:

    Mnie też niezbyt zainteresowała proza Masłowskiej, nie śledziłam też jej felietonów, ale do mnie pewne rzeczy docierają później, niż wtedy gdy są na fali. Może muszę dorosnąć ;) Filmu też zatem nie widziałam, choć akurat jego jestem bardziej nawet ciekawa niż książki (którą zaczęłam, zabrakło mi motywacji, by skończyć). Pozdrawiam serdecznie!

    PS Dziekuje za bogaty komentarz, który u mnie zostawiłeś. Jednak bardzo mnie on poruszył, muszę najpierw ochłonąć zanim odpowiem… ;)

    • Logos Amicus Says:

      A ciekaw byłbym Twojego zdania o filmie Żuławskiego – zwłaszcza po tak rewelacyjnej recenzji jaką napisałaś po obejrzeniu „Milczenia” Bergmana.

      PS. Naprawdę?
      Przymierzam się – na swój prywatny użytek, oczywiście – do rewizji Camusa (czyli skonfrontowania tego, jak odbierałem go dawniej z tym, co myślę o nim dzisiaj) stąd ta lektura „Mitu Syzyfa”, gdzie poświęca on sporo miejsca problemowi samobójstwa, (którego dotyczy również opisywany przez Ciebie film – stąd ta zbieżność).

      • czara Says:

        Logosie, naprawdę nie zasługuję na tyle komplementów… Nie wiem, czy Żuławski, by tak do mnie przemówił jak Bergman.

        Co do Twojego komentarza – u mnie, już ochłonęłam… ;) (Nie znam Mitu.. Camusa, muszę jak najszybciej nadrobić ten błąd).

        Dobranoc, chociaż widzę, że u Ciebie raczej: dzień dobry ;)

      • Logos Amicus Says:

        Myślę jednak, że Żuławski by do Ciebie nie przemówił tak jak Bergman.
        Pierwszy się kinem bawi, drugi… nie tylko bawi, ale i zmusza do myślenia – i to jakiego myślenia! :)

        PS. Nie wiem, czy nieznajomość „Mitu Syzyfa” Camusa jest „błędem”. Może tylko pewnym… zaniedbaniem ;)

      • czara Says:

        Błąd czy zaniedbanie, jedno można naprawić, drugie nadrobić, wychodzi zatem na jedno ;) Swoją drogą, pomyśl z jaką listą zaniedbań się rodzimy i jak potem to trzeba ciężko nadrabiać ;) Camusa powinnam znaleźć we francuskiej bibliotece, bylebym nie zapomniała.

        Co do zabawy… hm. To może by nie przemówił. W kinie zabawa dla zabawy to chyba nie moja bajka. Może dlatego mi nie po drodze z Tarantino…

  5. georgeeliot Says:

    Pięknie wygląda powierzchnia jeziora o cichym poranku. Ale pod taflą wody tętni ukryte drapieżne życie, być może leżą kości zapomnianego topielca? Tak i z życiem, pokazanym w filmie „Wojna polsko-ruska”.
    Kiedyś przy okazji zamówienia jakieś szafki rozmawiałam z pewnym stolarzem, człowiekiem pracowitym, uczynnym i uczciwym. Opowiedział mi wtedy o swojej nastoletniej córce, która była narkomanką, kilka razy uciekała z domu, była też na bezskutecznym odwyku. Jej ojciec coś przeoczył, bo wygodniej i spokojniej było dla niego dostrzegać to, co „NAD” taflą? Spojrzenie „POD” wymaga wysiłku i często zamiast poczucia estetyki przynosi wewnętrzny niepokój, przypomina o potencjalnym zagrożeniu.
    Być może dlatego większość ludzi po powrocie z pracy włączy TV i obejrzy ulubiony odcinek „Klanu” czy „Taniec z gwiazdami”?

  6. Logos Amicus Says:

    Nie ma w tym nic złego (jest to zrozumiałe), że ludzie wolą patrzeć na „spokojną taflę wody”, oglądać życie i świat z tej jego łagodniejszej, ładniejszej, bardziej „estetycznej” strony… A jednak, moim zdaniem, należy też pamiętać o tej jego ciemniejszej stronie – bardziej drapieżnej, brzydszej, gwałtowniejszej… (świadomość tego pozwala nam na pełniejsze – choć ciągle ograniczone i niedoskonałe – wyobrażenie o świecie i życiu).
    Jeśli chodzi o mnie, to nie unikam spoglądania także na tę ciemniejszą, niezbyt piękną stronę. Jednakże ma to swoją cenę – choćby poczucie pewnego niepokoju, przeczucie tego, co w otaczającej nas rzeczywistości nam zagraża, co w niej jest „nieludzkie” – co może nas zniszczyć.)

