FILMOWISKO („Tatarak”, „Mała Moskwa”, „Szukając Eryka”, „Policyjny, przymiotnik”, „Co wiesz o Elly?”)

festival.banner.wl 

________________________________________________________________________________

 *

Jesienną tradycją stało się dla mnie branie udziału w Chicagowskim Festiwalu Filmowym.

Każdego roku prezentuje się na nim całe mnóstwo filmów z kilkudziesięciu krajów

całego świata.

Spotyka się również akcenty polskie (to właśnie na tym Festiwalu wylansowano Krzysztofa Kieślowskiego).        

 Z kilkunastu filmów, jakie udało mi się obejrzeć w tym roku, wybrałem pięć, o których tutaj chciałem napisać.

_________________________________________________________________________________

 

„TATARAK”

  * * * * * *

tatarak

Jeszcze jeden krótki film o umieraniu

Po obejrzeniu “Tataraku” pomyślałem sobie, że niektórym z ostatnich filmów Andrzeja Wajdy może w jakiś sposób ciążyć… mistrzostwo samego reżysera. Przy tym, podczas gdy on sam nie musi tego ciężaru odczuwać na sobie, to ów ciężar może odczuwać widz… taki choćby jak ja. Może właśnie dlatego “Tatarak” wydał mi się filmem nieco anachronicznym.

Zdaję sobie sprawę, że obraz ten może się podobać, niemniej jednak, w jego pozytywnym odbiorze, przeszkodziła mi właśnie świadomość tego, że jest to „dzieło mistrza”. Przez cały czas projekcji miałem na uwadze to, że oglądam „Wajdę” (na przemian z wrażeniem, że wisi nade mną jego cień). Być może wina leży więc po mojej stronie, bo zawiodły mnie tu moje zdolności percepcyjne, sfiksowała nieco psychologia odbioru?

Niestety, przyszła mi również do głowy myśl, że jednak żaden z młodych a zdolnych polskich reżyserów takiego filmu by nie nakręcił, ale nie dlatego, że nie byłby w stanie, lecz dlatego, że takiego filmu nakręcić by nie chciał. Jeśli miałbym w jednym zdaniu ocenić najnowszy film Andrzeja Wajdy, to napisałbym: za mało spontaniczności, zbyt dużo elaboracji.

Wg mnie, nawet tak zaskakujący wątek, jak wpleciona w scenariusz „Tataraku” spowiedź Jandy, która opisuje autentyczne przeżycia związane z osobistą tragedią, jaką była dla niej walka o życie umierającego na raka jej męża, operatora Edwarda Kłosińskiego, wydał mi się tylko czymś w rodzaju scenariuszowego konceptu, podpiętego dość przypadkowo do całości. (Piszę to z całym szacunkiem dla uczuć pani Krystyny Jandy.)

Krystyna Janda jak u Hoppera

Cierpienie i estetyka (jak z obrazu Hoppera)

Przy okazji: nie jestem pewien, czy wobec tej prawdziwej śmierci, usprawiedliwiona być może ta dość ostentacyjna estetyzacja, jakiej dokonał operator, umieszczając Jandę w kadrze przypominającym wystudiowane malarstwo Edwarda Hoppera. Może po prostu nie wypadało tego robić?

Kontrowersyjny jest również sam ekshibicjonizm naszej wielkiej aktorki, która postanowiła opowiedzieć wszem i wobec o czymś tak bardzo intymnym, jak umieranie najbliższej osoby. Czym było to uprawnione? Czy aby nie wynikało bardziej z niedostatku treści, jaką oferował literacki oryginał? Czyżby reżyser ponownie wrócił do tematu pt. „wszystko na sprzedaż”?

Również fakt, że Wajda przy pisaniu scenariusza musiał się także posiłkować prozą Sandora Marai’a (wplatając ją w opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza), może świadczyć o tym, że w jakiś sposób zbrakło reżyserowi materii, by stworzyć pełen – na swoją miarę oraz na miarę naszych oczekiwań – obraz. A i tak, po obejrzeniu całości, miałem wrażenie, że czegoś mu brakuje, że w jakiś sposób jest on – proszę mi wybaczyć ten kolokwializm – „niedorobiony”, niekompletny. Taki patchwork ze zbyt wyraźnymi szwami.

Cały „Tatarak” przesiąknięty jest śmiercią. Jednakże, czy jakikolwiek film zdolny jest nam powiedzieć o tej śmierci więcej, niż nasze własne jej doświadczenie: kiedy sami musimy się mierzyć z ostatecznym odejściem osób, które kochamy – ze śmiercią naszych bliskich, przyjaciół, kogoś z rodziny… ? Albo ze swoją własną?

„MAŁA MOSKWA”

  * * * * * *

Mala Moskwa

Miłość contra totalitaryzm

Gdzież, jak nie w kinie, człowiek może poddać się emocjom!? I nie przejmować się tym, że mogą mu one zmącić nieco umysł, tudzież odebrać ochotę krytykowania, racjonalnej analizy? I nie wstydzić się tego? Czasem tak właśnie mam: jeśli jakiś film potrafi mnie w ten sposób uwieść, to zdolny jestem wiele mu wybaczyć, a nawet przymknąć oko na to i na owo, poddając się po prostu jego urokowi.

Z „Małą Moskwą” Waldemara Krzystka było mi o tyle łatwiej, że jest to film zdecydowanie dobry, a pod pewnymi względami nawet bardzo dobry. No i jest jeszcze Swietłana Chodczenkowa, której zjawiskowość na ekranie (chodzi mi tu nie tylko o jej znakomitą grę, ale i o – kto wie, czy nie bardziej – urodę) wywarła na mnie ogromne wrażenie.

chodczenkowa

Namiętność pięknej kobiety w siermiężnym ustroju

Film opowiada historię miłości żony radzieckiego pilota i polskiego oficera zderzającej się nie tyle z przyjętą ogólnie moralnością, co z zawłaszczającym prywatnym życiem ludzi systemem totalitarnym. Przedstawiona jest ona przez Waldemara Krzystka w konwencji klasycznego melodramatu – i już choćby to winno złagodzić nieco dość agresywny ton tych wszystkich krytyków, którzy film zbesztali, zwłaszcza po tym, jak zdobył on główną nagrodę (Złote Lwy) na ubiegłorocznym Festiwalu Filmowym w Gdańsku.

Panowie: od melodramatu nie można oczekiwać tego, że będzie on epatował egzystencjalną, psychologiczną, bergmanowską głębią; albo że kompleksowo odda całą polityczno-społeczną złożoność czasów, w jakich jest osadzony; ani że będzie się trzymał kurczowo wierności rzeczywistej historii, na której oparto jego scenariusz. Gdyby tak było, musiano by nakręcić film w zupełnie innej konwencji. Ale Krzystek tego nie chciał, wybrał melodramat – i takie jest jego prawo!

