LONDON TOWN

London Bridge

Słońce nagle przestało świecić – weszliśmy w chmury, które dość szybko uciekły do góry, tworząc szaro-ołowiane sklepienie.
Tak więc wygląda listopadowe niebo nad Londynem – pomyślałem.
Samolot zaczął kołować, w dole zobaczyłem sino-burą wstęgę rzeki, a po obu jej stronach rozciągającą się po horyzont olbrzymią metropolię.

* * *
Czy istnieje coś takiego jak duch miasta? Miliony ludzkich istnień, które ożywiają poukładane w mniejszym lub większym porządku kamienie i cegły – bryły budynków, kawały stali, tafle szkła, lśniące aluminium … Popielate niebo wiszące nad brązowa wodą nieruchomej rzeki… Pojawiający się czasem błękit i przebłyskujące słońce przypominają o innym świecie, odległych klimatach.
Ulice pełne ludzi i samochodów. Historyczne budowle. Przeszłość równie podatna na zmiany jak teraźnijeszość.
Miasto żyje a my chcemy przeniknąć jego psychikę – o ile coś takiego, jak psyche miasta istnieje. Genius Loci?
Wydaje się, że ogarniamy jego charakter. A może to tylko odbicie naszego nastroju, wrażeń – projekcja naszych uczuć, myśli i refleksji? Gdziekolwiek nie dotrzemy, natrafimy tylko na siebie samych?

* * *

The Strand

Czy kamienie mogą mówić? Czy magiczna siła historycznych miejsc to tylko nasze pragnienie, by ożywić miniony czas, by dotrzeć do prawdy o człowieku – by się dowiedzieć na ile się zmieniamy, a na ile pozostajemy tacy sami?
Wbrew pozorom i wbrew widocznym faktom, stojąc wśród ruin dawnych imperiów uporczywie odrzucamy prawdę o naszej przmijalności. Zaginione cywilizacje, zagrzebane w piaskach czasu metropolie, zatarte ślady dawnych bogów, rozsypujące się w proch zamki i pałace, groby i cmentarze…Tak, przemijają inni, ale nie my, świadkowie dawnej zagłady – ale jeszcze nie tej, jeszcze nie tu i jeszcze nie teraz. Śmierć nas nie dotyczy, ząb czasu nie gryzie, w mogiłach i sarkofagach leżą i rozkładają się inni.

* * *
Jedziemy z lotniska Heathrow, wjeżdżamy do miasta i oto trafiamy na zjawisko, które ma posmak cokolwiek surrealny: ruch uliczny zostaje wstrzymany i obok nas przejeżdża w wielkiej pękatej limuzynie królowa Elzbieta II. Tym bardziej wydaje się to osobliwe, że nikt specjalnie nie zaprząta tym sobie uwagi i w ciągu kilku sekund ulica wraca do swego życia powszedniego.
Czyżby więc te pojawienia się królowej były dla Londyńczyków tak zwyczajne jak bicie Big Bena?
Jest że rodzina królewska czymś żywym w organizmie społecznym Brytyjczyków, czy tylko jakimś reliktem minionej epoki? Ozdobą i rozrywką, tematem plotek bulwarowej prasy, kwiatkiem do kożucha? Czy nadal scala w jakiś sposób ten wyspiarski naród, będąc symbolem jego tożsamości?
Jakkolwiek groteskowe wydają się królewskie ceremonie zewnętrznemu światu, to trudno sobie wyobrazić co mogłoby wypełnić pustkę po zniknięciu monarchii i całej tej zabawy z koroną. To może właśnie dzieki jej przetrwaniu Anglicy mogli znieść tak wielkie upokorzenie, jakim był dla nich upadek brytyjskiego imperium?
A jednak to dziwne – przywiązanie do korony, najbardziej chyba zakrwawionej z wszystkich europejskich koron.

