FLORYDA – JAKA JEST NAPRAWDĘ?

.

Zmierzch nad mokradłami - Everglades

Zmierzch nad mokradłami – Everglades

.

i

Nie roszcząc pretensji, by za jednym zamachem skreślić tu obraz Florydy prawdziwej, pozwolę sobie rzucić kilka uwag o tym stanie, który również w świadomości Polaków, Polonii i Amerykanów polskiego pochodzenia zajmuje sporo miejsca.

.

Wbrew pozorom, tekst ten będzie dotyczył nie tylko samej Florydy. Dotknie zagadnienia szerszego – naszego subiektywnego postrzegania świata. Jest truizmem to, że każdy z nas widzi wszystko ze swej własnej perspektywy, która na dodatek cały czas się zmienia. Natomiast pytanie można zadać następująco:  jak te nasze subiektywne obrazy i opinie do siebie nawzajem przystają?
Dajmy sobie jednak spokój z filozofowaniem i postawmy problem jasno. Czy jest Floryda egzotycznym rajem plaż, palm, oceanu i słońca, czy też nieznośną klimatycznie lepką patelnią, na którą – jak na lep – zwabia się rokrocznie miliony omamionych florydzkim mitem turystów?
Nie będę się silił na trywialny skądinąd wniosek, że prawda musi leżeć gdzieś pośrodku, a spróbuję – starając się mimo wszystko zachować pewien obiektywizm – podzielić się z Czytelnikami moim własnym doświadczeniem Florydy.
Zatem: jak ja widzę ten stan?
Chcę jednak zaznaczyć, aby nie traktować tego jako jeszcze jedną egzotyczną wstawkę, a po prostu jako próbę opisania perypetii poznawczych ścierania się mitu i wyobrażeń z rzeczywistością – doświadczenia Florydy na własnej skórze przez pewnego Polaka rodaka.

TEORIA WZGLĘDNOŚCI EINSTEINA

Kiedy tak sięgnę pamięcią, to okazuje się, że na temat Florydy pisałem w różnych tonacjach. Od sielskiego i bezkrytycznego reportażu z “Cudownego Świata Walta Disney’a”, czy inwentaryzacji turystycznych atrakcji w różnych rejonach stanu; przez dość suchy opis technicznych osiągnięć kosmonautyki i “podboju” Kosmosu na Przylądku Canaveral, dzieje hiszpańskiej konkwisty w poszukiwaniu florydzkiego złota; po dość osobliwy, bo zalatujący pamfletem (traktowany jednak przeze mnie w kategoriach żartu) tekst “obalający” mit Słonecznego Stanu.

Skąd to zróżnicowanie? Czy to jakaś kalkulacja? A może manipulacja?
Od tej ostatniej insynuacji chciałbym się jednak odżegnać. W zasadzie zawsze, pisząc o Florydzie (zresztą tak samo, jak na każdy inny temat), starałem się nie poddawać pokusie manipulacji… może tylko odrobinę słowno-warsztatowej stylizacji.
Lecz doprawdy możliwe jest przedstawienie Florydy w różnym świetle (różnych barwach, kształtach i odcieniach), bez świadomych zafałszowań i ewidentnego mijania się z prawdą. To może chyba świadczyć tylko o tym, że Floryda rzeczywiście przypomina mieniącą się kontrastami mozaikę, jak również kalejdoskop – w zależności od tego jak nią potrząśniesz (ewentualnie – jak potrząśnie ona tobą), taki będziesz miał obraz.
Jeśli więc ktoś napisze, że Floryda to bajeczny eden (bo np. przepłynął się z czarującą go kobietą katamaranem o zachodzie słońca wokół Key West); a kto inny, że to mokre i robaczywe piekiełko (bo np. musiał się męczyć przez całą noc w jakiejś nieklimatyzowanej dziurze pełnej karaluchów), to obaj będą mieli rację. Ponieważ to, jak doświadczają świat nasze zmysły, decyduje zasadniczo o tym, jakie mamy o tym świecie mniemanie (ergo: tak świat widzimy i oceniamy, jak go bezpośrednio odbieramy i odczuwamy).
Poza tym, to czy jest piękno, czy brzydota, urok czy koszmar, pogoda lub smutek tropików – rozstrzyga się w samym człowieku. Innymi słowy: ostrzec to można dopiero w oku patrzącego (in the eye of a beholder – jak mówią tubylcy).
Względność naszego doświadczenia, względność wszystkiego…
Starał się nam to wyjaśnić także Albert Einstein: “Kiedy mężczyzna siedzi z ładną kobietą przez godzinę, to wydaje się mu, że jest to minuta. A posadźcie go na rozpalonym piecu – wtedy to wyda mu się dłużej, niż wiele godzin”, mówił twórca rewolucyjnej teorii względności.

KONTRASTY, KONTRASTY…

Napisać, że Floryda – podobnie jak cała Ameryka – jest ziemią kontrastów, byłoby jeszcze jednym banałem. To prawda, że z jednej strony, oko nasze spocząć może na królewskiej, wycenionej na 30 mln. dolarów rezydencji Trampa w West Palm Beach, albo też na nieprzyzwoicie wystawnej, otoczonych murem i własną security dzielnicy bogaczy w Boca Raton; z drugiej zaś – na tekturowych pudłach bezdomnych w Miami lub barakach slumsów w Homestead; obok Rolls-Royce’a Silver Shadow w Coconut Grove zobaczyć możemy zżartego przez rdzę junka marki Dodge. Idąc tym samym wybrzeżem natrafiamy na malownicze plaże pełne dorodnych palm i kolorowych parasoli, a nieco dalej – na zgniłe wodorosty, brud, smród i wysypisko śmieci…
Podobną litanię można by ciągnąć długo.
Jeden wszak element Florydy pozbawiony jest kontrastów. Jest nim krajobraz – rzeźba terenu. To święta prawda, że półwysep ten jest płaski jak patelnia. Nie bez kozery (zważywszy także na kształt), północno-zachodnia część Florydy (tam, gdzie leży stolica stanu Tallahassee), nosi nazwę panhandle, czyli właśnie “uchwyt patelni”. Najwyższa góra stanu mierzy raptem 100 metrów.
Ta plaskatość Florydy doskonale jest widoczna z lotu ptaka. Daje się również we znaki podczas jazdy samochodem jedną z wielu dróg przecinających tamtejsze lasy na północy i bagna, które stanowią niemal całą południową część półwyspu.
Krajobrazową monotonię pogłębia charakter roślinności, która – niby to bujna – a jednak krzaczasta i taka jakaś… wiecheciowata. Wbrew nazwie nie spotykamy na Florydzie zatrzęsienia kwiatów. Północne lasy są rzadkie, ale i przy tym niedostępne oraz nudne, południowe bagna to właściwie bezkres umoczonych traw i rosnących gdzieniegdzie karłowatych sosen i wysuszonych cyprysów. Wyjątek stanowią bujne cytrusowe gaje i ogrody utrzymywane ręką człowieka – zagajniki palm spotykane tu i ówdzie, olbrzymie drzewa banjanowe sprowadzone z różnych stron świata, więc nie rosnące dziko, a na prywatnych posesjach.

Miami Beach

Ludzie, ocean i parasole – Miami Beach

.

PLAŻE

Plaże, jak już wspomniałem, są różne. Obrok naprawdę ładnych, niczym z reklamowego foldera (ten czysty piasek obmywany falami szmaragdowo-turkusowych wód, kępki malowniczych palm użyczających skąpego cienia), są też zaniedbane, choć przecież nie bezpańskie, gdyż zbyt droga jest działka z dostępem do oceanu, by nie miała ona jeszcze do tej pory właściciela. Najczęściej zdarza się to tam, gdzie hotel zbankrutował lub stoi na granicy bankructwa. To zresztą tutaj normalna kolej rzeczy – jedne resorty upadają, inne, tuż obok, rozwijają się i rozkwitają. Stąd te częste zmiany gospodarzy.
Ci więc, którzy traktują swój biznes na Florydzie poważnie (i mogą sobie na to pozwolić) dbają o jakość plaży. Od tego bowiem głównie zależy nastrój rekreującego się klienta z Północy (bardzo często jest to Europejczyk – Niemiec, Belg, Holender, Skandynaw…).

Kiedy jeszcze nie znałem Zachodniego Wybrzeża Ameryki, a uroki florydzkie nieco mi się już przejadły (po kilkunastu miesiącach zasadniczo “służbowego” pobytu, nawet Miami Beach powszednieje), wyobrażałem sobie, że dopiero plaże kalifornijskie muszą być prawdziwą bajką, jeżeli chodzi o kąpiel – zarówno wodną, jak i słoneczną. Otóż tak nie jest. Wybrzeże pacyficzne jest o wiele bardziej surowe, mniej przystępne, bardziej ostre i postrzępione, a co najważniejsze – dużo chłodniejsze wskutek prądów oceanicznych i atmosferycznych z północy (Alaska, Arktyka). Półwysep florydzki zaś obmywany jest ciepłymi prądami płynącymi z południa, ze strefy zwrotnikowej, tworząc słynny golfsztrom, który wykorzystywały np. obładowane skarbami galeony hiszpańskie, wywożące łupy i bogactwa z kolonii południowo- i środkowo-amerykańskich do Europy. Stąd mnogość wraków i zatopionych dóbr u wschodnich wybrzeży Florydy (patrz: niesamowite muzeum Mela Fishera na Key West, utworzone przez poszukiwacza skarbów, byłego hodowcy kur z Kalifornii, który odnalazł wrak Nuestra Señora de Atocha i wydobył z niego skarb o szacowanej wartości ponad 4 miliardów dolarów!)

Nie porównując walorów krajobrazowych wybrzeża pacyficznego z atlantyckim, które jednak zdecydowanie układają się na korzyść tego pierwszego (wybrzeże Kalifornii, Oregonu i Waszyngtonu jest niezwykle malownicze), wypada stwierdzić, że plaże florydzkie są o wiele bardziej przyjazne, cieplejsze – po prostu przyjemniejsze i bardziej gościnne, niż te na Zachodzie Ameryki. Ponadto, praktycznie rzecz biorąc, można się tutaj kąpać i opalać przez cały rok, w odróżnieniu od okresu paru miesięcy w północnej Kalifornii.
Nie bez znaczenia jest też długość tej plaży, ciągnącej się właściwie – przez setki mil – wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Florydy. Również po drugiej, zachodniej stronie półwyspu, nad Zatoką Meksykańską, jest wiele znośnych plaż, z piaskiem białym i miałkim niczym cukier puder, zwłaszcza w okolicach Tampa Bay, gdzie znajdują się takie miasta, jak Sarasota, Tampa, Clearwater, St. Petersburg.
Mimo, że na Florydzie nie chciałbym raczej mieszkać na stałe, to zdarza mi się, że wśród ziąbu jesienno-zimowych wariactw pogodowych naszego kochanego Wietrznego Miasta, ciągnie mnie (prawie że mi tęskno) do paru zakątków plażowych na Florydzie. Choćby na plażę Bal Harbour w Miami Beach, na którą najczęściej jechałem dla chwili oddechu w czasie wolnym od stresującej pracy.
Jest też takie kąpielisko w drodze na Key West, obok Holiday Isle Resort (mila NM 84.5), pisz wymaluj jak z wyidealizowanej, kolorowej i błyskotliwej reklamy, gdzie rzeczywiście mamy złudzenie, że oto znaleźliśmy się wewnątrz widokowego foldera.

Plaża w Daytona Beach to jednak zupełnie inna parafia. Niepodobna do żadnej innej. Ze względu na bardziej północne położenie w strefie umiarkowanej, jest tam nieco chłodniej, choć nie zawsze tak, by nie można zażyć tam kąpieli, i to nawet zimą. Daytona Beach to bez wątpienia jedna z najsłynniejszych plaż amerykańskich.
Czy warta jest jednak tej sławy?
Już od dawna nie bije się na niej rekordów prędkości, a i organizowane współcześnie wyścigi nie odbywają się już na samej plaży, tylko na torze Daytona International Speedway, kilkanaście kilometrów od wybrzeża Atlantyku. Do dzisiaj wszak pozostał zwyczaj jeżdżenia samochodami po plaży, która w niektórych miejscach sięga kilkuset metrów szerokości, a piasek ubity jest przez wodę tak, że twardo jest na niej tak, jak na tytanowej bieżni.
Plaża w Daytona Beach to widok niezwykły, głównie ze względu na jej rozmiary, tudzież leniwość ale i potęgę Oceanu, przejawiającą się w niestrudzonym i nieustannym ruchu spienionych fal. Wrażenia niezapomniane – zwłaszcza o wschodzie słońca.
Plażą osobliwą – ale i chyba najbardziej dziką – o której też wypada tu wspomnieć, jest plaża na Sanibel Island, po stronie Zatoki Meksykańskiej, słynna z nieprzebranej ilości muszli, które ją pokrywają. Zresztą, sama wyspa Sanibel jest uważana za jedno z najciekawszych miejsc stanu, zwłaszcza przez miłośników dzikiego ptactwa, które tam występuje najobficiej.

.

Muszle na plaży - Sanibel Island

Muszle na plaży – Sanibel Island

.

ALIGATORY, PELIKANY, ŻÓŁWIE, ORKI, DELFINY…

Odwiedzający Florydę turyści, zwierzynę tego regionu, niestety widzą najczęściej w niewoli. Aby zobaczyć ją w środowisku naturalnym, na swobodzie, trzeba się zapuścić w dzicz, wybrać do Parku Narodowego Everglades, czy do któregoś z rezerwatów przyrody, ewentualnie wypłynąć jachtem czy łódką na otwarty Ocean. (Słowa te nie dotyczą pelikanów, których zatrzęsienie jest wielkie i dlatego spotkać je można wszędzie.)

