OBRAZY Z WYPRAWY NA AMERYKAŃSKI ZACHÓD

.

Oto mała próbka zdjęć zrobionych podczas naszej wyprawy na Zachód, której dziennik ukazał się w jednym z ostatnich wpisów TUTAJ. Więcej obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego pt. „ŚWIAT W OBRAZACH”, gdzie zamieściłem wybór ponad 70 zdjęć (TUTAJ) ilustrujących naszą szaloną eskapadę po preriach, górach, kanionach i pustyniach amerykańskiego Zachodu – wśród pejzaży niemających sobie równych w skali całego globu. Wprawdzie utrwalony w kadrze obrazek nie jest w stanie oddać całego piękna i niezwykłości miejsc, które udało się nam odwiedzić, to jednak, bez wątpienia, ich naturalna fotogeniczność rzuca się w oczy. By przybliżyć okoliczności i kontekst, każde zdjęcie opatrzyłem krótkim komentarzem.

(Klikając na obrazy, można zobaczyć je w pełnym wymiarze.)

 .

Idaho country - burza nadchodzi (pejzaż jak z malarskiego płótna)

Idaho country – burza nadchodzi

.

FARMA W IDAHO

W drodze z Salt Lake City w Utah do Jackson Hole w Wyoming zahaczyliśmy o „ziemniaczany” stan Idaho. Zostawiwszy w tyle wielką pustynną kotlinę Słonego Jeziora, wjechaliśmy na bardziej żyzną ziemię – mijane farmy zaczęły topić się w zieleni – nie tylko ziemniaczanych upraw. Tuż przed spotkaniem z meandrami Snake River, jeszcze przed ścianą gór Teton majaczących na horyzoncie, natrafiliśmy na burzę, która wprawdzie nie dotknęła nas bezpośrednio, ale dokonała atmosferycznej rewolucji obserwowanej przez nas z pewnego oddalenia, choć z wyczuciem aury przynoszącej chłód i chromatykę jakże różną od szaro-białej aparycji salin i brudno-żółtych piaszczystych równin porośniętych suchorostami i karłowatą krzewiną, jaka towarzyszyła nam w północnym Utah. Na niebie zaczęły się dziać dziwne rzeczy, chmury kłębiły się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, sklepienie zrobiło się niebiesko-popielate, jednak promienie słońca znalazły jeszcze ujście pomiędzy kłębami chmur, oświetlając budynki mijanej przez nas farmy i rozjaśniając falujące morze traw i zbóż, które ją otaczało. Zatrzymaliśmy się przy drodze, by lepiej widzieć ten niespodziewany spektakl na niebie, który właśnie zaczął odgrywać się przed naszymi oczami. Również i po to, by utrwalić z tego, co się da, na fotografii.

Lubię to zdjęcie ze względu na harmonijne połączenie rzadko jednak spotykanej kolorystyki nieba i złamanej zieleni, która pokrywa ziemię  – obraz wydaje się niemal monochromatyczny i stanowi pewien kontrast z barwną krzykliwością, jaka charakteryzuje w wielu rejonach krajobraz amerykańskiego Zachodu. Ma on coś z urody malarskiego płótna – stonowanie i łagodność flamandzkich pejzażystów; przypomina mi też niektóre malunki na porcelanie lub pokrytych emalią metalowych płytkach – pewną ich „gładkość”, swoistą skromność pastoralnej scenerii.

greydot.

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

 .

GÓRY SKALISTE

Także i tutaj niebo jest głównym malarzem pejzażu, z tym że jesteśmy już teraz wysoko w górach. A właściwie – nie tyle niebo maluje ten obraz, co znowu burza.  Góry są to oczywiście Skaliste, co doskonale widoczne jest na pierwszym planie, który wypełnia ruda kamienność zwietrzałego gołoborza, ze skąpą roślinnością alpejskiej tundry, (którą tak się tu nazywa, mimo że daleko stąd zarówno do Syberii, jak i Alp). No i podobny jest efekt z dziurą w chmurach, przez którą przebija się słońce, oświetlające zielone stoki gór na horyzoncie, co stanowi kontrast dla ciemnych zboczy, nad którymi wiszą już ciężkie burzowe chmury. Najważniejszy dla całej kompozycji tej naturalnej sceny jest jednak pierwszy plan – mocna chromatyka granitowego tarasu, który wydaje się prowadzić w przepaść, a jednak daje poczucie solidnego oparcia mimo erozji, będącej skutkiem lejącej się nań wody, smagającego wiatru i próbującego go rozsadzić zimą lodu. W centrum kadru zbiegają się perspektywicznie linie trapezowego występu skalnej tundry i sąsiednich zboczy z jasną smugą światła przecinającego obraz w poprzek – to ta mglista atmosfera wypełniająca bezkres górskiej scenerii. Właśnie w takich momentach czuje się potęgę żywiołów.

greydot.

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

 .

DROGA POD SEDONĄ

Już dzięki temu, że jest to widok przez samochodową szybę, obraz ten nie jest statyczny – nabiera dynamiki, którą podkreśla wijąca się żwirowa droga i czerwone skały, tworzące dziki kanion, którego nie jest w stanie ujarzmić cywilizacyjny wtręt traktu, po jakim jedziemy terenowym SUVem z napędem na cztery koła. Właściwie tylko takim pojazdem można zapuszczać się w dzikie ostępy naturalnego labiryntu, jaki tworzą otaczające Sedonę kaniony, pustynie i skały. Mekka dzieci epoki Wodnika i para-psychologicznych odjazdów filozofii New Age ma godny siebie naturalny entourage – coś jakby przedsionek kosmicznych podróży łączący Ziemię z ekstraterestrialnym Nieznanym – krajobrazową fantazję naszego globu z pozaziemską fantastyką przepastnego Kosmosu i mentalnej fikcji. Żółto-pomarańczowy piasek i żwir (ledwie) utwardzonej drogi, zieleń krzewów i drzew korzystających ze skąpych zasobów wody chwytanej przez kanion, czerwony piaskowiec skalnych ścian i ostańców, niebieskie niebo i białe chmury – to niemal krajobrazowa klasyka północnej Arizony, stanowionej przez płaskowyż, który dwieście kilometrów na północ został wyżłobiony przez rzekę Kolorado, dzięki czemu powstała najbardziej chyba spektakularna i najsłynniejsza dziura w Ziemi – Wielki Kanion.

Zdjęcie nabiera szczególnego charakteru przez to, że obramowane jest okienną konstrukcją, która nie tylko ujmuje w kadr widok, wyłaniający się przed nami w czasie jazdy, ale i umieszcza nas w konkretnej przestrzeni – nadając jej walor nie tylko postrzeganej naoczności, ale i dotykalnej niemal konkretności.

greydot.

Ścieżki w Kanionie Bryce'a (Utah)

Ścieżki w Kanionie Bryce’a (Utah)

.

BRYCE CANYON

Widok ten ma w sobie jakąś ażurowa świetlistość – głównie dzięki biało-różowym wapienno-piaskowym skalnym ostańcom, tak charakterystycznym dla tego przyrodniczego tworu, który bez wątpienia należy do jednego z najbardziej niezwykłych zakątków na naszej planecie. Nazwa tego miejsca to Bryce Canyon – czyli Kanion Bryce’a – pochodzi od nazwiska mormona, który jako jeden z pierwszych pionierów osiedlił się w tym rejonie. Jednakże to, co dla niego było utrapieniem (w skalnym, kolorowym labiryncie gubiły się mu krowy, wiec po jakimś czasie Bryce miejsce to opuścił), dla zwiedzających obecnie ludzi jest przedmiotem niekłamanej admiracji, a niekiedy i zachwytu – który można zrozumieć tylko wtedy, kiedy samemu stanie się na krawędzi owego „kanionu” (piszę „kanion” w cudzysłowiu, gdyż tak naprawdę to, co nazywamy kanionem, jest zerodowaną krawędzią płaskowyżu) lub – jeszcze lepiej! – kiedy zejdzie się wgłąb „kanionu” i uderzy w jeden ze szlaków, które prowadzą wśród jaskrawo-kolorowych skalnych ostańców, wież, szpic i pnących się dziesiątki metrów w górę stromych ścian z czerwonego piaskowca, okraszonego tu i ówdzie wapienną bielą.

Na zdjęciu możemy dostrzec jasną nitkę – to jest właśnie jeden ze szlaków na terenie Parku Narodowego Kanionu Bryce’a (bo taki jest status ochronny tego miejsca). W oddali widzimy zieloną (bo nawodnioną przez farmerów) dolinę, a po prawej stronie krawędź płaskowyżu, (z której nota bene robione jest to zdjęcie) – jeszcze nie zerodowaną… ale to tylko kwestia następnych setek i tysięcy lat. W skali geologicznej naszego globu – bagatela!

greydot.

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów - rezerwat Indian Navaho w Arizonie

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów – Ziemia Nawahów w Arizonie

 .

DOLINA MONUMENTÓW

A to kawałek amerykańskiego Zachodu, który wydaje się być jeszcze bardziej „nieziemski” i odrealniony. Lecz jednak prawdziwy jest on jak najbardziej – a na dodatek: widok ów jest tak dobrze znany z przeróżnych zdjęć i filmów, że stał się on niemal synonimem „westernowej” scenerii – taką ikoną osobliwości krajobrazowych „Dzikiego” Zachodu. I znów ta ceglasta czerwień piaskowców, dominująca pustynny teren, którego wszak krajobrazową determinantą jest szereg „mes”, czyli przypominających olbrzymie pniaki formacji skalnych, które – dzięki chroniącym je przed erozją twardym, bardziej odpornym na erozję czapom – ostały się nieco dłużej i górują teraz nad terenem, nadając mu owej nieziemskiej aparycji.

Oprócz tego, że formy spotykane w Dolinie Monumentów są osobliwe, to jeszcze bardziej ich niezwykłość podkreślona jest – i wydobywana – przez światło, które zmienia się wraz z porą dnia niebywale i wzmaga nie tylko efekt malowniczości Monument Valley, ale i powoduje, że obrazy w Dolinie zmieniają się jak w kalejdoskopie – nie tyle przez zmianę jej materialnych elementów, co chromatycznej wokół nich „aury”.

Po dnie doliny wije się żwirowa droga. Widoczne na niej są samochody – przypominają tu dziecięce zabawki, ale w rzeczywistości przydają się one naszej wyobraźni, bo można wedle nich ocenić ogrom sąsiednich skalnych (po)tworów – uświadamiają nam to, jakie są w tym naturalnym spektaklu proporcje. I właśnie to może zawrócić nam w głowie.

greydot.

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Łuków Skalnych w Utah

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Arches w Utah

 .

ŁUKI SKALNE

No cóż – kolejny „odlot” krajobrazowy: Łuk Podwójny w Parku Narodowym Arches (nota bene „arches” to nic innego, jak po angielsku „łuki” – dobrze więc byłoby nazywać to miejsce Parkiem Narodowym Łuków dodając ewentualnie: „Skalnych”, ale jak widzę w naszym kraju obowiązuje inna nomenklatura). Jak to dobrze, że na zdjęciu tym widać także ludzi, choć – zważywszy na proporcje – łacniej byłoby tu mówić o ludzikach – takimi bowiem mrówkami wydają się turyści, których ciekawość zagnała pod ten gigantyczny amfiteatr skalny – wnękę łukową w Utah. Mnie to przypominało cielsko jakiegoś olbrzymiego dinozaura (zwłaszcza jak patrzyłem na łuki od spodu). Lecz sceneria ta jest nie tyle jak z innej epoki, co z innej zgoła planety, więc aż się prosi, by użyć jej jako scenografii do filmu science-fiction. I tak się zresztą stało – choć akurat w tym przypadku więcej w tym filmie było fiction, niż science. Chodzi oczywiście o jeden z odcinków przygód Indiany Jonesa, a mianowicie o „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, który rozpoczyna się sceną rozgrywającą się właśnie pod naszymi łukami.

Wbrew pozorom trudno jest fotografować łuki skalne w tym parku (wyjątkiem jest gwiazda łukowa parku znana jako Delicate Arch – tak fotogeniczna, że dobre zdjęcia robią się pod tym łukiem niemalże same). Po pierwsze: niełatwo jest objąć całe gabaryty łuków; po drugie: natrafiamy na zbyt duże kontrasty świetlne; po trzecie: ceglasty kolor skał stanowi pewną dysharmonię kolorystyczną z błękitnym (zazwyczaj tam) niebem; wreszcie po czwarte: jeśli w pobliżu nie ma ludzi, czy też obiektów, których wymiary znamy, wtedy trudno jest uchwycić prawdziwe proporcje, a tm samym wykazać na zdjęciu potęgę naturalna łuków. Na powyższym zdjęciu to się chyba udało – są ludziki, kontrast świetlny nie jest tak dramatyczny, a na nieba widać kontury łuków, dzięki czemu ujawnia się przed nami ich forma.

greydot.

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejace maszyny - zjazd Harley'owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejące maszyny – zjazd Harley’owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

 .

HARLEY’E W STURGIS

Wyjątek w serwowanej tu próbce zdjęć naszej podróży po Dzikim Zachodzie: zamiast naturalnego pejzażu – lokomocyjny behemot. Choć też jest to swego rodzaju przejaw pewnego żywiołu, reprezentowanego głównie przez samczych osobników gatunku Homo sapiens. Na zlot harley’owców, który każdego roku odbywa się w małym miasteczku Sturgis, położonym na Czarnych Wzgórzach w Dakocie Południowej, trafiliśmy przypadkiem. Trudno zresztą było zignorować to motocyklowe mrowie, które zalało Black Hills – zwłaszcza, że przyjechało tam w tym samym czasie, co my, ponad pół miliona jeźdźców dosiadających swoje dwukołowe błyszczące metaliczne cacka. Przechadzając się ulicami Sturgis, przeciskając między sporymi zazwyczaj wanciołami, ubranych w skórę motocyklistów, wśród huku i warkotu rozryczanych maszyn i zapachu pitego bez umiaru piwa… zrobiłem całą serie zdjęć temu panopticum, lecz mogę tu na razie pokazać tylko jedno; ogólny plan głównej ulicy w Sturgis obstawionej ciasno motocyklami, zaparkowanymi nie tylko na poboczu, ale i na środku Main Street – z olbrzymim, wiszącym nad tym wszystkim bannerem „WELCOME RIDERS!”, ozdobionym po obu stronach Harley-Davidsonowym logo – jakby ktoś miał wątpliwości co do tego, kto (a właściwie co) tu rządzi.

Aby zrobić to zdjęcie musiałem wdrapać się (odpłatnie, of course) na rodzaj podniesienia, które wzniesiono – nota bene specjalnie do tego celu – na środku ulicy. I rzeczywiście, dopiero stamtąd można było uchwycić w odpowiedniej perspektywie to niebywałe skupisko maszyn, które w równym stopniu służyły do jazdy, co i szpanerstwa lubiących się bawić zarośniętych oraz wyrośniętych (także i wszerz) chłopców.

greydot.

Skalna panorama - Zion o zachodzie słonca

Skalna panorama – Zion o zachodzie słońca

.

PANORAMICZNY ZION

To zdjęcie, aby docenić jego walory, koniecznie musi być oglądane w wersji pełnej panoramicznej (kliknij). Kiedy opuszczaliśmy Park Narodowy Zion, dzień chylił się ku końcowi, cienie się wydłużały, światło słoneczne robiło się coraz bardziej „miękkie” – co jest zresztą dobrze widoczne na zdjęciu w jego ciepłej tonacji barw, w jakiej skąpane jest skalne urwisko wraz z porastającymi je drzewami i lekko siniejącymi i różowiejącymi chmurkami na niebie. Jak na moje oko, równie ważny, jak kolorystyka, jest na tym zdjęciu profil tego urwiska, który wzbogacają wydatnie rosnące na nim sosenki – to nic, że karłowate. W tę sekwencje drzewek wpisują się także chmury – nadając tej naturalnej kompozycji pewną, miłą oku, płynność. Przyjemny obrazek i rodzący we mnie tęsknotę za ponowna wizytą w Zion – tam, gdzie skamieniała pustynia raduje nasz wzrok swoją bajeczną malowniczością.

greydot.

Powyższy wybór zdjęć stanowi ilustrację do dziennika z „Wyprawy na Zachód”, który przeczytać można TUTAJ. Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach” (TUTAJ).

 

© ZDJĘCIA WŁASNE

WYPRAWA NA ZACHÓD (Wielkie Równiny – Góry Skaliste – Łuki Skalne – Dolina Monumentów – Wielki Kanion – Las Vegas – Dolina Śmierci – Zion – Bryce Canyon – Grand Teton – Yellowstone – Czarne Wzgórza)

Poniższy tekst opisuje podróż jaka odbyła się latem 2009 roku. Można go znaleźć na moim pierwszym blogu, lecz postanowiłem opublikować go również na stronie „Wizji”. Opisy poszczególnych dni naszej podróży powstawały „na gorąco” i były publikowane sukcesywnie – i oczywiście „na żywo” – niemal każdego dnia naszej eskapady – stąd być może pewne niedociągnięcia stylistyczne, może nawet rzeczowe. Niewykluczone, że ów (swego rodzaju) dziennik podróży może się przydać tym, którzy sami planują podobną przygodę i pragną na własne oczy przekonać się o pięknie i niezwykłości amerykańskiej ziemi.

.

Stany Zjednoczone Wyprawa na Zachód - trasa

*

Zapraszam wszystkich na włóczęgę po Ameryce.
Kilka dni temu przyleciała do Chicago (miasta, w którym aktualnie mieszkam) moja siostra wraz z całą swoją rodziną (mąż i dwie córki). Po częściowej aklimatyzacji porywam ich wszystkich na amerykański Zachód. Nasza podróż będzie trwała ponad dwa tygodnie. Wyruszamy już jutro, tj w sobotę 25 lipca, wcześnie rano. Jeszcze tego samego dnia musimy przejechać Wielkie Równiny – pierwszy nocleg planujemy w Kolorado, u podnóża Gór Skalistych.
Trasa naszej wycieczki będzie przebiegać przez następujące stany: Illinois, Iowa, Nebraska, Kolorado, Utah, Arizona, Nevada, Kalifornia, Idaho, Wyoming, Montana, Dakota Południowa, Minnesota, Wisconsin… Po drodze zobaczymy m. in. Wielki Kanion Rzeki Kolorado, parki narodowe Utah (Zion, Bryce, Arches), Dolinę Monumentów, Sedonę, Las Vegas, Dolinę Śmierci, Wielkie Słone Pustynie, Grand Teton, Yellowstone, Diabelską Wieżę, Czarne Wzgórza, rzeki Missisipi i Missouri…

Nie muszę chyba pisać o ekscytacji i gorączce podróży jaka właśnie nas ogarnia. Jeśli wszystko będzie przebiegać pomyślnie, to postaram się o zamieszczanie tutaj krótkich wpisów, tak by można było śledzić nasze losy i poczynania (skierowane to będzie nie tylko do naszych rodzin, znajomych i przyjaciół, ale i do wszystkich tych, którzy odwiedzają tego bloga i których to zainteresuje).
Oczywiście będzie to uwarunkowane dostępem do internetu, jak również ogólną kondycją, samopoczuciem i – naturalnie – czasem.

Cóż… wypada tylko życzyć sobie szerokiej drogi :)
I do usłyszenia!

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

*

DZIEŃ 1: WIELKIE RÓWNINY

„Go West Young Man” – pisał Horacy Greeley w połowie XIX wieku, zachęcając do podboju amerykańskiego Zachodu, wówczas jeszcze niemal dziewiczego i pół-dzikiego, będącego ziemią wolnych Indian i nieprzebranych stad bizonów pasących się na preriach.
Były to czasy, kiedy tysiące białych osadników – pionierów – ruszyło po wyboistych bezdrożach wgłąb kontynentu w poszukiwaniu lepszego życia, które zawsze wydawało się być wszędzie tam, gdzie ich jeszcze nie było.
Wędrówka, będąca wszystkim tylko nie romantyczną wyprawą, jaką kreowały amerykańskie mity podboju, trwała kilka miesięcy – w trudzie, znoju i mordędze – dziesiątkując po drodze osadników.

Dzisiaj tę odległość pokonaliśmy w kilkanaście godzin, przemierzając Wielkie Równiny dawnym, biegnącym wzdłuż rzeki North Platte, szlakiem Mormonów, który dzisiaj zwie się po prostu autostradą międzystanową I-80.
Z Wietrznego Miasta wyruszyliśmy skoro świt. Jazda przez stan Illinois trwała niespełna trzy godziny. Po przekroczeniu Missisipi znaleźliśmy się w Iowa, a po minięciu Missouri – w Nebrasce, gdzie czekało nas kolejne 400 mil do przebycia. Pod koniec dnia wjechaliśmy do Kolorado, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg in the Middle of Nowhere, czyli w zabitej sidingiem dziurze, w której – jak tu mówią – kojoty d. wyją.

Większość tej notki piszę jeszcze w czasie jazdy przez Nebraskę. Mijamy jakieś miejscowości o indiańskich, francuskich lub niemieckich nazwach, otoczeni płaskimi jak patelnia terenami, oblani morzem kukurydzianych pól. Rzadko rozsiane farmy, przypominające coś w rodzaju rakietowych wyrzutni silosy, latające „kukuryźniki” opryskujące bezkresne uprawy… no i naturalnie towarzyszące nam na autostradzie tysiące amerykańskich ciężarówek przypominających gigantyczne, lśniące, metaliczne zabawki dla dużych chłopców.

Życie nasze oddałem właśnie w ręce szwagrowi, który zresztą po raz pierwszy w życiu prowadzi samochód z automatyczną skrzynią biegów. Maszynę mamy niezłą – wielki, solidny, ale prowadzący się lekko SUV Chevrolet Tahoe. Nasze dziewczyny rozłożone na tylnych siedzeniach coś tam właśnie czytają, z głośnika płynie dość smętne country (no cóż, na wycieczkach staram się być wyrozumiały, tolerancyjny i spolegliwy).

Wielkie Równiny nie należą raczej do tych ekscytujących amerykańskich pejzaży. Wręcz przeciwnie – poraża ich monotonia, nudna powtarzalność, bezbrzeżna rozległość, „nic-nie-dzianie-się”, wielkie a mdłe (zwłaszcza dzisiaj) niebo.
Jednakże, kiedy 17 lat temu jechałem przez nie po raz pierwszy, nie sprawiały na mnie takiego wrażenia. Lecz to były czasy mojej konkwisty i odkrywania kraju, który zwabił mnie wówczas obietnicą wolności i przygody – właśnie tym bezkresem ciągnącej się po horyzont, niekończącej się drogi, ogromem przestrzeni, którą można się było zachłysnąć wydostawszy się ze zgrzebnej i szarej klatki PRL-u.

Dawno już tędy nie jechałem. Ostatni raz – około 9 lat temu. Później tę odległość pokonywałem zwykle samolotem – latając z Chicago do Denver, Phoenix, Los Angeles, Salt Lake City, Las Vegas, Reno, San Francisco, Portland lub Seattle. Niewiele się zmieniło przez ten czas. Może tylko mniej jest krów, rozwalających się stodół; więcej za to olbrzymich białych wiatraków, czy kilkusetmetrowych konstrukcji do podlewania pól. Tyle samo zaś upraw, pastwisk, topoli, kukurydzy, soi oraz… robót drogowych, które zwalniają nieco nasz pęd (wynoszący zwykle 130 km./godz.) Cała eskapada dopiero się rozpoczyna. Jutro czekają nas scenerie zgoła odmienne. I ta niewiarygodna, dramatyczna wręcz zmienność będzie nam już towarzyszyła właściwie do końca naszej dwutygodniowej podróży.

Licznik: 882 mile

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

.

DZIEŃ 2: GÓRY SKALISTE

Zmrok zapadł nagle – jak to w górach. Jesteśmy już po zachodniej stronie potężnego pasma Gór Skalistych, w których spędziliśmy większość dnia. Na nocleg do Grand Junction (miasteczko położone jeszcze w stanie Kolorado, tuż przed granicą z Utah), jest jeszcze około godziny jazdy.
Mam teraz chwilę oddechu, więc spróbuję jeszcze coś wykrzesać z mojego lekko umęczonego już mózgu i napisać tych parę słów o naszych dzisiejszych poczynaniach i wrażeniach (chociaż nie będzie to łatwe).