* * *
Bez swojego humoru Anglicy byliby nie do zniesienia. Powiem więcej: bez poczucia humoru nie mogliby oni znieść samych siebie – a zwłaszcza swojej historii.
To właśnie dlatego trupa Monthy Pythona uznawana jest wręcz za narodową instytucję. Jest jeszcze jej wersja plebejska – Benny Hill i mieszczuchowska – Jaś Fasola.
Gdyby nie oni, „Ziemia jałowa” Eliota byłaby katastroficznym „skowytem” (podobnym temu, jakim w Ameryce „zawył” Ginsberg), tym bardziej niebezpiecznym, że bez przeciwwagi – lecz inteligentnym, suchym i przenikliwym.
Dickens też jest mroczny niczym spowite mgłą londyńskie slumsy, ale nie pozbawiony jednak ciepła i swoistego uroku. Oliver Twist czy Pickwick to właśnie takie ludzkie wyspy leżące w strefie cieplejszych klimatów, mimo że szarych i pozbawionych słońca.

* * *

Royal Crown

Londyn sprawia wrażenie olbrzymiej głowy smoka pozbawionego korpusu – odciętej od olbrzmiego cielska imperium, które już dawno się rozsypało. Jakimś dziwnym jednak zrządzeniem głowa ta żyje a nawet się rozrasta…i wyglada na to, że nawet nie spadła z niej korona.
Ba! Nadal ma pretensje do bycia pępkiem świata.

Wielkim zaskoczeniem była dla mnie w Londynie inwazja współczesnej architektury. Wcale się nie dziwię księciu Karolowi, że z dezaprobatą wyrażał się o tej ekspansji modernizmu. Wypiera on sukcesywnie estetykę królewskiego Londynu, która swoje apogeum miała w epoce wiktoriańskiej. Książę Albert, ten ambitny niemiecki pozytywista, którego nie mogła zadowolić jedynie asysta u boku swojej epokowej żony Wiktorii, też pewnie przewraca się w grobie – tak wielka przepaść dzieli jego klasycyzujące Albertopolis (jak nazywają Londyńczycy zespół budowli wokół Royal Albert Hall) z nowoczesnym City (pełnym szklanych brył z wyróżniającym się architektonicznym wygibasem Lloyda).

Rzut oka na dzisiejszy Londyn wiąże sie więc z pewnym estetycznym szokiem.
Niestety, miasto traci swoją jednolitość a współczesne wstawki pogłębiają tylko budowlany bałagan miasta. Wydaje się, że Londyn rozwija się teraz żywiołowo i bez żadnej kontroli, potęgując pomieszanie różnych stylów. Być może pewnym rozwiązaniem byłoby zgrupowanie podobnych stylowo budynków w odrębnych rejonach, lecz dzieje się inaczej a rezultatem jest jeden wielki urbanistyczny kogiel-mogiel.
Milenijne Oko kręci się ponad miastem blisko Parlamentu, wielkie jajo ze szkła i stali wyrasta ponad Tower of London, olbrzymia lustrzana beczka ratusza osiadła tuż obok Tower Bridge, wkrótce zaś londyńską skyline zdominować ma srebrna szpica London Tower Bridge – najwyższego drapacza chmur w Europie (jak widzimy, cokolwiek na siłę nazwa wieżowca chce się wpisać w historyczną tradycję). The times they are a-changin…

*  *  *

London by Night (widziany z tarasu Tate Modern)

(Zdjęcia autora)

Wybór zdjęć z jesiennego wypadu do Londynu można zobaczyć TUTAJ .  Zapraszam.

 

Reklamy

Komentarzy 28 to “LONDON TOWN”

  1. czara Says:

    Mam podobne odczucia dotyczące współczesnej architektury w Londynie, też drażni mnie trochę taki chaos. Dużo bardziej podoba mi się radzenie sobie z tą nowoczesnością w Paryżu (no może oprócz okropnej, wg mnie, Tour Montparnasse). Mam wrażenie, że tam nowoczesne budynki, mimo że kontrowersyjne, jednak wpisują się w charakterystykę miasta (jeszcze niechlubnym wyjątkiem są Les Halles) i są mniej nachalne. Przykładem może być sławne Centre Georges Pompidou czy l’Institut du Monde Arabe. Mniej mnie zachwycają wieżowce Bercy, czy, genialna dla niektórych Biblioteka François Mitterand (w kształcie otwartych książek), ale one umieszczone są spokojnie na uboczu. Świetnym pomysłem wydaje mi się też zbudowanie La Défense poza Paryżem, z elegancką bryłą l’Arche de la Défense na przedłużeniu głównej paryskiej osi, gdzie mieści się Łuk Triumfalny.