Przyznam, że trudno mi jest jednoznacznie określić stosunek do pewnych publicznych pokazów z udziałem tresowanych zwierząt. A te stanowią jedną z żelaznych pozycji florydzkiego przemysłu rozrywkowego. Wystarczy wymienić tylko te największe: Sea World pod Orlando, Seaquarium w Miami, Theatre of the Sea w Islamorada, Ocean World w Fort Lauderdale…
Chodzenie do ZOO nie należy do moich ulubionych rozrywek. Ostatniego lata byłem w podchiagowskim Brookfield ZOO i już więcej mnie tam nie zobaczą. Nie będę tu pisał dlaczego, bo nie miejsce ani czas po temu.
Sprawa z morskimi parkami tematycznymi na Florydzie ma się nieco inaczej. Taki np. Sea World jest niewiarygodnym gigantem, a cyrkowe pokazy z udziałem kilku orek jednocześnie, mają w sobie – ze względu na swoją rozbuchaną widowiskowość – jakiś odrealniony rys surrealistyczny, zupełnie wyabstrahowany z przyrodniczej rzeczywistości. Te zwierzęta, podobnie jak inne (głównie delfiny), występujące w innych programach, sprawiają wrażenie bawiących się (i zabawnych) maskotek, do czego walnie przyczynia się charakter owych pokazów, ich aranżacja, scenariusz, układ, scenografia, atmosfera. Większość biorących w nich udział zwierząt przyszła na świat w niewoli, nie znają więc innego otoczenia i prawdopodobnie nie byłyby zdolne do życia w środowisku naturalnym. Jest oczywiste, że wolałbym taką orkę zobaczyć w jej pełnej dzikiej krasie na wolności. Ale jak często wybieramy się statkiem wielorybniczym na pełne morze? *

Być  na Florydzie i nie zobaczyć aligatora, to jak być w Tatrach i nie zobaczyć – nie przymierzając – górala. Przy czym, stworzenia te robią znacznie lepsze wrażenie, gdy nie są stłoczone w kojcach hodowlanych na farmach aligatorów, ani tym bardziej zmuszane do tzw. zapasów, czyli kuriozalnych, trącących wręcz groteską pokazów “mrożących krew w żyłach”, które właściwie przypominają znęcanie się nad nieruchawym i rozleniwionym zwierzakiem.
Jeżeli więc chcemy zobaczyć aligatory “na dziko” – w całym tym ich gadzim majestacie – to należy się wybrać na bagna Everglades. Zdarza się też spotkać gada “at large” w innych miejscach Florydy, choćby jadąc po NASA Parkway w kierunku Centrum Badań Kosmicznych im. Kennedy’ego na Przylądku Canaveral, a to dlatego, że otoczony jest on przez rezerwat przyrody Merritt Island.

KLIMAT, BAGNA I CYPRYSY

Tym, co trudno jest znieść na Florydzie – szczególnie nam, Europejczykom – jest klimat. Zwłaszcza latem.
Każdy człowiek na warunki klimatyczne reaguje inaczej, jednak większości z nas uprzykrza się wilgoć, a właśnie ta charakteryzuje najbardziej Florydę, zwłaszcza tę jej południową część, leżącą w tropiku i sub-tropiku. A więc wilgoć, częste zmiany ciśnienia, gwałtowne zachmurzenia, częste (choć zwykle) przelotne deszcze i lepka słoneczność – o groźnych huraganach wiosną i latem nie wspominając – to wszystko może równo dawać w kość i rodzić chęć ucieczki w inne ciepłe strony – ot choćby na pustynny Południowy Zachód (Utah, Nowy Meksyk, Arizona, Kalifornia). Ponadto, gdybym już miał mieszkać na Florydzie dłużej, to – jako nieodrodnemu dziecku Północy – brakowałoby mi niewątpliwie w tym tropiku zmian pór roku, w tym również… tak, tak – zimy!
Lecz jeśli ktoś czuje się na Florydzie dobrze - good for him! Jeżeli uważa, że służy mu klimat, że uzdrawiają go termy i mineralne źródła; że ciepło działa mu na stare kości jak balsam – wspaniale!
Rzeczywiście, wielu ludzi twierdzi, że czuje się na Florydzie dobrze, lecz z drugiej strony, wielu innym ta sama Floryda doskwiera i gotowi są stamtąd uciekać. Takich, oczywiście, również spotkałem. Z medycznego punktu widzenia, na niektóre schorzenia (szczególnie u ludzi starszych – a wiemy jak Floryda jest wśród seniorów popularna), klimat florydzki działa niekorzystnie, na inne zaś – wprost przeciwnie i jest wtedy przez lekarzy zalecany.
Jak widzimy, przyswajalność Florydy – jej dobodziejstwo lub złoczyństwo – to zależność osobnicza, uwarunkowana indywidualnie. Każdy więc musi to sprawdzić na własnej skórze.

Pora na roślinki. Oprócz palm, trawników – roślinności kultywowanej ludzką ręką (zwłaszcza w obrębie obiektów komercyjnych lub turystycznych), flora tego stanu nie jest bynajmniej zachwycająca. Wystarczy zboczyć nieco z utartych, “cywilizowanych” szlaków, by znaleźć się w niezbyt gościnnych chaszczach, bagnach czy chabaziach. Ratują nieco sytuację niektóre drzewa i krzewy – np. cyprysy, rododendrony czy oleandry. Lasy na północy półwyspu także trudno zaliczyć do miejsc wspaniałych tras pieszej czy rowerowej rekreacji – bo to jeden wielki dziki gąszcz.
Jak więc odbiera przyrodę na Florydzie – tę leżącą poza cywilizacyjnym kręgiem – zwykły śmiertelnik? Otóż zwykle jako bezkresne mokradło – monotonne i nudne, ale budzące też niekiedy lęk, o czym można się było przekonać śledząc doniesienia z miejsca niedawnej katastrofy samolotowej, która miała miejsce pod Miami. Przy czym – gwoli sprawiedliwości muszę to tutaj zdecydowanie podkreślić – nawet takie miejsca, jak bagniste Everglades mogą się niektórym ludziom wydawać fascynujące, warte poświęcenia dlań życiowej pracy, wnikliwych badań, oddania się pasji… Tylko, jak wielu z milionów odwiedzających Florydę turystów to przyrodnicy, zoolodzy, ekolodzy, czy choćby nawet pasjonaci osobliwych miejsc?

.

Różowo mi - stado flamingów i innych ptaków w Bush Garden w Tampie

Różowo mi – stado flamingów i innego ptactwa – Bush Gardens w Tampie

.

ii

Różne słyszymy opinie na temat Florydy. Zdarzają się sądy skrajne. Nawet ci, którzy w tym stanie byli, mają o niej niejednoznaczne zdanie. Dla wielu innych Floryda nadal pozostaje miejscem niemalże mitycznym, a już na pewno takim, które pociąga, kusi, obiecuje… Fama, którą zaraziliśmy się jeszcze w Polsce.

.

Trzeba sobie powiedzieć szczerze, iż wszystkie ożywienia osiedleńcze i turystyczne – te nagłe i okresowe najazdy ludów na Florydę – nie związane były z samymi walorami tej ziemi, (która przez stulecia uważana była przecież za bezużyteczną) a raczej z działalnością i kreacją człowieka. Linia kolejowa Flaglera, niewolnicze plantacje, forty obronne, kolonialne przyczółki, wreszcie handel działkami budowlanymi rozwinięty perfekcyjnie przez przez realnościową spekulację XX wieku. Dzisiaj Floryda jest pod względem demograficznym jednym z najszybciej rozwijających się stanów (dwa tysiące nowych osadników dziennie!) Nieruchomości są tam ciągle o wiele tańsze w porównaniu z innymi rejonami Stanów Zjednoczonych.
Jednakże, prawdziwy fenomen Florydy, to fenomen turystyczny…

“FUN” CZY UTOPIA?

Prawdziwym gigantem turystycznym na skalę światową jest środek stanu – Floryda Centralna, czyli okolice miasta Orlando. Disney World, studia filmowe wytwórni Universal, Sea World… Tylko ten pierwszy kompleks, przez ostatnie 25 lat odwiedziło ponad 300 mln. ludzi. Bez wahania można stwierdzić, iż – co byśmy o “Cudownym Świecie Walta Disney’a” nie sądzili – ten niewiarygodny, cudaczny, pop-kulturowy fenomen amerykański trzeba choć raz w swoim życiu zobaczyć – tak jak wypada zobaczyć, dajmy na to, Niagarę, Wielki Kanion, czy Manhattan, a nawet… Las Vegas.

Jaki można mieć stosunek do Disney World?
Pomijając już oczywisty fakt, że kombinat ten jest konkretnym miliardowym biznesem, ważnym nie tylko dla spadkobierców Walta Disney’a i zarządzających nim ludzi, ale i tysięcy pracowników, jak również dla skarbonki stanowej i federalnej (pieniądze są najbardziej istotną i żywotną racją istnienia Disney World – jakże by mogło być inaczej?), to jest on także fenomenem kulturowym, jakim można tłumaczyć współczesną utopię konsumpcyjnego społeczeństwa amerykańskiego, które jako krainę ucieczki obiera sobie… dziecinność. Nie powinno nas zmylić to, że Walt Disney w zasadzie tworzył wszystko (łącznie z myszką Mickey i filmami animowanymi) z myślą o dzieciach. To jest pozór, że promocja kalifornijskiego DisneyLandu i florydzkiego Disney World skierowana jest głównie do dzieci. Jeżeli to są dzieci, to są to przede wszystkim dorosłe “dzieci” amerykańskie. (Wymowny jest fakt, że wśród odwiedzających, na 1 dziecko w Magic Kingdom – a więc najbardziej “dziecinnym” ze wszystkich trzech parków – przypada aż 4 dorosłych).

Trudno tu skwitować w paru zdaniach przyczyny szalonej kariery i powodzenia disney’owskiego pomysłu (zarówno jeśli chodzi o kino, jak i o rozrywkowe parki tematyczne), ale można wspomnieć o tych najbardziej oczywistych: idealizację i przejrzystość (wyimaginowanego) świata, elementarna uczuciowość, niewinność i naiwność; prostota morału i przesłania; pozytywistyczna wiara w postęp i dobre zakończenie; wreszcie ucieczka od rzeczywistości – wrażenie spełniania się bajecznych marzeń i (fizyczne) wejście do kolorowego “cudownego świata baśni”.
Innymi słowy: utopia szczęśliwości wiecznego dzieciństwa.
Nie komplikujmy jednak sprawy. Najbardziej uczciwym spojrzeniem na Disney World będzie jednak takie, które pozwoli nam po prostu dostrzec w nim miejsce zabawy, odpoczynku i rekreacji – spełnienie i dostarczenie tego, czego przeciętny zapracowany Amerykanin potrzebuje i oczekuje. Zwyczajny “FUN”. A wiadomo, że przeciętny Amerykanin nie zamierza się rekreować na sztuce Szekspira, koncercie Mozarta czy wystawie malarskiej Degasa – i to trzeba uznać za zjawisko naturalne. Niemądrze też byłoby się na taki stan rzeczy obrażać. Wyrafinowanie, z samej swej istoty, nie może być domeną kultury masowej. Zresztą, aby się odprężyć, zapomnieć o sakramentalnych “kłopotach, troskach i zmartwieniach”, rozluźnić się, pozbyć stresu, otrząsnąć z ciężkawego sosu powszedniości, zregenerować fizycznie i psychicznie – w tym raczej nam Szekspir nie pomoże. Trudno też oczekiwać masowej rekreacji po Wagnerze, Bachu czy Degasie. (Co oczywiście nie oznacza, aby pod tym względem zatracać wszelki krytycyzm i nie domagać się pewnego poziomu i wartości w masowej rozrywce, czyli w pop-kulturze).
Jak świadczą o tym liczne przykłady, dość łatwo można ulec pokusie pogardy dla “plebejskości” i “kiczowatości” disney’owskiego świata – spojrzenia na amerykański folklor z intelektualnych i artystycznych wyżyn – może nawet w poczuciu europejskiej wyższości. Te uczone analizy zbyt często przypominają jednak nadęte dysertacje smętnych nudziarzy, którzy wyzbyli się wszelkiej wyrozumiałości dla ludzkiej spontaniczności, bezpretensjonalności i wyzwalającej potrzeby czystej zabawy.

Zresztą, Disney World w wielu miejscach nie jest ani plebejski, ani kiczowaty. Jeśli ktoś szuka czegoś bardziej “wyrafinowanego” – nie sztucznego, jaskrawego, infantylnego, krzykliwego – to w Disney World może też to “coś” znaleźć. Trafi na walory edukacyjne choćby w Epcot Center (zwanym niekiedy parkiem tematycznym myślącego człowieka), usłyszy dobrą muzykę, zetknie się z prawdziwą sztuką i artyzmem, tudzież ze znakomitą, niepodrabiana kuchnią w którymś z pawilonów World Showcase (Świat w Przekroju, gdzie spotykamy autentyczne kulturowo-architektoniczne wycinki różnych krajów z całego świata.)
Listę niewątpliwych zalet Disney World można by ciągnąć dłużej.