Opierając się na swojej poetyckiej licencji, zamiast zwykłej, nie grzeszącej raczej urodą kobiety (jaką była ponoć naprawdę pani z prawdziwego romansu, który rozegrał się w okupowanej przez Rosjan Legnicy), jej męża (w rzeczywistości brutalnego gbura i pijaka) i kochanka (w realu – ladaco i kobieciarza), wybrał cudnej i delikatnej urody Swietłanę, dobrotliwego i nad wyraz wyrozumiałego Rosjanina oraz gładkiego i dżentelmeńskiego Polaka (Lesław Żurek). I mnie to odpowiadało, i ja nie miałem z tym problemu. Ale, ale… przychodzi mi to dość łatwo, bo nawet teraz, kiedy patrzę na „Małą Moskwę” z perspektywy czasu, chłodniejszym już nieco okiem, wydaje mi się ten film zgrabnym, przyzwoitym, sprawnie nakręconym, zajmującym, nie pozbawionym wiarygodności i stylu widowiskiem.

Należy także wziąć pod uwagę to, że kreśli on swój romans na tle epoki (sowieckiej dominacji nad Europą Środkową), do której u nas w kraju nadal podchodzi się tak, jak kot do jeża; i która do tej pory nie doczekała się w polskim kinie jakiegoś znaczącego ekranowego rozliczenia.

Zresztą, w „Małej Moskwie” tak naprawdę nie chodzi o żadne rozliczenia, a o miłość.

*

„LOOKING FOR ERIC” („Szukając Eryka”)

  * * * * * *

Mariaż sztuki filmowej (zresztą nie tylko filmowej) z ideologią zwykle rodzi dzieci poronione, ale niekiedy tzw. zaangażowanie, pasja, obsesja i talent mogą pomóc uwikłanemu ideologicznie artyście stworzyć coś dobrego, prawdziwego, wartościowego i ciekawego.

Tak właśnie mają się sprawy z Kenem Loachem, jednym z najbardziej prominentnych europejskich reżyserów – socjalistów.

Loooking for Eric

Zrywy pewnego listonosza

Nie tak dawno temu można było w naszym kraju usłyszeć o Loachu przy okazji jego filmu „Polak potrzebny od zaraz” (tak się złożyło, że jedną z głównych ról zagrał tam również Lesław Żurek), gdzie zajmował się on problemem emigracji zarobkowej na Wyspach, jednakże reżyser ten znany jest polskim tzw. ambitniejszym kinomanom od dawna, jako ten, który przełamuje panujące w popularnym kinie schematy, idzie pod prąd eskapistycznej rozrywce spod znaku Hollywood, świadomie trzymając się mało spektakularnych społecznych nizin, a co najwyżej – klasy robotniczej i drobnej burżuazji.

Dlatego też w jego filmach nie uświadczy się żadnego szpanu, „gwiazd”, stylu glamour, wystrzałowej akcji i widowiskowości… W zasadzie wszyscy występujący u niego aktorzy mają w sobie coś z naturszczyków, scenografia w jego filmach to najzwyklejsze mieszkania, szare ulice, liszajowate mury, jakieś zapadłe dziury, kąty, zagracone klity… Jednym słowem: zero upiększania, „poetyka” zlewu i niemytych naczyń, brudnych podłóg, znoszonych ubrań i niedomytych rąk – czyli sama proza i realizm codziennego życia. W tym wszystkim umieszcza Loach swoich „bohaterów” – zwykłych niezwykłych ludzi opowiadając ich niezwykłe zwykłe historie, (na które w zasadzie nie zwróciłby uwagi ktoś, kto szuka niezwykłości tylko poza szarym kręgiem Everymana).

Ostatni film reżysera „Szukając Eryka” to cały Loach plus błyskotliwy a zarazem przaśny humor, ciepło, lekkość – a wszystko bez unikania tej bardziej słonecznej strony życia.

Ach, rzeczywiście… jest tu jednak jedna prawdziwa gwiazda, a mianowicie grający samego siebie, legendarny napastnik Manchester United Eric Cantona, który staje się niejako coachem życia będącego w psychicznym dołku 50-letniego listonosza (również imieniem Eric).

Ken Loach nie byłby sobą, gdyby nie pokazał również twardej, szorstkiej, zgrzebnej i dość brutalnej rzeczywistości z jaką muszą się liczyć mieszkańcy tych „gorszych” dzielnic angielskich miast, ale tym razem wychodzi on naprzeciw uniwersalnemu zapotrzebowaniu na komediowe katharsis i raczy nas dość pokaźną dawką humoru, dowcipu i optymizmu. Któż by się spodziewał, że akurat ten traktujący wszystko serio, zasadniczy i radykalny laburzysta, dostarczy festiwalowej publiczności najwięcej uciechy, pogody i rozładowujących solenną atmosferę wzruszeń.

LoookingforEric2

*

*

„POLITIST, ADJECTIV” („Policyjny, przymiotnik”)

  * * * * * *

Prawdę pisząc, na obejrzenie tego filmu skusiłem się jedynie z tego powodu, że na ostatnim Festiwalu Filmowym w Cannes zdobył on jedną z głównych nagród (chociaż zdaję sobie sprawę, że akurat tym nie powinienem się kierować), miał dobre recenzje (co jest godne uwagi w przypadku krytyków, których cenię i szanuję) oraz dlatego, że bilety na seans „Politist, adjectiv” wyprzedawały się na pniu i już panienka z festiwalowego okienka miała pisać na tablicy ogłoszeń sold out (a to już powód zupełnie irracjonalny).  Jednakże nie pociągał mnie zbytnio ten film, ponieważ nie podzielałem ogólnego zachwytu świata filmowego nad ostatnim przebojem reżysera Corneliu Porumboiu, jakim był obraz „12:08 na wschód od Bukaresztu”. Podobnie nie byłem zachwycony innym filmem rumuńskim, który wychwalano zgodnym chórem parę lat temu, a mianowicie „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”  Cristiana Mungiu (Złote Lwy i Nagroda FIPRESCI w Cannes AD 2007).

Politist, adjectiv

Postkomunistyczna mizeria – scenki z życia szarego

 Wobec tego dysonansu musiałem zadać sobie pytanie: czyżby z moją oceną kina rumuńskiego było coś nie tak? A może coś nie tak jest ze mną samym? (przynajmniej jeśli chodzi o trafność mojej filmowej krytyki… ) Starałem sie więc dociec źródła owej dysharmonii.