Rocky Mountains National Park to pierwszy park narodowy na naszej trasie (będzie ich jeszcze bodajże siedem.) Kilkadziesiąt tysięcy hektarów wydzielonych z górskiej wilderness, czyli „dziczy” – wraz z fauną i florą, która ostała się w stosunkowo nienaruszonym stanie od XIX wieku, kiedy to biały człowiek dokonał największych spustoszeń na tzw. Dzikim Zachodzie, wybijając wówczas niemal wszystkie drapieżniki, eksterminując wiele innych gatunków, wycinając lasy oraz eksploatując wszelkie możliwe złoża cennych kruszców i minerałów. Opamiętanie (a i to nie u wszystkich), przychodziło później, choćby wraz z rozwojem systemu parków narodowych, który stał się właściwie wzorem dla całego świata, jeśli chodzi o kontrolowaną rządowo ochronę środowiska naturalnego. Wprawdzie na cofnięcie się ekspansji ludzkiej cywilizacji w Naturę nie ma co liczyć, to jednak te (uspakajające nieco nasze sumienie) enklawy przyrody zakonserwowanej w rezerwatach, parkach czy sanktuariach są czymś ze wszech miar godnym poparcia.
Lecz o tym można by pisać długo, a na to raczej nie mogę sobie tutaj pozwolić.

Wspomnę jedynie, że dziś największym dla nas przeżyciem było pokonanie leżącej na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych przełęczy Trail Ridge, która wyniosła nas na niebotyczną (niemalże) wysokość 3723 m. n.p.m. (nota bene rekord naziemnej wysokości dla towarzyszącej mi rodziny). Lecz zanim to się stało, nad ranem musieliśmy przebyć jeszcze zachodnie kresy Wielkich Równin, następnie pełne wąwozów przedgórze, za którym majaczyły już w oddali pokryte wieczną zmarzliną granie i ośnieżone szczyty Gór (jak najbardziej) Skalistych.

Kiedy wjeżdżaliśmy na teren parku narodowego pogoda była jeszcze całkiem znośna, choć pobliskie doliny zaczęły się zapełniać sinymi kłębami mgieł i chmur, które – w miarę jak pokonywaliśmy coraz wyższe górskie strefy – coraz bardziej dobierały się nam do skóry. Na szczęście pogoda nie załamała się jeszcze na tyle, by uniemożliwić nam pokonanie dość krótkich wprawdzie ale położonych za to na dużej wysokości, pieszych szlaków. Była więc okazja by przyjrzeć się roślinności, którą tutaj nazywają alpejską tundrą. Z bliska widzieliśmy świstaki, z daleka zaś – olbrzymie stado łań i jeleni wapiti. Nie zabrakło także łosi, chociaż owce gruborogie (będące zwierzęcym symbolem Gór Skalistych) już gdzieś się pochowały (o czarnych niedźwiedziach – baribalach nie wspominając).

Mały dramat zaczął się kiedy zaczęliśmy zjeżdżać z przełęczy – już po zachodniej stronie Wododziału Kontynentalnego. Wokół nas rozpętała się gwałtowna burza, ogarnęły nas ciemności, a z góry lunęła na nasze głowy (a właściwie na dach samochodu) cała masa wody, dzięki czemu jazda zaczęła przypominać jakiś ekstremalny sport. Z wielkim trudem dotarliśmy do autostrady I-70. Wtedy deszcz przestał padać, świat się rozjaśnił i już w niejakim komforcie mogliśmy kontynuować naszą podróż na zachód.

Tak więc siedzę oto teraz w pędzącym przez noc wehikule, sącząca się z głośników Sarah Brightman uśpiła wszystkich… z wyjątkiem oczywiście kierowcy. Mijamy właśnie Grand Junction. Do Fruity (czyli założonej jeszcze przez Mormonów „Owocarni”) gdzie mamy nocleg, zostało nam niecałe 14 mil. Czyli pestka!

Jutro znów czeka nas wielka odmiana: porośnięte lasem ciemno-zielone, rudo-szare zbocza Gór Skalistych pozostaną wspomnieniem, a ogarną nas płomienne żółto-pomarańczowo-czerwone scenerie Płaskowyżu Kolorado, ze swoją niepowtarzalną geologią, niewiarygodnymi formacjami skalnymi, zadziwiającymi tworami przyrody.
(A jeśli ktoś w tej chwili myśli, że ulegam przesadnej egzaltacji, to się myli, o czym zaświadczyć mogą tylko ci, którzy mieli to szczęście, by zetknąć się wcześniej chociażby z Wielkim Kanionem, Doliną Monumentów, czy niezwykłymi parkami narodowymi w Utah. To wszystko przed nami.)

Licznik: 1362 mile

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

.

DZIEŃ 3: ŁUKI SKALNE w UTAH

Pierwszy prawdziwy szok krajobrazowy czekał moich towarzyszy podróży dzisiaj, kiedy wjechaliśmy na Ziemię Kanionów w Utah.
I tutaj chciałbym napisać o moim „odkryciu”, którego dokonałem jeszcze przed laty, kiedy przemierzałem te rejony bawiąc się w pilota prowadzącego wycieczki po amerykańskim Zachodzie. Co ciekawe, nie znalazłem wtedy żadnej o tym miejscu wzmianki w przewodnikach, którymi się wówczas posiłkowałem. A wystarczyło zjechać z autostrady I-70 na lokalną drogę 128 (Exit 214) prowadzącą do Moab wzdłuż kanionu wyżłobionego przez rzekę Kolorado. Wprawdzie nie jest to jeszcze Kanion Wielki (tubylcy nazywają go bodajże Hal Canyon), ale moim zdaniem tworzy on jedną z najbardziej spektakularnych scenerii na kontynencie.
Niestety, żadne zdjęcie, żadne filmy, żadne słowa nie są w stanie oddać wrażenia, jakiego doznać można w bezpośrednim zetknięciu się z tym miejscem: wijąca się wśród stromych, wysokich na kilkaset metrów pomarańczowo-czerwonych klifów kolorowa rzeka, której brzegi porastają żółto-zielone krzewy i zarośla, zaś tło stanowią sterczące w oddali potężne skalne ostańce, przypominające jakieś zamki, wieże, kolumny, amfiteatry, mury obronne, twierdze…

Jednak chciałbym przy tej okazji wspomnieć jeszcze o innym miejscu, które zobaczyliśmy zaraz po zjechaniu z autostrady. Jest to „miasteczko”, które w moim rankingu najdziwniejszych (i najbiedniejszych) amerykańskich miast zajmuje jedno z czołowych miejsc. Nazywa się dziwowisko Cisco. Trudno je nawet nazwać miastem-widmem, bowiem nagromadzenie w nim przeróżnych złomów, ruin, ruder, wraków i baraków, walących się ścian, padniętych maszyn i urządzeń przywołuje do nas jak najbardziej materialne skojarzenia. Wygląda też na to, że mimo wszystko jest ono jednak zamieszkałe, o czym świadczą widoczne tu i ówdzie… anteny satelitarne i zaparkowane przy drodze samochody, (które chyba jednak są jeszcze na chodzie.)
Dla mojej rodziny to był doprawdy szok – tym razem socjologiczny. (Krajobrazowy miał nastąpić za kilka chwil, bowiem Cisco leży na owej samotnej drodze prowadzącej przez czerwoną pustynię do Kanionu Hala, o którym przed chwilą wspomniałem.)

Tak, tak… te amerykańskie kontrasty to temat godny osobnego (i szczególnego) potraktowania, co jednakże mogłoby rozdąć te notatki do lekko przerażających rozmiarów, a ja tu straszyć nikogo (i stresować) nie zamierzam, choć, jak widzę, to co miało być w tych notatkach tylko dygresją, rozrosło mi się do rozmiarów dłuższego wpisu.

A przecież główny temat dzisiejszego dnia stanowić miały niesamowite łuki skalne, które czekały na nas w Arches National Park. Łuki, o których całe moje towarzystwo już wiedziało wcześniej choćby ze zdjęć, z przewodników, z albumów, a nawet… z tablic rejestracyjnych Utah, na których widoczny jest tzw. Delicate Arch, będący zresztą (niejako) symbolem całego stanu.
W parku Łuków Skalnych spędziliśmy niemal cały dzień, bowiem jazdę zamieniliśmy na piesze wędrówki po licznych szlakach prowadzących do najciekawszych łuków i formacji skalnych. Już same nazwy mówią za siebie: Park Avenue, Windows, Double Arch, Landscape Arch, Pot Hole, Devils Garden, Fiery Furnace, Courthouse Towers, Balanced Rock, Garden of Eden…
Jak przystało na pustynię – było sucho i gorąco, żar lał się na nas z nieba, wypijaliśmy całe hektolitry wody, wsmarowywaliśmy w siebie całe kilogramy kremów przeciwsłonecznych, jednak dość dzielnie dawaliśmy sobie radę z liczącymi po kilka kilometrów szlakami. Najdłuższą i najbardziej chyba jednak wyczerpującą wędrówkę zostawiliśmy sobie na późne popołudnie, kiedy światło słoneczne zmiękło i nie było już tak mocne, dzięki czemu można było w miarę bezboleśnie przejść przez rozległą i otwartą skalną płaszczyznę, która w pełnym południowym słońcu zamienia się w jedną wielką rozgrzaną patelnię.
Był to właśnie szlak prowadzący do Delicate Arch.

Swoją drogą dziwnym mogłoby się wydawać to, by utworzony ze skały łuk – wielki, twardy i ciężki – nazywać „Delikatnym”. Kiedy jednak – pokonawszy dość forsowne podejście i zawieszoną nad przepaścią, prowadzącą po skalnej półce ścieżkę – odsłania się przed nami widok tego najsłynniejszego bez wątpienia skalnego łuku świata, bez mała oniemiejemy zadziwieni jego… wyrafinowanym kształtem i niemalże misterną budową.

Pod łukiem spędziliśmy ponad godzinę, spoczywając wraz z dziesiątkami innych ludzi na skale tworzącej coś w rodzaju skalnego amfiteatru – z Delikatnym Łukiem w miejscu sceny. I mimo że – jak ktoś zauważył – ten łuk tam tylko „siedział” i nic nie robił, to spektakl był zaiste pasjonujący, tym bardziej że światło zachodzącego słońca z minuty na minutę zmieniało kąt padanie i swoje natężenie, pociągając za sobą zmianę barwy samego łuku, jak również otaczającej go scenerii – wraz z majaczącymi daleko na horyzoncie górami La Salle.
Patrząc na ów skalny łuk zastanawiałem się także i nad tym, skąd biorą się te nasze doznania estetyczne w zetknięciu z tworami natury. (Myślałem o tym nie pierwszy raz, zresztą.) Czy to dlatego, iż my, tworząc naszą estetykę, naśladowaliśmy Naturę, w związku z czym może się w niej odbić – niczym w zwierciadle – nasz zachwyt? Czy też Natura sama dokonała niejako „zapisu” w nas pewnego kanonu – poczucia piękna, dzięki czemu możemy w niej owo piękno dostrzegać?
Ale, ale… to przecież temat do niewczesnych rozważań. Może kiedyś…

Wróćmy jednak do naszego itinerary.
Jutro wjeżdżamy na teren rezerwatu Indian Navaho. A to już Arizona. I kolejne nieziemskie widowisko: Dolina Monumentów!

Licznik: 1511 mil

Dolina Monumentów leży na terenie rezerwatu Indian Navaho w Arizonie

Dolina Monumentów – rezerwat Indian Navaho w Arizonie

.

DZIEŃ 4: DOLINA MONUMENTÓW

Grand Mesa, Valley of the Gods, Goose Necks (czyli przełomy rzeki San Juan), burza piaskowa, skalny Meksykański Kapelusz, deszcz i błoto w Dolinie Monumentów, powitanie Arizony, rezerwat Nawahów, pierwsze prawdziwe zetknięcie się z Indianami, zachód słońca nad Navajo Land….
To skrócona wersja historii naszego dzisiejszego dnia.
Niemal cały czas towarzyszyły nam scenerie jakby z innej planety, często też można było odnieść wrażenie, iż bierzemy udział w jakimś filmie, zwłaszcza podczas wycieczki z indiańskim przewodnikiem po Dolinie Monumentów.

Pierwsze mocniejsze emocje zaczęły się dla nas, kiedy przyszło nam zjeżdżać z płaskowyżu zwanego Grand Mesa do Doliny Bogów. Jakimś cudem udało się komuś wykuć drogę na pionowej, liczącej kilkaset metrów wysokości ścianie. Dozwolona prędkość na owej żwirowej drodze to 5 mil na godz. A to mówi samo za siebie. Kobiety zakrywały oczy nad przepaścią, muzyka Pink Floydów przenosiła nas w kosmiczne wymiary, ale w końcu znaleźliśmy się u stóp wielkiej ściany i wjechaliśmy na dno doliny, której niezmierzoną przestrzeń widzieliśmy wcześniej z krawędzi Mesy.

Valley of the Gods (Dolina Bogów) to takie preludium do Monument Valley. Jednak monumenty tu nieco mniej monumentalne, Indian raczej się nie uświadczy, spotkane samochody można policzyć na palcach jednej ręki… ale za to mogliśmy się już przyzwyczajać do czerwonego morza piasków, otaczającego nas – jak okiem sięgnąć – ze wszystkich stron.
Jednak czerwień to nie jedyny kolor, jakim zabarwione są tutejsze skały. Są nimi wszelkie odcienie błękitu, zieleni, fioletu, brązu… A wszystko ułożone we wzory godne prawdziwego malarza abstrakcjonisty.
I te niezwykłe rzeźby wokół!
Oto np. Meksykański Kapelusz (Mexican Hat) – niczym odwrócone do góry rondem wielkie kamienne sombrero spoczywające na szczycie stożkowatej skały. Oto wijące się niczym meander koryto rzeki San Juan, które przypomniało komuś wygięte gęsie szyje (Goose Necks), oto skała do złudzenia przypominająca profil Indianina, wysoką twierdzę, gigantycznego słonia…
Gdzieś po drodze złapała nas piaskowa burza (znowu debiut dla mojej siostry i jej rodziny). Cały kolorowy świat zrobił się nagle ciemny i szaro-niebieski. Byliśmy na szlaku, więc posypały się na nas potężne zwały piachu, wciskając się dosłownie wszędzie. Nasze włosy przybrały rudą barwę, w zębach zaczął zgrzytać piach, a oczy zrobiły się czerwone. Zaraz potem jednak zaczął padać deszcz – i to było nasze pierwsze mycie (z wielu) , mające na celu pozbycie się piachu.

Ta pogoda zmartwiła mnie jednak tylko z jednego powodu: pod znakiem zapytania stawała nasza wizyta w Monument Valley. A to przecież jedno z najwspanialszych miejsc na naszej trasie: leżąca na terenie rezerwatu Indian Navaho Dolina Monumentów jest bowiem bez wątpienia jednym z najbardziej spektakularnych i niezwykłych miejsc – nie tylko kontynentu Ameryki Północnej, ale i całego globu.
Jeśli chodzi o mnie, to od dziecka marzyłem o zobaczeniu na własne oczy tego zakątka Dzikiego Zachodu, który znałem jedynie z westernów (był to przede wszystkim „Dyliżans” Johna Forda, ale nie tylko…).

Na szczęście aura nieco się wyklarowała więc można było myśleć o zapuszczeniu się wgłąb Doliny. Byłem tu już wielokrotnie, ostatnim razem wjechałem do Monument Valley samodzielnie, lecz teraz zdecydowałem się, by towarzyszył nam indiański przewodnik. Bowiem tyko z uprawnionym do tego celu tubylcem można odwiedzić dalsze, a przecież niezmiernie ciekawe, zakątki Doliny. Tak też się stało.
I tutaj wielce żałuję, że brakuje mi miejsca i czasu, by dokładniej opowiedzieć o tym, co widzieliśmy (i przeżyliśmy) z naszym Howardem vel Husky’m (tak właśnie zwał się nasz Indianin) na zalanych wodą (sic!) i pogrążonych w błocie bezdrożach Monument Valley, i jak mocnych wrażeń ta eskapada nam dostarczyła. Podobnie jak nie jestem w stanie choćby poruszyć tematu dotyczącego Indian Ameryki Północnej, który mnie w czasach moich szczenięcych mocno zajmował, wręcz pasjonował.
Wspomnę jedynie o przepięknym (jak zwykle tutaj) zachodzie słońca, (który nigdy mnie jeszcze w Dolinie Monumentów nie zawiódł, bez względu na to jak paskudna byłaby pogoda w ciągu dnia.) To właśnie wtedy Dolina Monumentów staje się jednym z najbardziej malowniczych, wręcz mistycznych miejsc, jakie zobaczyć można na naszej planecie.

No cóż. Muszę kończyć, zbliżamy się bowiem do Tuba City – miejscowości, gdzie znajduje się nasz kolejny nocleg.
A jutro?
Najbardziej widowiskowa dziura w ziemi – Wielki Kanion!

Licznik: 1817 mil

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

.

DZIEŃ 5: WIELKI KANION

Sława Wielkiego Kanionu jest globalna. Kto o nim nie słyszał? Któż nie chciałby – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć na własne oczy ten „cud natury”? Podejrzewam, że pragnieniu temu nie oparliby się nawet ci, którzy są zupełnie niewrażliwi na piękno przyrody – choćby ze zwykłej ciekawości.
Nie jest to teraz takie trudne. Wystarczy tylko przybyć do Arizony, wsiąść do samochodu, autokaru a może nawet do pociągu i w ciągu paru godzin stanąć na krawędzi największego (choć nie najgłębszego) i jednego z najbardziej malowniczych kanionów świata. Dawniej nie było to takie trywialne. Aby się tu dostać, potrzeba było kilku dni jazdy konnej ścieżkami znanymi tylko żyjącym w tych stronach Indianom i traperom.

Kiedy uczestnicy jednej z pierwszych wypraw eksplorujących zachodnie rubieże Ameryki zobaczyli ogrom oraz przestrzenne rozpasanie Kanionu, stwierdzili, że jest on czymś tak odstraszającym, że są pewnie ostatnimi białymi, którzy chcieliby się tu zapuścić. Obecnie Wielki Kanion zwabia każdego roku ponad 4 miliony turystów.
Tak oto zmienia się nasza ludzka perspektywa.
Drzewiej ważne było tylko praktyczne podejście do przyrody, którą trzeba było okiełznać, gdyż było to konieczne do przeżycia. Dziś liczy się zaspokojenie własnej ciekawości, dotarcie do miejsc znanych, zobaczenie ich – co jest w pewnym sensie celem samym w sobie.
Możemy być natomiast pewni tego, że kiedy blisko pół tysiąca lat temu dotarli tu pierwsi Europejczycy (a konkretnie hiszpańscy konkwistadorzy pod wodzą Francisco de Coronado), postrzegli oni Kanion jedynie jako przeszkodę na drodze do legendarnych złotych miast Ciboli, które chcieli złupić.

Dziś Wielki Kanion jest dobrem wręcz bezcennym i bynajmniej nie mam tu na myśli tylko arizońskiej turystycznej komercji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że bezcennym tak, jak bezcenne są dzieła sztuki stworzone przez człowieka, bowiem, podobnie jak w nich, zamknięte jest w nim to, co uznajemy za piękno.

Swoje trzy grosze wtrąciłby też geolog, dla którego Wielki Kanion jest pasjonującą księgą z zapisaną w niej historią naszej planety. A sięga ona tutaj niewyobrażalnej dla ludzkiej percepcji czasu wielkości 2 miliardów lat (taki jest wiek najstarszych skał, jakie odsłoniły się na samym dnie Kanionu). Zresztą, nie możemy sobie nawet wyobrazić czasu, w jakim rzeka Kolorado zdołała wyrzeźbić swoje dzieło, choć w skali geologicznej jest to ledwie chwila: cóż bowiem znaczy te marne 5 milionów lat wobec owych miliardów lat istnienia Ziemi?

Kanion w ogóle jest tworem, który trudno jest człowiekowi ogarnąć, przyswoić, „zrozumieć”… Przede wszystkim – jeśli chodzi o ocenę jego kolosalnej wielkości – zawodzą nas nasze zmysły. Po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich parametrów, brak nam jakiegoś punktu odniesienia, by pojąć te proporcje. Chociaż wrażenie robią już suche liczby: długość kanionu – 450 km., szerokość dochodząca do 16 km., głębokość – 1600 m. Wyobraźmy sobie taki twór np. w Polsce. Ileż to by zajęło województw?

Jak ludzie reagują na widok Kanion?
Otóż różnie.
Podczas wielokrotnych wizyt tutaj zaobserwowałem różnorodne reakcje: od pojawiających się w oczach łez, do zupełnej obojętności (ktoś wolał sobie pójść na lody, niż podejść nad krawędź i rzucić okiem na Kanion.) Dwa ekstrema, każde jednak zawierające w sobie pewną dozę ekscesu. Między nimi rozciąga się spektrum ludzkiej wrażliwości na Kanion.

Niejednokrotnie zastanawiałem się od czego to zależy? Od jakiejś organicznej konstytucji człowieka, od czułości jego zmysłów, od stanu ducha, samopoczucia, od nastawienia, sugestii… ? Jaki to ma związek z inteligencją, a jaki z wiedzą? Bardziej to cecha wrodzona czy nabyta? Czy jest to prosta funkcja ciekawości świata, na stawienia doń, albo też – z drugiej strony – obojętności na estetyczne walory, jakie niewątpliwie posiadać mogą twory przyrody?

Przypomina mi się tutaj pewna anegdota. Pewnego razu gościem stanu Arizona był słynny marszałek francuski Ferdynand Foch. Kiedy zaprowadzono znamienitego gościa nad krawędź i pokazano mu Kanion, wszyscy byli niezmiernie ciekawi jego reakcji. Zapadło milczenie i każdy z towarzyszącej marszałkowi świty nadstawił ucha, oczekując jakichś wiekopomnych słów. Wtedy Foch odwrócił się i powiedział: „Let’s have a cup of tea”.

Nie jestem marszałkiem Fochem. Za każdym razem, kiedy docieram nad kanion, robi on na mnie niezmiennie wielkie wrażenie.
Także i dzisiaj cieszyłem się z tego kolejnego z nim spotkania. Mam nadzieję, że i zadziwienie moich towarzyszy podróży było autentyczne. W końcu spotykali się z Kanionem pierwszy raz w życiu.

Na południowej krawędzi Wielkiego Kanionu spędziliśmy niemal cały dzień, oglądając go z najciekawszych punktów widokowych: Grand View, Moran, Yavapai, Lipan. Późnym popołudniem zaś wybraliśmy się na Hopi Point, podobnie zresztą jak większość ludzi, gdyż taras ten słynie z najpiękniejszych zachodów słońca nas Kanionem. To właśnie o tej porze kolory wąwozu są najbardziej intensywne, pojawia się głębia i gra cieni… co chciałem (dość chyba jednak nieskutecznie) uchwycić aparatem fotograficznym – czego nieporadną próbkę załączam do mojego dzisiejszego wpisu (lecz to tylko namiastka).

Licznik: 2019

Las Vegas by night

Las Vegas by night

*

DZIEŃ 6: LAS VEGAS

Miasteczko Flagstaff, w którym spędziliśmy noc po odwiedzinach Wielkiego Kanionu, dzieli od Las Vegas kilkusetmilowa droga przez półpustynie Arizony. Zanim jednak tam dotarliśmy, zdecydowałem się zboczyć nieco z utartego szlaku i zajrzeć do położonej wśród sosnowych lasów Sedony, aby nieco otrząsnąć się z piasku pustyń, które pokonaliśmy do tej pory. Po drodze zatrzymaliśmy się na kilka godzin w parku stanowym Slide Rock, gdzie można się było wykąpać w orzeźwiającym strumieniu Oak Creek, którego koryto tworzy wygładzona skała, dzięki czemu w Oak Creek da się nie tylko pływać, ale i ślizgać (stąd nazwa parku), co sprawiło niezłą frajdę naszym dziewczynom.