Bez względu na zapatrywania kulturowe, estetyczne czy smakowe; bez względu na stosunek do turystyki, podróży i zwiedzania; bez względu na upodobania wypoczynkowo-rozrywkowe, każdy musi przyznać, że Disney World jest przedsięwzięciem i realizacją imponującą rozmachem, skutecznością i profesjonalizmem. Zaś kontestatorom boczącym się na to “niewiarygodne rozdmuchanie osobliwości” i “gigantyczny cyrk”, można przeciwstawić argument trudny do podważenia: lepsza taka oferta rekreacyjna dla ludzi, niż żadna. Tym bardziej, że to oferta w swej klasie solidna i perfekcyjna. Czy nie świadczy to dobrze o Ameryce, że tutaj, w tym kraju, możliwe stało się zrealizowanie takiego właśnie pomysłu, w sumie nieszkodliwego, może trochę dziwacznego i infantylnego, ale przecież dającego całej masie ludzi – i to nie tylko z tzw. plebsu – możliwość przeżycia kolorowej przygody, chwili wakacyjnego wytchnienia? (Czy możemy sobie wyobrazić coś takiego, jak Disney World w Rosji, Chinach, Indiach, Iranie, Kenii czy Zairze?** W Rosji, jak wiadomo, w sferze rozrywki, króluje Pani Pocieszycielka, czyli gorzałka oraz mafia, w Chinach zamordystyczny komunizm bez większych rekreacyjnych szaleństw, w Iranie fundamentalizm, w Iraku Husajn, w Polsce koalicja post-komunistyczna, a o Indiach i Afryce żal mówić…)
Trochę więc na wyrost hasło “disneyland” stało się synonimem bezmyślnej i cyrkowej masówki.
Sam wracam do Disney World dość chętnie (to nieistotne, że są to w zasadzie powroty “służbowe”). Zauważam również, iż na większości przybyszów, którzy park ten widzą po raz pierwszy, wywiera on odpowiednio duże i zdecydowanie dobre wrażenie. A nie o wszystkich znanych miejscach można powiedzieć, że warte są swojej popularności. O Disney World mówi się oficjalnie, że to “największa atrakcja turystyczna świata”. I doprawdy trudno temu zaprzeczyć.

Dawid Michała Anioła... na Florydzie - Sarasota

Dawid Michała Anioła… wśród florydzkich palm – Sarasota

.

MIASTA

Wyraziłem się kiedyś, że Miami to “wielka i kolorowa metropolia”. Nie jest to prawda zupełna. Istnieje kilka zakątków tego miasta wartych tej swojej egzotycznej sławy, jednakże reszta nie przedstawia się już tak pasjonująco. Owszem, metropolia to “kolorowa”, ale w znaczeniu murzyńsko-latynoskim. Ale nas ta klasyfikacja ras tutaj nie obchodzi.
Miami, a właściwie Dade County, to dziesiątki mil kwadratowych terenu, nie tyle zabudowanych, co wypełnionych głównie tysiącami tekturowych, barakopodobnych domków pudełkowych. Odnosi się to zwłaszcza do południowych obszarów tzw. Większego Miami. Nic dziwnego, że niedawno huragan Andrew jednym podmuchem zrównał to wszystko z ziemią. Ale i w tych dzielnicach bardziej solidnych, turysta nie znajdzie raczej zbyt wielu powodów do zachwytu. Lepiej się więc tam nie zapuszczać, bo i po co?
A jednak jest w Miami kilka takich zakątków, gdzie warto zagościć – by odczuć tę południową egzotykę, doznać niecodziennych wrażeń. Jedną z tych bardziej oczywistych atrakcji jest kolorowy, głośny i pełen życia deptak Bayside Marketplace, położony w samym śródmieściu Miami, a jednocześnie – jak zdradza nazwa – nad zatoką. I ten portowy charakter doskonale podkreślają drzemiące nieopodal kolosalne cielska transatlantyków, a także przeróżne stateczki, statki, jachty, łodzie… wśród nich również ta, na której pływał w serialu “Miami Vice” Don Johnson ze swoim aligatorem i nie tylko…
Na nabrzeżu tym panuje atmosfera wiecznego jarmarku i festynu – wszędzie mnóstwo restauracji, sklepów, butików; dookoła rozlegają się południowe rytmy, muzyka jak najbardziej “na żywo”.
Niewątpliwie warto też zajrzeć do ekskluzywnej, modnej, a nawet nieco snobistycznej dzielnicy Coconut Grove, w której często dzieje się coś ciekawego. Zaskakującym “zabytkiem” jest Villa Vizcaya, wybudowana w XIX wieku w stylu włoskiego Renesansu. Interesującym doświadczeniem mogą być odwiedziny w Małej Hawanie lub w Małym Haiti. Bardzo malowniczym miejscem jest Parrot Jungle, która niestety dotkliwie ucierpiała wskutek huraganu, podobnie jak tropikalne ogrody Fairchilde’a, czy rezerwat przyrody na Key Biscayne.

Miami Beach to temat osobny, niewiele mający wspólnego z samym Miami. Właśnie tam – na tym wyspowym pasku ziemi, w dużej części wydartej oceanowi – znajdują się wypoczynkowe resorty, do których zjeżdżają się wakacjusze z całego świata. Kondominia, townhousy, hotele, motele… bardziej lub mniej eleganckie, wraz z takimi wizytówkami, jak dystrykt w architektonicznym stylu Art Deco (tam właśnie znajduje się słynna, zwłaszcza z życia nocnego, South Beach, gdzie mieszka slynny projektant mody Versace***), czy też luksusowy Hotel Fontainbleau. Wreszcie: gwiazdorskie rezydencje (tzw. “Millionairs Row”, gdzie znajdują się domy m.in. Julio Iglesiasa, Sophii Loren, Glorii Estefan, braci Gibb…), nie wspominając o domu w którym mieszkał (i zmarł) słynny chicagowski gangster Al Capone.
Tutaj zaczyna się także wielusetmilowy ciąg hoteli i plaż, przeróżnych ośrodków wypoczynkowych i klubów, biegnących przez North Miami Beach, Hollywood, Fort Lauderdale, do West Palm Beach i jeszcze dalej w kierunku północnym. I właściwie wokół tego wąskiego pasa skupia się aktywność tych, którzy odwiedzają południową Florydę. Nikt raczej nie zapuszcza się wgłąb lądu, chyba że chce zobaczyć Park Narodowy Everglades (czyli to, jak naprawdę wygląda środowisko naturalne półwyspu), ewentualnie pragnie odwiedzić Indian Miccosukee.

Jeżeli na południe Florydy trafimy w czasie ładnej pogody, znajdziemy znośne locum z dostępem do zadbanej plaży, to rzeczywiście możemy liczyć na udany wypoczynek, no a później – na wspomnienia godne naszych wcześniejszych wyobrażeń i oczekiwań. Kąpiel w ciepłym Oceanie, opalanie się, pływanie, spacer po plaży – czy to w słońcu, czy też w pełni księżyca – będzie niewątpliwie satysfakcjonującą gratyfikacją za nasz trud i wydatki związane z odlotem do południowych krajów.

Przed domem Hemingway'a na Key West

Przed domem Hemingway’a na Key West

Zupełnie inny, bardzo swoisty charakter, posiada Key West. Dużo można by pisać o tym najdalej na południe wysuniętym kontynentalnym miasteczku Stanów Zjednoczonych, w którym mieszkał Hemingway i gdzie napisał on m.in. “Komu bije dzwon”, “Towarzysze broni”, “Stary człowiek i morze”… Już sam dojazd tamże stumilową drogą prowadzącą kluczem wysepek połączonych długimi, wysoko wiszącymi mostami – z których, po lewej stronie widzimy Atlantyk, z prawej zaś Zatokę Meksykańską – może być ekscytujący. Nie wspominając o szalonej atmosferze panującej na miejscu: na Duvall Street czy w barze Sloppy Joe, w którym najczęściej topił w trunkach swe frasunki Papa Hemingway.
Położone na północ od Miami, West Palm Beach jest w zasadzie miastem bogaczy, którzy, podobnie jak w innych rejonach Florydy, odgradzają się od biedniejszego świata murem. Z tego względu ulica z takimi rezydencjami wywiera dość ponure wrażenie – bo wydaje się jakby opustoszała po jakimś zadżumieniu. Straszą też puste i niszczejące biurowce wybudowane przez Trumpa, amerykańskiego bohatera finansjery, któremu lekką ręką pożyczono setki milionów dolarów (cudzych, bo należących przecież do zwykłych ciułaczy i podatników), które ten z kolei topił w poronionych, a megalomańskich pomysłach inwestycyjno-budowalnych.
Umiejscowione centralnie Orlando gubi się wśród otaczających go parków tematycznych, o których już była mowa (Disney World, Sea World, Universal Studios…) Przyjezdni (a są ich miliony), zazwyczaj od razu kierują się do tych turystycznych przybytków i atrakcji, omijając samo miasto, w którym oprócz Church Street Station raczej niewiele jest miejsc godnych uwagi.
Można natomiast zajrzeć do Daytona Beach. Oprócz wspomnianej już wcześniej plaży bardzo szerokiej, toru wyścigowego Formuły 1, jest tam kilka fajnych zakątków, także kulinarnych – choćby niezłe garkuchnie serwujące smaczne a świeże morskie żarcie. Poza tym, Daytona Beach to mekka amerykańskiej młodzieży, która chce zasmakować wolności, wyrywając się spod kurateli starszych, właśnie do nocnych klubów i dyskotek Daytony. To również przyczynia się do swoistego charakteru i kolorytu miasta.
W tym ekspresowym przeglądzie florydzkich miast nie sposób pominąć miasto St. Augustine uważane za najstarszą, założoną na kontynencie Ameryki Północnej osadę (1565 r.), która dotrwała do naszych czasów. Dodajmy, że dotrwała w znakomitej kondycji i po drodze rozwinęła się, mimo naprawdę burzliwej i tragicznej historii, której jednym z najbardziej znaczących – a jednocześnie wielkich – świadków jest zwalista twierdza Castillo de San Marcos.
St. Augustine to miasteczko ciekawe, malownicze, zaskakujące… Taką południową niespodzianką bardzo przypominającą Hiszpanię. Niektórzy uważają, że jest to najładniejsze miasto Florydy. A mnie się wydaje, że nie ma w tym przesady.

KONKLUZJA OPTYMISTYCZNA

Wspomniałem już o tekście, (który może jednak zbyt mocno przypominał pamflet), jaki popełniłem kiedyś na temat Florydy. Niewątpliwie mógł on zdenerwować ludzi, którym stan ten jest miły, a przede wszystkim tych, którzy z Florydą związani są w jakiś sposób “biznesowo”. Doszło do tego, że niedługo później jeden z redaktorów “Dziennika Chicagowskiego” musiał dla równowagi napisać tekst o różnych florydzkich walorach, a przede wszystkim o opłacalności inwestowania tamże.
Ja to dobrze rozumie, ale i od innych oczekuję większego dystansu i poczucia humoru. Zastrzegam sobie również prawo do wyrażania osobistych uwag i pretensji wobec Florydy, która nieraz na tyle dawała mi w kość, że tylko siąść i pamflet na nią smarować. Jednakże były to momenty stosunkowo nieliczne, bardzo subiektywne, związane z różnymi okolicznościami, w jakich przyszło mi w tym stanie mieszkać.
Zupełnie czymś innym jest turystyczny kontakt z Florydą, a właśnie od strony turystycznej chciałem tutaj naszkicować jej portret.
Starałem się też unikać jednoznaczności. Zresztą – zważywszy na wspomniany już subiektywizm – cudzy opis, zdanie, sąd, opinię czy zwłaszcza wrażenie – winno się oczywiście brać pod uwagę, lecz dla nas, w ostatecznym rozrachunku, najbardziej liczy się doświadczenie osobiste, własne. Dlatego też z dystansem warto się odnosić zarówno do bezkrytycznych apologetów Florydy, jak i do niepoprawnych malkontentów, których zwłaszcza wśród naszych rodaków nie brakuje. Sami więc musimy zobaczyć Florydę na własne oczy, by przekonać się, że naprawdę jest ona jednym z najbardziej interesujących amerykańskich stanów.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 14 lutego, 1995 r. – cz. I i 21 lutego, 1995 r. – cz. II)

* Oczywiście, aby zobaczyć orki w ich naturalnym środowisku, niekoniecznie trzeba się wybierać na ocean statkiem wielorybniczym. Na Alasce, w Kanadzie, czy w stanie Waszyngton organizowane są wycieczki, które umożliwiają zwykłemu śmiertelnikowi zobaczenie z bliska tych wspaniałych zwierząt żyjących na wolności. Przy odrobinie szczęścia, można je nawet zaobserwować z brzegu.
** Tekst został napisany 17 lat temu, w czasach, kiedy rzeczywiście trudno było sobie jeszcze wyobrazić coś takiego, jak Disney World w Chinach, czy w Rosji. (No cóż… The Times They Are a-Changin’)
***  Pół roku później (w lipcu, 1997 r.), Versace został zastrzelony przed swoim domem w South Beach w Miami.

Nową wystawę zdjęć z Florydy obejrzeć można TUTAJ – na stronie ŚWIATA W OBRAZACH.

.