Pierwszą myślą było uświadomienie sobie tego, iż pozytywne zdanie o tych obrazach mieli właściwie ludzie reprezentujący Zachód. Ja zaś, siłą rzeczy, wychowałem się na Wschodzie. Podczas gdy dla nich „komunistyczna” i „post-komunistyczna” rzeczywistość krajów byłego bloku wschodniego była pewną „egzotyką”, dla mnie ciągle stanowiła żywe wspomnienie życia w jakimś rezerwacie. Oni byli kimś „z zewnątrz”, ja wyszedłem „od wewnątrz”. Mnie np. patrzenie na nudną szarzyznę wschodnio-europejskich miast lekko przygnębiało i nudziło, dla nich zaś stanowiło jakiś aspekt poznawczy; ja nie mogłem się raczej podniecać szarą beznadzieją życia ukazanych w tych filmach ludzi – oni być może odnaleźli w nich afirmację świata, w którym żyli, kontrastując go z mizerią, która ich ominęła…

Cóż… Tak właśnie sobie pomyślałem.

Doszły do tego zastrzeżenia, jakie mam (już jako zwykły kinoman) do zastosowanej przez Corneliu Porumboiu „poetyki” – i to zarówno jeśli chodzi o filmowy obraz, jak i sposób narracji. Otóż nie lubię filmów, które w jakiś sposób „marnują” potencjał, jaki posiada kino. Jakoś średnio zachwyca mnie np. bohater, którego pokazuje się na ekranie przez 15 minut, a jego czynności ograniczają się do: chodzenia po ulicy, stania pod latarnią, palenia papierosów i inwigilacji jakiegoś domu.

Oczywiście piszę w pewnym uproszczeniu. Pamiętam bowiem filmy, które mimo swego minimalizmu zapadły mi głęboko w pamięć – gdzie pozorne „nic-nie-dzianie-się” robiło na mnie większe wrażenie, niż przepełniona wybuchową akcją fabuła. (Sporo takich filmów jest np. w kinie azjatyckim.) Jednakże coś „podskórnego”, jakaś nieuświadomiona „metafizyka” tamtych obrazów sprawiała, że ujmował mnie ich artyzm i do pewnego stopnia hipnotyzował.

Niestety, nie było tak w przypadku „Politist, adjectiv”. Z wyjątkiem kilku błyskotliwych, pełnych humoru i sytuacyjnego napięcia momentów, całość wydała mi się zaledwie jakimś ćwiczeniem w odmalowywaniu zapyziałej, mocno szczezłej i przyszarzałej cywilizacji zwichniętych kulturowo i politycznie rubieży wschodniej Europy.

Wolę jednak poczytać Stasiuka.

*

„CO WIESZ O ELLY?” („Darbareye Elly”)

  * * * * * *

darbareye-elly

Małe kłamstwa i wielki dramat  (po irańsku)

Życie zwykłych, przeciętnych ludzi ma to do siebie, że w każdej chwili może zamienić się w tragedię i dramat, który ową zwykłość i przeciętność znosi.

Wielki talent pisarski czy reżyserski ma to do siebie, że zajmując się zwykłymi i przeciętnymi ludźmi, potrafi ową tragedię i dramat nam przybliżyć… przez co ludzie ci stają się dla nas nie tylko interesujący, ale i bliscy.

Taki właśnie talent ma irański pisarz i reżyser Asghar Farhadi.

„Co wiesz o Elly”? to film, na który zwróciłem uwagę w pierwszej kolejności, przeglądając program chicagowskiego Festiwalu. Pamiętałem bowiem inny film tego reżysera, jaki widziałem na tym samym przeglądzie trzy lata wcześniej, a mianowicie „Perski nowy rok”, który nota bene zdobył wtedy główną nagrodę, czyli Złotego Hugo.

Moje nadzieje i oczekiwania były więc rozbudzone. Z ulgą mogę napisać, że się nie zawiodłem. Przez równe dwie godziny nie mogłem oderwać wzroku od ekranu, na którym ukazano portret grupy młodych ludzi wywodzących się z irańskiej klasy średniej (raczej dobrze sytuowanych i wykształconych), przybywających na brzeg Morza Kaspijskiego, by spędzić kilka dni wakacji w wynajętej, znajdującej się tuż przy plaży, willi. Atmosfera zrazu lekka, swoboda, żartobliwa i pogodna zmienia się diametralnie – wręcz drastycznie! – wskutek pewnego wypadku, który wydarza się im na plaży, (a o którym nie chcę pisać, by nie psuć nikomu suspensu).

Darbareye Elly

Do tragedii jeden krok…

Jednak napisać mogę (a może nawet powinienem), co mi się w tym filmie podobało.

Otóż zrobiła na mnie wrażenie niezwykle swobodna, ale zarazem precyzyjna ręka reżysera, który sporą grupę bohaterów poprowadził tak, by z każdego z nich wydobyć jego charakterologiczną esencję, konfrontując ich jednocześnie ze sobą – przez co otrzymaliśmy niezwykle kompleksowy portret zbiorowy.

Asghar Farhadi uzyskał to głównie za pomocą dialogów (pierwowzorem scenariusza była jego własna sztuka teatralna), a wspomogła go świetna praca operatora – bardzo ruchliwa i ciekawska kamera, która „prześlizgiwała” się z twarzy na twarz, z miejsca na miejsce… ukazując dokładnie to, co sami chcielibyśmy zobaczyć, gdybyśmy byli w środku akcji. W efekcie mogliśmy obserwować coś żywego, barwnego i zmieniającego się jak w kalejdoskopie. A ponadto: niezwykle ciekawego obyczajowo i psychologicznie.

Jaki jest zatem ów antropologiczny rdzeń filmu Farhadiego?

Wydaje mi się, że jest nim rezonans, jaki w ludzkich duszach wzbudza zderzenie się prawdy i kłamstwa (gdzie tzw. „małe kłamstwo” może odnieść skutek podobny do „efektu motyla”); również konflikt mentalności współczesnej z tradycyjną (rozgrywający się w tych samych głowach, zresztą), spontaniczności z wyrachowaniem, autentycznej przyjaźni z drzemiącą podskórnie wrogością gotową się ujawnić w sytuacji kryzysowej, ekstremalnej…

I to wszystko rzeczywiście spada na nas z ekranowego obrazu dotykając nas „do żywego”, przez co trudno nam o tym irańskim obrazie zapomnieć.

 

Reklamy

Komentarzy 46 to “FILMOWISKO („Tatarak”, „Mała Moskwa”, „Szukając Eryka”, „Policyjny, przymiotnik”, „Co wiesz o Elly?”)”

  1. kass Says:

    Trafiłam tu przez Porcelankę i… podoba mi się…będę zaglądała, pozdrawiam.