Jednakże już w pobliskiej Sedonie zakurzyliśmy się ponownie, bowiem wypuściliśmy się naszym SUV-em w jeden z tych dzikich a kamienistych traktów, które prowadzą wśród otaczających miasto stromych, poszarpanych i wysokich czerwonych skał.

Lecz Sedona słynie w Ameryce nie tylko ze swojego malowniczego położenia i z tych wertepów. To właśnie tutaj ostatnimi laty ściągnęli zewsząd wyznawcy New Age, czekając na swój Rok Wodnika i ładując się emanującą ponoć ze skał energią. Miasteczko pełne jest więc artystów, ludzi uduchowionych, a także zwykłych dziwaków. Do tego grona dołączyliśmy także i my. Lecz tylko na chwilę. Zaraz bowiem musieliśmy uderzyć w dalszą drogę na północny zachód – w kierunku Nevady.

* * *
Do Las Vegas najlepiej jest wjeżdżać nocą, kiedy to położone w niecce miasto przypomina migotliwe morze świateł. Iluminacyjne wrażenie potęguje się, kiedy zbliżamy się do tzw. „stripu”, czyli położonego wzdłuż Bulwaru Las Vegas pasma rozświetlonych neonami największych kasyn ogarniętych zupełnie szaloną feerią barw. I bez względu na to, jak byśmy sobie to miejsce nie wyobrażali i co byśmy o nim nie sądzili, to widok ten przyprawia niemal każdego zjawiającego się tu po raz pierwszy człowieka o większy lub mniejszy (nie tylko estetyczny) szok.

Mam swoje dość jednoznaczne i wykrystalizowane zdanie o Las Vegas. Nie jest to mój świat, ani moja estetyka, ani też rodzaj rozrywki, który preferuję, a mimo wszystko uważam, że to jedno z największych dziwowisk świata absolutnie warto – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć. Nasze zadziwienie będzie totalne. Nic bowiem nie jest w stanie przygotować nas na zderzenie się z tym fenomenem (a to, że jest to swego rodzaju fenomen nie ulega wątpliwości) – żaden film (a były ich o Las Vegas dziesiątki), żaden opis czy relacja.

Oczywiście, że jest to monstrualny kicz, z którym nic nie może się równać; naturalnie, że jest to apogeum konsumpcyjno-eskapistycznej cywilizacji, która na aksjologicznej – i dosłownej (w sensie geograficznym) – pustyni wybudowała swój Babilon.

Jednakże ta apoteoza kiczu nie jest tandetą ani też totalnie skrojonym na prostackie gusta lunaparkiem. Zbyt dużo w niej wyrachowanego zamysłu, przemyślności, rzec można nawet – wyrafinowanej koncepcji. Niejaki podziw może również wzbudzić doskonałość konstrukcji tej ludyczno-hazardowej machiny – jej skuteczność wydajność, niezawodność i skuteczność.

Ale czego się nie robi dla pieniędzy.

W Las Vegas panuje zaskakujący porządek. Cóż, „Ordnung muss sein!” – jak mawiali starzy mafiozi, którzy pierwsi zainwestowali w kasyna, rozkręcając ów biznes na niespotykaną nigdzie indziej skalę.

Uderzają lasvegaskie paradoksy, zadziwia historyczna ironia.
Las vegas to po hiszpańsku łąki (po których zresztą nie ma tu ani śladu, chyba że same kasyna uznamy za ośle łączki pasących się i karmiących złudzeniami hazardzistów), a miasto zostało założone przez purytańskich i pobożnych Mormonów. (Teraz jest to jedyne miejsce w Ameryce, gdzie dozwolona jest prostytucja, choć oficjalnie burdeli w samym Las Vegas nie ma. Amatorzy płatnej „miłości” jadą więc na pustynne peryferia do dziur w rodzaju położonego nieopodal Doliny Śmierci Pahrump lub zamawiają sobie do pokoju hotelowego call girl… ale o tym to ja tylko wiem ze słyszenia).

Las Vegas bawi, tumani, przestrasza – oszałamia, zachwyca, budzi niechęć lub przyciąga… you name it! Jest czymś obliczonym na masowe wzięcie, odwołuje się do najprostszych (ktoś bardziej złośliwy mógłby rzec – najprymitywniejszych) ludzkich potrzeb i skłonności, takich jak np. seks, rozrywka, konsumpcja, rozładowanie, zapomnienie, ucieczka… Daje przy tym średniemu człowiekowi złudzenie uczestnictwa w bajce i luksusie. Stąd te wszystkie Bellagia, Paryże, Wenecje, Miraże, Pałace Cezarów, Excalibury, Wyspy Skarbów, Luxory… Stąd nieprzebrane, uginające się od żarcia bufety, czy widowiska, przy których Moulin Rouge może wyglądać na Kopciuszka.

Tak więc zderzyliśmy się z tym wszystkim już dzisiaj, niemniej jednak nie daliśmy się (jeszcze) porwać przelewającym się po Las Vegas Boulevard tłumom. Przyjechaliśmy dość późno, więc tylko zrobiłem małą rundę po stripie, by pokazać mojej rodzinie największe kasyna – z perspektywy samochodowego okna. Po kolacji w Excaliburze zakwaterowaliśmy się w jednym z hoteli sąsiadujących z Cesar Palace, Bally’s, Flamingo i Bellagio (a więc w samym epicentrum lasvegaskiego tygla) i udaliśmy się na spoczynek przed planowaną na jutro wyprawą do Doliny Śmierci.

Licznik: 2398 mil

Zabriskie Point - pozdrowienia z Doliny Śmierci

Zabriskie Point – pozdrowienie z Doliny Śmierci

.

DZIEŃ 7: DOLINA ŚMIERCI

Udało się! Z Doliny Śmierci wyjechaliśmy żywi, cali i zdrowi!
Może tylko trochę podpieczeni słońcem, lżejsi o parę kilogramów wypoconej z nas i wyparowanej wody.
Wycieczka trwała prawie cały dzień. Po pustyni arizońskiej będącej częścią krainy zwanej Sonora Desert, poznaliśmy pustynię kolejną, a mianowicie Mohave, która zajmuje nieomal całą Nevadę oraz sporą część południowej Kalifornii, gdzie leży Park Narodowy Doliny Śmierci. Tym sposobem „zaliczyliśmy” również kolejny stan na naszej trasie. (Jednakże na to, by dokładniej poznać Kalifornię potrzeba ciut więcej czasu. Ale to zupełnie inna bajka.)

Dolina Śmierci swą złą (i dobrą) sławę zawdzięcza swojej wyjątkowości, o której decyduje jej położenie geograficzne: jest to bowiem najgorętsze, najniżej położone oraz najbardziej suche miejsce na półkuli zachodniej. A oprócz tego zupełnie niezwykłe, jeśli chodzi o krajobraz.

Etymologicznie, polska „pustynia” przywodzi na myśl jakieś miejsce puste. Jednak, moim zdaniem, lepiej oddaje naturę pustyni angielskie słowo desert, które kojarzy się z czymś opuszczonym, porzuconym. Bowiem pustynia pełna jest niespodzianek, nie wspominając o tym bogactwie ukrytym, niewidocznym na pierwszy rzut oka, niezbyt oczywistym.
Dokładnie tak się sprawy mają ze słynną Doliną Śmierci.

Przede wszystkim zaskakuje jej różnorodność. Każde miejsce gdzie się zatrzymywaliśmy, wyróżniało się czymś swoistym, było na swój sposób wyjątkowe.
Oto Kotlina Badwater: rozległa, biała jak śnieg salina, gdzie znajduje się największa depresja (86 m. poniżej poziomu morza), a na jej obrzeżach – stosunkowo mała sadzawka słonej wody, gdzie żyją gatunki roślin i zwierząt tzw. endemiczne, czyli takie, które spotkać można jedynie w tym bajorku i nigdzie indziej na świecie. Furnace Creek, gdzie zanotowano rekordowo wysoką (dla obu Ameryk) temperaturę (57 st. C) – teraz jest to oaza z przypominającym miraż dużym zagajnikiem palm daktylowych. Sand Dunes – przywodzące na myśl Saharę piaszczyste wydmy. Devil’s Golf Course – rozległe pola porowatych minerałów, które komuś skojarzyły się z golfowiskiem dla diabłów. Artist Drive – wijąca się pośród kolorowych skalnych stożków wąska dróżka prowadząca do bajecznie kolorowej ściany zwanej Paletą Artysty. Scotty’s Castle – „zamek” wybudowany dosłownie na piasku przez pewnego ekscentryka z Chicago… (I bynajmniej nie wymieniłem jeszcze wszystkich ciekawych miejsc Doliny.)
Ale, ale… jakże mógłbym nie wspomnieć o złotych zboczach i wąwozach, które widzi się na Zabriskie Point (czy ktoś przypomina sobie film Antonioniego z muzyką napisaną specjalnie do tego filmu przez „Pink Floydów”?) Nota bene, to jeden z najbardziej malowniczych zakątków Death Valley.

Dziś przez Dolinę Śmierci podróżować jest nieprzyzwoicie łatwo. Wsiada się do klimatyzowanego samochodu, jedzie z prędkością blisko 100 km. na godzinę, wysiada się na krótko, by z bliska zobaczyć co ciekawsze zakątki, robiąc niezbyt długie spacery, (które i tak pozwoliły nam odczuć na własnej skórze buchające żarem powietrze – na termometrze w Furnace Creek odczytaliśmy temperaturę 45 st. C !)
Służby parkowe kontrolują teren, by nikomu nie stało się nic złego. Są tu hotele, campingi, prawdziwe pola golfowe, stacja benzynowa, sklepy, restauracje a nawet… opera!

Zupełnie inne warunki towarzyszyły tu ogarniętym gorączką złota pionierom, którzy, podążając w połowie XIX wieku do złotonośnych pół Kalifornii, chcąc skrócić sobie drogę, trafili na dno Doliny, w której utknęli na kilka tygodni i tylko jakimś cudem nie zostali w niej na zawsze (niestety, nie udało się to dwójce z nich).
Kiedy przybyto im wreszcie z pomocą wyprowadzając z głębi kotliny, jedna z kobiet odwróciła się za siebie i powiedziała: „Goodbye Death Valley”. Nazwa przylgnęła.

W samej Dolinie Śmierci spędziliśmy ładnych parę godzin, a na koniec zafundowałem mojej grupie niespodziankę: widok Doliny Śmierci z punktu zwanego Dante’s View, położonego na grzbiecie pasma górskiego Amargosa, które ogranicza kotlinę od strony wschodniej. Dopiero stamtąd (z wysokości ponad półtora kilometra nad dnem Doliny) widać jej ogrom (100 km. długości).
No cóż, muszę kończyć, bo i tak się rozpisałem ponad miarę, a tu widać już w oddali Las Vegas, gdzie czeka nas jeszcze jedna noc. Może tylko zatrzymamy się jeszcze przy niezwykłych drzewkach Jozuego?

Jest późne popołudnie. Jaskinia hazardu blisko. Tym razem więc zobaczymy owo rozpasane curiosum w świetle dnia, a jest to widok diametralnie różny od tego, co widzi się w nocy.
A propos nocy… Wygląda jednak na to, że (mimo wszystko) pójdziemy dzisiaj spać bardzo późno.

Licznik: 2698 mil

w Parku Narodowym Zion - Utah

Taniec na skale – Ania i Ula w malowniczym Zion

.

DZIEŃ 8: ZION

Z szalonego Las Vegas wróciliśmy na ziemie Mormonów, czyli do Utah. Tak się złożyło, że to właśnie oni zaczęli w połowie XIX-go wieku zasiedlać ten rejon, który geologowie nazywają Płaskowyżem Kolorado. Moim skromnym zdaniem należy on do najciekawszych krajobrazowo regionów naszego globu – o czym mogliśmy się już przekonać oglądając Łuki Skalne, Dolinę Monumentów i Wielki Kanion.
Teraz czekały nas jeszcze parki narodowe Zion i Bryce Canyon, kolejne miejsca niezwykłe i zadziwiające.

Do Zionu dotarliśmy już po południu, jednakże mieliśmy wystarczająco czasu by zobaczyć najciekawsze miejsca parku, przejść się po kilku szlakach. Mimo że Las Vegas dawało się jeszcze we znaki, nie sposób było nie dostrzec Zionowego piękna, które jest monumentalne, a przez to uderzające.

Ktoś może pomyśleć, że przesadzam z tą egzaltacją, nadużywając przy tym określenia „piękny”, ale Bóg mi świadkiem, że jest się tu czym zachwycać, a moje słowa są jak najbardziej usprawiedliwione. Moja rodzina orzekła, że w Zion jest ładniej niż nad Wielkim Kanionem i ja to rozumiem, zwłaszcza kiedy idziemy pełnym zieleni wąwozem Rzeki Dziewiczej (Virgin River) a po obu naszych stronach wznoszą się wysokie na 700 – 800 metrów strome skalne ściany i to we wszelkich odcieniach brązu, czerwieni, żółci i bieli.
Te monolity mają swoje adekwatne nazwy: Dwór Patriachów (Court of the Patriarchs), Wielki Biały Tron (The Great White Throne), Świątynia Sinawava (Temple of Sinewava), Lądowisko Aniołów (Angels Landing)… Sama nazwa parku sięga tradycji Mormonów, którym kanion kojarzył się z biblijnym Syjonem.

Wpierw podeszliśmy pod Płaczącą Skałę (Weeping Rock). To rodzaj wilgotnej groty przypominającej skalny ogród. Po jej ścianach pną się dzikie bluszcze a z górnej półki zwisają roślinne girlandy, po których spływa woda, tworząc rodzaj kotary z kapiących, skrzących się w słońcu kropel.
Następnie szlak zaprowadził nas do Szmaragdowych Stawów (Emerald Pools). Po przejściu około kilometra, w cieniu olbrzymiej skalnej niszy natrafiliśmy na małe, otoczone głazami i krzewami jeziorko mieniącej się kolorami wody. Po stromym podejściu prowadzącym wśród skalnych uskoków, półek i ścian czekała nas kolejna niespodzianka – następne urokliwe bajorko, a na jeszcze wyższym poziomie – już zupełnie sporych rozmiarów (choć ukryty pod wysoką na kilkaset metrów ścianą) staw.

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy można było do tego, liczącego około 16 km. długości kanionu wjechać swoim wehikułem. Na szczęście nie tak dawno zamknięto tu ruch dla prywatnych pojazdów, dzięki czemu Kanion oddano na powrót we władanie naturze: zamiast wycia silników i smrodu spalin, słyszymy jedynie odgłosy przyrody i oddychamy czystym powietrzem.

Lecz nie był to jeszcze koniec naszych dzisiejszych wrażeń.
Zupełnie nieprawdopodobna była droga, którą przejechaliśmy na drugą stronę parku. Najpierw był niezwykle stromy podjazd w kanionie, z którego, jak by się mogło wydawać, nie sposób się wydostać; później – przejazd tunelem przez sam środek „góry”, a następnie drogą, która prowadziła przez krajobraz iście fantastyczny, bo utworzony przez liczącą dziesiątki milionów lat skamieniałą pustynię żółto-czerwonych wydm porośniętych karłowatymi drzewkami.
Chylące się ku zachodowi słońce wydobywało z tego labiryntu skał coraz bardziej intensywne barwy i coraz większą głębię, poddając wszystko grze światła i cienia… Lekko oszołomieni pożegnaliśmy się z Zionem.
Już jutro ma nastąpić spotkanie z jego nie mniej osławionym sąsiadem – Kanionem Bryce’a.

Licznik: 3018 mil

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

*

DZIEŃ 9: BRYCE CANYON

Na paradoks zakrawa to, że będący w zasadzie pustynią Płaskowyż Kolorado swą niezwykłą rzeźbę terenu zawdzięcza w dużej mierze wodzie. Naturalnie, za powstanie tego przedziwnego kalejdoskopu skalnych tworów są odpowiedzialne wszystkie czynniki atmosferyczne, ale woda jest tu siłą dominującą.

Dlaczego akurat w tym rejonie istnieje takie bogactwo geologicznych form – taka zdumiewająca różnorodność ukształtowania terenu, takie uderzające piękno krajobrazu?
Przyczyn jest kilka lecz najważniejsze to: stosunkowo młody wiek tych ziem (w skali geologicznej, oczywiście) oraz wyjątkowe zróżnicowane skalnych warstw, które zawdzięczamy bogatej historii regionu. Bowiem na przestrzeni setek milionów lat był on kolejno: oceanem, morzem, pustynią, bagnem, ponownie morzem i jeziorem, następnie dorzeczem, sawanną i jeszcze raz pustynią.

Wszystko nabrało dramatycznego przyśpieszenia około 15 milionów lat temu, kiedy płaskowyż zaczął się wypiętrzać. Wtedy siły erozyjne nabrały takiego impetu, że jego powierzchnia zaczęła się zmieniać w gwałtownym (jak na ziemskie warunki) tempie.
I tak jest do chwili obecnej, czego naocznymi świadkami możemy być nawet i my – istoty pojawiające się na powierzchni ziemi dosłownie na mgnienie oka – niczym jednodniowa jętka czy jakaś inna organiczna efemeryda. Gdyż na własne oczy widzieć możemy jak walą się skalne łuki i mosty, rozmywają i pogłębiają kaniony, wietrzeją skały, wysycha roślinność, tworzą się nowe jeziora…
Płaskowyż Kolorado należy więc do najszybciej zmieniających się krajobrazowo regionów na świecie. Dlatego tak bardzo różni się np. od amerykańskiego Wschodu, który ukształtował się na dobre już kilkaset milionów lat temu, kiedy to erozja spowodowała np. zniknięcie (przeminięcie z wiatrem i wodą) aż 7 km. skał osadowych, jakie kiedyś piętrzyły się nad dzisiejszymi Apallachami (czego nawet nie próbujmy sobie wyobrazić, bo jest to po prostu niemożliwe).

Myślę, że ten przydługi wstęp potrzebny jest jednak do tego, by zrozumieć to, co właśnie rozwinęło się przed naszymi oczami.
A dzisiaj były to dziwy Kanionu Bryce’a.
Mimo, iż leży on właściwie po sąsiedzku Zionu, to różni się od niego diametralnie. Właściwie nie jest to kanion a zerodowana krawędź Płaskowyżu … hm, proszę się przygotować: Paunsaugunt, gdzie doliczyć się można tysięcy małych kanionków „szczelinowych” (jeśli dobrze tłumaczę angielską nazwę slot canyon). Tym sposobem powstało tu kilkanaście „amfiteatrów” wypełnionych całą masą skalnych wieżyczek, szpic, ostańców, okien, mostków, kolumn, łuków… a wszystko w czerwono-różowo-białej tonacji, podkreślającej tylko bajeczny charakter tej krainy.
Indianie nazywali ją Agka-ku-wass-a-wit, co można przetłumaczyć jako „pomalowani na czerwono ludzie”, ponieważ, według legendy są to po prostu zamienieni przez bogów w skałę złoczyńcy. Jeśli tak, to było ich sporo, bo amfiteatry wyglądają tak, jakby stały w niej wielotysięczne, skamieniałe i czerwone od wstydu tłumy.

* * *
Noc spędziliśmy w położonej nieopodal Kanionu Bryce’a osadzie Tropic, dlatego też w parku (używam tego słowa, gdyż Bryce Canyon również ma status parku narodowego) mogliśmy się znaleźć dosłownie w ciągu paru chwil, pozostając w nim do późnego popołudnia.
Nasze spotkanie z Bryce nastąpiło na punkcie widokowym zwanym Inspiration Point, skąd rozciąga się panorama najbardziej chyba widowiskowego amfiteatru. Jednakże nic nie zapowiadało tego, co czekało nas przy zejściu wgłąb kanionu, ponieważ widok z jego krawędzi jest zupełnie czymś innym, niż doświadczenie jego bliskości „od wewnątrz”, czyli na ścieżce prowadzącej na dół.
Szlak ten nosił nazwę Pętla Nawahów (Navaho Loop), a prowadził m.in. przez kanion szczelinowy zwany adekwatnie Ulicą Ścienną (Wall Street), jako że przypominał on dróżkę wciskającą się pomiędzy dwie strome i bardzo wysokie skalne ściany z czerwonego piaskowca. Jakby tego surrealnego wrażenia było mało, u jego wylotu rosły smukłe daglezje (odmiana świerka), które jakimś cudem zdołały tam się nie tylko uchować, ale i rozwinąć w całkiem okazałe drzewa.
Navajo Loop to bez wątpienia jeden z najbardziej niezwykłych szlaków, na jakie udało mi się w życiu trafić.

Przy okazji warto chyba wspomnieć o moich doświadczeniach z czasów, kiedy bawiłem się w przewodnika, pokazując grupom wycieczkowym najciekawsze zakątki tego regionu. Zauważyłem np., że takie miejsca jak Zion czy Bryce robiły na ludziach większe wrażenie, niż np. osławiony Wielki Kanion.
Dość łatwo było mi to jednak zrozumieć.
Wielki Kanion jest czymś, co przez swoją potęgę wymyka się naszej percepcji – jego skala ma po prostu w sobie coś „nieludzkiego”, w przeciwieństwie do Zionu czy Kanionu Bryce’a, z którymi można nawiązać kontakt niemalże „intymny”, łapiąc ich piękno w bezpośrednim, bliskim zetknięciu. Dzięki temu stają się one czymś swojskim, przykrojonym na naszą miarę.
Przy tym Zion bardziej zwykł był podobać się mężczyznom (ta jego monumentalna wyniosłość i solidność!), natomiast Bryce kobietom (ach ta jego różowo-pomarańczowa delikatność i wręcz koronkowość!) Świadczy to jedynie o tym, jak odmienne w charakterze są te dwa miejsca… no i oczywiście o różnicy w reakcjach wynikających z odmienności płci.

Wśród moich towarzyszy podróży opinie są więc podzielone. Ale to w niczym nam nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – przyjemnie zmęczeni po całym dniu wrażeń, mkniemy w kierunku stolicy Mormonów, a ja spokojnie mogę sobie wypisywać wszystkie te dyrdymały.

Licznik: 3297 mil

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

.

DZIEŃ 10: SALT LAKE CITY – MORMONI

Znów piszę na kolanie. Mkniemy autostradą I-15 na północ, przed chwilą przekroczyliśmy granicę z Idaho, stanem nie tylko Wielkiego Ziemniaka, ale i słynnej Doliny Słońca – tej samej, gdzie Glenn Miller grał swoją serenadę i gdzie Ernest Hemingway po życiu pełnym przygód strzelił sobie w głowę z dubeltówki.
Godzinę temu opuściliśmy Salt Lake City, jesteśmy więc na świeżo po spotkaniu z Mormonami oraz z ich misjonarzami, którzy pokazali nam Plac Świątyni (Temple Square), stanowiący centrum świata mormońskiej religii. Opowiedzieli też o swoich dziejach, wierzeniach, organizacji, życiu… o historii, która zaiste jest niewiarygodna, choć przecież prawdziwa.
Prześladowana w XIX wieku sekta rozrosła się, przekształcając w kościół o globalnym zasięgu liczący dziś ponad 14 milionów członków, który oprócz tego, że konstytuuje światopogląd swoich wyznawców, to jest także jednocześnie potężną organizacją z ogromnym finansowym potencjałem.
Przywódcy Mormonów byli bowiem zawsze nie tylko przemyślnymi inwentorami dogmatów wiary (jako przywódcy duchowi), ale i również świetnymi biznesmenami (jako organizatorzy życia społecznego bogobojnych a zarazem pracowitych współbraci).