Florydzki zachód Słońca

Florydzki zachód Słońca – Zatoka Meksykańska

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Z TATR W GÓRY SKALISTE

(zapiski z podróży)

Tatry

Tatry

.

iTatry.
Nie było mnie w tym miejscu 30 lat! Z mojej licealnej wycieczki pamiętam jedynie niewyraźne scenki z domu Tetmajera, cieniutkie nóżki naszego przewodnika i jakieś mgliste obrazki znad Morskiego Oka.
Cały majestat Tatr pozostał dla mnie nieodkryty. Czyżby dopiero dzikość, pejzażowa monumentalność i niezmierzoność amerykańskiego Zachodu obudziły we mnie wyczulenie na otaczający nas spektakl Natury?
Tak więc Tatry objawiły mi się tak, jakbym widział je po raz pierwszy. I zagrało we mnie to uczucie, jakiego doświadczałem często w obliczu nowo poznanych miejsc, które porażały mnie swoją niezwykłością i pięknem.
Nie wydaje mi się abym był zupełnie wolny od plemiennego sentymentalizmu, ale tym razem radość z obecności na ziemi o takiej urodzie była całkowicie wyzbyta jakiejkolwiek patriotycznej konotacji. Góry polskie czy słowackie? Jakież to mogło mieć znaczenie? Niedorzeczna wydała mi się myśl, aby szczycić się czymś, czego posiadanie zawdzięczamy jedynie geograficznemu przypadkowi.
Przeraziły mnie tłumy wdrapujące się po asfaltowej drodze ku Morskiemu Oku. Nie chcę wszak, aby ta niechęć do ludzkiej ciżby została tu źle zrozumiana. Większość z nas, od czasu do czasu lubi być w tłumie, ja również… ale nie w górach, które zawsze uważałem za miejsce gdzie można się wyciszyć, zagłębić w samotności, zajrzeć w siebie… Także zakosztować przyrody, zmierzyć z surowością natury.
Cenię doświadczenie wspólnoty z większą grupą ludzi, ale nie na górskim szlaku.

Zakopane, Krupówki.
Cóż, wydaje mi się, że straciły one swój dawny charakter, a nie wyrobiły sobie jeszcze nowego. Dlatego kosmopolityczne tłumy turystów przewalające się po tym głównym deptaku Zakopanego równie dobrze mogłyby się czuć w jakimkolwiek austriackim, szwajcarskim czy niemieckim górskim miasteczku. Oscypki, kwaśnica czy nawet góralskie u-orkiestry to za mało.
Pizza Hut i Kentucky Fried Chicken gryzą się z wylizanymi, silącymi się na autentyczną góralszczyznę karczmami. Gabinet figur woskowych, sklepy ze szwarcem, mydłem i powidłem, tandetne pamiątkarstwo – cała ta eklektyczna rupieciarnia w nader wątpliwym estetycznie guście wchodzi nam na głowę.
Mimo to wszechobecny luz wakacyjnego lenistwa robi swoje i daje się odczuć owa beztroska atmosfera będąca udziałem ludzi, którzy zostawili za sobą swoje powszednie światy. Zawieszeni w obcym ale jednak przyjaznym miejscu, mogą zapomnieć o swoich harmonogramach. Mogą się stać kimś innym, może nawet… sobą i niewykluczone, że niektórym z nich jest z tym ostatnim wcieleniem dobrze.

Do hotelu Belvedere trafiłem właściwie przez przypadek. Kiedy znalazłem się w jego wnętrzu, przypomniała mi się sarkastyczna opinia Passenta na jego temat, z którą gdzieś niedawno się zetknąłem.
Nie podzielam jego zdania o rozpanoszonym tu “najgorszym guście”, niemniej jednak miałem wrażenie, że jest to obiekt jak najbardziej nie na miejscu – już sama nazwa (podobnie jak sąsiedni “Wersal”) wydała mi się pretensjonalna, przystająca do Zakopanego jak kareta do wołu.
Być może w ogóle luksus nie pasuje z natury rzeczy do takich miejsc jak Zakopane, a już na pewno luksus bezstylowy i kosmopolityczny.

Niestety, moje poszukiwanie kwatery na Kościeliskach spęzło na niczym, nie chciałem też utknąć w jakimś pensjonacie w samym mieście.
Belvedere zaś leżał na uboczu, przy drodze Do Białego, otoczony lasem i spokojem. Za płotem zaczynał się szlak, w ciągu minuty człowiek był wśród drzew, ptasich świergotów i szumu strumienia. Przejście z “miasta” w góry odbywało się niemal natychmiast. A wystarczyło dziesięć minut na szlaku, by przeżyć kilka przygód: pies kąpiący się w potoku, niezwykłe kwiaty i narośle na liściach, kryjące się wśród drzew stare schronisko…
Maleńkie fragmenty świata, składające się, niczym puzzle, w hedone – wielką radość i przyjemność życia.

greydot

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

.

ii

Od kilku dni jestem w Montanie.
To ciekawe doświadczenie porównać nasze polskie góry (w których byłem zaledwie dwa tygodnie wcześniej) z amerykańską “dziczą” Gór Skalistych, z którą zderzam się teraz.
Miejsce jest mi znane, gdyż bywałem tu już wielokrotnie: to leżący na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady Park Narodowy Lodowców (Glacier National Park). Nigdy jednak nie miałem aż tyle czasu co teraz, by zapuścić się na dłużej w dzikie górskie ostępy – by wędrować całymi dniami wśród lasów, jezior, skał i lodowców.

Słowa te piszę w miejscowości Saint Mary, leżącej na pograniczu Parku Lodowców i rezerwatu Czarnych Stóp.
O tych stronach powiedzieć można sporo, jednakże chciałbym skupić się na pewnym niezwykłym dla mnie doświadczeniu, jakim było spędzenie nocy w odciętym od świata, położonym w samym sercu gór, schronisku.

Aby dostać się do Granite Park Chalet trzeba pokonać kilkunastokilometrowy szlak: Swiftcurrent Pass Trail lub Highland Trail. Wybrałem ten pierwszy, być może dlatego, że wymagał znacznie większego wysiłku. Trzeba było bowiem wspiąć się kilka kilometrów na wysoką przełęcz, po bardzo stromym zboczu, mając tuż obok kilkusetmetrowe przepaści – a wszystko w towarzystwie śnieżnych kozłów, kolorowych skał, grzmiących kaskad i śniegu.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając złotym blaskiem okoliczne doliny. Wkrótce różowym płomieniem zapaliły się górskie szczyty, przechodząc stopniowo w głęboką purpurę. Na niebie kłębiły się chmury, ciągle zmieniając – niczym w jakimś zaczarowanym kalejdoskopie – swoja barwę i kształty.
Prawie godzinę siedziałem oniemiały na tarasie schroniska przyglądając się temu Wielkiemu Spektaklowi na Niebie.
Wkrótce na niebo wysypały się gwiazdy, wzeszedł księżyc ogarniając srebrną poświatą górskie zbocza, granie i szczyty.
Długo nie moglem zasnąć. Mimo zamkniętych oczu ciągle widziałem te wszystkie obrazy, które otaczały mnie dzisiejszego dnia.

Ja, nieodrodny wspólnik wielkomiejskiej cywilizacji, zdaję sobie doskonale sprawę z namiastkowości podobnych doświadczeń.
Dawno minęły już czasy, kiedy dotarcie do takich miejsc wymagało wielotygodniowej przeprawy – końmi lub pieszo – przez dziewicze puszcze i górskie bezdroża; zdania się tylko na siebie – na własną znajomość elementarnej szkoły przeżycia, na którą składały się obycie z przyrodą, zdolność orientacji w terenie, wytrzymałość, twardość, determinacja…

Czy możliwy jest nasz bezwarunkowy powrót do natury?
Czy możemy otrząsnąć się z naszych cywilizacyjnych naleciałości?
Wydaje mi się, że nie jest to już możliwe, nawet jeśli chcielibyśmy poświęcić temu całe nasze życie.
Zresztą, podobne tęsknoty są chyba wyrazem naszej naiwności. Zaczęliśmy je artykułować jeszcze przed Oświeceniem, a już na dobre rozkwitły one w dobie Romantyzmu.
Najwyraźniej odbiło się to w pismach Jana Jakuba Rousseau, który kreślił wizje Natury jako naszego Raju Utraconego. Jemu też zawdzięczamy rozwinięcie archetypu noble savage – Szlachetnego Dzikusa, istoty prostej, niewinnej, nie zepsutej jeszcze przez cywilizację. Swój wpływ miały również powieści Williama Dafoe (przygody Robinsona Cruzoe na bezludnej wyspie), czy też Jonathana Swifta (podróże Guliwera do różnych bajecznych krain)… etc.

W naszej kulturze zrodziła się utopia szczęśliwej nieskażonej krainy, naturalnego raju.
Utraconego na zawsze?
A może nigdy nie istniejącego?

greydot(zapiski pochodzą z 2008 r.)

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island – Park Narodowy Lodowców w Montanie

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island w Parku Narodowym Lodowców w Montanie

© ZDJĘCIA WŁASNE

Powiązane wpisy: “Spotkanie z grizzly” , “Natura – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie”

Zdjęcia z Parku Narodowego Lodowców w Montanie obejrzeć można TUTAJ.

.

RAJ W CIENIU WIELKIEJ GÓRY

.

Mt. Rainier wyłania się z chmur

Mt. Rainier wyłania się z chmur

.

poczekalnia, awaria, trampki i lot

Późny samolot do Seattle. Zapokładowanie przebiega sprawnie. Wszyscy pasażerowie siedzą na swoich miejscach. Za pięć minut mamy startować.
Nagle słyszymy polecenie pilota, by opuścić maszynę.
Oficjalna wersja: potrzeba wymienić olej w silniku i go zrestartować…
Mogli by wymyślić coś mądrzejszego!
Wszyscy posłusznie i bez szemrania wychodzą z samolotu (nie było naszych Rodaków, więc obyło się bez dosadnych komentarzy, oprócz mojego cichego – w myśli)

Siedzimy w poczekalni, oglądamy (i słuchamy) program Larry’ego Kinga w CNN. Nadstawiam ucha bo mówią coś o Vancouver, w którym mam być już za dwa dni.
Co za wiadomość!
W pobliżu tego kanadyjskiego miasta woda wyrzuciła na brzeg pięć odciętych ludzkich stóp – wszystkie prawe i wszystkie w … trampkach! Myślałem że się przesłyszałem, ale gdzie tam – inni słyszą to samo co ja.
Dochodzę do wniosku, że to niemożliwe, by rzeczywistość płatała nam takie okrutne i absurdalne zarazem figle… bez naszego udziału. Podejrzewam, że to jednak sprawka jakiegoś makabrycznego żartownisia. Jednak w studio Kinga wszyscy rozprawiają o tym z powagą, nikt jakoś nie wpada na to proste i chyba jednak jedyne sensowne wytłumaczenie. Chociaż mogłoby się komuś wydawać, że to temat dla kolejnej powieści grozy innego pana Kinga – Stephena. Bo przecież… skąd tu wziąć niepostrzeżenie pięć ludzkich stóp! (Bo o trampki to już łatwiej.)

W końcu, po godzinie wchodzimy do samolotu i zaczyna się normalna gniecionka w wąskich jak cholera siedzeniach.
Coś czytam, później próbuję spać… ale gdzie tam! Nie wiadomo co zrobić z nogami , jak ułożyć głowę… tortury znane każdemu, kto musiał spędzić kilka (a niekiedy i kilkanaście) godzin w samolocie.

sleepless in Seattle

Po czterech godzinach lądujemy w Seattle. Jest już po północy. Odprawa bagażu, wychodzę na zewnątrz, chcę złapać taksówkę … podjeżdża jedenastoosobowy van. Jestem sam, więc uważam, że to lekka przesada, żebym do niego wsiadał. Ale innej taksówki nie ma. Kierowca mówi (domyślam się co mówi, bo to Hindus strasznie kaleczący angielski), że cena jest taka sama, co powtarza z dziesięć razy podczas półgodzinnej jazdy do hotelu. No i naturalnie opowiada o swoich Indiach oraz – jakże by mogło być inaczej – o swojej rodzinie. Angielski strasznie łamany, ale jakoś się rozumiemy. Jeszcze bardziej się ożywia, kiedy mówię, jak bardzo zafascynował mnie jego kraj.
I rzeczywiście kasuje 40 dolarów, czyli (podobno) jednak tyle co za zwykłą taksówkę o tej porze w nocy. A jest już druga.

Jestem w samym centrum Seattle.
Na recepcji nie śpią, wkrótce trafiam do swojego pokoju, biorę prysznic, (a może jednak nie … już nie pamiętam ), kładę się do łóżka, próbuję zasnąć…
Kurcze… nie wychodzi! Pięć odciętych stóp w trampkach! Bardziej absurdalne, niż straszne. Próbuję od tego odwrócić myśli, może nawet… przestać myśleć, ale nie ma tak łatwo.
Przez okno widzę charakterystyczny futurystyczny spodek Space Needle – wieży, z którą zwykle kojarzy się na całym świecie to miasto. Oświetlona jak w Bliskich Spotkaniach Trzeciego Stopnia, dziwna, jak nie z tego świata…
Atmosfera niczym z Archiwum X.
Wieża wyrasta nie dalej, jak 100 metrów od mojego hotelowego okna. Jej neonowy niebieskawy blask gryzie w oczy. Jak tu spać? A na zegarze trzecia!
No pięknie! Za cztery godziny mam spotkać pewną grupę ludzi, a przecież wypada być wtedy świeżym, zwartym, sprawnym i gotowym.
Myśl błądzi po różnych tematach, ale w końcu zawsze wraca do kosmicznego spodka – i tak aż do rana snuje się ta moja insomnia.
Cóż… nie spodziewałem się tej bezsenności w Seattle.
To prawda, ze czasem rzeczywistość sączy się jak krew z nosa.

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

.