  2. salina Says:

    Niestety, żadnego z tych filmów nie oglądałam. Sporo tylko słyszałam o „Tataraku” i „Małej Moskwie” i prawdę mówiąc, to co wcześniej słyszałam i co przeczytałam tutaj, raczej zniechęciło mnie do pójścia na te obrazy.
    O „Tataraku” powiedziałeś „patchwork z wyraźnymi szwami”, i właśnie tego nie miałam ochoty oglądać – patchwork jakoś mi nie pasuje do rozważań o umieraniu, ani „przegadanie”, ani ostentacyjna estetyzacja. Zresztą, przyznaję, za rozmowami o śmierci, umieraniu nie przepadam, jeśli nie muszę się „katować” to nie robię tego.
    Jestem zachwycona „Pannami z Wilka” – też na podstawie prozy Jarosława Iwaszkiewicza. Czemu tym razem sam Iwaszkiewicz nie wystarczył Wajdzie?
    Po „wysłuchaniu” Twoich interesujących opinii, na „O Elly” poszłabym chętnie :)
    A tak w ogóle zajrzałam, żeby zobaczyć Twoje nowe locum, Amicusie :)

    • Logos Amicus Says:

      Mimo wszystko, czas jaki się poświęci na obejrzenie „Tataraku” Wajdy nie jest, moim zdaniem, czasem straconym.
      Poleciłbym Ci jednak szczególnie „Małą Moskwę” Krzystka (i to nie tylko dlatego, że reżysera znam osobiście:))
      Nie wiem dokładnie co w mojej mini recencji Cię do owego filmu zniechęciło? Czyżby to, że jest melodramatem? Przecież kobiety zwykle uwielbiają ten genre :)

      PS. Tak, tak Salino, oswajam się z tym moim nowym miejscem, trochę we mnie tremy :)
      Nie wiem np. jak się na innych komputerach prezentuje ta moja nowa strona (widzę oto, że w zależności od przeglądarki zmienia ona jednak swój wygląd), czy czcionka nie jest za mała, czy miniatury obrazkowe nie rozpraszają zbytni uwagi…? etc. (Taki ze mnie wariat trochę – perfekcjonist a:))
      Mam nadzieję, że Wasze uwagi pozwolą mi na udoskonalenie tego wszystkiego i że z czasem jakoś się tutaj urządzę :)

      Pozdrawiam!

      • salina Says:

        Nie wiem co można tu udoskonalić Amicusie :) Oczywiście, zawsze mozna coś zmieniać, ale czy inaczej znaczy lepiej? Wypracowałeś sobie własny styl,”pachnący” profesjonalizmem, rozpoznawalny na wszystkich Twoich blogach. Nie ma tu niczego przypadkowego ani zbędnego, żadnego „przedobrzenia”, „przezdobienia”.
        Aż mi głupio, że szpileczki nie mam gdzie wbić ;)
        Mam!:)) Na stronie pierwszej słabo widać, gdzie są (i gdzie można zamieszczać) komentarze. Moim zdaniem wystarczy zwiększyć przestrzeń nad „komentarze”.
        Przyglądałam się też wszystkim czcionkom – ich wielkości, stylom, zróżnicowaniu – i nie mam pewności czy nie warto rozważyć mniejsze zróżnicowanie napisów, podpisów, tytułów, na „skrzydełkach”?
        Obrazy, zdjęcie – dooskonaałe i wiele mówiące :)

        W pierwszym odruchu miałam powiedzieć, że Twoja recenzja „Małej Moskwy” niczym nie może zniechęcić, że jest znakomita. A jednak, a jednak… Powiedziałeś, tj tak zrozumiałam, że jesteś zdolny wiele temu filmowi wybaczyć, przede wszystkim ze względu na urodę Swietłany. Patrząc na zdjęcie (na tle drzwi), nie dziwię się, ale mnie aż taak uroda kobiet nie porusza ;) Banalny romans w zgrzebnej peerelowskiej rzeczywistości też nie.
        Może gdyby główni bohaterowie nie zostali upiększeni, a byli tacy jak ich opisałeś, prawdziwi, ze swoimi przywarami, słabościami, brakiem urody – pewnie by byli bardziej dla mnie interesujący.
        Pozdrowienia! :)

      • Logos Amicus Says:

        Dziękuję Salino za uwagi.
        Jeśli chodzi o wielkości czcionek w pewnych stałych elementach strony, to chyba jednak nie można ich sobie dowolnie ustalać. Masz również trację z tym napisem „komentarze” – jest słabo widoczy i trochę zlewa się z tagami. Dobrze byłoby go wyróżnić. Spróbuję to znaleźć gdzieś w ustawieniach, choć wątpię, czy będę się mógł do tego dostać i jakoś to zmienić.

  3. porcelanka Says:

    Prawdziwy maraton filmowy :))))) Bardzo podobają mi sie Twoje recenzje :) Najciekawszy okazał sie dla mnie film „O Elly” zaprezentowany kadr wydaje mi się znacznie bardziej pociągający niż przeestetyzowane ujęcia Wajdy. Historia trójkąta miłosnego niespecjalnie mnie pociąga choć dobór aktorów wygląda interesująco :) Reasumując, piękne rozpoczęcie, bogato i różnorodnie, aż miło się czyta :)

    • Logos Amicus Says:

      Witaj Porcelanko, miło Cię tu gościć :)

      Zaglądam dość często na Twoją stronę, bo zawsze mogłem znaleźć tam coś dla siebie inetresującego (ta cała plejada Twórców, którymi usiebie się zajmujesz! Albo ta genialna ukraińska artystka,. którą do dzisiaj doskonale pamiętam:)).
      Żałuję jedynie, że od dawna nie poczyniłaś żadnego wpisu.

      Cieszę się, że podobają Ci się moje recencje.
      Staram się nie pisać ich jakimś krytycznym żargonem (taki błąd częściej popełniałem, kiedy byłem jeszcze bardzo młody :), ale takim bardziej „ludzkim” językiem, czyli zwięźle i dobitnie acz lekko i zrozumiale.
      Mam nadzieję, że jakoś udaje mi się do tego zbliżać.

      • porcelanka Says:

        Myślę, że to się zmieni (brak wpisów), odciągał mnie szereg innych spraw. Ten blog to moje zatrzymanie, a nie zawsze udaje się zatrzymać ;) Ciesze się, że znajdujesz u mnie coś dla siebie :)
        Recenzje są ciekawe, pisane z serca i z głowy :) Choć nie zawsze komentuję, bardzo lubię je czytać :)

  4. czara Says:

    Witam!
    Bardzo mi się podoba Twoja nowa strona, gratulacje. Przechodząc do sedna, widziałam dwa filmy z opisywanych przez Ciebie. Co do Tataraku, jego wspomnienie mi się już zaciera (co chyba nie świadczy o filmie najlepiej?), ale oglądając go miałam mieszane wrażenia. Z jednej strony wydawało mi się, że Wajda stworzył coś świeżego (zwłaszcza po Katyniu, który mnie raził jakąś szkolnością) ale fakt, że szwy były grube.
    Co do „O Elly” – bardzo mnie zawiódł ten film. Chociaż warstwa obyczajowa była ciekawa, to jednak cały ten problem, według mnie, był przedstawiony w sztuczny sposób. Od momentu zniknięcia tytułowej bohaterki czułam się coraz bardziej niezadowolona ze strony, w jaką poszedł scenariusz. Całe to „kłamstwo” i problemy jakie ono implikuje, wydało mi się bardzo nieproporcjonalne do ciężaru zdarzeń, dodatkowo wrażenie to potęgowała gra aktorów. Zdaję sobie sprawę, że nie zgadzam się nie tylko z berlińskim jury ale i zdaniem wielu cenionych przeze mnie blogerów, ale ten film to jedno z moich największych rozczarowań roku.
    Pozdrawiam,
    czara

    • Logos Amicus Says:

      Cieszę się, że moja strona podoba Ci się bardziej, niż ten irański film

      Rozmumiem Twój odbiór “About Elly”.
      Może owa sztuczność, o której piszesz, wynikała po prostu z tego, że pierwotnie cała historia była sztuką teatralną?
      Mnie się film podobał, a swoje uzasadnienie chciałem przekazać w tej mojej mini recenzji.
      Każdy jednak odbiera film “po swojemu”. Sztuką jest podzielić się własnymi wrażeniami, bez ich wartościowania (tzn. ustalania, czyj odbiór jest lepszy, a czyj gorszy).