    No tak, ale Ty o Londynie, a ja jak zwykle o Paryżu… ;)

    • Logos Amicus Says:

      Mnie ten chaos w zasadzie nie drażnił, tylko nieco dezorientował. Wogóle zaskoczony byłem pewną… swojskością Londynu. Mimo tego architektonicznego rozgardiaszu, to miasto wydało mi się również dość… przytulne. Na pewno zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, a obawiałem się, że może być inaczej – że przytłoczy mnie np. ta londyńska metropolitarność.
      Obiecuję sobie powrócić do tego miasta. Choćby po to, by dokończyć zwiedzanie National Gallery (tam przeliczyłem się z czasem – okazało się, że jeden dzień przeznaczony na NG to zdecydowanie za mało :) )

      PS. Wspomniałaś Paryż. (Wcale się nie dziwię ;) ) O tym mieście można mówić bez końca.
      Mam trochę niewykorzystanych zdjęć, tekstów o Paryżu. Także m.in. o kontrowersyjnym La Défense, który był dla mnie totalnym zaskoczeniem.

      • czara Says:

        Logosie, to ja czekam na te teksty o Paryżu! I na zdjęcia, na zdjęcia (Twoje) mam ogromny apetyt. Tak naprawdę ja też lubię Londyn, ale ja po prostu lubię duże miasta, mimo ich rozlicznych wad. W Londynie mam przyjaciół więc staram się wracać tam co rok i odkrywać trochę więcej. Piszesz o National Gallery, i wiem co czujesz. Choć sama ostatnio przechodzę okres fascynacji sztuką współczesną i miejscem, do którego muszę wrócić, jest Tate Gallery.
        No i oczywiście, jeśli będziesz w Krakowie, nie wiem czy mogę zgłosić się na przewodniczkę (chyba lepiej oprowadzam po Paryżu), ale na (współ)spacerowiczkę na pewno.

      • Logos Amicus Says:

        Mnie z kolei nie rzuciło na kolana w Tate Modern – wobec sztuki współczesnej mam wiele zastrzeżeń.
        Londynem jednak nie zdołałem się nasycić.

        A Paryż czeka „na obróbkę” – m.in. zapiski z Luwru, d’Orsey, Wersalu, Moulin Rouge, La Défense, Champs Elysees, Oranżerii, spod wieży Eifla, Łuku Tryumfalnego, St. Germaine, Montparnasse, Marais… a nawet z… placu Pigalle i Le Musée de l’érotisme ;)

        PS.
        „No i oczywiście, jeśli będziesz w Krakowie, nie wiem czy mogę zgłosić się na przewodniczkę (chyba lepiej oprowadzam po Paryżu), ale na (współ)spacerowiczkę na pewno.”
        Chętnie, to pewnie czysta przyjemność spacerować z Tobą po Krakowie.
        Tylko nie wiem, jak zdołałbym przełamać swoją wrodzoną nieśmiałość ;)
        I co na to by powiedziała moja kochana żona ;)
        I jak byś się czuła w towarzystwie mężczyzny o przyprószonych już siwizną włosach ;)

      • Logos Amicus Says:

        Swoją drogą, muszę się pilnować, aby mi się czasem nie przewróciło w głowie: na jednej stronie dostaje bowiem propozycję spaceru od dwóch (jakże interesujących) kobiet: od Chihiro – po Londynie i od Czary – po Krakowie :)

  2. Aga Says:

    W Lądku byłam 100 lat temu. Bardzo był wtedy kosmopolityczny i pachniał … mydłem. Pamiętam z dzieciństwa zapach mydlarni :-) Ten londyński był taki sam.