Vancoucer  – olimpijskie Whistler

Dwa dni w iście ekspresowym tempie.
Małe nieporozumienie co do lokalizacji hotelu, gdzie mam się spotkać z gośćmi z kraju (dwa hotele o tej samej nazwie) i oto wyjeżdżamy z Seattle opóźnieni o prawie dwie godziny. Musimy być na określony czas w Vancouver, stąd pośpiech.

Na szczęście przekroczenie granicy z Kanadą odbywa się szybko i bez problemów, tak że około południa jesteśmy na lotnisku dla helikopterów w samym centrum Vancouver.
Półgodzinny lot nad miastem i cieśniną Howe’a.
Z góry wszystko wydaje się śmiesznie małe. Niezwykłe wrażenie zawieszenia w powietrzu (helikopter jest cały przeszklony). W sumie – taka trochę dziecinna zabawa dla dorosłych, coś w rodzaju rollercoastera, tyle że spokojniej, bez wstrząsów i drożej

Po wylądowaniu krótka przejażdżka po downtown, następnie jedziemy do Parku Stanley’a, który jest czymś w rodzaju wyspy porośniętej dziewiczą puszczą, oddaloną o kilkaset metrów od miasta.
Po suto zakrapianym posiłku – spacer i oddech wśród wspaniałych drzew i indiańskich totemów z ciekawą perspektywą na oszklone drapacze chmur Vancouver.

Późnym popołudniem wyjeżdżamy na drogę Sea to Sky Highway (czyli, dosłownie, na autostradę “Od Morza w Góry”). Za trzy godziny powinniśmy być w Whistler.
Trasa jest malownicza. Wpierw prowadzi wzdłuż krawędzi fiordu, wysoko nad wodą. Później odbija w góry, pokazuje się śnieg, a nawet lodowce. Nasz (lokalny) kierowca Tim spisuje się znakomicie.
Wszędzie widzimy roboty drogowe – trwają przygotowania do zimowej Olimpiady, która odbywać się ma właśnie w Whistler, uznanym nota bene za najlepszy resort narciarski na kontynencie Ameryki Północnej.

Kolacja i nocleg w Chateau Fairmont.

Nazajutrz wracamy już do Vancouver. Po drodze widzimy jeszcze imponujące wodospady Shannona. Zaliczamy też kolejny lot helikopterem – tym razem na szczyt Grouse Mountain (jednakże zamiast dzikich cietrzewi spotykamy udomowione niedźwiedzie grizzly i tresowane orły z ich nie mniej interesującymi treserkami), zaś pod wieczór kierujemy się w drogę powrotną do Seattle.

Aaa… jeszcze zakupy. (Wiadomo: dolar słaby, złotówka mocna… Co to się nie porobiło na tym świecie! Ameryka stała się teraz dla Rodaków tańszym krajem niż Polska.)

Późnym wieczorem dojeżdżamy wreszcie do Seattle. Miasto tonie w miriadach kolorowych świateł.

Treserka orłów spod Vancouver

Treserka orłów spod Vancouver

.

mała wycieczka osobista

Przeżywam teraz niejaką konsternacje, gdyż nie jestem pewien czy warto o tym pisać. Czy ktoś przeczyta to z zainteresowaniem? I czy nie naruszam czyjeś dyskrecji?
Nie powiem… wypad do Kanady był niezłą frajdą, ale czy może to kogoś poza nami obchodzić? (Chyba jedynie służby specjalne wrogich mocarstw… just kidding!)
Najciekawszy wątek dotyczyłby zapewne charakterystyki osób, z którymi się spotkałem, ale siłą rzeczy bardzo niezręcznie byłoby mi o tym pisać. Zdradzę jedynie to, że moimi towarzyszami podróży byli zarówno pracownicy rządu polskiego, jak i amerykańskiego, a zamieszani w całą tę eskapadę byli także przedstawiciele firmy Microsoft, która jak wiadomo, ma swoją główną siedzibę w Seattle.
Tak się złożyło, że działo się to wszystko akurat w czasie, kiedy oficjalnie ze swojego stanowiska ustąpił Bill Gates, postanawiając poświęcić się odtąd prawie wyłącznie działalności charytatywnej.

Wtrącę jeszcze tylko, że nie przepadam za podobnymi imprezami, które zbytnio determinują jednak moje zachowanie – tak, że nie można raczej być wtedy w pełni sobą.
Wprawdzie można wygrywać w ten sposób pewną – nadal autentyczną – część własnej osobowości, ale jest to – akurat dla mnie – swego rodzaju personalna nisza, której zbytnio nie pozwalam się rozrosnąć. Tym sposobem można zachować wobec podobnych występów pewną rezerwę.

Jedna wszak myśl utrzymywała mnie w równowadze.
Ale o tym to może będzie następnym razem.

Kosmiczna Igła w nocy

Tym razem wracam do Seattle o ludzkiej porze – jest dopiero 9 wieczór. Miasto tętni jeszcze życiem, choć teraz jest to już życie nocne.
Żegnam się z ludźmi, z którymi przebywałem kilka dni. Już jutro, i to wczesnym rankiem, wylatują do Waszyngtonu DC.
Wcale im tego nie zazdroszczę.
Cieszę się na myśl o zaszyciu się w moim ulubionym zakątku w pobliskich górach.
Przełamując lekkie zmęczenie wybieram się na nocny spacer ulicami miasta. Nigdy do tej pory – mimo wielokrotnych wizyt w Seattle – nie miałem czasu by spojrzeć na panoramę miasta z okolicznego wzgórza. Może tym razem?
Nie mam mapy, ale wieża Space Needle jest dla mnie niezawodnym punktem orientacyjnym.
Po trzech kwadransach wspinania się pod górę, docieram do parku, w którym znajduje się platforma widokowa. Wokół pełno młodzieży – w parach i w grupkach, atmosfera luzu i beztroski.
Z tej perspektywy miasto prezentuje się doprawdy imponująco. Modernistyczna kompozycja z tysięcy kolorowych, migotliwych światełek – klasyczne Seattle by night. (Ujmuje nawet takiego kontestatora urbanizacji jak ja.)
Robię kilkanaście zdjęć (nie wiem czy bez statywu coś z tego wyjdzie). Spędzam jeszcze parę chwil gapiąc się na ten niezwykły widok, który roztacza się przed moimi oczami.
Łapię taksówkę i po dziesięciu minutach jestem w hotelu.
BIORĘ PRYSZNIC!
Niczym kłoda rzucam się na wymarzone łóżko i zasypiam kamiennym snem. Okazuje się jednak, że można zasnąć w Seattle… może nawet snem sprawiedliwego?

Seattle by night i Kosmiczna Igła

Seattle by night i Kosmiczna Igła

.

ucieczka w cień Wielkiej Góry

Uciekłem w mateczniki i knieje. Cały dzień włóczęgi w cieniu Wielkiej Góry!
U jej stóp gęsta puszcza, której soczysta zieleń kłuje wprost w oczy.
Na tej wysokości baśniowy las tętni już wiosenno – letnim życiem.

W wyższych partiach Mt. Rainier (bo tak właśnie nazywa się współcześnie Wielką Górę) głębokie śniegi. Droga biegnie w tunelach wśród kilkumetrowych zasp. Tu jeszcze nie dotarło lato… ani nawet wiosna.
Idę po szlaku zupełnie zasypanym śniegiem.
Biało.
Nieopodal marszczy się niebieskawo zsuwający się z Wielkiej Góry lodowiec. Wśród skał stają w słupek świstaki, przemykają się cicho czarne lisy, słychać śpiew ptaków.
Słońce próbuje się przebić przez chmury.
Co jakiś czas podnoszę głowę by kolejny raz zachwycić się potęgą wysokiego na cztery i pół kilometra wulkanu, jakim w rzeczywistości jest przykryta śnieżno-lodową czapą Wielka Góra.

Zapominam o całym cywilizowanym świecie.
I bardzo mi z tym dobrze

atawizmy przy kominku

Przed chwilą wróciłem do mojej leśnej chatki.
Gorąca herbata z rumem. W kominku trzaskają płonące brewiona. Zrzucam wysłużone buty, suszę przemoknięte nogawki.
Cudowne uczucie odprężenia i prawie że kojącego zmęczenia.
Błogie poczucie bezpieczeństwa, pamiętane jeszcze pewnie z czasów, kiedy po udanym polowaniu chroniliśmy się w ciepłych ogniskiem jaskiniach.
Brakuje tylko przy boku jakiejś oddanej squaw.

Mount Rainier

Wielka Góra to oczywiście wysoka na 4 400 m. Tacoma, znana teraz powszechnie jako Mount Rainier.
Przyznam ze nazwa indiańska (oznaczająca po prostu Górę) podoba mi się bardziej, podobnie jak Denali zamiast McKinley. Wydaje mi się bowiem bardziej naturalna, lepiej przystająca do tego kontynentu, na którym Europejczycy zjawili się dopiero wczoraj, a szarogęszą się jakby tu byli od zawsze.
Tacomę przezwał tak przed dwustu laty kapitan Vancouver, podobno na cześć swojego przyjaciela księcia Rainier, który zresztą nigdy góry nie widział, ani też w Ameryce nigdy nie był. (Oj, przydałaby się rewizja tych nazw, bardziej może nawet niż u nas w kraju, gdzie na gwałt zmieniono nie tak dawno jeszcze nomeny komunistyczne na katolickie.)

Kiedy przed laty po raz pierwszy zobaczyłem Tacomę, czyli Mt. Rainier, oniemiałem z zadziwienia i zachwytu. A było to tuż przed zachodem słońca. Od Wielkiej Góry dzieliło mnie wtedy kilkadziesiąt kilometrów, a ona wydawała się być – potężna i monumentalna – tuż, tuż…
Nigdy w życiu nie widziałem podobnego zjawiska: wysoko ponad horyzontem wisiał gigantyczny biało-różowy stóg, o którym już wiedziałem, że jest pokrytym śniegiem i lodem wulkanem.

Przy dobrej widoczności Górę widać z odległości ok. 300 km., można więc sobie wyobrazić jej rozmiary i potęgę.
Mt. Rainier to emblemat stanu Waszyngton (jej charakterystyczną, nie pozbawioną gracji sylwetkę, można zobaczyć na każdej tablicy rejestracyjnej stanu) – znak rozpoznawczy widoczny z odległości setek kilometrów. Naturalny skarb, który mimo piekielnego pochodzenia (góra jest najwyższym z wulkanów Ameryki Północnej powstałych na okalającym Pacyfik osławionym Pierścieniu Ognia), zniewala swoim pięknem.
Piszę to bez żadnej egzaltacji i przesady. Uważam, że Tacoma, zwłaszcza w środku lata, jest jednym z najpiękniejszych miejsc naszej planety.

Dlaczego w tym właśnie czasie?
Otóż wtedy zbocza góry pokrywają się bajecznie kolorowym kobiercem dzikich kwiatów, co w zestawieniu z potęgą ośnieżonego szczytu, rzeźbą terenu, wodospadami, fauną i florą, niezwykłą atmosferą miejsca i mikroklimatem, wywiera ogromne wrażenie… niezwykłości, a może nawet i cudowności.

Na kwitnące łąki jest w tej chwili jeszcze za wcześnie, niemniej jednak w dolnych partiach, u stóp Tacomy, lasy tętnią już pełnią życia, rzeki rwą skalnymi żlebami, po skałach przelewają się wodospady, a zwierzyna otrząsa się z zimowego uśpienia…
Wystarczy jednak przemieścić się kilkaset metrów wyżej, by znaleźć się w innym świecie – w innej strefie klimatycznej, gdzie dominuje jeszcze śnieg, a zima jeszcze nie jest tylko li wspomnieniem.

Zejście ze szzczytu wulkanu - My. Rainier jeszcze w czerwcu przykryty jest grubą warstwą śniegu

Zejście ze szczytu wulkanu – Wielka Góra jeszcze w czerwcu przykryta jest grubą warstwą śniegu

Paradise

No cóż… byłem w Raju, jednak twarz mam teraz ogorzałą, jakbym wstąpił do piekieł, choć wcale mi tam po drodze nie było.
Nie spodziewałem się tak mocnego słońca. Kiedy wyruszałem na szlak, tylko jedna, wschodnia strona góry była nasłoneczniona. Po zachodniej, nad Tacomą, kłębiły się chmury. Lecz za parę godzin wszędzie już paliło ostre słońce.

Z tym “rajem” to nie są żarty.
Odwiedzający Park Narodowy Mt. Rainier przybysze zmotoryzowani docierają zwykle do dwóch miejsc na zboczach góry, do których dojechać można samochodem. Jednym z nich jest Sunrise, o tej porze zamknięte, bowiem droga nadal zasypana jest śniegiem. Drugim – właśnie Paradise, położony już w strefie lodowców, na południowym stoku wulkanu. Amerykanie mają skłonność do przesady w nazewnictwie, jednakże Paradise jak najbardziej zasługuje na swoje imię. Kiedy bywałem tu w czasie kwitnących łąk (środek lata), zakątek ów wydał mi się zaiste jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałem w swoim życiu.

O tej porze roku niemal wszystkie szlaki wokół Paradise pokryte są jeszcze śniegiem, niemniej jednak są otwarte, oznaczone i uczęszczane.
Wybrałem Skyline Trail, który okrąża Paradise po graniach. Tym razem mogłem jednak dotrzeć tylko do Punktu Panoramy, najwyższego miejsca na szlaku, skąd, przy dobrej pogodzie, rozciąga się widok w promieniu ponad 200 km.
W czasie kiedy tam dotarłem, chmury nad Tacoma rozwiały się a powietrze wyklarowało tak, że można było, oprócz pobliskich wulkanów Mt. Adams i Mt. St. Helens (czy pamięta ktoś potężną erupcję tego ostatniego w 1982 r.?), dostrzec położoną już w Oregonie – po drugiej stronie rzeki Columbia -  Mt. Hood.