      PS. Dziękuję za odwiedziny. Mam nadzieję, że będziesz tu wpadać częściej – miło będzie Cię gościć

      • czara Says:

        Hm… to byłby jakiś trop, gdyby nie to, że moje ulubione filmy Bergmana to prawie sfilmowane spektakle… Może po prostu dzieli mnie od tego filmu jakaś kulturowa ściana. Nie przekonało mnie to, że po jej zniknięciu to „kłamstewko” urosło do takich rozmiarów i właściwie przysłoniło cały ciężar tragedii. A sposób, w jaki kamera filmuje bohaterów i ich emocje (pod sam koniec) nasuwał mi skojarzenia z wenezuelskimi telenowelami.
        Cieszę się, że mogłam przeczytać Twoją „mini-recenzję”, tu jeszcze filmu nie wyświetlano, ja byłam na nim sama i bardzo chciałam skonfrontować swoje wrażenia z innymi. Co do wartościowania – masz absolutną rację.
        P.S. Przyjemność po mojej stronie!

  5. georgeeliot Says:

    Z filmów, o których piszesz, wybrałabym „Tatarak” . Myślę, ze takie filmy pomagają docenić radość życia, jak i obecność bliskich nam ludzi.
    Ostatni film też mnie zainteresował pod kątem psychologii ludzkiej. Czasami prawdziwa twarz wydaje się innym maską, a czasami i odwrotnie.

  6. georgeeliot Says:

    Pomyślałam, ze warto napisać o nowym blogu w osobnym komentarzu.
    Podoba mi się kolorystyka- spokojna, zrównoważona, nierozpraszająca uwagi. Jest utrzymana w stylu BRAIN GRAFFITI.
    Na nowym blogu lepszy jest komfort czytania- chodzi o szersze pole tekstowe oraz większe możliwości co do rozmieszczenia ilustracji- jak fotografii, tak i obrazów, które czasami w zbyt małym formacie mogą stracić swoje przesłanie.

    Pozostaje życzyć autorowi wiele ciekawych pomysłów oraz mądrych czytelników :)

  7. Jula1 Says:

    Bardzo się cieszę że odwiedziłeś mnie na moim nowym blogu i bardzo dziękuję :D .

    Oczywiście starego bloga nie będę kasowała, mam zamiar tak jak i Ty od czasu do czasu się na nim pojawiać z kolejna notką.

    Nowy blog jest wygodniejszy, chociaż jeszcze do końca nie poznałam wszystkich jego możliwości. Bo, jak wiesz, ja najlepiej się czuje , jak wszystko lata, ale tylko za moim przyzwoleniem 8)

    Najważniejsze, że nie ma reklam!

    Jak by mnie koleżanka nie namówiła, to też bym się zdecydowała na ten portal co Ty!

    Widzę, że się już świetnie tutaj urządziłeś.
    Moje gratulacje! :D

    Twoje posty jak zwykle bardzo piękne i zmuszające do myślenia :)

    Na temat większości Tych filmów czytałam na blogu Grzeli (jest On związany z racji zawodu z K.Jandą – co spowodowało, że bardziej zrozumiałam, w pewnym sensie wyjaśnił to, dlaczego ta aktorka zdobyła się na taki rodzaj Ekshibicjonizmu. Bo wtedy zaraz po pogrzebie poszła grać do swojego Teatru, chyba na zasadzie jakiegoś rozpędu, może aktorzy tak mają?… , że wszystko, łącznie z duszą na sprzedaż?…
    O pozostałych filmach czytałam i słyszałam na starym i nowym blogu Raczka.
    Nie mam wyrobionego swojego zdania, bo nie oglądałam:(
    Na razie jakoś nie mogę się zdobyć by słuchać i oglądać jakichkolwiek historii !…

    Może z czasem spróbuje nawiązać do dyskusji, może wniosę coś świeżego 8)
    PA! :D
    Jula&Jula1

  8. Logos Amicus Says:

    Jula… już wniosłaś coś świeżego :)

    Z tandemu Raczek – Kałużyński wolałem jednak zdecydowanie Kałużyńskiego (i to bynajmniej nie dlatego, że Raczek jest gejem :) )

    Prawdę mówiąc to nie wiem co myśleć o tej decyzji Jandy, by zagrać w teatrze tego samego dnia – zaledwie kilka godzin po tym, jak dowiedziała się o śmierci swojego męża.
    Ale jak tu się dziwić mojej konsternacji, skoro nawet Krystyna Janda zapytuje w filmie Wajdy samą siebie: „jak to było możliwe”?
    Owszem, jest to jej osobista sprawa, ale skoro wychodzi z nią na forum publiczne, to i ta sprawa staje się niejako publiczna – a tym samym podaje się ocenie ludzi i ich krytyce.

  9. miziol Says:

    Witaj w nowych „okolicznosciach przyrody” Amicusie. Bardzo tu sympatycznie, jak zwykle zreszta u Ciebie. Z tych filmow obejrzalem tylko „Mala Moskwe” i jestem troche zaskoczony twoja recenzja, bo napisales dokladnie to co ja mysle o tym filmie, a zazwyczaj mamy odmienne zdanie. Musze dodac,ze obejrzalem do w wersji rosyjskiej, z polskimi napisami. Co mi sie najbardziej rzucilo w oczy to bardzo oszczedna, stonowana gra aktorow i praca kamery. Wlasciwie caly zrobiony na zblizeniach. Tak jak i Ty dalem sie wciagnac w ta historie i poniesc emocjom. Doskonaly film, na bardzo dobrym poziomie artystycznym i technicznym. Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Ależ miziole!
      Nieraz przecież mieliśmy podobne zdanie (choćby w związku z Twoją powieścią „Exitus” :) )

      Cieszę się, że podobała Ci się „Mała Moskwa”, bo to oznacza parę godzin zatopienia się w fajnym, bezpretensjonalnym kinie.