  3. chihiro2 Says:

    Logosie, byles teraz w Londynie i nie zapukales? Spotkalabym sie z Toba na kawe chociaz :) Albo pokazala Londyn dzisiejszy, bo to, co przedstawiles to Londyn zyjacy przeszloscia, mieszczanski, turystyczny. Pokazalabym Ci, gdzie toczy sie dzis zycie Londynu – najbardziej dynamicznego miasta swiata. Dynamiczniejszego niz Nowy Jork, bo tam wszystko podszyte jest presja sukcesu i niepokoju o przyszlosc: „Uda sie czy nie uda?”, a tutaj liczy sie przede wszystkim przyjemnosc z codziennosci wraz z czystym sumieniem jesli chodzi o kwestie globalne – przynajmniej ja tak to widze na co dzien.

    • Logos Amicus Says:

      To nie było teraz :)
      Ta wizyta miała miejsce parę lat temu. Zrobiłem wtedy trochę zdjęć, coś tam napisałem, nawet opublikowałem w pewnej gazecie – i tak to od tamtego czasu leżało, aż do niedawna, kiedy sobie o tym przypomniałem i pomyślałem, że przecież można to (przynajmniej fragmenty) zamieścić na blogu.

      Zdaję sobie doskonale sprawę z nieadekwatności takich tygodniowych wypadów do wielkiego a nieznanego miasta. Człowiek jest wtedy skazany właśnie na miasto „żyjące przeszłością, mieszczańskie, turystyczne”, jak piszesz. Widzi się właściwie tylko taką fasadę, a nie prawdziwe życie, które można poznać dopiero wtedy, kiedy człowiek własne życie splata z życiem miasta (tak jak to jest w Twoim przypadku).
      Dlatego Ciebie wyobrażam sobie jako najlepszą przewodniczkę po Londynie. Żałuję, że wtedy jeszcze się nie znaliśmy. (Mam nadzieję, że nie skończyłoby się tylko na kawie „chociaż” ;) )

  4. salina Says:

    Myślałam, że teraz znów byłeś w Londynie Amicusie – zadziwiłam się tylko, że tak natychmiast możesz przekuwać w czyn swoje pragnienia – wszak pisałeś niedawno, że chcesz tam polecieć :)
    Zresztą nieważne kiedy byłeś, ani na jak długo tam się zatrzymałeś… To jak patrzyłeś na tą metropolię jest interesujące! Odkrywanie „ducha miasta”, „olbrzymiej głowy smoka pozbawionej korpusu” – ciekawe, inspirujące myśli.
    No i zdjęcia! Możesz sobie wyobrazić jak zachłannie je oglądałam, jak chciałam wiedzieć na co zwróciłeś uwagę, i porównać z własnymi odczuciami :) I przekonałam się, że nawet jeśli fotografowałeś to co ja (niewiele tego było), to jakże inaczej! Doskonale wiedziałeś co konkretnie chcesz pokazać, robiłeś zdjęcie z najlepiej nadającego się do tego miejsca, no i efekty są! :)
    Z wielką przyjemnością popatrzyłam sobie jeszcze raz na Londyn, Twoimi oczami :)

    • Logos Amicus Says:

      Cieszę się Salino, że tak to odebrałaś.
      Ja jednak uważam, że te moje zdjęcia (zamieszczone w „brulionie podróżnym”) nie oddają tego, co w Londynie wydało mi się uderzające, specyficzne, najciekawsze… Są one bowiem dość przypadkowe, no i jest ich trochę za mało :)
      Taki misz-masz.
      Niemniej jednak, każde z nich przypomina mi jakiś tam londyński smaczek.

      No a tych parę słów we wpisie?… to ledwie impresja człowieka, który skazany jest na dość powierzchowne spotkanie z miastem.
      Zawsze, kiedy opuszczam jakieś ciekawe a bogate w atrakcje miejsce, odczuwam większy lub mniejszy niedosyt (tak było zwłaszcza z Rzymem, podobnie z Paryżem).

  5. buksy Says:

    Szalenie mi sie podoba to porówanie Londynu do odciętej smoczej głowy, wydaje mi sie, ze idealnie oddaje to, czym jest to miasto i jaka rolę spełnia dla Brytyjczyków.