Szlak Skyline pokrywa się z tym, który prowadzi do Camp Muir – obozu, skąd wyruszają twardziele zdobywający Mt. Rainier. Spotkałem dzisiaj kilkadziesiąt osób, które wracały ze szczytu. Musieli wstać zaraz po północy, opuścić Camp Muir przed pierwszą, by zdobyć szczyt nad ranem i wrócić jeszcze przed południem, aby uniknąć zabójczych lawin.
Równie wielkim wyzwaniem jest piesze okrążenie góry szlakiem Wonderland Trail o długości – bagatela! – 150 km. Z tym, że trzeba na to przeznaczyć od 10 do 14 dni, wędrując z plecakiem i śpiąc po drodze w namiotach.n Ci, którzy tego dokonali, mówią o niezapomnianym doświadczeniu swojego życia.
To się dopiero zowie pobratanie z Naturą!

Po półdniowej śnieżnej włóczędze wracam do Paradise Inn. Pora na suszenie, posiłek i odpoczynek. W olbrzymiej sali tej gospody panuje fantastyczna atmosfera. Z ogromnego kominka promieniuje ciepło, ktoś gra na pianinie… Ludzie z całego świata wymieniają się wrażeniami, dzielą doświadczonymi przygodami, zawiązują się nowe znajomości…
Kończy się jeszcze jeden dzień w raju.

* * *

Widzę że ów tekst rozrósł mi się do niebezpiecznych rozmiarów, co może wystawić na próbę cierpliwość ewentualnego Czytelnika. Tak więc owym rzeczowym sprawozdaniem moją relację z Raju zmuszony jestem zakończyć.
A tyle myśli kłębiło mi się w głowie, kiedy siedziałem blisko godzinę na ogrzanej słońcem półce skalnej Punktu Panoramy, gapiąc się w niewiarygodny spektakl objawiający się przed moimi oczami.

* * *

UWAGA: Notatki pochodzą z podróży, która odbyła się w czerwcu 2008 r.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu

.

Happy monk in winter Paradise - Mt. Rainier

Happy buddist monk in winter Paradise – Mt. Rainier

.

DODATEK

Przy okazji załączam kilka zdjęć z Mt. Rainier zrobionych latem – wraz z notą ze strony ŚWIAT W OBRAZACH, na której obejrzeć można więcej obrazów z tego niezwykłego zakątka Ameryki:

Park Narodowy Mt. Rainier położony w zachodniej części stanu Waszyngton to obszar kilkuset mil kwadratowych dziewiczej przyrody, otaczającej olbrzymi, wysoki na 4 400 m. wulkan, jakim w rzeczywistości jest Góra Rainiera.
Uderza zróżnicowanie stref klimatycznych, w miarę jak wznosimy się ku szczytowi Tacomy (tak nazywali Wielką Górę Indianie), a co za tym idzie wielka różnorodność fauny i flory. Przypomina to przenoszenie się w krótkim czasie z jednego świata do drugiego, gdzie panują inne warunki, żyją inne zwierzęta, rosną inne rośliny…
Późną wiosną, ale i wczesnym latem, gdy na wysokości 2 km. n.p.m. trwa jeszcze skuta lodem i pełna śniegu zima, o kilkaset metrów niżej zieleni się las, do którego zawitała już pełnia lata. Lecz zwykle w połowie sierpnia, śniegi topnieją a odsłonięte dzięki temu łąki pokrywają się niewiarygodnie kolorowym kobiercem kwiatów, które sprawiają, że Mt. Rainier staje się wtedy jednym z najpiękniejszych miejsc na naszej planecie. Wówczas nazwy, jakie nadał człowiek znajdującym się tam miejscom (dajmy na to: Wonderland albo Paradise) nabierają całej swej adekwatności – urzeczywistniając się w widzianych przez nas obrazach.

(UWAGA: Kliknij na zdjęcie, aby zobaczyć obraz w pełnym wymiarze.)

Park Narodowy Mt. Rainier

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (1)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (2)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (3)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (4)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (5)

 

Więcej zdjęć z Parku Narodowego Mt. Rainier obejrzeć można na nowej wystawie TUTAJ.

© ZDJĘCIA WŁASNE

URSUS ARCTOS HORRIBILIS, czyli o spotkaniu z grizzly

.

Któż to wie… tego wpisu mogłoby nie być. I w ogóle mogłoby być “po ptakach”, czyli po blogu. Nie wspominając już o mnie samym. Lecz po kolei. Wszystko wydarzyło się w Parku Narodowym Lodowców w Montanie – wśród najpiękniejszych scenerii górskich na świecie, które, jak się okazało, mogą być niezwykłym tłem dla całkiem nieoczekiwanych dramatycznych wydarzeń.

.

Grizzly

Grizzly

.

NOC SZALEJĄCYCH GRIZLLY

W schronisku Granite Park Chalet, dom którego dotarliśmy na noc po całodniowym marszu w górach, nasłuchaliśmy się opowieści o niedźwiedziach, a największą uwagę przykuła ta, którą ranger nazwał “Nocą Grizzly”.
To były pierwsze ofiary tych bestii na terenie parku Glacier. Jednej nocy, w dwóch niezależnych od siebie incydentach, zagryzione zostały dwie młode kobiety. Pierwsze z z tych tragicznych wydarzeń miało miejsce zaledwie kilkaset metrów od Granite Park Chalet, tak że przeraźliwe krzyki zagryzanej dziewczyny słyszeli wszyscy goście schroniska, którzy zostali nimi rozbudzeni tuż po północy pewnej sierpniowej nocy 1967 roku.

Jak do tego doszło?
Otóż para młodych ludzi postanowiła przespać się (bez namiotu) w okolicznym lesie. Kiedy już pogrążeni byli w głębokim śnie, pojawił się czterysto-kilogramowy grizzly i zaczął wydzierać ich ze śpiworów. Mężczyzna, mimo że gryziony był po rękach, nogach i głowie, zdołał powstrzymać się od krzyku. Niestety, nie zdołała tego zrobić kobieta, i jej wrzask rozsierdził tylko niedźwiedzia, który zaczął ją wlec na dół po zboczu góry.
Jej zwłoki, a właściwie tylko część ciała, gdyż około 30 % zostało zjedzone przez zwierzę, znaleziono nad ranem kilkaset metrów dalej.

Tej samej nocy, w podobny sposób, tyle że w miejscu oddalonym o kilkanaście kilometrów (sprawcą był już inny grizzly), zginęła jeszcze jedna kobieta. Również i jej nie mógł pomóc towarzyszący jej człowiek. Kiedy grizzly zaatakował ich obozowisko (mimo że oprócz nich było jeszcze kilka osób) i zaczął ich “podjadać”, mężczyzna, który przeżył atak, usłyszał tylko jej słowa: “odgryzł mi ramię”, a zaraz potem: “Boże, jestem już martwa“. Trudno wyjaśnić ten zbieg okoliczności: dlaczego akurat tej nocy – w dwóch znacznie oddalonych od siebie miejscach – grizzly oszalały, zamieniając się w ludojadów.

Do tej pory na terenie Parku w podobny sposób zginęło 11 osób.
Gdzie jest napisane, że do tego grona nie mogłem dołączyć ja albo moja żona?

OKO W OKO Z BESTIĄ

GrizzlyWracaliśmy ze szlaku Iceberg Lake, położonego w okolicy doliny Many Glacier (cudownego zresztą, liczącego ponad 16 km.), było późne popołudnie więc starałem się zwiększyć tempo, gdy oto przed oczami, tuż obok ścieżki, mignęło mi coś w rodzaju płowo-brązowej czapy.
Dopiero w sekundę później uzmysłowiłem sobie, że to może być grizzly.
Schyliłem się gwałtownie i cicho wycofałem kilka kroków do tyłu za pagórek, dając znak idącej kilkanaście metrów za mną żonie, by zrobiła to samo. Byliśmy zbyt blisko, aby ujawnić przed niedźwiedziem swą obecność (co jest wskazane, kiedy widzi się je z daleka). Najniebezpieczniejszej bowiem jest wtedy, gdy zwierzęta te czują się zaskoczone. Wówczas mogą zaatakować, a nie ma sposobu, by przed nimi uciec, jako że potrafią biec z prędkością przekraczającą 50 km. na godz. – szybsze są więc od niejednego konia. Jeszcze kilka kroków dalej i znalazłbym się oko w oko z grizzly… i mogłoby to być moje ostatnie spojrzenie.

Przeczekaliśmy w ciszy kilka minut, zanim zdobyłem się na to, by wychylić głowę zza porośniętego trawą pagórka. Wtedy zobaczyłem drugiego niedźwiedzia, tyle że ciemno-brązowego, jeszcze większego niż ten płowy. Na szczęście oba zwierzaki oddalone były już od nas o jakieś 60 – 70 metrów (co zresztą też jest odległością niebezpieczną).
W międzyczasie dołączyła do nas inna para piechurów.

I wtedy zrobiłem rzecz mało rozsądną, mógłby ktoś powiedzieć – głupią. Zwiększyłem mianowicie czułość mojego aparatu (by uzyskać ostrzejsze zdjęcia) i wyruszyłem w kierunku niedźwiedzi, nie reagując na lekko przerażony szept mojej żony i bladość mężczyzny, który aż przysiadł z wrażenia na piaszczystej ścieżce i powtarzał: “tylko nie patrzcie mu w oczy, nie patrzcie mu prosto w oczy” (jego towarzyszka jednak była równie ciekawa, jak ja).
Niewidoczny dla zwierząt przekradłem się około 20 metrów w ich stronę, przykucnąłem za rzadkim krzakiem huckleberry, lekko wychyliłem się i wtedy ponownie zobaczyłem pysk czarnej bestii. Tym razem grizzly uniósł do góry nos i zaczął nim powąchiwać. Zdałem sobie sprawę, że jestem po nawietrznej stronie i że zwierzę wyczuło moją obecność (no cóż, Calvin Klein Escape).

Wszak zrobiło to na mnie takie wrażenie, że zrezygnowałem ze zdjęć i wycofałem się na uprzednie pozycje, co zostało przyjęte z niejaką ulgą, zwłaszcza przez Anię.
Wkrótce zorientowałem się, że niedźwiedzie wspinają się zboczem do góry w kierunku osikowego zagajnika. Kilka minut później na szlaku za nami pojawiło się kilka innych osób. Pomyślałem wówczas, że sytuacja nie jest już tak groźna… tym bardziej, że grizzly zdały sobie sprawę z naszej obecności, niejako oswoiły się z tym i nie zwracając na nas większej uwagi, wyjadały coś z trawy i krzewów.
Wtedy już mogłem spokojnie obserwować je przez mój teleobiektyw i zrobić im kilka zdjęć.

I tak, szczęśliwie, zakończyła się moja, bez wątpienia najbardziej emocjonująca, przygoda w Glacier National Park w Montanie.

BARIBAL I SERCE MOJEJ ŻONY

W związku z tym, że swego czasu spędziłem kilka lat na amerykańskim Zachodzie, bywając wielokrotnie w parkach narodowych, w górach, nad jeziorami, w pustyni i w puszczy… widok niedźwiedzi nie był dla mnie czymś niezwykłym. Nigdy jednak nie znalazłem się tak blisko tej dzikiej bestii, jaką jest grizzly. I należy pamiętać, że grizzly cały czas tą bestią pozostaje, mimo naszych naiwnych wyobrażeń o jego misiowatej naturze niezdarnego szatłapy.
Niezdarny szatłapa! Jakże dalekie jest to od rzeczywistości!

Zresztą, kilka dni wcześniej (po stronie kanadyjskiej parku, w Waterton), także zupełnie niespodziewanie, natknęliśmy się na niedźwiedzia czarnego (nagle spostrzegłem go za plecami mojej żony, kiedy zajęty byłem fotografowaniem niezwykle malowniczego hotelu Prince of Wales).

.

Hotel Prince of Wales w Waterton (Alberta, Kanada). (Czarny misio w lewym dolnym rogu.)

Hotel Prince of Wales w Waterton (Alberta, Kanada). (Czarny misio w lewym dolnym rogu.)

.

Tym razem jednak zaledwie jeden rzut oka wystarczył, bym ocenił sytuację jako niegroźną i mimo nieco panicznej reakcji mojej żony (biedna, wymachiwała rękami biegnąc w moją stronę, ale dopiero zaczęła krzyczeć wtedy, kiedy była już bliżej mnie…) nabrałem pewności, że misio nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Poza tym niedźwiedzie czarne są jednak mniej agresywne od grizzly.
(Później się dowiedziałem, że Ania dlatego nie krzyczała, ponieważ nie chciała wystraszyć baribala, aby umożliwić mi zrobienie zdjęcia… No nie! A ja mimo wszystko nie skierowałem aparatu w ich stronę… Zapomniałem o tym, bo… jednak bardziej obawiałem się o serce mojej żony.)

CO NAS POCIĄGA?

Niedźwiedzie wszelkiej maści…
Mimo wszystko, wielką sympatią darzę te włochate olbrzymy. Skąd to się bierze?
Może to jeszcze ta naiwna chłopięca wiara w dobre zwierzątka i pamięć o przytulności pluszowego misia?
Skąd ta ekscytacja i chęć zobaczenia bestii w jej naturalnym środowisku?
Może to jeszcze ów atawistyczny instynkt myśliwego, który drzemie w nas mimo cotygodniowych zakupów mięsa w supermarkecie?
A co nas ciągnie w dzikie ostępy?
Może świadomość tego, że ten dziki świat, który towarzyszył nam przez tysiąclecia – i z którym byliśmy na dobre i złe zrośnięci – po prostu się kończy?