      No i cieszę się także z tego, że tu zawitałeś :)

  10. Torlin Says:

    Zgodnie z obietnicą będę bywał częściej, ale początek mam fatalny – żadnego z tych filmów nie oglądałem. Zresztą z wiekiem zaczynam podejrzewać u siebie zgodę na sugestie filmowe inżyniera Mamonia (ja wiem, że w oryginale dotyczyły one piosenek): „Lubię te filmy, które już widziałem”.

    • Logos Amicus Says:

      Witaj Torlinie,
      ten początek nie jest taki zły :)

      A idąc za wiekopomnym oświadczeniem inżyniera Mamonia:
      jedynym sposobem na polubienie innych filmów, jest ich zobaczenie.

      PS. Jeśli ktoś Ci oświadcza, że „kino się skończyło” albo że dzisiaj nie powstają już dobre i ciekawe filmy, to mu nie wierz, bowiem jest to nieprawda.
      Mówi się tak najczęściej tylko po to, by usprawiedliwić własny brak zainteresowania kinem.

      Pozdrawiam
      miło Cię gościć w moich nowych progach :)

      • Torlin Says:

        To nie jest tak. Oczywiście, że powstają nowe, fantastyczne filmy. Ale są również mody, i to trwające dziesięciolecia. Zobacz western, dopiero teraz, po 20 latach różnych Hillów i Peckinpahów zaczyna się kręcić normalne westerny.
        Ale tak naprawdę bolały mnie dwie sprawy, upadek w latach 80. i 90. filmu kryminalnego. Nikt czegoś takiego nie kręcił, najnormalniejszego w świecie śledztwa detektywistycznego, tak jak w westernie zaczęto kombinować a to od strony zabójcy, a to od ofiary. Dlatego z taką ulgą przywitałem CSI i one w sposób absolutny królują na moim ekranie.
        Drugim typem filmów, które (ale już bezpowrotnie) zaginęły, były filmy Wielkich Mistrzów: Felliniego, Bergmana, Pasoliniego, Antonioniego czy Kurosawy. A może to tylko moja tęsknota?

      • Logos Amicus Says:

        Mody mają to do siebie, że przemijają. Niestety, przemijają także całe epoki w kinie… (taka jest zresztą naturalna kolej rzeczy).

        Nie mogę się zgodzić z tym, że – jak piszesz – filmy Wielkich Mistrzów „zaginęły”, zwłaszcza „bezpowrotnie”. One ciągle są, większość z nich wogóle się nie zestarzała (i jest odkrywana przez nowe pokolenia miłośników kina).
        Wszystkie te filmy są w dalszym ciągu dostępne (i to nie tylko na DVD – także na przeglądach retrospektywnych).

        Jednakże chyba wiem, o co tak naprawdę Ci chodzi. A mianowicie o odejście w przeszłość właśnie pewnej epoki kina, pewnego rodzaju filmów (wraz z ich twórcami, niestety).
        Czyż nie tak?
        W tym sensie rzeczywiście takich filmów już nie ma – bowiem nikt nie jest w stanie ich dzisiaj nakręcić, gdyż wszystko się zmieniło: historyczny czas, społeczeństwo, technika, sposób narracji, klimat i atmosfera (w kinie i poza nim), spojrzenie na świat, mentalność twórców oraz widzów… etc.

        PS. Wyobraź sobie, że mimo tego, iż mieszkam od dłuższego czasu w Stanach, nie widziałem ani jednego odcinka „CSI” (a to z tego względu, że prawie wogóle nie oglądam telewizji, ani – co za tym idzie – telewizyjnych seriali). Jednakże, z ciekawości, będę chciał kiedyś obejrzeć choćby parę odcinków np. „House”a, „Bones”, „Sopranos”… czy właśnie „CSI”.

  11. telemach Says:

    Logosie, na czym opierasz ogólne przekonanie że „dzieła wielkich mistrzów się nie zestarzały”?

    ja mam raczej rozmaite i zróżnicowane doznania. ostatnio niemal nie usnąłem z nudów na niegdyś uwielbianym ponad wszystko Viscontim, dramatyczne sceny z bergmanowskiego „życia małżeńskiego ” rozbawiły mnie, a o pewnym dziele deSicci lepiej nie wspomnę.

    jedocześnie stwierdzam, że 7 pieczęć całkiem nieźle się broni. Podobnie jak cały Kurosawa. Lub Wilder.

    • Logos Amicus Says:

      Telemachu: na moim (naturalnie, że subiektywnym) odczuciu oraz na potwierdzonej opinii innych widzów, którzy te filmy znają (a to już daje asumpt do wysnucia czegoś bardziej ogólnego).
      Np. oglądając niedawno (ponownie po wielu latach) „Fanny i Alexander” Bergmana, miałem wypieki na twarzy. Podobnie nie zawiodła mnie retrospektywa innych jego filmów, takich jak np. „Persona”, czy „Szepty i krzyki”.

      Sam piszesz, ze Visconti był kiedyś prze nas uwielbiany, a teraz już nie jest. I tutaj rodzi się pytanie: stało się tak dlatego, że postarzał się Visconti, czy też dlatego, że postarzeliśmy się my sami? :)

      A Kurosawa w kinie, podobnie jak Szekspir w literaturze, pozostanie ponadczasowy.

      Zresztą, to jest jednak subiektywne i raczej trudno jest cokolwiek w tej materii uogólniać: ktoś może odnieść wrażenie, że pewne filmy się zestarzały, a ktoś inny, że nie – albo, że te tak, a inne nie… etc.
      Co do jednego mam jednak pewność: kanon tych twórców, których tutaj wspominamy, pozostanie czymś bardzo ważnym dla kina (i to nie tylko w tej jego perspektywie historycznej).

      PS. Swoją drogą, problem „starzenia się” dzieł sztuki godny jest zastanowienia.

      • telemach Says:

        „…problem “starzenia się” dzieł sztuki godny jest zastanowienia.”

        Oj godny jest. Bo to jakoś dziwnie niezrozumiałe wszystko. Dlaczego „Zmierzch Bogów” nie wywołuje nawet 10% takich emocji, a „Rashmon” nadal przykuwa? Czyżby istniała genialność i powszechne złudzenie takowej? Jak to odróżniać?

        Ciekawy temat

      • Logos Amicus Says:

        Rodzi się pytanie, u kogo „Zmierzch Bogów” Viscontiego nie wywołuje „nawet 10% takich emocji”, a kogo z kolei „przykuwa” „Rashomon” Kurosawy.
        Przecież są także widzowie, któych nadal „Zmierzch bogów” powala, a „Rashomon” – z jakichś tam względów – nie „bierze”.
        Dotykamy tu subiektywnej oceny filmu i zróżnicowania w jego odbiorze.

        Tak, złudzenia bywają powszechne, ale sama genialność jest fenomenem od tych złudzeń niezależnym.
        A rozróżnienie – konstatacja genialności – wymaga jednak pewnego wysiłku.
        Jest to jednak możliwe.