Po Placu Świątyni oprowadzały nas dwie misjonarki: siostra Fellmann ze Szwajcarii oraz siostra Shugart z Kanady, młode dziewczyny woluntariuszki, które półtora roku swojego życia poświęciły pracy misyjnej – służbie ludziom i Bogu, jak same wyznały (kiedy zapytałem o ich imię, powiedziały, że są teraz tylko „siostrami”).
Ciekawił mnie zwłaszcza przypadek siostry Fellmann, która przyznała, że pochodzi z rodziny ateistycznej, jednak w Kościele Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego (tak brzmi jego pełna nazwa) odnalazła spokój, radość, ukojenie i sens życia. A kiedy to mówiła patrząc mi prosto w oczy, nie sposób było jej nie uwierzyć.

Siostry opowiadały też o cudach, z których zwłaszcza jeden zabrzmiał mi wiarygodnie. Wydaje się bowiem, że bez pomocy sił nadprzyrodzonych niemożliwe byłoby wybudowanie na pustyni (w czasach, kiedy jeszcze nad Słonym Jeziorem nie było dosłownie nic), tak imponującej konstrukcji, jaką jest Świątynia Mormonów – kosmiczne centrum ich wiary. Jej budowa trwała 40 lat i zakończyła się dopiero w 1893 roku. (Świątynia nie jest zresztą jedynym ciekawym obiektem na Temple Square. Warto wspomnieć jeszcze o Tabernaculum – siedzibie słynnego chóru mormońskiego – istnej perle architektury drewnianej).

Jednakże cudem było chyba także to, że Mormoni zdołali 44 lata wcześniej przedrzeć się przez dzikie bezdroża Wielkich Równin oraz przełęcze Gór Skalistych, zasiedlić niegościnne pustynie i… nie tylko przetrwać, ale i przemienić swoje państwo (w państwie) w pewien rodzaj bogatego imperium, stając się jedną z najlepiej prosperujących społeczności w Stanach.
Mając to na uwadze, łatwiej znieść owe absurdy (absurdy z postronnego punktu widzenia), jakie zakradły się do ich wiary (jak np. „jedynie prawdziwa i objawiona” Księga Mormonów, która została ponoć spisana  – z bożego natchnienia – na kontynencie amerykańskim parę tysięcy lat temu, odnaleziona i przetłumaczona przez Josepha Smith‘a, założyciela sekty, któremu w 1828 roku w stanie Nowy Jork objawił się sam Jan Chrzciciel zdradzając miejsce ukrycia tablic, na których wyryty był tekst Księgi).

Wbrew pozorom wszystko to było bardzo racjonalne, gdyż bez sakralnego usankcjonowania władzy liderów sekty, niemożliwe byłoby przetrwanie Mormonów: przezwyciężenie prześladowań, wytrzymanie nieludzkich trudów przeprawy na Zachód, organizacja pierwszych osiedli, konstytucja i rozkwit Kościoła.
Czymś racjonalnym było też wielożeństwo (aspekt, który wśród odwiedzających mormońskie ziemie budzi niezmiennie żywe zainteresowanie). Bowiem nie było ono bynajmniej jakąś pochodną wybujałej potencji seksualnej Mormonów, ale praktyczną potrzebą zwiększania populacji grupy żyjącej przecież w bardzo specyficznych warunkach. Co bardziej prominentni mężczyźni mogli się poszczycić całkiem pokaźnym haremem liczącym kilkadziesiąt kobiet.
Oficjalnie, od wielożeństwa Mormoni odeszli pod koniec XIX wieku, jednakże jeszcze i dzisiaj zdarza się, że w niektórych rodzinach jest jeden patriarcha, kilka matron i cała czereda „pociech”.

Kiedy opuszczaliśmy Temple Square, a później bogate, schludne i rozbudowujące się w niezwykłym tempie downtown Salt Lake City, przypomniał mi się jeszcze jeden moment z mormońskiej historii.
Otóż kiedy (po morderczej przeprawie przez Góry Skaliste) Bringham Young i podążający za nim Mormoni stanęli na skraju Słonego Jeziora, ten oddalił się na jakiś czas w ustronne miejsce, a kiedy wrócił, obwieścił swoim umęczonym ludziom: „To jest nasza ziemia obiecana. Tak mi powiedział Bóg”.
I oni mu uwierzyli. I tu zostali.
A to co się działo później potwierdziło jedynie słuszność ich decyzji.

* * *
Jeszcze w Idaho, nad malowniczym przełomem Snake River, przejąłem kierownicę i wjechaliśmy w góry. Piołunowe pustynie i niezmierzone ziemniaczane pola ustąpiły miejsca świerkowym lasom, zielonym polanom, wartkim górskim strumieniom… Po pokonaniu wysokiej na dwa i pół kilometra przełęczy Teton, wjechaliśmy do innego świata, jakim jest bez wątpienia kotlina Jackson Hole. Od Yellowstone dzielił nas już tylko przysłowiowy „rzut beretem”. Lecz wcześniej czekał nas jeszcze potężny górski łańcuch Grand Teton.

Licznik: 3665 mil

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

*

DZIEŃ 11: GRAND TETON

Kiedy na początku XIX wieku pierwsi francuscy traperzy zobaczyli z daleka charakterystyczne szczyty gór ograniczających wielką kotlinę, do której właśnie wkroczyli, nieco na ten widok oniemieli, a jako że byli pozbawieni kobiet i seksualnie wygłodniali, skojarzenia mieli jednoznaczne. Nazwali je Grand Teton, co znaczy nic innego, jak Wielkie Piersi.
W rzeczywistości jest to jeden z najpiękniejszych górskich łańcuchów na kontynencie. (Czy jednak, zważywszy na nazwę, można się temu dziwić?)

W kotlinie Jackson Hole (bo o niej tu mowa) mieliśmy dwa noclegi – w dobrze mi znanym, zaprzyjaźnionym niemalże schronisku zwanym po prostu „The Hostel”, leżącym u podnóża gór w małej osadzie Teton Village.
Na zwiedzanie kotliny mieliśmy więc cały dzień, którego większość spędziliśmy na terenie Parku Narodowego Grand Teton. Wpierw przybyliśmy nad Jezioro Jenny i po przeprawieniu się na jego drugą stronę wyruszyliśmy na szlak prowadzący do Kanionu Kaskadowego, mijając po drodze Ukryte Wodospady (Hidden Falls), wspinając się na Inspiration Point (skąd roztaczała się rozległa panorama całej Jackson Hole z widocznymi w dole jeziorami). Idąc dalej wgłąb kanionu zgubiliśmy na szczęście tłumy kłębiące się na początku szlaku przy wodospadzie i punkcie widokowym na jezioro.
Nasza wędrówka trwała prawie 4 godziny i była prawdziwą rozkoszą delektowania się świeżym górskim powietrzem, tudzież widokami, które objawiały się przed naszymi oczami za każdym skalnym załomem. Na szlaku, oprócz okazjonalnych osobników homo sapiens, spotkaliśmy również pasące się na podmokłej łące, obgryzające młode wierzbowe listki łosie.

Przyjemnie zmęczeni zajechaliśmy jeszcze późnym popołudniem do miasteczka Jackson, będącym niejako sercem cywilizacji, która niestety coraz bardziej panoszy się w tym naturalnym raju, jakim jest kotlina. Kiedyś była to typowa górska osada zasiedlona jedynie przez traperów i ranczerów, teraz jest to mocno skomercjalizowane centrum turystyczne, nie pozbawione wszak pewnego uroku i kolorytu. Ciekawostka: w jednym z tutejszych saloonów zobaczyć można wypchanego niedźwiedzia grizzly zagryzionego przez… zdesperowanego cowboya, którego ów drapieżnik napadł (ponoć jest to historia prawdziwa).
Wieczorem zaś urządziliśmy sobie przy schronisku małą rodzinną imprezę – z ogniskiem, rożnem, kiełbaskami i winem.
Jednym słowem: pełen relaks.

* * *
Wypada mi jeszcze napisać choć parę słów o Jackson Hole i samym Parku Narodowym Grand Teton.
Przed laty, kiedy zjawiłem się w tej okolicy po raz pierwszy, pewnym zaskoczeniem było dla mnie to, że scenerie górskie spodobały mi się tu bardziej, niż w samym Yellowstone, (który nota bene z Grand Teton niemalże graniczy). Później dotarło do mnie to, że unikalność Yellowstone polega na czymś innym… choć przecież i tam znajdują się miejsca, które – jeśli chodzi o wyjątkowość, piękno i malowniczość – nie mają sobie równych na całym świecie (mam tu zwłaszcza na myśli Kanion i Wodospady Yellowstone).

Uroda Grand Teton wynika choćby z tego, że są to góry, które wypiętrzyły się zaledwie 10 mln. lat temu – a więc bardzo młode, jeszcze nie zwietrzałe. Na dodatek w czasie ostatniego zlodowacenia, potężny, gruby na parę kilometrów lodowiec wypełniający całą kotlinę, topiąc się wyrzeźbił granitowe szczyty i zbocza, nadając im ostry, postrzępiony kształt. Zostawił też po sobie piękny łańcuszek jezior u podnóża gór (jednym z nich jest Jezioro Jenny), a w samej kotlinie – płynącą jej środkiem Snake River.

Dno kotliny jest niemal idealnie płaskie. Mocno kontrastuje to z wznoszącą się dramatycznie, wysoką na ponad 2 km. granitową ścianą gór, tworząc ten charakterystyczny, niemalże ikoniczny dla scenerii amerykańskiego Zachodu widok: rozległa, pokryta niebiesko-zielonym kobiercem traw dolina z wijącą się pośrodku rzeką, której brzegi porastają drzewa i krzewy, a w tle – majestatyczne pasmo szaro-niebieskich granitowych olbrzymów z wyraźnie widocznymi białymi plamami lodowców osuwających się po ich zboczach.
Widok, który pozostaje pod naszymi powiekami nawet wtedy, kiedy zamykając oczy układamy się do snu po długim, pełnym wrażeń dniu.

Licznik: 3729 mil

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

*

DZIEŃ 12 i 13: YELLOWSTONE

Na zwiedzanie Yellowstone mieliśmy dwa dni. O jeden tydzień za mało. Przynajmniej o tydzień, bowiem w tym najciekawszym (i najstarszym na świecie) amerykańskim parku narodowym spędzić można znacznie więcej czasu.
Była to moja kolejna wizyta, sam już nie wiem która. W sumie na terenie Yellowstone spędziłem dobrych parę miesięcy swojego życia, a i tak nie zdołałem dotrzeć do wszystkich miejsc wartych eksploracji. Za każdym razem przybywam tu z radością i nigdy nie mam dosyć. Do dziś nie mogę zrozumieć Steinbecka, że zawrócił spod samej bramy parku tylko dlatego, że jego piesek Charley zaczął się wściekać i szczekać, wyczuwszy niedźwiedzia. Na szczęście moja rodzina zareagowała inaczej… chociaż także, tuż przed wjazdem do parku, spotkaliśmy młodego grizzly.

Pierwszego dnia zobaczyliśmy część zachodnią Yellowstone, czyli tę, gdzie znajdują się niemal wszystkie gorące źródła, gejzery, błotne wulkany i fumarole – rozłożone w tzw. kotlinach gejzerów (w tym miejscu warto zaznaczyć, że w samym Yellowstone można znaleźć ponad połowę wszystkich gejzerów, jakie znajdują się na całej kuli ziemskiej).
Oczywiście musieliśmy być świadkami erupcji najsłynniejszego gejzeru, jakim jest Old Faithful, a spektakl ten oglądaliśmy w towarzystwie… dobrych paru tysięcy innych, spragnionych tego widoku przybyszów, którzy zgromadzili się wokół gejzeru niczym w olbrzymim amfiteatrze.
Nazwa Old Faithful (Stary Wierny) zobowiązuje: gejzer ma erupcję dość regularnie – mniej więcej co półtorej godziny – i strzela wtedy białą fontanną wody i pary na wysokość blisko 60 m. (całkiem niezły wytrysk, jak na sędziwego wiarusa).
Kilkukilometrowy spacer po okolicznej Górnej Kotlinie Gejzerów pozwolił nam na zobaczenie z bliska kilkudziesięciu gorących źródeł o zdumiewającej wprost aparycji: wszystkie  te baśniowe kształty, fantazyjne wzory – nieziemskie, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy twory.

Dzień drugi przeznaczyliśmy na zapoznanie się ze wschodnią częścią parku, gdzie zjawisk hydrotermalnych jest znacznie mniej, ale za to krajobraz bardziej atrakcyjny: z niezwykle malowniczym złotym Kanionem Rzeki Yellowstone oraz z dwoma wodospadami – Górnym i Dolnym, z których ten ostatni jest bez wątpienia jednym z najpiękniej położonych wodospadów na świecie, swoją urodziwą oprawę zawdzięczając kanionowi, do którego wpada z blisko stumetrowej wysokości.
Kanion i wodospady oglądaliśmy z obu krawędzi wąwozu – z kilku punktów obserwacyjnych, jednakże poza konkurencją był widok z tarasu adekwatnie nazwanego po prostu Artist Point.

Zupełnie inna w charakterze jest natomiast rozległa i zielona o tej porze roku Dolina Haydena, po której rzeka Yellowstone płynie raczej leniwie – tutaj nic nie zapowiada jeszcze jej wyczynów w kanionie leżącym parę kilometrów niżej.
To właśnie w tej dolinie pasą się zazwyczaj idące w setki sztuk stada bizonów. Tym razem jednak udało się nam zauważyć zaledwie kilka tych zwierząt, które samotnie pasły się w oddali na zboczach doliny.
Nie widać było także stad wapiti, których w Wielkim Yellowstone są tysiące. Zamiast tego spotkaliśmy kilka jeleni. Zwłaszcza jeden z nich szczycił się imponującym porożem (z którego jednakże prawdziwy użytek zrobi on dopiero za miesiąc, kiedy walczyć będzie z innymi samcami o władzę nad haremem samic.)

Jakiś czas jechaliśmy wzdłuż brzegu Jeziora Yellowstone (największe wysokogórskie jezioro na świecie), a przy wyjeździe z parku spotkaliśmy jeszcze – niejako na pożegnanie – baraszkującego przy samej drodze misia grizzly.

Przed nami była kilkugodzinna przeprawa przez północno-wschodnie Wyoming – na nocleg w jednym z małych miasteczek przy autostradzie I-90, która zresztą miała nas zaprowadzić aż do samego Chicago, odległego teraz od nas o jakieś dwa tysiące kilometrów.
Przedtem jednak czekała na nas jeszcze Diabelska Wieża, Dakota Południowa i leżące na jej terenie Czarne Wzgórza – święte ziemie Siuksów.

Licznik: 4227 mil

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

.

DZIEŃ 14: DIABELSKA WIEŻA – CZARNE WZGÓRZA – HARLEY’OWCY

Mogłem się tego spodziewać: Czarne Wzgórza zalane były Harley’owcami, którzy corocznie w sierpniu zjeżdżają się z całego świata w liczbie przekraczającej wszelkie wyobrażenia.
Szacuje się, że w tym roku zjawiło się ich tutaj… ok. 500 tysięcy!
Jeśli komuś ta ilość wydawać by się mogła niewiarygodna, to mogę dodać, że w jubileuszowym 2000 roku, do małego miasteczka Sturgis w Dakocie Południowej (stanowiącego epicentrum zjazdu) przyjechało blisko miliona tych „wspaniałych młodzieńców” na swych „szalejących maszynach”.

Harley’owców spotkaliśmy już w Utah, a ich ilość stopniowo zwiększała się w miarę jak byliśmy coraz bliżej Czarnych Wzgórz. Pierwsze poważne zderzenie nastąpiło jednak już w Wyoming, pod Diabelską Wieżą.
Czy pamięta ktoś „Bliskie Spotkania III Stopnia” Spielberga? To właśnie w tym filmie Wieża odegrała jedną z głównych ról – jako miejsce spotkania Ziemian z Kosmitami.
Ja się Spielbergowi nie dziwię, że wybrał to miejsce, bo Diabelska Wieża to dziw nad dziwami i mimo, że jest ona tworem jak najbardziej naturalnym, to przypomina jednak gotową dekorację do filmów science-fiction. A tak naprawdę to jest owo geologiczne curiosum niczym innym, jak rdzeniem wygasłego wulkanu odsłoniętym wskutek erozji pokrywających go warstw skalnych. Wprawdzie Indianie mieli własną wersję powstania Wieży (skamieniały i wyolbrzymiony pień wielkiego drzewa, podrapany pazurami niedźwiedzia-giganta), to jednak ja skłaniałbym się bardziej ku koncepcji geologów.

Inwigilacja Harley’owców, którzy pod Diabelską Wieżą zaczęli się zjawiać całymi setkami, upewniła mnie, że ich zjazd jeszcze się nie zakończył, w związku z czym zdecydowaliśmy się zboczyć nieco z planowanej trasy i zaglądnąć do Sturgis.
I to był strzał w dziesiątkę, bo czegoś podobnego nikt z nas jeszcze w życiu nie widział: tysiące, tysiące lśniących motocykli i taka sama ilość ubranych w czarną skórę motocyklistów obojga płci – a wszystko upakowane na jednej (i właściwie jedynej, choć szumnie nazwanej Main Street) ulicy Sturgis.
Nie mogliśmy być tam długo, jednakże i ta godzina wystarczyła, by utrwalić choć część z tego szaleństwa w obiektywie aparatu, co postaram się za jakiś czas przedstawić na jednej z moich internetowych stron.

Miasteczko Sturgis leży już na skraju Black Hills, więc wkrótce po Harley’owym szoku znaleźliśmy się wśród zalesionych wzgórz, będących ongiś królestwem Siuksów, oczywiście wyrugowanych stąd wkrótce po odkryciu bogatych złóż złota.

Czarne Wzgórza tworzą jakby przedmurze Gór Skalistych łamiące hipnotyczną monotonię prerii Wielkich Równin. Niczym ciemne garby zalesionych wysp, wyłaniają się z morza, które przez tysiąclecia było morzem falujących traw… zaledwie przed chwilą zastąpionych przez pola uprawne i pastwiska. Jedynie od strony wschodniej – jak to było od prawieków – dotykają Czarnych Wzgórz tęczowe poszarpane Badlands.
Mówimy „przed chwilą”, bo te sto kilkadziesiąt lat ludzkich zmian na dzikich preriach i na samych Czarnych Wzgórzach są w skali geologicznej doprawdy ledwie chwilką. Chociaż nawet granit, ten najtrwalszy zdawałoby się szkielet Wzgórz, nie zdołał się oprzeć ludzkiemu impetowi. To właśnie dzięki obecności i ingerencji człowieka Czarne Wzgórza są dziś tak popularnym, dla wielu atrakcyjnym, choć przecież i kontrowersyjnym celem turystycznych pielgrzymek. Tak więc przyrodzona cudowność natury składa się tu na intrygujący, a miejscami i fascynujący konglomerat przyrody z tym, co z różnych intencji uczynili z tego rejonu ludzie.

Czarne Wzgórza – Paha Sapa, tak w języku Siuksów brzmi nazwa tych świętych dla nich ziem, które w historii pionierskiego osadnictwa Dzikiego Zachodu, walk z Indianami i ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych stanowiły miejsce szczególne, rzec można – pokazowe. Tak, jakby to górzyste zaburzenie jednostajności i względnej pustki prerii Środkowego Zachodu, powodowało ferment i zamieszanie, dzięki któremu dzieje Paha Sapa obfitują w niezwykłe momenty składające się na jakże bogatą i różnorodną mozaikę epizodów, anegdot i zdarzeń tworzącą historię tzw. Starego Zachodu.

Na Czarnych Wzgórzach spędzić można tydzień cały, tyle tu ciekawych i różnorodnych zakątków.
My trafiliśmy zaledwie do dwóch, ale chyba jednak do tych najbardziej znanych. Zobaczyliśmy mianowicie wykute w granitowej skale Głowy Prezydentów oraz powstającą nieopodal nich rzeźbę Szalonego Konia, którą przed kilkudziesięcioma laty zaczął tworzyć nasz rodak Korczak-Ziółkowski. Dużo by o tym pisać, jednak wspomnę tylko, że romantyczna choć megalomańska Korczakowa wizja mimo wszystko przemawia do mnie bardziej, niż monumentalno-patriotyczna i mocno rozdmuchana „Świątynia (amerykańskiej) Demokracji” przypominająca jako żywo patetyczne twory totalitarnego socrealizmu.

Gwoli ścisłości i dokumentaryzmu muszę jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym – niewykluczone, że najmocniejszym – doświadczeniu dzisiejszego dnia, jakim była burza gradowa, która schwytała nas już w nocy, gdzieś w okolicach – nomen omen – Badlands. Nie było się gdzie skryć więc tylko zjechaliśmy na pobocze i zdaliśmy się na zmiłowanie niebios. Dziewczyny przeżyły chwile grozy, my nadrabialiśmy minami – kiedy na dach naszego samochodu sypały się lodowe grudy wielkości przepiórczych jaj. Starając się zachować racjonalnie, zacząłem się zastanawiać, czy aby ubezpieczenie wynajętej przeze mnie terenówki pokrywa zmasakrowaną gradem karoserię. Na szczęście, kiedy burza już ustała i dotarliśmy na miejsce, zorientowałem się, że jednak Chevy Tahoe również i blachę ma solidną – wgięcia były ledwo widoczne, więc istniała szansa, że w ogóle nie zostaną zauważone.

I to właściwie koniec naszych przygód.
Jutro czeka nas już tylko droga przez kilka stanów, ku Wietrznemu Miastu – do domu.

Licznik: 4678 mil

Dowtown Chicago

Dowtown Chicago – wjazd do Wietrznego Miasta pełnego wieżowców

.

DZIEŃ 15: DAKOTA POŁUDNIOWA – MINNESOTA – WISCONSIN – ILLINOIS (CHICAGO)

Ostatni dzień naszej eskapady trudno nawet nazwać epilogiem. To raczej nieunikniony powrót do rzeczywistości Wietrznego Miasta, odzyskanie miarowego oddechu, leniwszego rytmu, spokojniejszych wątków…

Dwunastogodzinna podróż minęła nam w miarę bezboleśnie, choć monotonia Wielkich Równin znów dała się nieco we znaki (podobnie jak pierwszego dnia), niejako zmuszając nas do skupienia się na lekturze lub muzyce (przy okazji przypomniałem sobie antologię J. J. Cale’a, uzupełnioną jego nagraniami z Erikiem Claptonem… cóż bowiem bardziej współgra z pokonywaniem bezkresu amerykańskich dróg, jak motoryczna fuzja bluesa, ballady, country i rocka?)

Wyruszyliśmy rano z miejscowości Chamberlain położonej na zachodnim brzegu Missouri. Jeszcze w samej Południowej Dakocie czekało nas kilkaset mil drogi, które pokonaliśmy w niezłym tempie, jednak po przekroczeniu granicy z Minnesotą musieliśmy nieco zwolnić ze względu na liczne roboty drogowe. Kiedy zaś zobaczyłem Missisipi, (która stanowi granicę między Minnesotą a Wisconsin) poczułem się niemalże jak w domu – bo przecież była to już sąsiednia „parafia”. Wokół zrobiło się zielono, mijaliśmy bogate farmy Wisconsin (to „zagłębie” mleczarskie Ameryki), wypoczynkowe resorty i letniska, lasy, rzeki, jeziora…
W Illinois na autostradzie zrobiło się nieco ciaśniej i tak już było do samego Chicago, w którym zastał nas zachód słońca – widoczny nad drogą, wprost za naszymi plecami. Przed nami zaś zaczynało się rozświetlać chicagowskie downtown.

Teraz pozostaje nam tylko przywołanie i uporządkowanie tych wszystkich niezwykłych obrazów, które niczym miraże jawiły się przed naszymi oczami w ciągu tej nieco szalonej, dwutygodniowej włóczęgi po amerykańskim Zachodzie.

Chciałbym wszak jeszcze podziękować wszystkim tym, którzy śledzili naszą trasę i losy – i to nie tylko z ciekawością, ale i życzliwością.

Licznik: 5396 mil (8634 km.)

K O N I E C

Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach”  (TUTAJ).

.

Rodzinny odpoczynek na szlaku

*

POST SCRIPTUM

Podróżne gorące emocje opadły, czas na chłodniejsze podsumowanie – poczynienie paru końcowych uwag.