    Jednakże, akurat „Wojna polsko-ruska” nie wzbudziła we mnie lęków tego rodzaju, być może właśnie przez swoją umowność, stylizację, eksces i anarchię. Wszystko wydało mi się tam umowne (to „tylko kino”) – bardziej mi przypominało zabawę, niż jakąś diagnozę świata stawianą na serio. Być może dlatego film ten posiada pewną wartość katarktyczną (zamiast wywoływania w nas napięcia – to napięcie zwalnia, rozładowuje i osłabia).

  7. ewolny Says:

    Zapewniam Was, że nie trzeba być dresiarzem, żeby używać języka Masłowskiej. Wystarczy popracować w pierwszym lepszym zakładzie produkcyjnym, gdzie wszystko jest na wczoraj, nie ma nic, a chodzi o to, żeby na przekór słowom Kononowicza, z tego niczego zrobić wszystko.

    I zgadzam się z autorem postu:

    – „Czyżby dlatego, że moje nerwy i smak bardziej tolerują eksces filmowego obrazu niż “badziewie” (rynsztokowe vita vulgaris) opisywane (i kreowane) za pomocą słowa pisanego, (które może być nawet błyskotliwe)?
    Nie jestem pewien. Może to są tylko jakieś moje uprzedzenia?”

    Wyraz pisany ma cięższą wagę niż słowo mówione. W mowie inwektywy ulatują niczym kamfora, mniej oczy bolą i szybciej się zapomina. Na koniec już (mówimy ogólnie), jest prawdą, że podobno papier wszystko przyjmie, ale są potrawy, które nie tylko dla wzrokowców, to kulinarna katastrofa.
    pzdr

    • Logos Amicus Says:

      „Język Masłowskiej” można usłyszeć nie tylko w zakładach produkcyjnych. Można go usłyszeć dosłownie wszędzie – w biurach, w szkole, na ulicy, w gabinetach, pod kościołem, nawet na „salonach”, nawet w polskim sejmie… o jego obfitej obecności na internetowych forach, czatach i blogach nie wspominając.

  8. de Port Says:

    Jeśli chodzi o Masłowską, to jako pisarka jest często nierozumiana.
    Trudna sztuka interpretacji literatury staje się coraz mniej znacząca, a krytycy wydają się oceniać jedynie powierzchowność.
    Dla przykładu “Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” (w mojej opinii najlepsza, dotąd wydana, polska powieść XXI wieku), ma łatkę opowieści dresiarskiej. W filmie Borys Szyc z głownego bohatera zrobił upośledzonego. Nikt nie zwracał uwagi na to, iż Silny niejednokrotnie przejawiał wrażliwość, często używał za trudnych jak na dresiarza słów, potrafił uzasadnić swoje poglądy polityczne. Nikomu nie przeszło przez myśl, że może on być inteligentny, tylko niedouczony.
    Nikt się nigdy nie zastanawiał co stanowiło prawdziwy problem tej historii. Czym była ‘polskość’, a czym ‘ruskość’, które raz po raz przeplatały się w tekście. Festyn ‘dzień bez ruska’ był najzwyczajniejszą w świecie masową imprezą, w której małe dzieci ulegały indoktrynacji. Władze sprawdzały, do której z tych grup należy każdy element społeczeństwa. Wszystko co ruskie było uważane za nieprawidłowe, niepożądane. Gdyż ruskość stanowiła odmienność, a polskość podporządkowanie. Silny nie potrafił wpasować się do otaczającego go społeczeństwa, nie umiał przestrzegać jego zasad. Silny był przedstawicielem ruskości. A jego koniec, w którym sam nie potrafił ocenić czy żyje jest niejako alegorią pewnej zagłady każdego, kto zechce być w jakichś sposób inny niż wszyscy.