      • porcelanka Says:

        Czy w ogóle można mówić o „powszechnym złudzeniu genialności”? Przymiotnik „powszechny” już ma w sobie masowość- a zatem w sposób nieunikniony- pozorność.

        „Genialność”- to doznanie indywidualne, mimo, że niektóre dzieła są mniej lub bardziej ‚archetypowe’. Ale być może potrącają po prostu „punkty styczne” ludzkich doświadczeń poznawczych?

        Zastanawiam się, czy te właśnie punkty (a przynajmniej niektóre z nich) nie są właśnie mało podatne na upływ czasu i zmianę perspektywy wynikłą z nagromadzonych doświadczeń.

  12. chihiro Says:

    Jak tu ładnie! Podoba mi się wordpress, chyba też się tu przeniosę…
    A teraz odnośnie filmów: nie widziałam żadnego poza „About Elly” i właściwie te inne nieszczególnie mnie interesują.
    Ciekawe jest to, co piszesz o kinie rumuńskim. Mnie się akurat „4 miesiące…” podobał (ze wzgledu na napiecie, nie na estetyke), ale juz „12:08 East of Bucharest” zupełnie nie, wynudziłam sie. Ale ciekawe jest właśnie to, że ja na estetyke komunistyczną patrzę jak ktoś z zewnątrz. Jestem młodsza od Ciebie i niewiele pamietam z lat 80-tych, a przynajmniej jako dziecko nie dostrzegałam tak bardzo tej szarzyzny. Dlatego filmy pokazujące tamten okres dla mnie także mają pewną wartość poznawczą, mam do nich dystans.
    Podobnie jest, jak przyjeżdżam do Polski. Teraz akurat jestem w Warszawie i zadziwia mnie to miasto – zadziwia negatywnie. Mam wrażenie, że jakby zdjąć te wszystkie billboardy, ująć nieco kolorów, to nic się tu nie zmieniło od 20 lat. Jest baaaaardzo szaro, bardzo smutno i smetnie. Zaskakuje mnie to za każdym razem, gdy tu przyjeżdżam ze zdecydowanie radośniejszej zagranicy. Nie wiem, ale ten brak radości tu się wyczuwa, on wisi w powietrzu, naciska i obciąża. Ale dostrzegam różne absurdy, czarny humor, tragedie, i bawi mnie to – ale dlatego, że nie muszę tu żyć. Tak właśnie patrzę na filmy z Europy Wschodniej, z dystansem i bez osobistych wkrętów.
    „About Elly” wydało mi się bardzo autentyczną historią, bardzo ciekawym spojrzeniem na część społeczeństwa, zmuszonego do hipokryzji. Jak powiedział Ghobadi (inny reżyser) na rozmowie o kinie irańskim: :”W Iranie stajesz sie gorszym człowiekiem. Musisz mieć podwójne życie, jedno dla państwa, inne dla bliskich. Na dłuższą metę to męczy, pozbawia energii i powoduje nerwice”. Problem bohaterow wydał mi się bardzo naturalny i ich podejście do całej sprawy także.

    • Logos Amicus Says:

      Cieszę się Chihiro, że znalazłaś w Warszawie czas, by tu do mnie zaglądnąć i napisać.

      Wiem, że bardziej interesuje Cię kino z krajów raczej odległych od naszego kręgu kulturowego, stąd ta obojętność wobec filmów, o których tu napisałem (z wyjątkiem kina rumuńskiego i irańskiego :) ).
      Jednak, mimo wszystko, poleciłbym Ci najnowszy film Kena Loacha (to wszak bliżej Ciebie, nieprawdaż?) Niewykluczone, że Ci się spodoba.

      PS. Myślę, że przenosząc się na WordPress, będziesz z tej decyzji zadowolona (ja także powinienem znacznie wcześniej posłuchać dobrych rad i to zrobić).
      Musisz tylko wybrać odpowiedni dla siebie szablon (bowiem różnią się one od siebie opcjami). Masz np. do pokazania sporo niezłych zdjęć. Na WordPressie będziesz mogła łatwiej je wyeksponować (w Twoim obecnym miejscu trochę się one gubią). Poza tym, jest tu wiele bardzo poręcznych funkcji, prosta edycja, większa przejrzystość… etc.

      PS. Mimo wszystko – tj. całego tego jesiennego spleenu i szarości – życzę Ci udanego pobytu w kraju.

  13. Sarna Says:

    Widziałam tylko „Tatarak” . Nie potrafię być krytyczna wobec Wajdy i Jandy. Dla mnie zawsze są świetni. Śmierć w filmach Wajdy i pytanie o sens życia, o to co po nas pozostanie przewijają się przez całą twórczość tego reżysera. Ot choćby w przywołanym przez Ciebie „Wszystko na sprzedaż”. Być może Wajda dlatego zawsze porusza mnie ” do żywego” bo jego film nie tylko nie jest fantazją, ale wręcz przeciwnie, nawiązuje do bardzo osobistych historii, przeżyć, znajomości, które pośrednio lub bezpośrednio kształtowały losy Jego i kraju w którym przyszło mu żyć? Sama wizualna obecność reżysera w tej ekranizacji również mnie porusza. Uświadamia przemijanie, tak jakby chciał nam powiedzieć o przeczuciu śmierci. Nie potrafiłam się uwolnić od tej myśli patrząc na ekran.
    Zastanawiam się nad wplecionym w historię Tataraku osobistym wątkiem Jandy. Czy jest to „problem” generalnie dla każdego widza, czy tylko dla tych, którzy znają tragedię aktorki? Zastanawiam się jak odbierają film wszyscy ci pozostali, którzy nie patrzą na niego przez pryzmat kontekstu osobistego Jandy?
    pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Można tylko Ci pozazdrościć sposobu w jaki patrzysz na Jandę, Wajdę a także i na sam „Tatarak”.
      Ja tak nie potrafiłem (czemu dałem wyraz w swojej mini-recenzji).
      Myślę, że ciekawe byłoby prześledzenie opinii, jakie o tym filmie mają ci, którzy nie są świadomi tego, czym dla polskiego kina są Janda, czy Wajda (czyli widzowie – jednym słowem – nieuprzedzeni).
      Znam kilka takich opinii i są one raczej pochlebne.

      Oczywiście, że ten dodatkowy wątek wpleciony w film, czyli wynurzenia Jandy o umieraniu swego męża, nie stanowi „problemu” tylko dla tych, którzy osobiście znają tragedię aktorki (rozumiem, że masz tu na myśli ludzi z jej najbliższego otoczenia).
      To jest problem dla każdego widza, bo doświadczenie śmierci kogoś bliskiego, czy wreszcie świadomość własnej śmiertelności, dotyczy wszystkich z nas.
      Pozostaje tylko pytanie: czy chcemy tym problemem zajmować się w kinie – i to w sposób, jaki narzucił nam koncept aktorki i reżysera.