Myślę, że dopiero po powrocie do powszedniej rutyny możliwe jest właściwe ogarnięcie perspektywy tych wszystkich obrazów, które oglądaliśmy podczas naszej wycieczki na amerykański Zachód. A była ich taka obfitość i różnorodność, że zachodzi podejrzenie, iż wszystkiego i tak nie można było zasymilować, przyswoić i przetrawić w tak stosunkowo krótkim czasie. Pozostają zdjęcia, wspomnienia, kolekcja wrażeń i słowa tej relacji, które – mam nadzieję – pomogą w utrwalić to, co widzieliśmy i przeżyliśmy. Starałem się owe zapiski robić na bieżąco – co mniej więcej mi się udawało, mimo, że wpisów właściwie zmuszony byłem dokonywać „w biegu” ad hoc, przez co była to jedna wielka improwizacja… z wszystkimi wynikającymi stąd konsekwencjami.

Była to podróż specyficzna z wielu względów.
Przede wszystkim była ona imprezą rodzinną, z udziałem mojej siostry i szwagra, (którzy odwiedzili mnie w Stanach po raz pierwszy) oraz dwóch ich córek, będących akurat w wieku… gdzieś na pograniczu dzieciństwa, podlotkowatości i kobiecości (no to mi się za to teraz oberwie).
Pod takim kątem więc popełniałem swoje kolejne teksty, które miały być głównie dość rzeczową dokumentacją przebiegu naszej wyprawy – rejestracji, odnotowania i krótkiego opisu miejsc, które udało nam się zobaczyć. Dzięki temu mogli też śledzić nasze poczynania nasi bliscy, znajomi i przyjaciele, jak również – bardziej lub mniej przypadkowi – blogowi goście, jeśli tylko spotkało się to z ich zainteresowaniem (przy okazji dziękuję wszystkim jeszcze raz za ciekawe i przychylne komentarze).
To wszystko wymuszało więc niejako popularną, wyzbytą pretensji formę tych zapisków. Zupełnie inaczej pisałbym, gdybym po tym kraju poniewierał się sam, a jeszcze inaczej – w towarzystwie… misia maskotki, pieska czy też żony. Pisałbym w inny sposób, choćby z tego względu, że trasa, przebieg i charakter podróży byłby całkiem inny – a doprawdy można robić to na tysiące różnych sposobów.

To, co uskuteczniliśmy podczas tej piętnastodniowej eskapady było bez wątpienia dość szaloną i prowadzącą przez niezwykłe miejsca wycieczką krajoznawczo-turystyczną. Było swego rodzaju rekonesansem po wielu fantastycznych zakątkach, które ma do zaoferowania amerykański kraj. A zaprawdę jest to oferta wspaniała – i mówię to z pełną świadomością i wyzbyty lokalnego „patriotyzmu”: wątpię, czy jakikolwiek inny region świata mógłby konkurować z amerykańskim Zachodem, jeśli chodzi np. o krajobrazowe piękno, topograficzno-geologiczne zróżnicowanie, unikalność i wyjątkowość natury – z tymi wszystkimi „cudami” przyrody, skondensowanymi i nagromadzonymi przecież na stosunkowo niewielkim obszarze.

Byliśmy więc w zasadzie tylko „łowcami” pięknych obrazów, kolekcjonerami ciekawych a niekiedy i fascynujących miejsc, omijając właściwie całą cywilizacyjną złożoność amerykańskiego kraju. Docierały do nas jedynie jakieś socjologiczno-historyczne „odpryski” – czy to w „kultowym” (jeśli chodzi o kulturę masową) Las Vegas, tudzież w stworzonym przez Mormonów (z niczego na pustyni) Salt Lake City, czy też na zalanych przez Harleyowców (z tą ich niesamowitą subkulturą) Czarnych Wzgórzach Dakoty Południowej.
Naturalnie, ważne były również dla nas owe „minizderzenia”, których doświadczaliśmy podczas naszej podróży, czyli krótkie i przypadkowe, ale za to pamiętne i niekiedy znaczące spotkania z innymi ludźmi – i to nie tylko z Amerykanami, ale i przygodnymi przybyszami z różnych stron całego świata.

*  *  *

Wielka przygoda się skończyła. Mam nadzieję, że dobrze zapisze się również w pamięci Mariolki, Wieśka, Ani i Uli. Chciałem im pokazać piękno amerykańskiej ziemi… Czy mi się to udało? Czy zdolni byli go dostrzec? Czy zaraziłem ich choć trochę entuzjazmem poszukiwacza nowych i nieodkrytych jeszcze przez nas samych miejsc?

Przypominam sobie moje pierwsze eskapady na Zachód – to zachłyśnięcie się wolnością „swobodnego jeźdźca”, zauroczenie bezkresną, pełną kuszących obietnic, przestrzenią. Mimo, że jestem już teraz innym człowiekiem i żyję już w innych czasach, to miałem niekiedy wrażenie, iż na tych starych i przetartych dawno temu szlakach, ciągle udaje mi się jeszcze odnaleźć jakąś cząstkę samego siebie, którą przed laty tu zostawiłem – kogoś, kim wtedy byłem.

Z Anią i Ulą pod rzeźbą Szalonego Konia w Dakocie Południowej

.

.

BEAUTY AND THE BRIDGE

.

Na Brooklyńskim Moście

na Brooklińskim moście

 

      Most jako bestia – w tle, a na pierwszym planie –  kontrast w formie kobiecego piękna i delikatności. Jasna skóra, blond włosy, zmysłowe usta, piękne rysy twarzy, a drugi plan – to ciężkie stalowe bele, grube metalowe nity, poręcz ławki z kutego żelaza i siatka chroniąca nas przed przepaścią… Extremes meet. Lubimy takie kontrasty – lekkość i ciężar, ulotność i stałość, kruchość i solidność – świat eksponuje swe detale, ostrzej rysuje kontury, podsuwa nam to co jest gorące i zimne, pomijając letnią średniość, która jest nudna, szara i bez smaku. Majakowski był mostem brooklińskim zachwycony, Stachura już mniej – a ja ciekaw jestem jakby się zachowali gdyby na moście w Nowym Jorku spotkali tę kobietę? Na pewno nie letnio, choć Wołodia, mimo tego, że kipiał w nim testosteron i miał kochanek bez liku, mógłby zapałać większym pożądaniem do mostowych nitów, niż do tego ciała, poddając się urokowi na wpół przymkniętych powiek, zmysłowo rozchylonych ust czy kosmyka jasnych włosów. I krzyknąć: most to jest to! A później? Upić się wódką nieprzytomnie. A Sted? A Sted – to całkiem możliwe – tchnięty tęsknotą podróży na cudne manowce, mógłby o tej kobiecie napisać tak, jak już pisał o kobietach wcześniej: „Patrzyła w okno, a ja patrzyłem na nią, na jej profil i myślałem: sercem nie mógłbym, bo serce miałem kiedyś jedno i mi się potrzaskało straszliwie i doszczętnie, i nie udało się pokleić skorupek tego dzbanka, ani łzami – tym klejem białym, ani krwią – tym klejem czerwonym, i tak nie mam serca, nie mam, więc sercem nie mógłbym, ale mógłbym taką istotę pokochać SIŁĄ WOLI. SIŁĄ WOLI pokochać istotę taką mógłbym. Pierwszą dziewiczą i wielką i wolną miłością wolnej mojej woli. Skąd ona wzięła się, ta dziewczyna, tu, przede mną, prawie na wyciągnięcie ręki, ona, co jest taka, jak gdyby ją stworzyła jakaś niewysłowiona rozdzierająca tęsknota, już nie serca tęsknota, ale czegoś innego, nie wiem czego… Ducha tęsknota. Moja tęsknota.”  Czyli – zatęsknić, poczuć w sercu kłucie niespełnionej miłości, ból jaki sprawia niedosiężność idealnego piękna, które tylko udaje, że się przed nami materializuje, a tak naprawdę jest zamknięte w absolucie, jak w szklanej kuli… A później… upić się, upić jakimś tanim winem nieprzytomnie, i to niekoniecznie w jakimś hipsterskim barze w Greenwich Village, a najlepiej z homlesami pod mostem. Zresztą, czy jest to przypadek, że na moście tym spotkali się w swojej poezji dwaj samobójcy? Choć akt ostatecznej rozpaczy przyszło im odegrać w innych dekoracjach i z innym słowem na papierze i ustach, przejście przez Styks, po moście jak łódź Charona, zbliżyło ich do siebie – co na pewno nie było dziełem przypadku, bo przecież ten, tak naprawdę, nie istnieje.

     Skoro nie można dosięgnąć piękna, ani nasycić się jego istotą, wypić esencję – skoro ład estetyczny makijażu, gustowna biżuteria, pełne seksapilu nogi i lekki ironiczny uśmiech manhattańskiej Giocondy oddalają od nas jej cielesność – tę kobiecość z krwi i kości, która wypełnić by mogła pory naszej skóry, zmieszać nasz pot z jej potem, nasz oddech z jej oddechem – odcisnąć się w nas, naprężyć nasze mięśnie, wypełnić nam dłonie… to może rację miał Bukowski, który w brudzie, nieświeżości  i w znoju nurzał się w kobiecie pijanej, obszarpanej, śmierdzącej, nieboskiej…  Cóż, może to sprawa gustu, może abnegacji, może sposobności i dostępności – wytarzać się w pierwotnym, parującym, zwierzęcym jeszcze cieple seksu, który bardziej podatny jest hormonom – niczym archaiczny zew reprodukcji gatunku – niż erotyzmowi, jakim chcemy sublimować nasz atawizm i zwierzęcą chuć, otulając się dość kusym płaszczykiem kultury? A czy modelowanie kobiety nie czyni z niej abstrakcję? Czy naturalna dziewczęcość nie ginie pod sztucznością póz i stylizacją, która po zdjęciowej sesji umieszcza kobietę w nierealnej przestrzeni kredowego papieru kolorowych magazynów mody? I dopiero prysznic, zwykły szlafrok, jeszcze mokre włosy… wydobywają z tej pozy i sztuczności kogoś prawdziwego – istotę ziemską, podobną do nas i z naszego gatunku – którą wreszcie można dotknąć bez obawy, że wymknie się nam jak zjawa z wymuskanej w Photoshopie fotografii.

 .

Na tle Manhattanu

z Manhattanem w tle

.

 

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

FLORYDA – JAKA JEST NAPRAWDĘ?

.

Zmierzch nad mokradłami - Everglades

Zmierzch nad mokradłami – Everglades

.

i

Nie roszcząc pretensji, by za jednym zamachem skreślić tu obraz Florydy prawdziwej, pozwolę sobie rzucić kilka uwag o tym stanie, który również w świadomości Polaków, Polonii i Amerykanów polskiego pochodzenia zajmuje sporo miejsca.

.

Wbrew pozorom, tekst ten będzie dotyczył nie tylko samej Florydy. Dotknie zagadnienia szerszego – naszego subiektywnego postrzegania świata. Jest truizmem to, że każdy z nas widzi wszystko ze swej własnej perspektywy, która na dodatek cały czas się zmienia. Natomiast pytanie można zadać następująco:  jak te nasze subiektywne obrazy i opinie do siebie nawzajem przystają?
Dajmy sobie jednak spokój z filozofowaniem i postawmy problem jasno. Czy jest Floryda egzotycznym rajem plaż, palm, oceanu i słońca, czy też nieznośną klimatycznie lepką patelnią, na którą – jak na lep – zwabia się rokrocznie miliony omamionych florydzkim mitem turystów?
Nie będę się silił na trywialny skądinąd wniosek, że prawda musi leżeć gdzieś pośrodku, a spróbuję – starając się mimo wszystko zachować pewien obiektywizm – podzielić się z Czytelnikami moim własnym doświadczeniem Florydy.
Zatem: jak ja widzę ten stan?
Chcę jednak zaznaczyć, aby nie traktować tego jako jeszcze jedną egzotyczną wstawkę, a po prostu jako próbę opisania perypetii poznawczych ścierania się mitu i wyobrażeń z rzeczywistością – doświadczenia Florydy na własnej skórze przez pewnego Polaka rodaka.

TEORIA WZGLĘDNOŚCI EINSTEINA

Kiedy tak sięgnę pamięcią, to okazuje się, że na temat Florydy pisałem w różnych tonacjach. Od sielskiego i bezkrytycznego reportażu z „Cudownego Świata Walta Disney’a”, czy inwentaryzacji turystycznych atrakcji w różnych rejonach stanu; przez dość suchy opis technicznych osiągnięć kosmonautyki i „podboju” Kosmosu na Przylądku Canaveral, dzieje hiszpańskiej konkwisty w poszukiwaniu florydzkiego złota; po dość osobliwy, bo zalatujący pamfletem (traktowany jednak przeze mnie w kategoriach żartu) tekst „obalający” mit Słonecznego Stanu.

Skąd to zróżnicowanie? Czy to jakaś kalkulacja? A może manipulacja?
Od tej ostatniej insynuacji chciałbym się jednak odżegnać. W zasadzie zawsze, pisząc o Florydzie (zresztą tak samo, jak na każdy inny temat), starałem się nie poddawać pokusie manipulacji… może tylko odrobinę słowno-warsztatowej stylizacji.
Lecz doprawdy możliwe jest przedstawienie Florydy w różnym świetle (różnych barwach, kształtach i odcieniach), bez świadomych zafałszowań i ewidentnego mijania się z prawdą. To może chyba świadczyć tylko o tym, że Floryda rzeczywiście przypomina mieniącą się kontrastami mozaikę, jak również kalejdoskop – w zależności od tego jak nią potrząśniesz (ewentualnie – jak potrząśnie ona tobą), taki będziesz miał obraz.
Jeśli więc ktoś napisze, że Floryda to bajeczny eden (bo np. przepłynął się z czarującą go kobietą katamaranem o zachodzie słońca wokół Key West); a kto inny, że to mokre i robaczywe piekiełko (bo np. musiał się męczyć przez całą noc w jakiejś nieklimatyzowanej dziurze pełnej karaluchów), to obaj będą mieli rację. Ponieważ to, jak doświadczają świat nasze zmysły, decyduje zasadniczo o tym, jakie mamy o tym świecie mniemanie (ergo: tak świat widzimy i oceniamy, jak go bezpośrednio odbieramy i odczuwamy).
Poza tym, to czy jest piękno, czy brzydota, urok czy koszmar, pogoda lub smutek tropików – rozstrzyga się w samym człowieku. Innymi słowy: ostrzec to można dopiero w oku patrzącego (in the eye of a beholder – jak mówią tubylcy).
Względność naszego doświadczenia, względność wszystkiego…
Starał się nam to wyjaśnić także Albert Einstein: „Kiedy mężczyzna siedzi z ładną kobietą przez godzinę, to wydaje się mu, że jest to minuta. A posadźcie go na rozpalonym piecu – wtedy to wyda mu się dłużej, niż wiele godzin”, mówił twórca rewolucyjnej teorii względności.

KONTRASTY, KONTRASTY…

Napisać, że Floryda – podobnie jak cała Ameryka – jest ziemią kontrastów, byłoby jeszcze jednym banałem. To prawda, że z jednej strony, oko nasze spocząć może na królewskiej, wycenionej na 30 mln. dolarów rezydencji Trampa w West Palm Beach, albo też na nieprzyzwoicie wystawnej, otoczonych murem i własną security dzielnicy bogaczy w Boca Raton; z drugiej zaś – na tekturowych pudłach bezdomnych w Miami lub barakach slumsów w Homestead; obok Rolls-Royce’a Silver Shadow w Coconut Grove zobaczyć możemy zżartego przez rdzę junka marki Dodge. Idąc tym samym wybrzeżem natrafiamy na malownicze plaże pełne dorodnych palm i kolorowych parasoli, a nieco dalej – na zgniłe wodorosty, brud, smród i wysypisko śmieci…
Podobną litanię można by ciągnąć długo.
Jeden wszak element Florydy pozbawiony jest kontrastów. Jest nim krajobraz – rzeźba terenu. To święta prawda, że półwysep ten jest płaski jak patelnia. Nie bez kozery (zważywszy także na kształt), północno-zachodnia część Florydy (tam, gdzie leży stolica stanu Tallahassee), nosi nazwę panhandle, czyli właśnie „uchwyt patelni”. Najwyższa góra stanu mierzy raptem 100 metrów.
Ta plaskatość Florydy doskonale jest widoczna z lotu ptaka. Daje się również we znaki podczas jazdy samochodem jedną z wielu dróg przecinających tamtejsze lasy na północy i bagna, które stanowią niemal całą południową część półwyspu.
Krajobrazową monotonię pogłębia charakter roślinności, która – niby to bujna – a jednak krzaczasta i taka jakaś… wiecheciowata. Wbrew nazwie nie spotykamy na Florydzie zatrzęsienia kwiatów. Północne lasy są rzadkie, ale i przy tym niedostępne oraz nudne, południowe bagna to właściwie bezkres umoczonych traw i rosnących gdzieniegdzie karłowatych sosen i wysuszonych cyprysów. Wyjątek stanowią bujne cytrusowe gaje i ogrody utrzymywane ręką człowieka – zagajniki palm spotykane tu i ówdzie, olbrzymie drzewa banjanowe sprowadzone z różnych stron świata, więc nie rosnące dziko, a na prywatnych posesjach.

Miami Beach

Ludzie, ocean i parasole – Miami Beach

.

PLAŻE

Plaże, jak już wspomniałem, są różne. Obrok naprawdę ładnych, niczym z reklamowego foldera (ten czysty piasek obmywany falami szmaragdowo-turkusowych wód, kępki malowniczych palm użyczających skąpego cienia), są też zaniedbane, choć przecież nie bezpańskie, gdyż zbyt droga jest działka z dostępem do oceanu, by nie miała ona jeszcze do tej pory właściciela. Najczęściej zdarza się to tam, gdzie hotel zbankrutował lub stoi na granicy bankructwa. To zresztą tutaj normalna kolej rzeczy – jedne resorty upadają, inne, tuż obok, rozwijają się i rozkwitają. Stąd te częste zmiany gospodarzy.
Ci więc, którzy traktują swój biznes na Florydzie poważnie (i mogą sobie na to pozwolić) dbają o jakość plaży. Od tego bowiem głównie zależy nastrój rekreującego się klienta z Północy (bardzo często jest to Europejczyk – Niemiec, Belg, Holender, Skandynaw…).

Kiedy jeszcze nie znałem Zachodniego Wybrzeża Ameryki, a uroki florydzkie nieco mi się już przejadły (po kilkunastu miesiącach zasadniczo „służbowego” pobytu, nawet Miami Beach powszednieje), wyobrażałem sobie, że dopiero plaże kalifornijskie muszą być prawdziwą bajką, jeżeli chodzi o kąpiel – zarówno wodną, jak i słoneczną. Otóż tak nie jest. Wybrzeże pacyficzne jest o wiele bardziej surowe, mniej przystępne, bardziej ostre i postrzępione, a co najważniejsze – dużo chłodniejsze wskutek prądów oceanicznych i atmosferycznych z północy (Alaska, Arktyka). Półwysep florydzki zaś obmywany jest ciepłymi prądami płynącymi z południa, ze strefy zwrotnikowej, tworząc słynny golfsztrom, który wykorzystywały np. obładowane skarbami galeony hiszpańskie, wywożące łupy i bogactwa z kolonii południowo- i środkowo-amerykańskich do Europy. Stąd mnogość wraków i zatopionych dóbr u wschodnich wybrzeży Florydy (patrz: niesamowite muzeum Mela Fishera na Key West, utworzone przez poszukiwacza skarbów, byłego hodowcy kur z Kalifornii, który odnalazł wrak Nuestra Señora de Atocha i wydobył z niego skarb o szacowanej wartości ponad 4 miliardów dolarów!)

Nie porównując walorów krajobrazowych wybrzeża pacyficznego z atlantyckim, które jednak zdecydowanie układają się na korzyść tego pierwszego (wybrzeże Kalifornii, Oregonu i Waszyngtonu jest niezwykle malownicze), wypada stwierdzić, że plaże florydzkie są o wiele bardziej przyjazne, cieplejsze – po prostu przyjemniejsze i bardziej gościnne, niż te na Zachodzie Ameryki. Ponadto, praktycznie rzecz biorąc, można się tutaj kąpać i opalać przez cały rok, w odróżnieniu od okresu paru miesięcy w północnej Kalifornii.
Nie bez znaczenia jest też długość tej plaży, ciągnącej się właściwie – przez setki mil – wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Florydy. Również po drugiej, zachodniej stronie półwyspu, nad Zatoką Meksykańską, jest wiele znośnych plaż, z piaskiem białym i miałkim niczym cukier puder, zwłaszcza w okolicach Tampa Bay, gdzie znajdują się takie miasta, jak Sarasota, Tampa, Clearwater, St. Petersburg.
Mimo, że na Florydzie nie chciałbym raczej mieszkać na stałe, to zdarza mi się, że wśród ziąbu jesienno-zimowych wariactw pogodowych naszego kochanego Wietrznego Miasta, ciągnie mnie (prawie że mi tęskno) do paru zakątków plażowych na Florydzie. Choćby na plażę Bal Harbour w Miami Beach, na którą najczęściej jechałem dla chwili oddechu w czasie wolnym od stresującej pracy.
Jest też takie kąpielisko w drodze na Key West, obok Holiday Isle Resort (mila NM 84.5), pisz wymaluj jak z wyidealizowanej, kolorowej i błyskotliwej reklamy, gdzie rzeczywiście mamy złudzenie, że oto znaleźliśmy się wewnątrz widokowego foldera.

Plaża w Daytona Beach to jednak zupełnie inna parafia. Niepodobna do żadnej innej. Ze względu na bardziej północne położenie w strefie umiarkowanej, jest tam nieco chłodniej, choć nie zawsze tak, by nie można zażyć tam kąpieli, i to nawet zimą. Daytona Beach to bez wątpienia jedna z najsłynniejszych plaż amerykańskich.
Czy warta jest jednak tej sławy?
Już od dawna nie bije się na niej rekordów prędkości, a i organizowane współcześnie wyścigi nie odbywają się już na samej plaży, tylko na torze Daytona International Speedway, kilkanaście kilometrów od wybrzeża Atlantyku. Do dzisiaj wszak pozostał zwyczaj jeżdżenia samochodami po plaży, która w niektórych miejscach sięga kilkuset metrów szerokości, a piasek ubity jest przez wodę tak, że twardo jest na niej tak, jak na tytanowej bieżni.
Plaża w Daytona Beach to widok niezwykły, głównie ze względu na jej rozmiary, tudzież leniwość ale i potęgę Oceanu, przejawiającą się w niestrudzonym i nieustannym ruchu spienionych fal. Wrażenia niezapomniane – zwłaszcza o wschodzie słońca.
Plażą osobliwą – ale i chyba najbardziej dziką – o której też wypada tu wspomnieć, jest plaża na Sanibel Island, po stronie Zatoki Meksykańskiej, słynna z nieprzebranej ilości muszli, które ją pokrywają. Zresztą, sama wyspa Sanibel jest uważana za jedno z najciekawszych miejsc stanu, zwłaszcza przez miłośników dzikiego ptactwa, które tam występuje najobficiej.

.

Muszle na plaży - Sanibel Island

Muszle na plaży – Sanibel Island

.

ALIGATORY, PELIKANY, ŻÓŁWIE, ORKI, DELFINY…

Odwiedzający Florydę turyści, zwierzynę tego regionu, niestety widzą najczęściej w niewoli. Aby zobaczyć ją w środowisku naturalnym, na swobodzie, trzeba się zapuścić w dzicz, wybrać do Parku Narodowego Everglades, czy do któregoś z rezerwatów przyrody, ewentualnie wypłynąć jachtem czy łódką na otwarty Ocean. (Słowa te nie dotyczą pelikanów, których zatrzęsienie jest wielkie i dlatego spotkać je można wszędzie.)