  9. Logos Amicus Says:

    “Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” najlepszą polską powieścią XXI wieku?
    Mocne stwierdzenie.
    Czy naprawdę „nikt nigdy” nie zastanawiał się co stanowiło problem tej powieści – czym była „polskość”, czy „ruskość”?
    Sąd to, moim zdaniem, zbyt radykalny chyba.
    Zresztą, w filmie owo odwołanie do „polsko-roskości” jest bardzo rozmyte – jeszcze bardziej, niż w książce… Tak mi się przynajmniej wydaje.

  10. Magda Kotowska Says:

    Tarantino chyba jest tym przewrotnym szpanerem, do tego niezłym prześmiewcą – i to chyba jego wyznacznik, który widzom odpowiada. Moje klimaty to też nie są.

    A co do różnic w podejściu… Wyszło na to, że jestem racjonalna, pragmatyczna i ograniczona emocjonalnie. Heh, zabawne. To moje drugie mocne ja (kobiety tak czasem mają ;)) Z pierwszym jest totalnie odwrotnie. Pierwszym rządzi jej mość Emocja, u mężczyzn nazywana trzewiami ;)

  11. chihiro Says:

    Odpowiadam w tym miejscu, bo nie wiem, jak wstawic komentarz wyzej.
    Magda, piszesz: Z “Wojną…” jest ten problem, że chaos przyćmił wartościowe wątki, a przecież wiadomo, że takowe istnieją. Wyszła z tego taka “sztuka dla sztuki”, która, oczywiście, ma swoją rację bytu, ale w tym przypadku raczej drażni niż wzbudza podziw. ”
    Odpowiem: Komu przycmil, temu przycmil. I kogo drazni, tego drazni. Ja sobie wybralam konkretny watek, ktory moze w filmie byl poboczny, a mnie przeslonil wszystko, czyli koncept bycia czyims wymyslem, snem, uluda, borgesowskim czlowiekiem, ktory sie komus sni. Mozliwe, ze Zulawski podal to jako suplement do glownych splotow akcji, dla mnie scena spotkania z Maslowska na policji byla kluczowa i zawazyla na moim odbiorze calosci.
    Nie draznila mnie tu „sztuka dla sztuki”, bo wedlug mnie tej „sztuki” bylo niewiele. Oczywiscie samo zaklasyfikowanie filmu pod sztuke jest jak najbardziej prawidlowe, ale ten film akurat nie jest wcale manieryczny. Z takich manierycznych, ktore naprawde dzialaja na nerwy, to przychodzi mi do glowy film „Matka i syn” Sokurova – jaki ten obraz jest wystylizowany! Wrecz przestylizowany, tak bardzo ugladzony, ze trudno skupic sie na czyms innym niz na mysli, ze rezyser pragnal przescignac samego siebie.
    „Twarzy” Tasi Ming-Lianga nie widzialam, ale widzialam jego „I don’t want to sleep alone” i jego opowiadanie historii rowniez nie przypadlo mi do gustu (choc tu podejrzewam roznice kulturowe, ktore utrudniaja mi znacznie odbior).
    Przyznam tez, ze zbytniego anarchizmu Zulawskiego tez sie w tym filmie nie doszukalam, odebralam ten film jako dosc grzeczny, gdzie tu anarchia? Przeciwko komu lub czemu mialby sie on tu buntowac? Za anarchistyczne obrazy moge uznac Matthew Barney’a caly cykl Cremaster, ale Zulawski??? Nieporozumienie.

    • Magda Kotowska Says:

      Droga Chihiro, wątek z „Wojny..”, na którym się skupiłaś i który przesądził o Twoim odbiorze filmu był kluczowy także dla mnie. Uważam, że moment, w którym Silny wyszedł z komisariatu skołowany, zawieszony między snem i jawą, mirażem a rzeczywistością stanowi najpewniej swoiste spoiwo, nadaje sens obrazowi Żuławskiego, pozwala zrozumieć jego przekaz. Gdyby nie ta scena, tak dosadnie ukazana, to film praktycznie pozbawiony byłby większej wartości.
      Mam wrażenie jednak, że podobnie skołowany był widz, gubiąc się w wątkach, szukając w nadwyrężonym umyśle jakiejś głębszej refleksji, która miałaby pojawiać się skutkiem natłoku dialogów i obrazów. Odbiorca doczekał się intelektualnej ulgi dopiero w tej kluczowej scenie, która jasno symbolizowała pomieszanie dwóch światów, fałsz uczuć, zagubienie w życiowej przestrzeni, dewaluację wartości, teoretycznie stałych i niezmiennych pojęć (np. miłości). Tak więc mogę uznać, że było w filmie kilka wartościowych scen i dzięki nim “jakieś sensowne” wrażenie pozostało. Nie zmienia to jednak faktu, ze nie wystarczą one, by uznać “Wojnę…” za wielkie dzieło.