      • Sarna Says:

        Nie, nie zrozumieliśmy się. Chodzi mi o takich widzów np. z innych krajów, którzy nie mają wiedzy kto to jest Janda (tzw. widz przypadkowy), albo, że umarł jej mąż. Zastanawiam się jak oni odbierają film nie patrząc na niego z pozycji widza, który dopatruje się w tej postaci wątków osobistych, który nie gubi się w tym gdzie jest Marta, a gdzie Krystyna Janda?

    • Logos Amicus Says:

      Właśnie, jeśli widz taki nie zrozumie konceptu reżysera, to może się pogubić.
      Jednak uważam, że dla tzw. „wyrobionego” widza, to wszystko jest dość czytelne.

      • Sarna Says:

        Owszem, ale kino nie jest zarezerwowane tylko dla tych wyrobionych widzów, jak również, żeby zostać “wyrobionym” widzem od czegoś trzeba zacząć. Nie chciałabym patrzeć na film przez pryzmat z góry wyrobionych i wmuszonych we mnie recenzji fachowców rzutujących na to jak mam poprawnie odebrać to, co chciał powiedzieć reżyser.To ma być mój odbiór, moje emocje, choćby nie wiem jak naiwne, ale autentyczne. Sadzę, że to ja, widz mam po obejrzeniu filmu zinterpretować to co zobaczyłam, poczułam i ocenić na ile mija się z tym, co chciał powiedzieć autor, a nie już na wstępie mam wiedzieć jak mam na niego patrzeć. Dlatego też nie do końca mogę się zgodzić z drugim zdaniem twojego komentarza. Bo w tym konkretnym przypadku nie wystarczy “wyrobiony widz”, musi on jeszcze mieć wiedzę z życia prywatnego aktorki, by zrozumieć koncept reżysera. A widz z innych krajów raczej nie zna sekretów alkowy naszych aktorów, a przynajmniej jest to mało prawdopodobne.
        PS Mój sposób patrzenia na Wajdę i Jandę jest prosty. Nie jestem fachowcem, nie zależy mi na definiowaniu ich warsztatu, porównywaniu z innymi, szukaniu potknięć czy mistrzostwa. Ważne jest dla mnie co chcą powiedzieć i czy sposób w jaki to robią przemawia do mnie. W przypadku Tych Dwojga potrafią mnie uwodzić. Całkiem niedawno, po wielkich oporach obejrzałam z przymusu Katyń i byłam pozytywnie zaskoczona. Krótki, proste środki, wręcz skromna forma, mało dialogów, ale jaki poruszający i wymowny, tyle w nim zostało powiedziane, a jednocześnie dla widza pozostawiono zinterpretowanie niedopowiedzeń.
        Nie wystarczy napis “koniec”, film nadal trwa w nas, w naszym sumieniu.

      • Logos Amicus Says:

        Pisząc – niezbyt może zgrabnie – widz „wyrobiony”, miałem na myśli widza myślącego, wrażliwego, inteligentnego… Nie wątpię, że to tej grupy zaliczasz się również i Ty :)

      • Sarna Says:

        Dzięki Amicusie, nie mogę się z Tobą wykłócać w nieskończoność, więc tym razem nie zaprzeczę:)

        PS wysłałabym Ci z pozdrowieniem różyczkę, ale to chyba jedyna rzecz, której mi w Twoim nowym lokum brakuje, wiec tylko pozdrawiam.

  14. Logos Amicus Says:

    Dziękuję wszystkim za komentarze.
    Był to pierwszy wpis w nowym miejscu, tym bardziej cieszy mnie fakt, że tak wielu z Was zechciało podzielić się tutaj swoimi uwagami i myślami.
    Uważam to za dobry początek.
    Mam nadzieję, że nadal będziecie tu zaglądać i że każdy będzie mógł znaleźć na tej stronie coś ciekawego dla siebie – coś, co może zachęcić do dalszej dyskusji.

    Jeszcze raz dziękuję,
    pozdrawiam wszystkich
    S.

  15. Eryka Says:

    A czemu wizja lokalna?

    • Logos Amicus Says:

      Dlatego Eryko, że wizja i dlatego, że lokalna :)
      Nazwa jak nazwa. Tym razem chciałem, aby brzmiała po polsku.
      Nie podoba się? Podoba? Masz jakieś uwagi? Chętnie wysłucham.

      A już poważniej: wydaje mi się, że jest w tej nazwie zarówno jakaś intensywność doświadczenia, jak i pewien subiektywizm (oraz indywidualizm), który takiemu doświadczeniu zawsze towarzyszy.

  16. Sarna Says:

    Wiem, że werdykty wszelkiej maści jury niekoniecznie muszą odzwierciedlać zdanie i odczucia większości, ale są faktem i promują określone kanony. Stało się :) cokolwiek powiemy K. Janda za rolę w Tataraku dostała nagrodę Złotą Kaczkę 2009 w kategorii najlepsza aktorka.

  17. JA Says:

    Witam,
    Mam prośbę czy ma ktoś napisy do filmu „Wszystko o Elly?” Mogą być w wersji angielskiej,

  18. ROZSTANIE – SKROMNE ARCYDZIEŁO Z IRANU « WIZJA LOKALNA Says:

    […] film, który wówczas zdobył główną nagrodę Golden Hugo. Później był dramat społeczny„Co wiesz o Elly?” („Darbareye Elly„) – o którym pisałemTUTAJ(był to zresztą pierwszy wpis na […]

  19. Czara w Paryżu Says:

    […] „Co wiesz o Elly” (Darbareye Elly), Asghar Farhadi
    Z tym filmem mam chyba największy problem, bo trzeba przyznać, jest dość dobrze zrobiony. Jego oglądanie przez większą część czasu sprawiało mi dużą przyjemność. Atmosfera jak w thrillerze, a przy tym ciekawy obraz obyczajów kultury dla mnie egzotycznej. Niestety wyszłam z kina zniesmaczona. Tajemnicze zniknięcie dziewczyny rodzi problemy zupełnie dla mnie niezrozumiałe. Może jest to wynikiem obcości kulturowej, ale dylematy bohaterów wydały mi się zupełnie nieistotne w obliczu wagi wydarzenia. Problem kłamstwa i domniemanej zdrady został, według mnie, pokazany tak niewiarygodnie, że wręcz śmieszyła mnie emfaza i szarpanina bohaterów. Wyszłam z kina więcej niż zawiedziona… (Więcej i zupełnie w innych barwach na temat tego filmu – tu.) […]

  20. KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA | WIZJA LOKALNA Says:

    […] który obok filmów średnich („80 milionów”), potrafi nakręcić coś bardzo dobrego („Mała Moskwa”). Również i w „Fotografie” Krzystek (podobnie jak w „Moskwie”) nawiązuje […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s