Przyznam, że trudno mi jest jednoznacznie określić stosunek do pewnych publicznych pokazów z udziałem tresowanych zwierząt. A te stanowią jedną z żelaznych pozycji florydzkiego przemysłu rozrywkowego. Wystarczy wymienić tylko te największe: Sea World pod Orlando, Seaquarium w Miami, Theatre of the Sea w Islamorada, Ocean World w Fort Lauderdale…
Chodzenie do ZOO nie należy do moich ulubionych rozrywek. Ostatniego lata byłem w podchiagowskim Brookfield ZOO i już więcej mnie tam nie zobaczą. Nie będę tu pisał dlaczego, bo nie miejsce ani czas po temu.
Sprawa z morskimi parkami tematycznymi na Florydzie ma się nieco inaczej. Taki np. Sea World jest niewiarygodnym gigantem, a cyrkowe pokazy z udziałem kilku orek jednocześnie, mają w sobie – ze względu na swoją rozbuchaną widowiskowość – jakiś odrealniony rys surrealistyczny, zupełnie wyabstrahowany z przyrodniczej rzeczywistości. Te zwierzęta, podobnie jak inne (głównie delfiny), występujące w innych programach, sprawiają wrażenie bawiących się (i zabawnych) maskotek, do czego walnie przyczynia się charakter owych pokazów, ich aranżacja, scenariusz, układ, scenografia, atmosfera. Większość biorących w nich udział zwierząt przyszła na świat w niewoli, nie znają więc innego otoczenia i prawdopodobnie nie byłyby zdolne do życia w środowisku naturalnym. Jest oczywiste, że wolałbym taką orkę zobaczyć w jej pełnej dzikiej krasie na wolności. Ale jak często wybieramy się statkiem wielorybniczym na pełne morze? *

Być  na Florydzie i nie zobaczyć aligatora, to jak być w Tatrach i nie zobaczyć – nie przymierzając – górala. Przy czym, stworzenia te robią znacznie lepsze wrażenie, gdy nie są stłoczone w kojcach hodowlanych na farmach aligatorów, ani tym bardziej zmuszane do tzw. zapasów, czyli kuriozalnych, trącących wręcz groteską pokazów „mrożących krew w żyłach”, które właściwie przypominają znęcanie się nad nieruchawym i rozleniwionym zwierzakiem.
Jeżeli więc chcemy zobaczyć aligatory „na dziko” – w całym tym ich gadzim majestacie – to należy się wybrać na bagna Everglades. Zdarza się też spotkać gada „at large” w innych miejscach Florydy, choćby jadąc po NASA Parkway w kierunku Centrum Badań Kosmicznych im. Kennedy’ego na Przylądku Canaveral, a to dlatego, że otoczony jest on przez rezerwat przyrody Merritt Island.

KLIMAT, BAGNA I CYPRYSY

Tym, co trudno jest znieść na Florydzie – szczególnie nam, Europejczykom – jest klimat. Zwłaszcza latem.
Każdy człowiek na warunki klimatyczne reaguje inaczej, jednak większości z nas uprzykrza się wilgoć, a właśnie ta charakteryzuje najbardziej Florydę, zwłaszcza tę jej południową część, leżącą w tropiku i sub-tropiku. A więc wilgoć, częste zmiany ciśnienia, gwałtowne zachmurzenia, częste (choć zwykle) przelotne deszcze i lepka słoneczność – o groźnych huraganach wiosną i latem nie wspominając – to wszystko może równo dawać w kość i rodzić chęć ucieczki w inne ciepłe strony – ot choćby na pustynny Południowy Zachód (Utah, Nowy Meksyk, Arizona, Kalifornia). Ponadto, gdybym już miał mieszkać na Florydzie dłużej, to – jako nieodrodnemu dziecku Północy – brakowałoby mi niewątpliwie w tym tropiku zmian pór roku, w tym również… tak, tak – zimy!
Lecz jeśli ktoś czuje się na Florydzie dobrze - good for him! Jeżeli uważa, że służy mu klimat, że uzdrawiają go termy i mineralne źródła; że ciepło działa mu na stare kości jak balsam – wspaniale!
Rzeczywiście, wielu ludzi twierdzi, że czuje się na Florydzie dobrze, lecz z drugiej strony, wielu innym ta sama Floryda doskwiera i gotowi są stamtąd uciekać. Takich, oczywiście, również spotkałem. Z medycznego punktu widzenia, na niektóre schorzenia (szczególnie u ludzi starszych – a wiemy jak Floryda jest wśród seniorów popularna), klimat florydzki działa niekorzystnie, na inne zaś – wprost przeciwnie i jest wtedy przez lekarzy zalecany.
Jak widzimy, przyswajalność Florydy – jej dobodziejstwo lub złoczyństwo – to zależność osobnicza, uwarunkowana indywidualnie. Każdy więc musi to sprawdzić na własnej skórze.

Pora na roślinki. Oprócz palm, trawników – roślinności kultywowanej ludzką ręką (zwłaszcza w obrębie obiektów komercyjnych lub turystycznych), flora tego stanu nie jest bynajmniej zachwycająca. Wystarczy zboczyć nieco z utartych, „cywilizowanych” szlaków, by znaleźć się w niezbyt gościnnych chaszczach, bagnach czy chabaziach. Ratują nieco sytuację niektóre drzewa i krzewy – np. cyprysy, rododendrony czy oleandry. Lasy na północy półwyspu także trudno zaliczyć do miejsc wspaniałych tras pieszej czy rowerowej rekreacji – bo to jeden wielki dziki gąszcz.
Jak więc odbiera przyrodę na Florydzie – tę leżącą poza cywilizacyjnym kręgiem – zwykły śmiertelnik? Otóż zwykle jako bezkresne mokradło – monotonne i nudne, ale budzące też niekiedy lęk, o czym można się było przekonać śledząc doniesienia z miejsca niedawnej katastrofy samolotowej, która miała miejsce pod Miami. Przy czym – gwoli sprawiedliwości muszę to tutaj zdecydowanie podkreślić – nawet takie miejsca, jak bagniste Everglades mogą się niektórym ludziom wydawać fascynujące, warte poświęcenia dlań życiowej pracy, wnikliwych badań, oddania się pasji… Tylko, jak wielu z milionów odwiedzających Florydę turystów to przyrodnicy, zoolodzy, ekolodzy, czy choćby nawet pasjonaci osobliwych miejsc?

.

Różowo mi - stado flamingów i innych ptaków w Bush Garden w Tampie

Różowo mi – stado flamingów i innego ptactwa – Bush Gardens w Tampie

.

ii

Różne słyszymy opinie na temat Florydy. Zdarzają się sądy skrajne. Nawet ci, którzy w tym stanie byli, mają o niej niejednoznaczne zdanie. Dla wielu innych Floryda nadal pozostaje miejscem niemalże mitycznym, a już na pewno takim, które pociąga, kusi, obiecuje… Fama, którą zaraziliśmy się jeszcze w Polsce.

.

Trzeba sobie powiedzieć szczerze, iż wszystkie ożywienia osiedleńcze i turystyczne – te nagłe i okresowe najazdy ludów na Florydę – nie związane były z samymi walorami tej ziemi, (która przez stulecia uważana była przecież za bezużyteczną) a raczej z działalnością i kreacją człowieka. Linia kolejowa Flaglera, niewolnicze plantacje, forty obronne, kolonialne przyczółki, wreszcie handel działkami budowlanymi rozwinięty perfekcyjnie przez przez realnościową spekulację XX wieku. Dzisiaj Floryda jest pod względem demograficznym jednym z najszybciej rozwijających się stanów (dwa tysiące nowych osadników dziennie!) Nieruchomości są tam ciągle o wiele tańsze w porównaniu z innymi rejonami Stanów Zjednoczonych.
Jednakże, prawdziwy fenomen Florydy, to fenomen turystyczny…

„FUN” CZY UTOPIA?

Prawdziwym gigantem turystycznym na skalę światową jest środek stanu – Floryda Centralna, czyli okolice miasta Orlando. Disney World, studia filmowe wytwórni Universal, Sea World… Tylko ten pierwszy kompleks, przez ostatnie 25 lat odwiedziło ponad 300 mln. ludzi. Bez wahania można stwierdzić, iż – co byśmy o „Cudownym Świecie Walta Disney’a” nie sądzili – ten niewiarygodny, cudaczny, pop-kulturowy fenomen amerykański trzeba choć raz w swoim życiu zobaczyć – tak jak wypada zobaczyć, dajmy na to, Niagarę, Wielki Kanion, czy Manhattan, a nawet… Las Vegas.

Jaki można mieć stosunek do Disney World?
Pomijając już oczywisty fakt, że kombinat ten jest konkretnym miliardowym biznesem, ważnym nie tylko dla spadkobierców Walta Disney’a i zarządzających nim ludzi, ale i tysięcy pracowników, jak również dla skarbonki stanowej i federalnej (pieniądze są najbardziej istotną i żywotną racją istnienia Disney World – jakże by mogło być inaczej?), to jest on także fenomenem kulturowym, jakim można tłumaczyć współczesną utopię konsumpcyjnego społeczeństwa amerykańskiego, które jako krainę ucieczki obiera sobie… dziecinność. Nie powinno nas zmylić to, że Walt Disney w zasadzie tworzył wszystko (łącznie z myszką Mickey i filmami animowanymi) z myślą o dzieciach. To jest pozór, że promocja kalifornijskiego DisneyLandu i florydzkiego Disney World skierowana jest głównie do dzieci. Jeżeli to są dzieci, to są to przede wszystkim dorosłe „dzieci” amerykańskie. (Wymowny jest fakt, że wśród odwiedzających, na 1 dziecko w Magic Kingdom – a więc najbardziej „dziecinnym” ze wszystkich trzech parków – przypada aż 4 dorosłych).

Trudno tu skwitować w paru zdaniach przyczyny szalonej kariery i powodzenia disney’owskiego pomysłu (zarówno jeśli chodzi o kino, jak i o rozrywkowe parki tematyczne), ale można wspomnieć o tych najbardziej oczywistych: idealizację i przejrzystość (wyimaginowanego) świata, elementarna uczuciowość, niewinność i naiwność; prostota morału i przesłania; pozytywistyczna wiara w postęp i dobre zakończenie; wreszcie ucieczka od rzeczywistości – wrażenie spełniania się bajecznych marzeń i (fizyczne) wejście do kolorowego „cudownego świata baśni”.
Innymi słowy: utopia szczęśliwości wiecznego dzieciństwa.
Nie komplikujmy jednak sprawy. Najbardziej uczciwym spojrzeniem na Disney World będzie jednak takie, które pozwoli nam po prostu dostrzec w nim miejsce zabawy, odpoczynku i rekreacji – spełnienie i dostarczenie tego, czego przeciętny zapracowany Amerykanin potrzebuje i oczekuje. Zwyczajny „FUN”. A wiadomo, że przeciętny Amerykanin nie zamierza się rekreować na sztuce Szekspira, koncercie Mozarta czy wystawie malarskiej Degasa – i to trzeba uznać za zjawisko naturalne. Niemądrze też byłoby się na taki stan rzeczy obrażać. Wyrafinowanie, z samej swej istoty, nie może być domeną kultury masowej. Zresztą, aby się odprężyć, zapomnieć o sakramentalnych „kłopotach, troskach i zmartwieniach”, rozluźnić się, pozbyć stresu, otrząsnąć z ciężkawego sosu powszedniości, zregenerować fizycznie i psychicznie – w tym raczej nam Szekspir nie pomoże. Trudno też oczekiwać masowej rekreacji po Wagnerze, Bachu czy Degasie. (Co oczywiście nie oznacza, aby pod tym względem zatracać wszelki krytycyzm i nie domagać się pewnego poziomu i wartości w masowej rozrywce, czyli w pop-kulturze).
Jak świadczą o tym liczne przykłady, dość łatwo można ulec pokusie pogardy dla „plebejskości” i „kiczowatości” disney’owskiego świata – spojrzenia na amerykański folklor z intelektualnych i artystycznych wyżyn – może nawet w poczuciu europejskiej wyższości. Te uczone analizy zbyt często przypominają jednak nadęte dysertacje smętnych nudziarzy, którzy wyzbyli się wszelkiej wyrozumiałości dla ludzkiej spontaniczności, bezpretensjonalności i wyzwalającej potrzeby czystej zabawy.

Zresztą, Disney World w wielu miejscach nie jest ani plebejski, ani kiczowaty. Jeśli ktoś szuka czegoś bardziej „wyrafinowanego” – nie sztucznego, jaskrawego, infantylnego, krzykliwego – to w Disney World może też to „coś” znaleźć. Trafi na walory edukacyjne choćby w Epcot Center (zwanym niekiedy parkiem tematycznym myślącego człowieka), usłyszy dobrą muzykę, zetknie się z prawdziwą sztuką i artyzmem, tudzież ze znakomitą, niepodrabiana kuchnią w którymś z pawilonów World Showcase (Świat w Przekroju, gdzie spotykamy autentyczne kulturowo-architektoniczne wycinki różnych krajów z całego świata.)
Listę niewątpliwych zalet Disney World można by ciągnąć dłużej.

Bez względu na zapatrywania kulturowe, estetyczne czy smakowe; bez względu na stosunek do turystyki, podróży i zwiedzania; bez względu na upodobania wypoczynkowo-rozrywkowe, każdy musi przyznać, że Disney World jest przedsięwzięciem i realizacją imponującą rozmachem, skutecznością i profesjonalizmem. Zaś kontestatorom boczącym się na to „niewiarygodne rozdmuchanie osobliwości” i „gigantyczny cyrk”, można przeciwstawić argument trudny do podważenia: lepsza taka oferta rekreacyjna dla ludzi, niż żadna. Tym bardziej, że to oferta w swej klasie solidna i perfekcyjna. Czy nie świadczy to dobrze o Ameryce, że tutaj, w tym kraju, możliwe stało się zrealizowanie takiego właśnie pomysłu, w sumie nieszkodliwego, może trochę dziwacznego i infantylnego, ale przecież dającego całej masie ludzi – i to nie tylko z tzw. plebsu – możliwość przeżycia kolorowej przygody, chwili wakacyjnego wytchnienia? (Czy możemy sobie wyobrazić coś takiego, jak Disney World w Rosji, Chinach, Indiach, Iranie, Kenii czy Zairze?** W Rosji, jak wiadomo, w sferze rozrywki, króluje Pani Pocieszycielka, czyli gorzałka oraz mafia, w Chinach zamordystyczny komunizm bez większych rekreacyjnych szaleństw, w Iranie fundamentalizm, w Iraku Husajn, w Polsce koalicja post-komunistyczna, a o Indiach i Afryce żal mówić…)
Trochę więc na wyrost hasło „disneyland” stało się synonimem bezmyślnej i cyrkowej masówki.
Sam wracam do Disney World dość chętnie (to nieistotne, że są to w zasadzie powroty „służbowe”). Zauważam również, iż na większości przybyszów, którzy park ten widzą po raz pierwszy, wywiera on odpowiednio duże i zdecydowanie dobre wrażenie. A nie o wszystkich znanych miejscach można powiedzieć, że warte są swojej popularności. O Disney World mówi się oficjalnie, że to „największa atrakcja turystyczna świata”. I doprawdy trudno temu zaprzeczyć.

Dawid Michała Anioła... na Florydzie - Sarasota

Dawid Michała Anioła… wśród florydzkich palm – Sarasota

.

MIASTA

Wyraziłem się kiedyś, że Miami to „wielka i kolorowa metropolia”. Nie jest to prawda zupełna. Istnieje kilka zakątków tego miasta wartych tej swojej egzotycznej sławy, jednakże reszta nie przedstawia się już tak pasjonująco. Owszem, metropolia to „kolorowa”, ale w znaczeniu murzyńsko-latynoskim. Ale nas ta klasyfikacja ras tutaj nie obchodzi.
Miami, a właściwie Dade County, to dziesiątki mil kwadratowych terenu, nie tyle zabudowanych, co wypełnionych głównie tysiącami tekturowych, barakopodobnych domków pudełkowych. Odnosi się to zwłaszcza do południowych obszarów tzw. Większego Miami. Nic dziwnego, że niedawno huragan Andrew jednym podmuchem zrównał to wszystko z ziemią. Ale i w tych dzielnicach bardziej solidnych, turysta nie znajdzie raczej zbyt wielu powodów do zachwytu. Lepiej się więc tam nie zapuszczać, bo i po co?
A jednak jest w Miami kilka takich zakątków, gdzie warto zagościć – by odczuć tę południową egzotykę, doznać niecodziennych wrażeń. Jedną z tych bardziej oczywistych atrakcji jest kolorowy, głośny i pełen życia deptak Bayside Marketplace, położony w samym śródmieściu Miami, a jednocześnie – jak zdradza nazwa – nad zatoką. I ten portowy charakter doskonale podkreślają drzemiące nieopodal kolosalne cielska transatlantyków, a także przeróżne stateczki, statki, jachty, łodzie… wśród nich również ta, na której pływał w serialu „Miami Vice” Don Johnson ze swoim aligatorem i nie tylko…
Na nabrzeżu tym panuje atmosfera wiecznego jarmarku i festynu – wszędzie mnóstwo restauracji, sklepów, butików; dookoła rozlegają się południowe rytmy, muzyka jak najbardziej „na żywo”.
Niewątpliwie warto też zajrzeć do ekskluzywnej, modnej, a nawet nieco snobistycznej dzielnicy Coconut Grove, w której często dzieje się coś ciekawego. Zaskakującym „zabytkiem” jest Villa Vizcaya, wybudowana w XIX wieku w stylu włoskiego Renesansu. Interesującym doświadczeniem mogą być odwiedziny w Małej Hawanie lub w Małym Haiti. Bardzo malowniczym miejscem jest Parrot Jungle, która niestety dotkliwie ucierpiała wskutek huraganu, podobnie jak tropikalne ogrody Fairchilde’a, czy rezerwat przyrody na Key Biscayne.

Miami Beach to temat osobny, niewiele mający wspólnego z samym Miami. Właśnie tam – na tym wyspowym pasku ziemi, w dużej części wydartej oceanowi – znajdują się wypoczynkowe resorty, do których zjeżdżają się wakacjusze z całego świata. Kondominia, townhousy, hotele, motele… bardziej lub mniej eleganckie, wraz z takimi wizytówkami, jak dystrykt w architektonicznym stylu Art Deco (tam właśnie znajduje się słynna, zwłaszcza z życia nocnego, South Beach, gdzie mieszka slynny projektant mody Versace***), czy też luksusowy Hotel Fontainbleau. Wreszcie: gwiazdorskie rezydencje (tzw. „Millionairs Row”, gdzie znajdują się domy m.in. Julio Iglesiasa, Sophii Loren, Glorii Estefan, braci Gibb…), nie wspominając o domu w którym mieszkał (i zmarł) słynny chicagowski gangster Al Capone.
Tutaj zaczyna się także wielusetmilowy ciąg hoteli i plaż, przeróżnych ośrodków wypoczynkowych i klubów, biegnących przez North Miami Beach, Hollywood, Fort Lauderdale, do West Palm Beach i jeszcze dalej w kierunku północnym. I właściwie wokół tego wąskiego pasa skupia się aktywność tych, którzy odwiedzają południową Florydę. Nikt raczej nie zapuszcza się wgłąb lądu, chyba że chce zobaczyć Park Narodowy Everglades (czyli to, jak naprawdę wygląda środowisko naturalne półwyspu), ewentualnie pragnie odwiedzić Indian Miccosukee.

Jeżeli na południe Florydy trafimy w czasie ładnej pogody, znajdziemy znośne locum z dostępem do zadbanej plaży, to rzeczywiście możemy liczyć na udany wypoczynek, no a później – na wspomnienia godne naszych wcześniejszych wyobrażeń i oczekiwań. Kąpiel w ciepłym Oceanie, opalanie się, pływanie, spacer po plaży – czy to w słońcu, czy też w pełni księżyca – będzie niewątpliwie satysfakcjonującą gratyfikacją za nasz trud i wydatki związane z odlotem do południowych krajów.

Przed domem Hemingway'a na Key West

Przed domem Hemingway’a na Key West

Zupełnie inny, bardzo swoisty charakter, posiada Key West. Dużo można by pisać o tym najdalej na południe wysuniętym kontynentalnym miasteczku Stanów Zjednoczonych, w którym mieszkał Hemingway i gdzie napisał on m.in. „Komu bije dzwon”, „Towarzysze broni”, „Stary człowiek i morze”… Już sam dojazd tamże stumilową drogą prowadzącą kluczem wysepek połączonych długimi, wysoko wiszącymi mostami – z których, po lewej stronie widzimy Atlantyk, z prawej zaś Zatokę Meksykańską – może być ekscytujący. Nie wspominając o szalonej atmosferze panującej na miejscu: na Duvall Street czy w barze Sloppy Joe, w którym najczęściej topił w trunkach swe frasunki Papa Hemingway.
Położone na północ od Miami, West Palm Beach jest w zasadzie miastem bogaczy, którzy, podobnie jak w innych rejonach Florydy, odgradzają się od biedniejszego świata murem. Z tego względu ulica z takimi rezydencjami wywiera dość ponure wrażenie – bo wydaje się jakby opustoszała po jakimś zadżumieniu. Straszą też puste i niszczejące biurowce wybudowane przez Trumpa, amerykańskiego bohatera finansjery, któremu lekką ręką pożyczono setki milionów dolarów (cudzych, bo należących przecież do zwykłych ciułaczy i podatników), które ten z kolei topił w poronionych, a megalomańskich pomysłach inwestycyjno-budowalnych.
Umiejscowione centralnie Orlando gubi się wśród otaczających go parków tematycznych, o których już była mowa (Disney World, Sea World, Universal Studios…) Przyjezdni (a są ich miliony), zazwyczaj od razu kierują się do tych turystycznych przybytków i atrakcji, omijając samo miasto, w którym oprócz Church Street Station raczej niewiele jest miejsc godnych uwagi.
Można natomiast zajrzeć do Daytona Beach. Oprócz wspomnianej już wcześniej plaży bardzo szerokiej, toru wyścigowego Formuły 1, jest tam kilka fajnych zakątków, także kulinarnych – choćby niezłe garkuchnie serwujące smaczne a świeże morskie żarcie. Poza tym, Daytona Beach to mekka amerykańskiej młodzieży, która chce zasmakować wolności, wyrywając się spod kurateli starszych, właśnie do nocnych klubów i dyskotek Daytony. To również przyczynia się do swoistego charakteru i kolorytu miasta.
W tym ekspresowym przeglądzie florydzkich miast nie sposób pominąć miasto St. Augustine uważane za najstarszą, założoną na kontynencie Ameryki Północnej osadę (1565 r.), która dotrwała do naszych czasów. Dodajmy, że dotrwała w znakomitej kondycji i po drodze rozwinęła się, mimo naprawdę burzliwej i tragicznej historii, której jednym z najbardziej znaczących – a jednocześnie wielkich – świadków jest zwalista twierdza Castillo de San Marcos.
St. Augustine to miasteczko ciekawe, malownicze, zaskakujące… Taką południową niespodzianką bardzo przypominającą Hiszpanię. Niektórzy uważają, że jest to najładniejsze miasto Florydy. A mnie się wydaje, że nie ma w tym przesady.