  6. Torlin Says:

    Nie wiem, gdzie mieszkasz, ale mogę Ci zaproponować „przewodnictwo” po Warszawie.
    Przyznaję szczerze, że nie byłem w życiu w Londynie. Kłopot sprawia mi przede wszystkim język, w innych krajach można dogadać się po niemiecku, w Anglii za żadne skarby.

  7. dsdm-larix Says:

    Lubię Twoje wędrówki i przemyślenia…
    U mnie trochę prościej – a na komentarz odpowiedziałam.

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuję.
      A Twoje wiersze nie wydają mi się jednak proste. Podejrzewam ponadto, że nie jest to również takie proste, by zrobić tak piękne witraże – takie właśnie, jakie Ty robisz.

  8. georgeeliot Says:

    Podróże kształcą – również i tych oglądających zdjęcia, przywiezione innymi z podróży.
    Każde miasto posiada w sobie wiele klimatów, ale najistotniejszy to ten, który zdał egzamin w czasie i historii, bo bez przeszłości nie ma teraźniejszości. Tobie udało się ten szczególny klimat uchwycić i przekazać nam, widzom.
    Oglądając zdjęcia, przeniosłam się myślą wieki wstecz.

  9. Logos Amicus Says:

    Tak, podróże kształcą, ale nie czynią człowieka szczęśliwszym.
    (Dają jednak pełniejsze wyobrażenie o świecie.)

    Niektórzy twierdzą też dość sarkastycznie: „(Podróże kształcą)… ludzi wykształconych” ;)

  10. magamara Says:

    Logosie,
    Ciekawie jest przeczytac o czyms znajomym widzanym swieza para oczu. Podejrzewam, ze tyle jest Londynow, ile odwiedzajacych, bo miasto to prawdziwy tygiel, ktory potrafi zaspokoic najbardziej wyszukane czy najdziwniejsze pragnienia. Twoj esej przeczytalam z tym wieksza przyjemnoscia, ze pokazuje wazne dla Ciebie punkty zainteresowania.
    Pamietam moja pierwsza wyprawe do Londynu. Pamietam to lekkie pomieszanie, kiedy okazalo sie, ze to, co sprzedaja ksiazki, zwlaszcza jezykowe, o Londynie, to cos, co znakomicie zyje, ale tylko w wyobrazni obcokrajowcow, ktorzy kochaja mit historycznej Anglii. Londyn zaskoczyl mnie swoja nowoczesnoscia i wlasnie kompletnym odcieciem od historii sredniowiecznej, krolewskiej rodziny, wiktorianskich zasad i sztywnosci. Serce miasta bilo wielonarodowosciowym, a nie stricte angielskim rytmem. I to szalenie mi sie spodobalo.
    Pytasz, co oznacza dla Brytyjczykow rodzina krolewska. Obawiam sie, ze ona juz bardzo niewiele znaczy i przestala byc symbolem pewnej wielkosci, tradycyji, z ktora mozna sie utozsamic. Jest czasami przedmiotem zartow w programach satyrycznych, przedmiotem plotek w prasie brukowej. A poza tym wlasciwie w zyciu spolecznosci nie istnieje. Jej obraz kojarzony wlasnie z angielska tradycja eksportuje sie jednak w nadmiarze zagranice, nadajac mu znaczenie, ktorego w kraju juz wlasciwie nie ma.
    Dzisiejszy Londyn to przede wszystkim Londyn malych etnicznych spolecznosci, ktore buduja swoje miasteczka w wielkiej metropolii. Problemem Londynu jest jednak to, ze kazdy chce zyc po swojemu w zamknieciu pomimo coraz wiekszej liczby prob integracji i przeforsowania myslenia o panstwie i miescie w ramach idei wielokulturowosci. Jezeli by porownac pod tym wzgledem Nowy Jork z Londynem, to roznca jest dosc zaskakujaca. W NY spolecznosci wydaly mi sie o wiele bardziej zintegrowane, kazda byla czescia tego, czym jest Nowy Jork, podczas, gdy w Londynie, mam wrazenie, ze jest odwrotnie: ze buduje sie male getta, w ktorych zamyka sie dla siebie czastke tego, co przynosi sie z wlasnego kraju. Objawia sie to chociazby w jezyku: afromerykanski smieciarz krzyczy w NY do kolegi po amerykansku, podobnie Turek sprzedajacy hot doga. W Londynie, kawe sprzeda Ci Europejczyk z silnym akcentem, ktory przywiozl z wlasnego kraju i ktorego nie mial czasu badz checi zgubic.
    Podoba mi sie Twoja metafora Londynu – smoczej glowy bez imperialnego tulowia. Ciekawie ujete. Dla mnie to nowe miasto, ktore zbudowalo sie niemalze na nowo po tym, jak smok sie wykrwawil i zdechl.