      Co to Tsaia… udało mi się zobaczyć kilka jego filmów i zostałam fanką azjatyckiej wizji minimalizmu. Wspomniałam o “Twarzy”, bo to b. specyficzne dzieło, inne od wszystkich obrazów tego reżysera: typowa “sztuka dla sztuki”, film piękny wizualnie, ale absolutnie abstrakcyjny, praktycznie nie do ogarnięcia. Tsai kocha symbole, w dodatku stale powtarzające się w każdym jego obrazie, ale “Twarz” zbiła z tropu chyba każdego, kto śledził jego kolejne filmowe przesłania. Tu też dialog z odbiorcą był zaburzony, ale to inny rodzaj niezrozumienia. “Twarz” zobaczyłabym jeszcze raz, bo nie drażni w przeciwieństwie do “Wojny…”. Można spokojnie próbować rozkoszować się tą nierzeczywistą odstawalnością. Żuławski takiego komfortu nie daje.

      Anarchizm natomiast ujawnia się w chaosie przyjętej konwencji, w tzw. punkowej zadymie na ekranie. Dzieje się wiele, ale nie wynika z tego nic prócz „się dziania” właśnie. No future. No point.

      • chihiro Says:

        Ciesze sie, ze sie zgadzamy odnosnie kluczowej sceny :) Ale wiesz, ja w odbiorze filmow nie zawsze koncentruje sie tak silnie na przekazie. Wiele filmow odbieram zmyslami, nie analizujac za wiele tresci ani formy. Nie uwazam tez, ze musze pojac wszystko, co zostalo mi podane, moge sobie wybrac watek, ktory mi odpowiada. Oczywiscie, ze „Wojna…” wielkim dzielem nie jest, ale moim zdaniem to nie jest slaby film. Ja znalazlam tam cos dla siebie, czy znajdzie przecietny widz? Nie wiem, nie moge odpowiadac za innych, jedynie za siebie.
        Skoro jestes fanka Tsaia, czy odnajdujesz sie tez w symbolice i estetyce Apichatponga Weerasethakula?

  12. Magda Kotowska Says:

    Chihiro, odpowiadam z wielkim opóźnieniem, ale udało mi się w końcu dosięgnąć spokoju myśli :)
    Zgadzam się z tym, że przekaz filmu czy dzieła w ogóle nie jest podstawą; że liczy się ogólne wrażenie: duchowe, intelektualne albo estetyczne; że czasem wystarczy jedna scena, by film poruszył wewnętrzną strunę, jeden wartościowy symbol. W przypadku „Wojny…” zabrakło mi tego „czegoś”. Możliwe, że odebrałam ten obraz zbyt surowo i krytycznie, bo takie też było moje do niego nastawienie. Trudno było mi wzbudzić w sobie obiektywizm. Jakiekolwiek jednak przesłanki mną kierowały, to nie ujmuję „Wojnie…” konkretnej wartości. Może kiedyś moja percepcja ulegnie zmianie :-)
    Jeśli chodzi o Apichatponga, to nie miałam okazji odnieść się do jego symboliki. Kino azjatyckie odkryłam dopiero przy okazji tegorocznego ENH we Wrocławiu, tak więc moje fascynacje raczkują. Z twórców tego pokroju utkwił mi w pamięci jeszcze Pen-ek Ratanaruang i jego „Nimfa” – piękny, oniryczny, zmysłowy, eteryczny obraz.

  13. grześ Says:

    Hm, napisałem kiedyś recenzję „Wojny polsko-ruskiej”

    http://tekstowisko.com/tecumseh/59700.html

    Mnie ten film rozbawił, znaczy był momentami wręcz uroczy, momentami niesmaczny, momentami nudny, ale ten konglomerat jakoś strasznie wciągał

    Zaś książka Masłowskiej mnie wciągnęła, acz tylko formą i językiem, treści tam nie było.

    ZZnaczy zasługą masłowskiej było stworzenie pewnego świata czy opisanie go, ale to świat nie dla każdego.,

    Film zaś to kawał dobrego kina, acz nie jest to kino wielkie.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s