* * *

NOTA: Wpis powyższy ukazał się na moim poprzednim blogu tutaj. Myślę, że na rzeczy będzie zamieszczenie również przy tej okazji krótkiej noty, jaką popełniłem swego czasu o filmie dokumentalnym Wernera Herzoga “Grizzly Man”:

.

Grizzly_Man.film posterKiedy się dowiedziałem, że Werner Herzog nakręcił film dokumentalny o człowieku, który żył przez kilkanaście lat wśród alaskańskiej dzikiej przyrody, i którego zjadły tam w końcu niedźwiedzie, lekko się zdziwiłem… ale to był moment. Bowiem zaraz przypomniałem sobie obsesje niemieckiego reżysera, które odezwały się w takich jego filmach, jak np. “Stroszek”, “Fitzcarraldo”, “Zagadka Kaspara Hausera”, “Aquirre, Gniew Boży”… Czyli: fascynacja zderzeniem jednostkowych bytów drobnych szaleńców z ogromem bezlitosnych żywiołów świata.
To samo znaleźć można w “Grizzly Man”.

Nie chcę aby ten wpis stał się jeszcze jedną recenzją, jakie można znaleźć w pierwszym lepszym piśmie. (Być może niechęć do pewnej uniformizacji, którą się tam spotyka, spowodowała, że przestałem publikować w drukowanej prasie.) Dlatego pozwolę sobie tylko na garść narzucających mi się najwyraźniej refleksji po niedawnym przypomnieniu sobie tego filmu.

Zbyt łatwe wydaje mi się skwitowanie postawy Treadwella słowami: naiwny szaleniec, który igrając z dzikimi bestiami zasłużył na to, co go spotkało. A taka opinia spotykana jest najczęściej. Jego casus sięga jednak głębiej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest wyrazem pewnego archetypu, który rodzi się właśnie na styku natura – człowiek – cywilizacja (być może Houellebecq nazwałby to mutacją metafizyczną).
Tylko tym mogę sobie tłumaczyć moje wielkie poruszenie, jakiego kilkakrotnie doświadczyłem oglądając ten dokument.
Jaki to archetyp?
Jest on, według mnie, wyrazem naszych czasów, choć z jego przejawami spotykamy się raz po raz na przestrzeni dziejów – w procesie tworzenia się naszej kultury. I jak każdy archetyp, jest prosty i potrafi mieć moc objawienia: Timothy Treadwell jest człowiekiem, który ucieka od współczesnej ludzkiej cywilizacji, jednakże – wbrew swoim wysiłkom – nie może już wrócić do świata natury. Nie jest w stanie żyć wśród ludzi i ich kulturowych gadżetów, łudzi się więc, że przygarnie go do siebie dzika przyroda, że znajdzie tam azyl. Ale jest to już niemożliwe: światy te, wbrew wzajemnemu przenikaniu się, na zawsze się już rozdzieliły.
Tim żyje więc w rozdarciu.
I tak naprawdę żyje on w próżni, oszukując się, że jest ona pełnią. Próżnia zaś jest nieznośna, stąd jego nieuświadomione – moim zdaniem – pragnienie śmierci. Pragnienie, któremu stało się zadość.

Razi mnie teraz u Herzoga ten jego ciemny niemiecki pesymizm (kiedyś mnie intrygował). W “Grizzly Man” słyszymy jak mówi: “Wszechświat nie jest harmonią. Jest chaosem. Jest wrogi, morderczy…”
Ja widzę to inaczej. To znaczy, widzę chaos tam, gdzie nie jestem w stanie dostrzec harmonii. Lecz nie dlatego, że tej harmonii tam nie ma, ale dlatego, że jestem zbyt ograniczony w swojej ludzkiej percepcji, by tę harmonię dostrzec.
A pojęcia “wrogi”, “morderczy”…?
Wydają mi się zbyt ludzkie, a więc wobec Kosmosu aż nadto zaściankowe, by można je stosować do opisu czegoś tak ogromnego i nieopisywalnego, jak Wszechświat. Na wszystko patrzeć mogę jedynie z mojej małej ludzkiej perspektywy. Wyznacza mi się ona w świecie obcym i nieobcym zarazem. Ten świat wydaje mi się zrazu przyjazny, to znów wrogi. Wrastam weń, by za chwilę poczuć się wyalienowanym.
Lecz bywa jeszcze to uniesienie, i zachwyt też bywa… Na przykład wtedy, gdy słyszę muzykę ludzi, których zebrał Herzog, by wypełnili ścieżkę dźwiękową jego filmu. I kiedy widzę te wspaniałe zwierzęta pędzące przez alaskańską tundrę… I myślę sobie wtedy, że być może piękno jest czymś, co znajduje się właśnie między światem ludzkim a nieludzkim? Ale trzeba człowieka, by to piękno dostrzec – i niejako powołać tym samym do życia?

* * *

© ZDJĘCIA WŁASNE

UWAGA: więcej zdjęć z Parku Narodowego Lodowców w Montanie i Jezior Waterton w kanadyjskiej Albercie, obejrzeć można na nowej wystawie ŚWIATA W OBRAZACH TUTAJ.

.

AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: W PUSTYNI I W PUSZCZY

szkice o amerykańskiej scenerii, cz. III

*

Osobliwość, niezwykłość czy piękno - krajobraz bierze nas we władani (nad Jeziorem Kraterowym w Oregonie)

Osobliwość, niezwykłość czy przyrodzone piękno? – krajobraz bierze nas we władanie (nad Jeziorem Kraterowym w Oregonie)

*

Każdy krajobraz, który jest inny od krajobrazu jaki nas otaczał kiedy dorastaliśmy, wydaje się nam osobliwością. A do osobliwości, które spotykamy na amerykańskim kontynencie, możemy mieć stosunek dwojaki: zachwycić się ich egzotyką, mieć poczucie tego, że oto dotarliśmy do niezwykłego miejsca wzbogacającego obraz świata, w jakim żyjemy i rozszerzającego perspektywę z jakiej go widzimy; odczuć posmak małego zwycięstwa w pokonaniu przeszkód, które leżały na naszej drodze do odkrycia nowej ziemi, jej pejzaży, przyrody obcej a fascynującej – klimatów dotychczas na naszej skórze nie doświadczonych, nieba wyższego i bardziej niebieskiego, słońca jaśniejszego, wód głębszych, wodospadów huczniejszych, fal bardziej spienionych, skał o kolorystyce jak na palecie malarza impresjonisty…
Albo zgoła inaczej: mieć poczucie obcości, może nawet dziwaczności – przytłoczenia skalą nieporównywalną z czymkolwiek nam znanym; zdezorientowanie proporcjami wymykającymi się naszej percepcji, niemożność przyzwyczajenia się do czegoś, co dla nas nieswojskie…

Muszę przyznać, że mnie zdecydowanie bliższy jest ten pierwszy sposób odczuwania krajobrazowej i przyrodniczej nowości – ten pociąg, zachwyt i ekscytacja czymś dotychczas niewidzianym, po raz pierwszy prywatnie odkrywanym. To wszystko, co zadecydowało o tym, że w końcu wyruszyłem w świat, by zbadać nowe miejsca i plenery – zobaczyć je na własne oczy, poczuć przez skórę wszystkimi zmysłami.
Niewątpliwie ma ten stosunek do świata trochę z naiwności, dziecięcej gotowości do zadziwienia się nim. I mniej związany jest z intelektem, bardziej ze zmysłowością – otwarty na bardziej spontaniczne doświadczenie tego, co człowieka podczas jego podróży spotyka i otacza. Ale wiem, że jest też inne podejście do przyrodniczych osobliwości i tworów Natury, obcych naszym doświadczeniom wyniesionym z dzieciństwa. Pamiętam, że uderzyły mnie słowa Miłosza wypowiedziane o jednym z najpiękniejszych, moim zdaniem, miejsc na amerykańskim kontynencie, a mianowicie o Jeziorze Kraterowym, położonym na południu stanu Oregon. Muszę się przyznać, że takich słów bym nigdy nie napisał (i to nie z oczywistego skądinąd powodu niedosiężności poziomu literackiego Noblisty), ale z tej prostej przyczyny takiej, że moje odczucia z pierwszego spotkania z Crater Lake były zupełnie inne, bardziej z Naturą spolegliwe – bez poczucia obcości, dziwności i nudy, które Miłosz expressis verbis w swoich “Widzeniach nad Zatoką San Francisco” wyraził: “Parę dziesiątków mil pustej, nakreślonej nienagannie prostą linią szosy, wznoszącej się tak niedostrzegalnie, że przypomina o tym tylko opór motoru, i z obu jej stron nic prócz lasu nędznych karłowatych sosen ma podłożu rozsypanej lawy, a nuda tego jest taka, że oczy zalepia  senność. Następnie wirażami na zbocza góry, której wierzchołek urwał wybuch wulkanu, i stamtąd widok na jezioro w środku, w obręczy skał. Strome jego brzegi, bez dostępu, nie mają roślinności, kolor jego wody jest przeraźliwy, jadowity lazur, zbyt czysty, zbyt absolutny. jakby po to, by zaznaczyć, że ten geologiczny kaprys opiera się wszelkiemu użytkowi, jest i nieprzystępna wyspa, kamienna piramida łamiąca jednolitość powierzchni. Racjonalnie rzec biorąc, brak danych, żeby przypuścić, że każdy, kto znajdzie się w tym krajobrazie, będzie odczytywał go jako szyfr jałowości samej w sobie. Niemniej zdaje się w tym zbytecznym splendorze kryć jakaś myśl, a nawet może miejsce na wytyczoną między karłowatymi sosnami szosę było z dawien dawna przygotowane, w przewidywaniu, że będzie nią jechał ktoś, kto uchwyci intencje ukrytego, przewrotnego Twórcy.”

Niewątpliwie konsekwentne jest to wyznanie dla kogoś, kto – jak Miłosz – wyszedł od chłopięcego zakochania w Naturze, a skończył jako ktoś “dorosły”, dla kogo jest ona bezduszną, bezmyślną, bezcelową manifestacją bytu i działania kosmicznej machiny, w której organizmy żywe – jej małe trybiki – podlegają cierpieniu jakie niesie ze sobą życie, poddawane nieosobowemu, a wpisanemu w jej strukturę, okrucieństwu. Intelektualista zwykle odrzuca romantyczne skłonności uczłowieczania Natury – przydawanie jej atrybutów będących wytworami ludzkiej kultury, w tym i estetyki, w obrębie której zawarte jest pojęcie i percepcja piękna. Jest w tym jednak niekonsekwentny – bo odrzucając piękno, dobro i opiekuńczość w Naturze, winien zaniechać też przypisywania jej istocie takich cech, jak brzydota, zło i okrucieństwo. A tego właśnie nie czyni, pozostając mimo wszystko przy wymyślonych przez siebie miazmatach (ludzkiej per se) kultury, wchodzącej w relacje z (nie wiadomo jednak czy boską) Naturą.

Pustynie, lasy, prerie, góry, jeziora, rzeki, oceany… ich obrazy konstytuują – i to nie tylko w masowej wyobraźni – ikonografię amerykańskiego pejzażu, która staje się dla kontynentu czymś swoistym, z nim nierozerwalnym – czymś co kreuje w ludzkich głowach wyobrażenie o tej ziemi, tym bardziej istotne, że nieporównywalne z żadnym innym rejonem świata. Ta typowo amerykańska skłonność do tego, by uważać kraj ten za coś wyjątkowego w skali całego globu, ma akurat tutaj swe uzasadnienie, bo rzeczywiście amerykański krajobraz jest unikalny, niezwykły – w swojej osobliwości wyróżniający się, nie spotykany nigdzie indziej na świecie.
To poczucie egzotyki nie opuszcza każdego, kto po raz pierwszy zanurza się w amerykański pejzaż. I zapewne byłby on dla wielu czymś przytłaczającym, gdyby nie cywilizacja, którą przybysz czuje za swoimi plecami, wiedząc, że zapewnia mu ona jednak pewne bezpieczeństwo, tudzież komfort odwrotu, może nawet ucieczki. Mimo to o cywilizacji (tu warto zaznaczyć, że nie jest ona jednak tożsama z kulturą) warto w pustyni i w puszczy zapomnieć – lepiej wtedy dociera do człowieka cały ten przyrodzony amerykańskiej ziemi naturalny splendor.