    Ps. Mam nadzieje, ze jak przyjedziesz nastepnym razem, dasz znac wczesniej i bedzie okazja pogadac przy kawie czy tez angielskiej herbatce :)

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuję za tę „świeżą parę oczu”, no i oczywiście za te wszystkie Twoje uwagi dotyczące Londynu, tym bardziej dla mnie cenne, że pochodzące od kogoś, kto to miasto bardzo dobrze zna.
      And last but not the least – dzięki za zaproszenie na kawę (lub herbatę)… to już trzecie w komentarzach pod tym wpisem :)

      Ciekaw jestem co też z tego tygla wyniknie w przyszłości, czy ten brak integracji nie wpłynie niekorzystnie na rozwój miasta i czy nie doprowadzi kiedyś do jakichś napięć.

      • chihiro Says:

        Maga-mara ladnie to ujela i bardzo prawdziwie. Ja, przyznam, zaskoczona bylam Twoim ujeciem Londynu na zdjeciach, bo pokazales miejsca, obok ktorych wiekszosc Londynczykow nawet nie przechodzi na swoich codziennych szlakach. Te miejsca oglada sie jako turysta raz w zyciu, by juz do nich nie wracac. Zyje sie gdzie indziej, inaczej niz to sobie wyobraza cudzoziemiec. Tak jak napisala Maga-mara – mit sztywnej, konserwatywnej, tradycyjnej Anglii to wlasnie… mit. O wiele blizsza jest idea miasta rewolucyjnego, gdzie narodzilo sie wiele waznych gatunkow muzycznych, gdzie moda wyprzedza inne kraje przynajmniej o sezon, jak nie dwa (a do wielu miejsc nie dociera wcale), gdzie wielokulturowosc jest na zupelnie innym szczeblu niz w NYC.
        Odnosnie tej wielokulturowosci – slusznie napisala Maga-mara, ze w Stanach wszyscy ulegaja amerykanizacji, jak nie w pierwszym, to najpozniej w drugim pokoleniu. Taka jest polityka Stanow Zjednoczonych, trzeba przyjac wartosci amerykanskie, spiewac hymn z reka na sercu w szkole i szybko zgubic wlasny akcent. Tu – odwrotnie. Ceni sie (tradycyjnie :)) ekscentrykow, wiec kazdy moze sobie wyznawac, co chce, modlic sie do kogo lub czego chce, hymn slyszalam tylko raz jeden jedyny, i to w telewizji.
        Ale nie zgadzam sie co do tego, ze wszyscy w NYC tworza spolecznosc. Mialam wrazenie, ze jest wrecz przeciwnie, a przykladem moze byc Brooklyn. Czesc Williamsburga jest polska, czesc zydowska, pomiedzy tym miedzy 6 a 8 ulica mieszkaja hipsterzy, a na wschod od nich – Latynosi z Puerto Rico. Te spolecznosci sie nie mieszaja!!! W Londynie, w analogicznej dzielnicy, Dalston i okolicach, Zydzi chasydzcy wymieszani sa z Turkami z Anatolii, mlodymi „too cool for school” artystami, a miedzy nimi znajdzie sie miejsce dla Bengalczykow i Jamajczykow. W Nowym Jorku praktycznie nie do pomyslenia. Tam kazda mniejszosc musi miec swoja dzielnice, a jak sie nie da, to chociaz swoich kilka ulic.
        Na razie takie przemieszanie wychodzi Londynowi na dobre. Napiecia owszem, zdarzaja sie, ale rzadziej niz ma to miejsce w Stanach. Przede wszystkim w USA silniejsze sa napiecia na tle rasowym, amerykanski poverty problem=race problem, tutaj to nie jest takie jasne. Nasz szklany sufit jest zdecydowanie wyzej dla osob o innym kolorze skory, mimo ze to Amerykanie maja czarnoskorego prezydenta.