KONKLUZJA OPTYMISTYCZNA

Wspomniałem już o tekście, (który może jednak zbyt mocno przypominał pamflet), jaki popełniłem kiedyś na temat Florydy. Niewątpliwie mógł on zdenerwować ludzi, którym stan ten jest miły, a przede wszystkim tych, którzy z Florydą związani są w jakiś sposób „biznesowo”. Doszło do tego, że niedługo później jeden z redaktorów „Dziennika Chicagowskiego” musiał dla równowagi napisać tekst o różnych florydzkich walorach, a przede wszystkim o opłacalności inwestowania tamże.
Ja to dobrze rozumie, ale i od innych oczekuję większego dystansu i poczucia humoru. Zastrzegam sobie również prawo do wyrażania osobistych uwag i pretensji wobec Florydy, która nieraz na tyle dawała mi w kość, że tylko siąść i pamflet na nią smarować. Jednakże były to momenty stosunkowo nieliczne, bardzo subiektywne, związane z różnymi okolicznościami, w jakich przyszło mi w tym stanie mieszkać.
Zupełnie czymś innym jest turystyczny kontakt z Florydą, a właśnie od strony turystycznej chciałem tutaj naszkicować jej portret.
Starałem się też unikać jednoznaczności. Zresztą – zważywszy na wspomniany już subiektywizm – cudzy opis, zdanie, sąd, opinię czy zwłaszcza wrażenie – winno się oczywiście brać pod uwagę, lecz dla nas, w ostatecznym rozrachunku, najbardziej liczy się doświadczenie osobiste, własne. Dlatego też z dystansem warto się odnosić zarówno do bezkrytycznych apologetów Florydy, jak i do niepoprawnych malkontentów, których zwłaszcza wśród naszych rodaków nie brakuje. Sami więc musimy zobaczyć Florydę na własne oczy, by przekonać się, że naprawdę jest ona jednym z najbardziej interesujących amerykańskich stanów.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 14 lutego, 1995 r. – cz. I i 21 lutego, 1995 r. – cz. II)

* Oczywiście, aby zobaczyć orki w ich naturalnym środowisku, niekoniecznie trzeba się wybierać na ocean statkiem wielorybniczym. Na Alasce, w Kanadzie, czy w stanie Waszyngton organizowane są wycieczki, które umożliwiają zwykłemu śmiertelnikowi zobaczenie z bliska tych wspaniałych zwierząt żyjących na wolności. Przy odrobinie szczęścia, można je nawet zaobserwować z brzegu.
** Tekst został napisany 17 lat temu, w czasach, kiedy rzeczywiście trudno było sobie jeszcze wyobrazić coś takiego, jak Disney World w Chinach, czy w Rosji. (No cóż… The Times They Are a-Changin’)
***  Pół roku później (w lipcu, 1997 r.), Versace został zastrzelony przed swoim domem w South Beach w Miami.

Nową wystawę zdjęć z Florydy obejrzeć można TUTAJ – na stronie ŚWIATA W OBRAZACH.

.

Florydzki zachód Słońca

Florydzki zachód Słońca – Zatoka Meksykańska

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Z TATR W GÓRY SKALISTE

(zapiski z podróży)

Tatry

Tatry

.

iTatry.
Nie było mnie w tym miejscu 30 lat! Z mojej licealnej wycieczki pamiętam jedynie niewyraźne scenki z domu Tetmajera, cieniutkie nóżki naszego przewodnika i jakieś mgliste obrazki znad Morskiego Oka.
Cały majestat Tatr pozostał dla mnie nieodkryty. Czyżby dopiero dzikość, pejzażowa monumentalność i niezmierzoność amerykańskiego Zachodu obudziły we mnie wyczulenie na otaczający nas spektakl Natury?
Tak więc Tatry objawiły mi się tak, jakbym widział je po raz pierwszy. I zagrało we mnie to uczucie, jakiego doświadczałem często w obliczu nowo poznanych miejsc, które porażały mnie swoją niezwykłością i pięknem.
Nie wydaje mi się abym był zupełnie wolny od plemiennego sentymentalizmu, ale tym razem radość z obecności na ziemi o takiej urodzie była całkowicie wyzbyta jakiejkolwiek patriotycznej konotacji. Góry polskie czy słowackie? Jakież to mogło mieć znaczenie? Niedorzeczna wydała mi się myśl, aby szczycić się czymś, czego posiadanie zawdzięczamy jedynie geograficznemu przypadkowi.
Przeraziły mnie tłumy wdrapujące się po asfaltowej drodze ku Morskiemu Oku. Nie chcę wszak, aby ta niechęć do ludzkiej ciżby została tu źle zrozumiana. Większość z nas, od czasu do czasu lubi być w tłumie, ja również… ale nie w górach, które zawsze uważałem za miejsce gdzie można się wyciszyć, zagłębić w samotności, zajrzeć w siebie… Także zakosztować przyrody, zmierzyć z surowością natury.
Cenię doświadczenie wspólnoty z większą grupą ludzi, ale nie na górskim szlaku.

Zakopane, Krupówki.
Cóż, wydaje mi się, że straciły one swój dawny charakter, a nie wyrobiły sobie jeszcze nowego. Dlatego kosmopolityczne tłumy turystów przewalające się po tym głównym deptaku Zakopanego równie dobrze mogłyby się czuć w jakimkolwiek austriackim, szwajcarskim czy niemieckim górskim miasteczku. Oscypki, kwaśnica czy nawet góralskie u-orkiestry to za mało.
Pizza Hut i Kentucky Fried Chicken gryzą się z wylizanymi, silącymi się na autentyczną góralszczyznę karczmami. Gabinet figur woskowych, sklepy ze szwarcem, mydłem i powidłem, tandetne pamiątkarstwo – cała ta eklektyczna rupieciarnia w nader wątpliwym estetycznie guście wchodzi nam na głowę.
Mimo to wszechobecny luz wakacyjnego lenistwa robi swoje i daje się odczuć owa beztroska atmosfera będąca udziałem ludzi, którzy zostawili za sobą swoje powszednie światy. Zawieszeni w obcym ale jednak przyjaznym miejscu, mogą zapomnieć o swoich harmonogramach. Mogą się stać kimś innym, może nawet… sobą i niewykluczone, że niektórym z nich jest z tym ostatnim wcieleniem dobrze.

Do hotelu Belvedere trafiłem właściwie przez przypadek. Kiedy znalazłem się w jego wnętrzu, przypomniała mi się sarkastyczna opinia Passenta na jego temat, z którą gdzieś niedawno się zetknąłem.
Nie podzielam jego zdania o rozpanoszonym tu „najgorszym guście”, niemniej jednak miałem wrażenie, że jest to obiekt jak najbardziej nie na miejscu – już sama nazwa (podobnie jak sąsiedni „Wersal”) wydała mi się pretensjonalna, przystająca do Zakopanego jak kareta do wołu.
Być może w ogóle luksus nie pasuje z natury rzeczy do takich miejsc jak Zakopane, a już na pewno luksus bezstylowy i kosmopolityczny.

Niestety, moje poszukiwanie kwatery na Kościeliskach spęzło na niczym, nie chciałem też utknąć w jakimś pensjonacie w samym mieście.
Belvedere zaś leżał na uboczu, przy drodze Do Białego, otoczony lasem i spokojem. Za płotem zaczynał się szlak, w ciągu minuty człowiek był wśród drzew, ptasich świergotów i szumu strumienia. Przejście z „miasta” w góry odbywało się niemal natychmiast. A wystarczyło dziesięć minut na szlaku, by przeżyć kilka przygód: pies kąpiący się w potoku, niezwykłe kwiaty i narośle na liściach, kryjące się wśród drzew stare schronisko…
Maleńkie fragmenty świata, składające się, niczym puzzle, w hedone – wielką radość i przyjemność życia.

greydot

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

.

ii

Od kilku dni jestem w Montanie.
To ciekawe doświadczenie porównać nasze polskie góry (w których byłem zaledwie dwa tygodnie wcześniej) z amerykańską “dziczą” Gór Skalistych, z którą zderzam się teraz.
Miejsce jest mi znane, gdyż bywałem tu już wielokrotnie: to leżący na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady Park Narodowy Lodowców (Glacier National Park). Nigdy jednak nie miałem aż tyle czasu co teraz, by zapuścić się na dłużej w dzikie górskie ostępy – by wędrować całymi dniami wśród lasów, jezior, skał i lodowców.

Słowa te piszę w miejscowości Saint Mary, leżącej na pograniczu Parku Lodowców i rezerwatu Czarnych Stóp.
O tych stronach powiedzieć można sporo, jednakże chciałbym skupić się na pewnym niezwykłym dla mnie doświadczeniu, jakim było spędzenie nocy w odciętym od świata, położonym w samym sercu gór, schronisku.

Aby dostać się do Granite Park Chalet trzeba pokonać kilkunastokilometrowy szlak: Swiftcurrent Pass Trail lub Highland Trail. Wybrałem ten pierwszy, być może dlatego, że wymagał znacznie większego wysiłku. Trzeba było bowiem wspiąć się kilka kilometrów na wysoką przełęcz, po bardzo stromym zboczu, mając tuż obok kilkusetmetrowe przepaści – a wszystko w towarzystwie śnieżnych kozłów, kolorowych skał, grzmiących kaskad i śniegu.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając złotym blaskiem okoliczne doliny. Wkrótce różowym płomieniem zapaliły się górskie szczyty, przechodząc stopniowo w głęboką purpurę. Na niebie kłębiły się chmury, ciągle zmieniając – niczym w jakimś zaczarowanym kalejdoskopie – swoja barwę i kształty.
Prawie godzinę siedziałem oniemiały na tarasie schroniska przyglądając się temu Wielkiemu Spektaklowi na Niebie.
Wkrótce na niebo wysypały się gwiazdy, wzeszedł księżyc ogarniając srebrną poświatą górskie zbocza, granie i szczyty.
Długo nie moglem zasnąć. Mimo zamkniętych oczu ciągle widziałem te wszystkie obrazy, które otaczały mnie dzisiejszego dnia.

Ja, nieodrodny wspólnik wielkomiejskiej cywilizacji, zdaję sobie doskonale sprawę z namiastkowości podobnych doświadczeń.
Dawno minęły już czasy, kiedy dotarcie do takich miejsc wymagało wielotygodniowej przeprawy – końmi lub pieszo – przez dziewicze puszcze i górskie bezdroża; zdania się tylko na siebie – na własną znajomość elementarnej szkoły przeżycia, na którą składały się obycie z przyrodą, zdolność orientacji w terenie, wytrzymałość, twardość, determinacja…

Czy możliwy jest nasz bezwarunkowy powrót do natury?
Czy możemy otrząsnąć się z naszych cywilizacyjnych naleciałości?
Wydaje mi się, że nie jest to już możliwe, nawet jeśli chcielibyśmy poświęcić temu całe nasze życie.
Zresztą, podobne tęsknoty są chyba wyrazem naszej naiwności. Zaczęliśmy je artykułować jeszcze przed Oświeceniem, a już na dobre rozkwitły one w dobie Romantyzmu.
Najwyraźniej odbiło się to w pismach Jana Jakuba Rousseau, który kreślił wizje Natury jako naszego Raju Utraconego. Jemu też zawdzięczamy rozwinięcie archetypu noble savage – Szlachetnego Dzikusa, istoty prostej, niewinnej, nie zepsutej jeszcze przez cywilizację. Swój wpływ miały również powieści Williama Dafoe (przygody Robinsona Cruzoe na bezludnej wyspie), czy też Jonathana Swifta (podróże Guliwera do różnych bajecznych krain)… etc.

W naszej kulturze zrodziła się utopia szczęśliwej nieskażonej krainy, naturalnego raju.
Utraconego na zawsze?
A może nigdy nie istniejącego?

greydot(zapiski pochodzą z 2008 r.)

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island – Park Narodowy Lodowców w Montanie

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island w Parku Narodowym Lodowców w Montanie

© ZDJĘCIA WŁASNE

Powiązane wpisy: „Spotkanie z grizzly” , „Natura – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie”

Zdjęcia z Parku Narodowego Lodowców w Montanie obejrzeć można TUTAJ.

.

RAJ W CIENIU WIELKIEJ GÓRY

.

Mt. Rainier wyłania się z chmur

Mt. Rainier wyłania się z chmur

.

poczekalnia, awaria, trampki i lot

Późny samolot do Seattle. Zapokładowanie przebiega sprawnie. Wszyscy pasażerowie siedzą na swoich miejscach. Za pięć minut mamy startować.
Nagle słyszymy polecenie pilota, by opuścić maszynę.
Oficjalna wersja: potrzeba wymienić olej w silniku i go zrestartować…
Mogli by wymyślić coś mądrzejszego!
Wszyscy posłusznie i bez szemrania wychodzą z samolotu (nie było naszych Rodaków, więc obyło się bez dosadnych komentarzy, oprócz mojego cichego – w myśli)

Siedzimy w poczekalni, oglądamy (i słuchamy) program Larry’ego Kinga w CNN. Nadstawiam ucha bo mówią coś o Vancouver, w którym mam być już za dwa dni.
Co za wiadomość!
W pobliżu tego kanadyjskiego miasta woda wyrzuciła na brzeg pięć odciętych ludzkich stóp – wszystkie prawe i wszystkie w … trampkach! Myślałem że się przesłyszałem, ale gdzie tam – inni słyszą to samo co ja.
Dochodzę do wniosku, że to niemożliwe, by rzeczywistość płatała nam takie okrutne i absurdalne zarazem figle… bez naszego udziału. Podejrzewam, że to jednak sprawka jakiegoś makabrycznego żartownisia. Jednak w studio Kinga wszyscy rozprawiają o tym z powagą, nikt jakoś nie wpada na to proste i chyba jednak jedyne sensowne wytłumaczenie. Chociaż mogłoby się komuś wydawać, że to temat dla kolejnej powieści grozy innego pana Kinga – Stephena. Bo przecież… skąd tu wziąć niepostrzeżenie pięć ludzkich stóp! (Bo o trampki to już łatwiej.)

W końcu, po godzinie wchodzimy do samolotu i zaczyna się normalna gniecionka w wąskich jak cholera siedzeniach.
Coś czytam, później próbuję spać… ale gdzie tam! Nie wiadomo co zrobić z nogami , jak ułożyć głowę… tortury znane każdemu, kto musiał spędzić kilka (a niekiedy i kilkanaście) godzin w samolocie.

sleepless in Seattle

Po czterech godzinach lądujemy w Seattle. Jest już po północy. Odprawa bagażu, wychodzę na zewnątrz, chcę złapać taksówkę … podjeżdża jedenastoosobowy van. Jestem sam, więc uważam, że to lekka przesada, żebym do niego wsiadał. Ale innej taksówki nie ma. Kierowca mówi (domyślam się co mówi, bo to Hindus strasznie kaleczący angielski), że cena jest taka sama, co powtarza z dziesięć razy podczas półgodzinnej jazdy do hotelu. No i naturalnie opowiada o swoich Indiach oraz – jakże by mogło być inaczej – o swojej rodzinie. Angielski strasznie łamany, ale jakoś się rozumiemy. Jeszcze bardziej się ożywia, kiedy mówię, jak bardzo zafascynował mnie jego kraj.
I rzeczywiście kasuje 40 dolarów, czyli (podobno) jednak tyle co za zwykłą taksówkę o tej porze w nocy. A jest już druga.

Jestem w samym centrum Seattle.
Na recepcji nie śpią, wkrótce trafiam do swojego pokoju, biorę prysznic, (a może jednak nie … już nie pamiętam ), kładę się do łóżka, próbuję zasnąć…
Kurcze… nie wychodzi! Pięć odciętych stóp w trampkach! Bardziej absurdalne, niż straszne. Próbuję od tego odwrócić myśli, może nawet… przestać myśleć, ale nie ma tak łatwo.
Przez okno widzę charakterystyczny futurystyczny spodek Space Needle – wieży, z którą zwykle kojarzy się na całym świecie to miasto. Oświetlona jak w Bliskich Spotkaniach Trzeciego Stopnia, dziwna, jak nie z tego świata…
Atmosfera niczym z Archiwum X.
Wieża wyrasta nie dalej, jak 100 metrów od mojego hotelowego okna. Jej neonowy niebieskawy blask gryzie w oczy. Jak tu spać? A na zegarze trzecia!
No pięknie! Za cztery godziny mam spotkać pewną grupę ludzi, a przecież wypada być wtedy świeżym, zwartym, sprawnym i gotowym.
Myśl błądzi po różnych tematach, ale w końcu zawsze wraca do kosmicznego spodka – i tak aż do rana snuje się ta moja insomnia.
Cóż… nie spodziewałem się tej bezsenności w Seattle.
To prawda, ze czasem rzeczywistość sączy się jak krew z nosa.

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

.

Vancoucer  – olimpijskie Whistler

Dwa dni w iście ekspresowym tempie.
Małe nieporozumienie co do lokalizacji hotelu, gdzie mam się spotkać z gośćmi z kraju (dwa hotele o tej samej nazwie) i oto wyjeżdżamy z Seattle opóźnieni o prawie dwie godziny. Musimy być na określony czas w Vancouver, stąd pośpiech.

Na szczęście przekroczenie granicy z Kanadą odbywa się szybko i bez problemów, tak że około południa jesteśmy na lotnisku dla helikopterów w samym centrum Vancouver.
Półgodzinny lot nad miastem i cieśniną Howe’a.
Z góry wszystko wydaje się śmiesznie małe. Niezwykłe wrażenie zawieszenia w powietrzu (helikopter jest cały przeszklony). W sumie – taka trochę dziecinna zabawa dla dorosłych, coś w rodzaju rollercoastera, tyle że spokojniej, bez wstrząsów i drożej

Po wylądowaniu krótka przejażdżka po downtown, następnie jedziemy do Parku Stanley’a, który jest czymś w rodzaju wyspy porośniętej dziewiczą puszczą, oddaloną o kilkaset metrów od miasta.
Po suto zakrapianym posiłku – spacer i oddech wśród wspaniałych drzew i indiańskich totemów z ciekawą perspektywą na oszklone drapacze chmur Vancouver.

Późnym popołudniem wyjeżdżamy na drogę Sea to Sky Highway (czyli, dosłownie, na autostradę “Od Morza w Góry”). Za trzy godziny powinniśmy być w Whistler.
Trasa jest malownicza. Wpierw prowadzi wzdłuż krawędzi fiordu, wysoko nad wodą. Później odbija w góry, pokazuje się śnieg, a nawet lodowce. Nasz (lokalny) kierowca Tim spisuje się znakomicie.
Wszędzie widzimy roboty drogowe – trwają przygotowania do zimowej Olimpiady, która odbywać się ma właśnie w Whistler, uznanym nota bene za najlepszy resort narciarski na kontynencie Ameryki Północnej.

Kolacja i nocleg w Chateau Fairmont.

Nazajutrz wracamy już do Vancouver. Po drodze widzimy jeszcze imponujące wodospady Shannona. Zaliczamy też kolejny lot helikopterem – tym razem na szczyt Grouse Mountain (jednakże zamiast dzikich cietrzewi spotykamy udomowione niedźwiedzie grizzly i tresowane orły z ich nie mniej interesującymi treserkami), zaś pod wieczór kierujemy się w drogę powrotną do Seattle.

Aaa… jeszcze zakupy. (Wiadomo: dolar słaby, złotówka mocna… Co to się nie porobiło na tym świecie! Ameryka stała się teraz dla Rodaków tańszym krajem niż Polska.)

Późnym wieczorem dojeżdżamy wreszcie do Seattle. Miasto tonie w miriadach kolorowych świateł.

Treserka orłów spod Vancouver

Treserka orłów spod Vancouver

.

mała wycieczka osobista

Przeżywam teraz niejaką konsternacje, gdyż nie jestem pewien czy warto o tym pisać. Czy ktoś przeczyta to z zainteresowaniem? I czy nie naruszam czyjeś dyskrecji?
Nie powiem… wypad do Kanady był niezłą frajdą, ale czy może to kogoś poza nami obchodzić? (Chyba jedynie służby specjalne wrogich mocarstw… just kidding!)
Najciekawszy wątek dotyczyłby zapewne charakterystyki osób, z którymi się spotkałem, ale siłą rzeczy bardzo niezręcznie byłoby mi o tym pisać. Zdradzę jedynie to, że moimi towarzyszami podróży byli zarówno pracownicy rządu polskiego, jak i amerykańskiego, a zamieszani w całą tę eskapadę byli także przedstawiciele firmy Microsoft, która jak wiadomo, ma swoją główną siedzibę w Seattle.
Tak się złożyło, że działo się to wszystko akurat w czasie, kiedy oficjalnie ze swojego stanowiska ustąpił Bill Gates, postanawiając poświęcić się odtąd prawie wyłącznie działalności charytatywnej.

Wtrącę jeszcze tylko, że nie przepadam za podobnymi imprezami, które zbytnio determinują jednak moje zachowanie – tak, że nie można raczej być wtedy w pełni sobą.
Wprawdzie można wygrywać w ten sposób pewną – nadal autentyczną – część własnej osobowości, ale jest to – akurat dla mnie – swego rodzaju personalna nisza, której zbytnio nie pozwalam się rozrosnąć. Tym sposobem można zachować wobec podobnych występów pewną rezerwę.

Jedna wszak myśl utrzymywała mnie w równowadze.
Ale o tym to może będzie następnym razem.

Kosmiczna Igła w nocy

Tym razem wracam do Seattle o ludzkiej porze – jest dopiero 9 wieczór. Miasto tętni jeszcze życiem, choć teraz jest to już życie nocne.
Żegnam się z ludźmi, z którymi przebywałem kilka dni. Już jutro, i to wczesnym rankiem, wylatują do Waszyngtonu DC.
Wcale im tego nie zazdroszczę.
Cieszę się na myśl o zaszyciu się w moim ulubionym zakątku w pobliskich górach.
Przełamując lekkie zmęczenie wybieram się na nocny spacer ulicami miasta. Nigdy do tej pory – mimo wielokrotnych wizyt w Seattle – nie miałem czasu by spojrzeć na panoramę miasta z okolicznego wzgórza. Może tym razem?
Nie mam mapy, ale wieża Space Needle jest dla mnie niezawodnym punktem orientacyjnym.
Po trzech kwadransach wspinania się pod górę, docieram do parku, w którym znajduje się platforma widokowa. Wokół pełno młodzieży – w parach i w grupkach, atmosfera luzu i beztroski.
Z tej perspektywy miasto prezentuje się doprawdy imponująco. Modernistyczna kompozycja z tysięcy kolorowych, migotliwych światełek – klasyczne Seattle by night. (Ujmuje nawet takiego kontestatora urbanizacji jak ja.)
Robię kilkanaście zdjęć (nie wiem czy bez statywu coś z tego wyjdzie). Spędzam jeszcze parę chwil gapiąc się na ten niezwykły widok, który roztacza się przed moimi oczami.
Łapię taksówkę i po dziesięciu minutach jestem w hotelu.
BIORĘ PRYSZNIC!
Niczym kłoda rzucam się na wymarzone łóżko i zasypiam kamiennym snem. Okazuje się jednak, że można zasnąć w Seattle… może nawet snem sprawiedliwego?

Seattle by night i Kosmiczna Igła

Seattle by night i Kosmiczna Igła

.

ucieczka w cień Wielkiej Góry

Uciekłem w mateczniki i knieje. Cały dzień włóczęgi w cieniu Wielkiej Góry!
U jej stóp gęsta puszcza, której soczysta zieleń kłuje wprost w oczy.
Na tej wysokości baśniowy las tętni już wiosenno – letnim życiem.

W wyższych partiach Mt. Rainier (bo tak właśnie nazywa się współcześnie Wielką Górę) głębokie śniegi. Droga biegnie w tunelach wśród kilkumetrowych zasp. Tu jeszcze nie dotarło lato… ani nawet wiosna.
Idę po szlaku zupełnie zasypanym śniegiem.
Biało.
Nieopodal marszczy się niebieskawo zsuwający się z Wielkiej Góry lodowiec. Wśród skał stają w słupek świstaki, przemykają się cicho czarne lisy, słychać śpiew ptaków.
Słońce próbuje się przebić przez chmury.
Co jakiś czas podnoszę głowę by kolejny raz zachwycić się potęgą wysokiego na cztery i pół kilometra wulkanu, jakim w rzeczywistości jest przykryta śnieżno-lodową czapą Wielka Góra.

Zapominam o całym cywilizowanym świecie.
I bardzo mi z tym dobrze

atawizmy przy kominku

Przed chwilą wróciłem do mojej leśnej chatki.
Gorąca herbata z rumem. W kominku trzaskają płonące brewiona. Zrzucam wysłużone buty, suszę przemoknięte nogawki.
Cudowne uczucie odprężenia i prawie że kojącego zmęczenia.
Błogie poczucie bezpieczeństwa, pamiętane jeszcze pewnie z czasów, kiedy po udanym polowaniu chroniliśmy się w ciepłych ogniskiem jaskiniach.
Brakuje tylko przy boku jakiejś oddanej squaw.