  11. porcelanka Says:

    Ciekawa jestem czy Londyn ma instytucję przestrzennego planowania, która ogranicza radosną twórczość architektów. Kiedy byłam jakiś czas temu w UK, dowiedziałam się, że podobny wygląd angielskich wiosek jest wynikiem właśnie dość rygorystycznych przepisów odnośnie zagospodarowania przestrzennego. Domy nie są budowane jak w Polsce, gdzie każdy buduje „hacjendy” ;) ograniczany wyłącznie budżetem i własną wyobraźnią, co sprawia, że niemal każdy jest inny- tylko mają one właśnie wtapiać się w koloryt całej miejscowości i nie wyróżniać. Skoro na prowincji jest to pilnowane, tym większe zdumienie, że w Londynie wprost przeciwnie. Z drugiej jednak strony, trudno zamykać się na rozwój architektury, nowe formy i bryły, projekty, one sprawiają, że miasto żyje, rozwija się, a nie zdaje się być zawieszone w czasie… Osobiście bardziej podobają mi się klasycyzujące linie i detale architektoniczne, wysokie, prostokątne okna niż współczesne bryły , pełne szkła – ale głównie z zewnątrz…Wnętrza przeszklonych budynków, trzeba przyznać, że są jasne, dzięki czemu i zdają się być przestronniejsze (mimo, że są często napakowane i podzielone jak mrowiska), przez co bardziej pasują do współczesnego, pośpiesznego trybu życia, w którym potrzeba dużo energii (świetlnej ;)), by ludzie nie czuli się przygnieceni ponurymi, mrocznymi wnętrzami, a jednocześnie, by się po prostu egalitarnie w nich mieścili. Być może Londyn, mimo miłości do tradycji, nie ma wyjścia i musi pójść na kompromis z nowoczesnością…

    • Logos Amicus Says:

      Prawdę mówiąc to nie mam nic przeciwko temu, aby zostawiać pewne sekcje miast tak, jakby były one „zawieszone w czasie” (to nie chodzi jednak o jakiś skansen). Dzięki temu możemy mieć wrażenie historycznej ciągłosci, wgląd w dawne epoki i architektoniczne klimaty, o zachowaniu zabytków nie wspominając. Ale wiadomo, że miasto musi się rozwijać – i tu trzeba jednak iść na komrpomis, projektując i budując tak, aby to wszystko się ze sobą nie „gryzło”, aby sprawiało wrażenie jakiejś harmonii. To właśnie powijnno być w gestii dobrych architektów od zagospodarowania przestrzennego. Problem w tym, że ekipy (i projekty) się zmieniają i każdy chce wrzucić swoje trzy grosze. No i rezultatem tego bywa niekiedy bałagan.
      Mnie np. przykro było ostatnimi czasy patrzeć na centrum Warszawy – te hangary i bazary wokół Pałacu Kultury, chociażby. Wg mnie to była/jest jakaś architektoniczna katastrofa.
      Kraków próbuje się jakoś trzymać, ale te wszystkie restauracje (architektoniczne) zabijają nieco autentycznego „staromiejskiego” ducha i zakłócają historyczny klimat.

      Bardzo mi się podoba chicagowskie downtown (moim zdaniem najładniejsze z wszystkich nowoczesnych śrdómieść amerykańskich miast) – mimo zastosowania wielu ciekawych, odważnych, a może i ekscentrycznych pomysłów.
      W Ameryce wieżowce mnie nie rażą, ale do Europy mi jakoś nie pasują (może jest to jakiś mój percepcyjny błąd, uprzedzenie?) Nie wiem co np. myśleć o paryskim La Défense. Znam kontrowersje, jakie wokół tej sekcji Paryża się podniosły – i całe te perypetie z budową tych wszystkich futurystycznych brył. Dla mnie to było ciekawe, ale ja patrzyłem na to jako przybysz z zewnątrz, który przyjedzie na chwilę, popatrzy sobie, porobi trochę fajnych zdjęć i pojedzie. Inaczej to wszystko mogą natomiast odczuwać ci, którzy tam mieszkają lub muszą pracować. Wtedy ta cała futurystyka może nieco człowieka alienować, bo rzeczywiście wygląda trochę jak twór z innej planety.
      Ogólnie rzecz biorąc, nie mam jakiejś szczególnej awersji do współczesnej architektury. A są też projekty, które wręcz bardzo mi się podobają.