Mount Rainier

Wielka Góra to oczywiście wysoka na 4 400 m. Tacoma, znana teraz powszechnie jako Mount Rainier.
Przyznam ze nazwa indiańska (oznaczająca po prostu Górę) podoba mi się bardziej, podobnie jak Denali zamiast McKinley. Wydaje mi się bowiem bardziej naturalna, lepiej przystająca do tego kontynentu, na którym Europejczycy zjawili się dopiero wczoraj, a szarogęszą się jakby tu byli od zawsze.
Tacomę przezwał tak przed dwustu laty kapitan Vancouver, podobno na cześć swojego przyjaciela księcia Rainier, który zresztą nigdy góry nie widział, ani też w Ameryce nigdy nie był. (Oj, przydałaby się rewizja tych nazw, bardziej może nawet niż u nas w kraju, gdzie na gwałt zmieniono nie tak dawno jeszcze nomeny komunistyczne na katolickie.)

Kiedy przed laty po raz pierwszy zobaczyłem Tacomę, czyli Mt. Rainier, oniemiałem z zadziwienia i zachwytu. A było to tuż przed zachodem słońca. Od Wielkiej Góry dzieliło mnie wtedy kilkadziesiąt kilometrów, a ona wydawała się być – potężna i monumentalna – tuż, tuż…
Nigdy w życiu nie widziałem podobnego zjawiska: wysoko ponad horyzontem wisiał gigantyczny biało-różowy stóg, o którym już wiedziałem, że jest pokrytym śniegiem i lodem wulkanem.

Przy dobrej widoczności Górę widać z odległości ok. 300 km., można więc sobie wyobrazić jej rozmiary i potęgę.
Mt. Rainier to emblemat stanu Waszyngton (jej charakterystyczną, nie pozbawioną gracji sylwetkę, można zobaczyć na każdej tablicy rejestracyjnej stanu) – znak rozpoznawczy widoczny z odległości setek kilometrów. Naturalny skarb, który mimo piekielnego pochodzenia (góra jest najwyższym z wulkanów Ameryki Północnej powstałych na okalającym Pacyfik osławionym Pierścieniu Ognia), zniewala swoim pięknem.
Piszę to bez żadnej egzaltacji i przesady. Uważam, że Tacoma, zwłaszcza w środku lata, jest jednym z najpiękniejszych miejsc naszej planety.

Dlaczego w tym właśnie czasie?
Otóż wtedy zbocza góry pokrywają się bajecznie kolorowym kobiercem dzikich kwiatów, co w zestawieniu z potęgą ośnieżonego szczytu, rzeźbą terenu, wodospadami, fauną i florą, niezwykłą atmosferą miejsca i mikroklimatem, wywiera ogromne wrażenie… niezwykłości, a może nawet i cudowności.

Na kwitnące łąki jest w tej chwili jeszcze za wcześnie, niemniej jednak w dolnych partiach, u stóp Tacomy, lasy tętnią już pełnią życia, rzeki rwą skalnymi żlebami, po skałach przelewają się wodospady, a zwierzyna otrząsa się z zimowego uśpienia…
Wystarczy jednak przemieścić się kilkaset metrów wyżej, by znaleźć się w innym świecie – w innej strefie klimatycznej, gdzie dominuje jeszcze śnieg, a zima jeszcze nie jest tylko li wspomnieniem.

Zejście ze szzczytu wulkanu - My. Rainier jeszcze w czerwcu przykryty jest grubą warstwą śniegu

Zejście ze szczytu wulkanu – Wielka Góra jeszcze w czerwcu przykryta jest grubą warstwą śniegu

Paradise

No cóż… byłem w Raju, jednak twarz mam teraz ogorzałą, jakbym wstąpił do piekieł, choć wcale mi tam po drodze nie było.
Nie spodziewałem się tak mocnego słońca. Kiedy wyruszałem na szlak, tylko jedna, wschodnia strona góry była nasłoneczniona. Po zachodniej, nad Tacomą, kłębiły się chmury. Lecz za parę godzin wszędzie już paliło ostre słońce.

Z tym „rajem” to nie są żarty.
Odwiedzający Park Narodowy Mt. Rainier przybysze zmotoryzowani docierają zwykle do dwóch miejsc na zboczach góry, do których dojechać można samochodem. Jednym z nich jest Sunrise, o tej porze zamknięte, bowiem droga nadal zasypana jest śniegiem. Drugim – właśnie Paradise, położony już w strefie lodowców, na południowym stoku wulkanu. Amerykanie mają skłonność do przesady w nazewnictwie, jednakże Paradise jak najbardziej zasługuje na swoje imię. Kiedy bywałem tu w czasie kwitnących łąk (środek lata), zakątek ów wydał mi się zaiste jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałem w swoim życiu.

O tej porze roku niemal wszystkie szlaki wokół Paradise pokryte są jeszcze śniegiem, niemniej jednak są otwarte, oznaczone i uczęszczane.
Wybrałem Skyline Trail, który okrąża Paradise po graniach. Tym razem mogłem jednak dotrzeć tylko do Punktu Panoramy, najwyższego miejsca na szlaku, skąd, przy dobrej pogodzie, rozciąga się widok w promieniu ponad 200 km.
W czasie kiedy tam dotarłem, chmury nad Tacoma rozwiały się a powietrze wyklarowało tak, że można było, oprócz pobliskich wulkanów Mt. Adams i Mt. St. Helens (czy pamięta ktoś potężną erupcję tego ostatniego w 1982 r.?), dostrzec położoną już w Oregonie – po drugiej stronie rzeki Columbia –  Mt. Hood.

Szlak Skyline pokrywa się z tym, który prowadzi do Camp Muir – obozu, skąd wyruszają twardziele zdobywający Mt. Rainier. Spotkałem dzisiaj kilkadziesiąt osób, które wracały ze szczytu. Musieli wstać zaraz po północy, opuścić Camp Muir przed pierwszą, by zdobyć szczyt nad ranem i wrócić jeszcze przed południem, aby uniknąć zabójczych lawin.
Równie wielkim wyzwaniem jest piesze okrążenie góry szlakiem Wonderland Trail o długości – bagatela! – 150 km. Z tym, że trzeba na to przeznaczyć od 10 do 14 dni, wędrując z plecakiem i śpiąc po drodze w namiotach.n Ci, którzy tego dokonali, mówią o niezapomnianym doświadczeniu swojego życia.
To się dopiero zowie pobratanie z Naturą!

Po półdniowej śnieżnej włóczędze wracam do Paradise Inn. Pora na suszenie, posiłek i odpoczynek. W olbrzymiej sali tej gospody panuje fantastyczna atmosfera. Z ogromnego kominka promieniuje ciepło, ktoś gra na pianinie… Ludzie z całego świata wymieniają się wrażeniami, dzielą doświadczonymi przygodami, zawiązują się nowe znajomości…
Kończy się jeszcze jeden dzień w raju.

* * *

Widzę że ów tekst rozrósł mi się do niebezpiecznych rozmiarów, co może wystawić na próbę cierpliwość ewentualnego Czytelnika. Tak więc owym rzeczowym sprawozdaniem moją relację z Raju zmuszony jestem zakończyć.
A tyle myśli kłębiło mi się w głowie, kiedy siedziałem blisko godzinę na ogrzanej słońcem półce skalnej Punktu Panoramy, gapiąc się w niewiarygodny spektakl objawiający się przed moimi oczami.

* * *

UWAGA: Notatki pochodzą z podróży, która odbyła się w czerwcu 2008 r.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu

.

Happy monk in winter Paradise - Mt. Rainier

Happy buddist monk in winter Paradise – Mt. Rainier

.

DODATEK

Przy okazji załączam kilka zdjęć z Mt. Rainier zrobionych latem – wraz z notą ze strony ŚWIAT W OBRAZACH, na której obejrzeć można więcej obrazów z tego niezwykłego zakątka Ameryki:

Park Narodowy Mt. Rainier położony w zachodniej części stanu Waszyngton to obszar kilkuset mil kwadratowych dziewiczej przyrody, otaczającej olbrzymi, wysoki na 4 400 m. wulkan, jakim w rzeczywistości jest Góra Rainiera.
Uderza zróżnicowanie stref klimatycznych, w miarę jak wznosimy się ku szczytowi Tacomy (tak nazywali Wielką Górę Indianie), a co za tym idzie wielka różnorodność fauny i flory. Przypomina to przenoszenie się w krótkim czasie z jednego świata do drugiego, gdzie panują inne warunki, żyją inne zwierzęta, rosną inne rośliny…
Późną wiosną, ale i wczesnym latem, gdy na wysokości 2 km. n.p.m. trwa jeszcze skuta lodem i pełna śniegu zima, o kilkaset metrów niżej zieleni się las, do którego zawitała już pełnia lata. Lecz zwykle w połowie sierpnia, śniegi topnieją a odsłonięte dzięki temu łąki pokrywają się niewiarygodnie kolorowym kobiercem kwiatów, które sprawiają, że Mt. Rainier staje się wtedy jednym z najpiękniejszych miejsc na naszej planecie. Wówczas nazwy, jakie nadał człowiek znajdującym się tam miejscom (dajmy na to: Wonderland albo Paradise) nabierają całej swej adekwatności – urzeczywistniając się w widzianych przez nas obrazach.

(UWAGA: Kliknij na zdjęcie, aby zobaczyć obraz w pełnym wymiarze.)

Park Narodowy Mt. Rainier

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (1)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (2)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (3)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (4)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (5)

 

Więcej zdjęć z Parku Narodowego Mt. Rainier obejrzeć można na nowej wystawie TUTAJ.

© ZDJĘCIA WŁASNE

URSUS ARCTOS HORRIBILIS, czyli o spotkaniu z grizzly

.

Któż to wie… tego wpisu mogłoby nie być. I w ogóle mogłoby być „po ptakach”, czyli po blogu. Nie wspominając już o mnie samym. Lecz po kolei. Wszystko wydarzyło się w Parku Narodowym Lodowców w Montanie – wśród najpiękniejszych scenerii górskich na świecie, które, jak się okazało, mogą być niezwykłym tłem dla całkiem nieoczekiwanych dramatycznych wydarzeń.

.

Grizzly

Grizzly

.

NOC SZALEJĄCYCH GRIZLLY

W schronisku Granite Park Chalet, dom którego dotarliśmy na noc po całodniowym marszu w górach, nasłuchaliśmy się opowieści o niedźwiedziach, a największą uwagę przykuła ta, którą ranger nazwał „Nocą Grizzly”.
To były pierwsze ofiary tych bestii na terenie parku Glacier. Jednej nocy, w dwóch niezależnych od siebie incydentach, zagryzione zostały dwie młode kobiety. Pierwsze z z tych tragicznych wydarzeń miało miejsce zaledwie kilkaset metrów od Granite Park Chalet, tak że przeraźliwe krzyki zagryzanej dziewczyny słyszeli wszyscy goście schroniska, którzy zostali nimi rozbudzeni tuż po północy pewnej sierpniowej nocy 1967 roku.

Jak do tego doszło?
Otóż para młodych ludzi postanowiła przespać się (bez namiotu) w okolicznym lesie. Kiedy już pogrążeni byli w głębokim śnie, pojawił się czterysto-kilogramowy grizzly i zaczął wydzierać ich ze śpiworów. Mężczyzna, mimo że gryziony był po rękach, nogach i głowie, zdołał powstrzymać się od krzyku. Niestety, nie zdołała tego zrobić kobieta, i jej wrzask rozsierdził tylko niedźwiedzia, który zaczął ją wlec na dół po zboczu góry.
Jej zwłoki, a właściwie tylko część ciała, gdyż około 30 % zostało zjedzone przez zwierzę, znaleziono nad ranem kilkaset metrów dalej.

Tej samej nocy, w podobny sposób, tyle że w miejscu oddalonym o kilkanaście kilometrów (sprawcą był już inny grizzly), zginęła jeszcze jedna kobieta. Również i jej nie mógł pomóc towarzyszący jej człowiek. Kiedy grizzly zaatakował ich obozowisko (mimo że oprócz nich było jeszcze kilka osób) i zaczął ich „podjadać”, mężczyzna, który przeżył atak, usłyszał tylko jej słowa: „odgryzł mi ramię”, a zaraz potem: „Boże, jestem już martwa„. Trudno wyjaśnić ten zbieg okoliczności: dlaczego akurat tej nocy – w dwóch znacznie oddalonych od siebie miejscach – grizzly oszalały, zamieniając się w ludojadów.

Do tej pory na terenie Parku w podobny sposób zginęło 11 osób.
Gdzie jest napisane, że do tego grona nie mogłem dołączyć ja albo moja żona?

OKO W OKO Z BESTIĄ

GrizzlyWracaliśmy ze szlaku Iceberg Lake, położonego w okolicy doliny Many Glacier (cudownego zresztą, liczącego ponad 16 km.), było późne popołudnie więc starałem się zwiększyć tempo, gdy oto przed oczami, tuż obok ścieżki, mignęło mi coś w rodzaju płowo-brązowej czapy.
Dopiero w sekundę później uzmysłowiłem sobie, że to może być grizzly.
Schyliłem się gwałtownie i cicho wycofałem kilka kroków do tyłu za pagórek, dając znak idącej kilkanaście metrów za mną żonie, by zrobiła to samo. Byliśmy zbyt blisko, aby ujawnić przed niedźwiedziem swą obecność (co jest wskazane, kiedy widzi się je z daleka). Najniebezpieczniejszej bowiem jest wtedy, gdy zwierzęta te czują się zaskoczone. Wówczas mogą zaatakować, a nie ma sposobu, by przed nimi uciec, jako że potrafią biec z prędkością przekraczającą 50 km. na godz. – szybsze są więc od niejednego konia. Jeszcze kilka kroków dalej i znalazłbym się oko w oko z grizzly… i mogłoby to być moje ostatnie spojrzenie.

Przeczekaliśmy w ciszy kilka minut, zanim zdobyłem się na to, by wychylić głowę zza porośniętego trawą pagórka. Wtedy zobaczyłem drugiego niedźwiedzia, tyle że ciemno-brązowego, jeszcze większego niż ten płowy. Na szczęście oba zwierzaki oddalone były już od nas o jakieś 60 – 70 metrów (co zresztą też jest odległością niebezpieczną).
W międzyczasie dołączyła do nas inna para piechurów.

I wtedy zrobiłem rzecz mało rozsądną, mógłby ktoś powiedzieć – głupią. Zwiększyłem mianowicie czułość mojego aparatu (by uzyskać ostrzejsze zdjęcia) i wyruszyłem w kierunku niedźwiedzi, nie reagując na lekko przerażony szept mojej żony i bladość mężczyzny, który aż przysiadł z wrażenia na piaszczystej ścieżce i powtarzał: „tylko nie patrzcie mu w oczy, nie patrzcie mu prosto w oczy” (jego towarzyszka jednak była równie ciekawa, jak ja).
Niewidoczny dla zwierząt przekradłem się około 20 metrów w ich stronę, przykucnąłem za rzadkim krzakiem huckleberry, lekko wychyliłem się i wtedy ponownie zobaczyłem pysk czarnej bestii. Tym razem grizzly uniósł do góry nos i zaczął nim powąchiwać. Zdałem sobie sprawę, że jestem po nawietrznej stronie i że zwierzę wyczuło moją obecność (no cóż, Calvin Klein Escape).

Wszak zrobiło to na mnie takie wrażenie, że zrezygnowałem ze zdjęć i wycofałem się na uprzednie pozycje, co zostało przyjęte z niejaką ulgą, zwłaszcza przez Anię.
Wkrótce zorientowałem się, że niedźwiedzie wspinają się zboczem do góry w kierunku osikowego zagajnika. Kilka minut później na szlaku za nami pojawiło się kilka innych osób. Pomyślałem wówczas, że sytuacja nie jest już tak groźna… tym bardziej, że grizzly zdały sobie sprawę z naszej obecności, niejako oswoiły się z tym i nie zwracając na nas większej uwagi, wyjadały coś z trawy i krzewów.
Wtedy już mogłem spokojnie obserwować je przez mój teleobiektyw i zrobić im kilka zdjęć.

I tak, szczęśliwie, zakończyła się moja, bez wątpienia najbardziej emocjonująca, przygoda w Glacier National Park w Montanie.

BARIBAL I SERCE MOJEJ ŻONY

W związku z tym, że swego czasu spędziłem kilka lat na amerykańskim Zachodzie, bywając wielokrotnie w parkach narodowych, w górach, nad jeziorami, w pustyni i w puszczy… widok niedźwiedzi nie był dla mnie czymś niezwykłym. Nigdy jednak nie znalazłem się tak blisko tej dzikiej bestii, jaką jest grizzly. I należy pamiętać, że grizzly cały czas tą bestią pozostaje, mimo naszych naiwnych wyobrażeń o jego misiowatej naturze niezdarnego szatłapy.
Niezdarny szatłapa! Jakże dalekie jest to od rzeczywistości!

Zresztą, kilka dni wcześniej (po stronie kanadyjskiej parku, w Waterton), także zupełnie niespodziewanie, natknęliśmy się na niedźwiedzia czarnego (nagle spostrzegłem go za plecami mojej żony, kiedy zajęty byłem fotografowaniem niezwykle malowniczego hotelu Prince of Wales).

.

Hotel Prince of Wales w Waterton (Alberta, Kanada). (Czarny misio w lewym dolnym rogu.)

Hotel Prince of Wales w Waterton (Alberta, Kanada). (Czarny misio w lewym dolnym rogu.)

.

Tym razem jednak zaledwie jeden rzut oka wystarczył, bym ocenił sytuację jako niegroźną i mimo nieco panicznej reakcji mojej żony (biedna, wymachiwała rękami biegnąc w moją stronę, ale dopiero zaczęła krzyczeć wtedy, kiedy była już bliżej mnie…) nabrałem pewności, że misio nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Poza tym niedźwiedzie czarne są jednak mniej agresywne od grizzly.
(Później się dowiedziałem, że Ania dlatego nie krzyczała, ponieważ nie chciała wystraszyć baribala, aby umożliwić mi zrobienie zdjęcia… No nie! A ja mimo wszystko nie skierowałem aparatu w ich stronę… Zapomniałem o tym, bo… jednak bardziej obawiałem się o serce mojej żony.)

CO NAS POCIĄGA?

Niedźwiedzie wszelkiej maści…
Mimo wszystko, wielką sympatią darzę te włochate olbrzymy. Skąd to się bierze?
Może to jeszcze ta naiwna chłopięca wiara w dobre zwierzątka i pamięć o przytulności pluszowego misia?
Skąd ta ekscytacja i chęć zobaczenia bestii w jej naturalnym środowisku?
Może to jeszcze ów atawistyczny instynkt myśliwego, który drzemie w nas mimo cotygodniowych zakupów mięsa w supermarkecie?
A co nas ciągnie w dzikie ostępy?
Może świadomość tego, że ten dziki świat, który towarzyszył nam przez tysiąclecia – i z którym byliśmy na dobre i złe zrośnięci – po prostu się kończy?

* * *

NOTA: Wpis powyższy ukazał się na moim poprzednim blogu tutaj. Myślę, że na rzeczy będzie zamieszczenie również przy tej okazji krótkiej noty, jaką popełniłem swego czasu o filmie dokumentalnym Wernera Herzoga „Grizzly Man”:

.

Grizzly_Man.film posterKiedy się dowiedziałem, że Werner Herzog nakręcił film dokumentalny o człowieku, który żył przez kilkanaście lat wśród alaskańskiej dzikiej przyrody, i którego zjadły tam w końcu niedźwiedzie, lekko się zdziwiłem… ale to był moment. Bowiem zaraz przypomniałem sobie obsesje niemieckiego reżysera, które odezwały się w takich jego filmach, jak np. „Stroszek”, „Fitzcarraldo”, „Zagadka Kaspara Hausera”, „Aquirre, Gniew Boży”… Czyli: fascynacja zderzeniem jednostkowych bytów drobnych szaleńców z ogromem bezlitosnych żywiołów świata.
To samo znaleźć można w „Grizzly Man”.

Nie chcę aby ten wpis stał się jeszcze jedną recenzją, jakie można znaleźć w pierwszym lepszym piśmie. (Być może niechęć do pewnej uniformizacji, którą się tam spotyka, spowodowała, że przestałem publikować w drukowanej prasie.) Dlatego pozwolę sobie tylko na garść narzucających mi się najwyraźniej refleksji po niedawnym przypomnieniu sobie tego filmu.

Zbyt łatwe wydaje mi się skwitowanie postawy Treadwella słowami: naiwny szaleniec, który igrając z dzikimi bestiami zasłużył na to, co go spotkało. A taka opinia spotykana jest najczęściej. Jego casus sięga jednak głębiej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest wyrazem pewnego archetypu, który rodzi się właśnie na styku natura – człowiek – cywilizacja (być może Houellebecq nazwałby to mutacją metafizyczną).
Tylko tym mogę sobie tłumaczyć moje wielkie poruszenie, jakiego kilkakrotnie doświadczyłem oglądając ten dokument.
Jaki to archetyp?
Jest on, według mnie, wyrazem naszych czasów, choć z jego przejawami spotykamy się raz po raz na przestrzeni dziejów – w procesie tworzenia się naszej kultury. I jak każdy archetyp, jest prosty i potrafi mieć moc objawienia: Timothy Treadwell jest człowiekiem, który ucieka od współczesnej ludzkiej cywilizacji, jednakże – wbrew swoim wysiłkom – nie może już wrócić do świata natury. Nie jest w stanie żyć wśród ludzi i ich kulturowych gadżetów, łudzi się więc, że przygarnie go do siebie dzika przyroda, że znajdzie tam azyl. Ale jest to już niemożliwe: światy te, wbrew wzajemnemu przenikaniu się, na zawsze się już rozdzieliły.
Tim żyje więc w rozdarciu.
I tak naprawdę żyje on w próżni, oszukując się, że jest ona pełnią. Próżnia zaś jest nieznośna, stąd jego nieuświadomione – moim zdaniem – pragnienie śmierci. Pragnienie, któremu stało się zadość.

Razi mnie teraz u Herzoga ten jego ciemny niemiecki pesymizm (kiedyś mnie intrygował). W „Grizzly Man” słyszymy jak mówi: „Wszechświat nie jest harmonią. Jest chaosem. Jest wrogi, morderczy…”
Ja widzę to inaczej. To znaczy, widzę chaos tam, gdzie nie jestem w stanie dostrzec harmonii. Lecz nie dlatego, że tej harmonii tam nie ma, ale dlatego, że jestem zbyt ograniczony w swojej ludzkiej percepcji, by tę harmonię dostrzec.
A pojęcia „wrogi”, „morderczy”…?
Wydają mi się zbyt ludzkie, a więc wobec Kosmosu aż nadto zaściankowe, by można je stosować do opisu czegoś tak ogromnego i nieopisywalnego, jak Wszechświat. Na wszystko patrzeć mogę jedynie z mojej małej ludzkiej perspektywy. Wyznacza mi się ona w świecie obcym i nieobcym zarazem. Ten świat wydaje mi się zrazu przyjazny, to znów wrogi. Wrastam weń, by za chwilę poczuć się wyalienowanym.
Lecz bywa jeszcze to uniesienie, i zachwyt też bywa… Na przykład wtedy, gdy słyszę muzykę ludzi, których zebrał Herzog, by wypełnili ścieżkę dźwiękową jego filmu. I kiedy widzę te wspaniałe zwierzęta pędzące przez alaskańską tundrę… I myślę sobie wtedy, że być może piękno jest czymś, co znajduje się właśnie między światem ludzkim a nieludzkim? Ale trzeba człowieka, by to piękno dostrzec – i niejako powołać tym samym do życia?

* * *

© ZDJĘCIA WŁASNE

UWAGA: więcej zdjęć z Parku Narodowego Lodowców w Montanie i Jezior Waterton w kanadyjskiej Albercie, obejrzeć można na nowej wystawie ŚWIATA W OBRAZACH TUTAJ.

.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 170 obserwujących.