      PS. Dziękuję wszystkim za te jakże ciekawe (i pełne treści) wypowiedzi, a szczególnie Magamarze i Chihiro, które Londyn znają od podszewki i czują go codziennie na własnej skórze :)

  12. chihiro Says:

    Dokladnie sie nie orientuje, ale urbanisci w Londynie z pewnoscia zajmuja sie w sposob dosc rygorystyczny planowanie przestrzeni. Czesto jest tak, ze cos sie buduje, widze rusztowanie, po jakims czasie odwiedzam to miejsce, na ktorym juz stoi gotowy budynek i pasuje tak idealnie, ze mam trudnosci z przypomnieniem sobie, jak bylo, zanim nie istnial. Oczywiscie sa takze niektore budynki-koszmarki, szczegolnie w okolicach kanalu Regent’s Canal.
    Inna kwestia jest ta, ze niekiedy turysci mysla, ze jakis budynek jest nowy i psiocza na wspolczesnych urbanistow, a tymczasem ten budynek czy kompleks budynkow stoi juz od trzydziestu lat. Dawniej byl rewolucyjny, teraz stanowi o mijajacych modach. Modne byly pod koniec lat 60-tych bryly a la le Corbusier, niestety jest kilka takich kompleksow mieszkalnych w Londynie. Mnie sie nie podobaja, ale inna osoba moze byc zachwycona – podobnie jak z moda na meble z lat 50-tych czy 60-tych.
    Clerkenwell, przy ktorym mieszkam, jest taka ciekawa dzielnica. Mieszcza sie tu dzis przede wszystkim pracownie architektoniczne i graphic design (i wszelki design), dawniej bylo tu wiele rynkow, m.in. stojacy jeszcze do dzis i funkcjonujacy najwiekszy rynek miesny w Europie Smithfield’s Market. Ta dzielnica ma charakter dosc surowy, niektore budynki maja zaskakujace struktury, ale wszystko wspolgra ze soba. Tam turysci nie chodza, bo nie ma po co, dla mie przez rok trasa do pracy w City przebiegala przez te dzielnice, wiec sie napatrzylam. Wiele miejsc w Londynie (jak i kazdym innym miescie) odkrywa sie przypadkiem, chodzac pieszo coraz to nowymi sciezkami…
    To, co mi sie w Londynie bardzo podoba, to niechec do wiezowcow. Drapaczy chmur tu nie ma, wysoki jest slynny Gherkin, ale takich megawiezowcow jak w Nowym Jorku brakuje. One swietnie wygladaja w NYC, ale w Londynie ludzie w City pracuja w kilkupietrowych kamienicach i nowych szklanych budynkach, ktorych wysokosci (a raczej niskosci) nie da sie porownac z ta nowojorska. I bardzo dobrze, ta dzielnica, mimo ze jej charakter jest bardzo formalny i „biznesowy” nie zmienila swego szkieletu, w dalszym ciagu sa tam puby i kamienice, ktore staly w XVI i XVII wieku. Tu mamy konstrukcje zawieszone w czasie przeszlym, ale ich funkcja jest jak najbardziej dzisiejsza. Mozna polaczyc wszystko z zachowaniem dynamiki zmian i zycia, to nie musi byc skansen, ktory jedynie zwiedzaja turysci.

  13. Sadoq Says:

    Na ten moment odmeldowuję swą obecność.
    Pozdrowienia Amicusie

  14. Stella Says:

    Czysta prawda o Londynie!… Choc lubie english sens of humour … ale… wydaje mi sie ze jednak Anglicy sa na ogol too reserved.
    Don’t U think?


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s