W PUSTYNI…

Ktoś może powiedzieć: cóż ciekawego w pustyni? Czym tu się zachwycać w tej pustce? Żar leje się z nieba, piasek się praży, światło jaskrawe oślepia – wszechobecna suchość dostaje się nawet do naszego gardła. Repetycja pustynnych motywów powoduje, że nuda i znużenie dobiera się nam do umysłu i zmysłów, oczy zaczynają się kleić, skóra piec i wysychać – wszystko zaczyna się zlewać i drżeć tworząc obraz podobny temu, jakiego doświadczyć można w mirażu czy nawet w malignie.
Zgoda, tego doznałem również, lecz amerykańska pustynia zawsze była dla mnie skądinąd czymś fascynującym i bynajmniej nie nudnym. Ba! Tak naprawdę nie jest ona pusta, bo pełna rzeczy – być może na pierwszy rzut oka niewidocznych, a jednak kryjących się za pozorną martwotą i układających się w mozaikę, która bynajmniej nie jest monochromatyczna. Przesada? Nie sądzę. A przyzna mi rację każdy, kto choć raz zapuścił się wgłąb skalnych kanionów Doliny Śmierci i zobaczył tam orgię kolorów zdjętych jakby wprost z malarskiej palety (jeden z punktów widokowych nazywa się tu właśnie adekwatnie: “Artist Pallete”). Albo jeszcze inne miejsce w Dolinie – słynne Zabriskie Point – kłujące w oczy złotem, brązem, żółcią, pomarańczem i bielą – całą tą jaskrawością będącą efektem erozji dna dawnego morza, poddanego działaniu wiatru, czasu i okazjonalnie wody. Miejsce to jest tak niezwykłe, że nie tylko dało nazwę słynnemu (głównie dzięki ścieżce dźwiękowej napisanej przez zespół “Pink Floyd”) filmowi Antonioniego, ale i było świadkiem największego ponoć życiowego doznania Michela Foucaulta, który dokładnie tutaj doświadczył niebywałego odlotu po zażyciu sporej dawki LSD.

.

Spotkanie z pustynią jako doświadczenie euforyczne - Zabriskie Point w Dolinie Śmierci

Spotkanie z pustynią jako doświadczenie euforyczne – Zabriskie Point w Dolinie Śmierci

.

Dolina Śmierci to geologiczna anomalia, co pociąga za sobą anomalie krajobrazowe, choć właściwiej byłoby tutaj mówić o niezwykłości pejzażu – niezwykłym nawet wtedy, gdy zestawi się go z osobliwościami widokowymi pustyni Mojave, której Dolina Śmierci jest częścią. Długa na ponad 200 kilometrów niecka, otoczona dwoma ponurymi pasmami gór Amargosa i Panamint, wypełniona w znacznej części salinami i djunami, żwirem i piaskiem, a nawet kamieniami czy głazami, które poruszają się – jak się wydaje -  samoistnie, w zupełnie tajemniczy sposób, pozostawiając za sobą ślad podobny temu, jakim znaczy swoją drogę pełzający wąż.
Dobra dla tego miejsca nazwa: depresja – zapadnięte na głębokość niemal 90 m. poniżej poziomu morza dno wyschniętego jeziora, i to w pobliżu słonego niebywale bajorka, o równie adekwatnej dla całego tego pustynnego anturażu nazwie – Badwaters. Jest jeszcze Devil’s Golf Course, jak również Devil’s Cornfield, jest wspomniany już przeze mnie Widok Dantejski (Dante’s View), oraz oaza ochrzczona – o dziwo! – jako Furnace Creek – z prawdziwym polem golfowym (już dla ludzi) i przypominającym do złudzenia fatamorganę, zagajnikiem palm daktylowych.

Na kontynencie Ameryki Północnej pustyń jest bez liku: właściwie cały amerykański Zachód (a ściślej: tereny położone w zachodniej części Stanów Zjednoczonych) są jednym wielkim ciągiem pustyń i półpustynnych stepów, bowiem nadciągające znad Pacyfiku wilgoć i deszcze zatrzymują się na potężnych łańcuchach górskich Kordylierów, wśród których wyróżniają się oczywiście Sierra Nevada i Góry Kaskadowe. A najciekawszy “pustynnie” jest rejon zwany Pustynnym Południowym Zachodem (Desert Southwest), czyli pustynie Mojave, Sonora i Chihuahua pokrywające takie stany, jak Kalifornia, Arizona, Nowy Meksyk i Teksas. Jest jeszcze potężna pustynia Wielkiej Kotliny obejmująca niemal całą Newadę i większość zachodniego Utah.
Jednak nie chcę tutaj nużyć nikogo geograficzną wyliczanką, którą można znaleźć w pierwszym lepszym przewodniku lub podręczniku, a także w sieci. Zamiast tego podzielę się moimi wrażeniami z zetknięcia się z tymi pustyniami – czyli tym, co obrazy owych pustyń zostawiły w mojej pamięci.

Pierwsza była arizońska Sonora – las strzelistych kaktusów saguaro rosnących na południe od Phoenix, wraz z wieloma innymi gatunkami sukulentów (kaktusy organowe, baryłkowe, ocotillo, chola…), które wczesną wiosną pokrywają się kwieciem, tworząc widok przedziwny, nazywany przez tubylców kwitnącą pustynią. Jeśli na dodatek ta pustynia jest “Malowana” (a taką nazwę nosi pustynia leżąca na wschód od Wielkiego Kanionu, w obrębie Rezerwatu Indian Navajo), to można sobie wyobrazić estetyczne konsekwencje tego: barwną mozaikę kwitnących kaktusów i kolorowych skał, w niczym nie przypominającą stereotypowego wyobrażenia żółtoszarej monotonii piaszczysto-żwirowych hałd zalegających ziemię aż po horyzont.
Z kolei, charakter pustyni Mojave podkreślają niezwykłe “drzewka Jozuego” (joshua trees) – nazwane tak przez Mormonów ponoć dlatego, że jego gałęzie przypominały im ramiona rozpiętego na krzyżu Chrystusa (Joshua=Jozue=Jezus). Zresztą, nie dziwi to wobec mnogości biblijnych nazw, zwłaszcza w Utah – w stanie zamieszkałym w większości przez Mormonów, dla których biblijna mitologia do tej pory stanowi niekwestionowane źródło odniesień dla ich duchowego życia i religijnych wierzeń.
Chihuahua zaś to pustynia w zasadzie meksykańska, która jednak wielkim suchym jęzorem sięga Nowego Meksyku i Teksasu, pokrywając olbrzymie obszary suchorostami, jukkami, opuncjami i różnymi gatunkami kaktusów. Przez pustynię tę płynie słynna Rio Grande (którą bardziej chyba znamy jako Rio Bravo), lecz  najbardziej osobliwym zakątkiem tej pustyni są tzw. Białe Piaski – jaskrawe morze falujących wydm z rozdrobnionego gipsu – jedno z najciekawszych miejsc Ameryki, leżące na terenie Nowego Meksyku, warte większej uwagi.Wiedziałem, że ponad pół wieku temu wybuchła tu pierwsza bomba atomowa, wymyślona przez Oppenheimera i spółkę w ramach tajnego projektu “Manhattan”, realizowanego w laboratoriach położonego nieopodal urokliwego miasteczka Santa Fe. Wiedziałem również, że Białe Piaski otacza jeden z największych poligonów doświadczalnych na świecie (należące do US Army 4000 mil kwadratowych ziemi), gdzie testuje się najnowszą amerykańską Wunderwaffe. Nie wiedziałem jednak tego, że jest to miejsce tak spektakularne – dopóki sam nie dotarłem na to morze bieli rozciągającej się po bezkresny horyzont.
Białe Piaski Nowego Meksyku to największa gipsowa pustynia na świecie. Nieogarniony wzrokiem obszar wydm białych jak śnieg, sypkich jak mąka. Można dostać zawrotu głowy, stając na szczycie jednej z tysięcy gipsowych gór i rozglądając się wokół na rozlewające się aż po kres widoczności morze falujących hałd, kopców, stożków, kopuł… zwałów gipsowych ziaren, które od tysięcy lat przemieszcza z miejsca na miejsce niespokojny wiatr.
Ta biała pustynia jest tu w ciągłym ruchu, ale schwytana w pułapce kotliny Tularosa, niczym gigantyczna klepsydra pełna miliardów ton białego piasku, odmierza czas mijający od ostatniego zlodowacenia, kiedy nieckę tę wypełniało olbrzymie jezioro. Jednak te przesypujące się drobiny pamiętają czasy jeszcze dawniejsze. Są one właściwie pozostałością po organicznych depozytach, jakie odłożyły się na dnie morza, które znajdowało się tutaj 250 mln. lat temu.
Cóż nam jednak mówią owe czasowe interwały? Miliard lat nie robi na nas większego wrażenia jak milion, ponieważ nasza wyobraźnia jest pod tym względem mocno ograniczona czasem, jaki przebywamy na ziemi i trudno jest jej sięgnąć poza czubek nosa własnego krótkiego żywota. Bowiem w skali Wszechświata jest on niczym mgnienie oka jakiegoś kapryśnego bóstwa.

Spokrewnione z pustynnym krajobrazem są piaszczyste wydmy, ale co ciekawe – te największe z nich, jak np. Diuny Oregonu zwane czasami (nie bez pewnej przesady) “amerykańską Saharą”, czy Wydmy Śpiącego Niedźwiedzia w Michigan – rozciągają się wzdłuż wielkiej wody: w Oregonie – biegną przez 60 km wybrzeżem Pacyfiku, zaś w Michigan – rozłożone są nad Jeziorem Michigan, w rejonie gromadzącym największe zasoby wody pitnej naszej planety (mowa oczywiście o Wielkich Jeziorach). Chociaż w pustynnej Dolinie Śmierci też powstały wydmy, podobnie jak u podnóża gór Sangre de Cristo w Kolorado, gdzie utworzono park narodowy o bardzo adekwatnej nazwie: Great Sand Dunes, czyli Wielkie Piaszczyste Wydmy  (najwyższe z nich osiągają wysokość 270 m.)
Tak jak piaszczyste czy gipsowe pustynie są falującym morzem oślepiającej oczy jaskrawej bieli czy żółci, tak wzgórza i stożki z zastygłej lawy czy też z wulkanicznych popiołów uderzają w nas iście piekielną czernią: tak jest w najsłynniejszym obszarze pól lawowych w Ameryce, którymi są Księżycowe Kratery w Idaho. Podobnie jest w północno-wschodniej Kalifornii (Lava Beds National Monument) oraz w Oregonie (Newberry Volcanic National Monument), jak również w innych miejscach rozsianych po kontynencie tam, gdzie z gorejących i plujących ogniem czeluści podziemnych nie tak dawno jeszcze wylewała się magma, a teraz czarny żwir, popiół i pumeks tworzą unikalne, ale przede wszystkim ponure i infernalne wręcz pejzaże.

.

Pod wielkim słońcem pustyni - na Białych Piaskach Nowego Meksyku

Pod wielkim słońcem pustyni – na Białych Piaskach Nowego Meksyku

* * *

A teraz pozwolę sobie na krótką osobistą wycieczkę, która jednak ściśle wiąże się z tematem tej części szkiców. Otóż swego czasu, przy okazji podróży przez pustynie Nowego Meksyku i Teksasu (TUTAJ), napisałem ustęp, który pozwolę sobie tutaj przytoczyć:
“Pustynia jest naturalnym fenomenem, który zawsze splatał się z pewnymi aspektami kultury człowieka. Co ciekawe, często największy ferment cywilizacyjny miał miejsce na jakimś stosunkowo niewielkim a życiodajnym obszarze otoczonym rozległymi, niezbyt gościnnymi obszarami pustynnymi lub półpustynnymi. Przykładami mogą tu służyć choćby Egipt, Bliski Wschód, dorzecze Tygrysu i Eufratu, Dolina Indusu, czy nawet sama Grecja.
Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.
Czym była – i jest – dla ludzi pustynia? Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
Czyli pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. A więc pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.
(…) Sądzę, że doświadczenie pustyni jest dla człowieka ważniejsze – i bardziej ‘twórcze’ – niż np. doświadczenie dżungli. Paradoksalnie bowiem: człowiek na pustyni zdaje się bardziej i dogłębniej ‘dokopywać’ do swojego egzystencjalnego ‘rdzenia’, doświadczać mocniej ‘doli człowieczej’, pełniej rozumieć fenomen (ludzkiego) życia, niż mając wokół siebie tętniącą i kipiącą (zwierzęcym) życiem dżunglę. Dlaczego? Może dlatego, że pustynia lepiej pozwala człowiekowi identyfikować się ze swoją kulturą, natomiast dżungla to nieokiełznana, atawistyczna – przeciwstawiona ludzkiej cywilizacji – Natura?
‘Jądro ciemności’ jest zwierzęce, pustynną pustkę człowiek wypełnia tym, co najbardziej ludzkie – czyli kulturą. Instynkt życia i popędy przeciwstawione zostają pragnieniu duchowości. Łatwiej chyba o tę transgresję w jasności gorącego Słońca pustyni, niż w redukującej nas do pierwotnej biomasy i zmuszającej do walki i rywalizacji z innymi formami życia, dżungli.”

Przeczytawszy to, jedna z moich blogowych znajomych zarzuciła mi pod moim wpisem: “Ja zaczęłabym inaczej: ‘Wyruszając w podróż, otwórz się na nowe a w domu zostaw cały swój bagaż kulturowy, bo może okazać się zbędnym balastem.’ Piszę pół żartem, pół serio, bo oczywiście z całym takim bagażem trudno się pożegnać. Niemniej jednak po przeczytaniu tego wpisu, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że takie podróżowanie, gdzie przebywanie na pustyni automatycznie przywołuje miejsce przymierza bądź walki z bogami, zmaganie z natura etc., to podróżowanie sztuczne, zamknięte w dość utartej symbolice kulturowej i na dobrą sprawę mogłoby być ‘podróżowaniem’ po domowej bibliotece, a nie szczerym i otwartym doświadczaniem nowego, odmiennej przestrzeni.”

Mogłem się z tym zgodzić, ale pewną przykrość sprawiło mi to, co – nawiązując do tego samego tekstu – M. napisała na innym blogu:
“Mnie notka Logosa zadziwiła z tego samego powodu, bo ja też na pustyni nie przeżywałam walki dobra ze złem, ale jej wspaniałą przestrzeń, gładkość piasku i ciepło wiatru, który rysował doskonale fale na wydmach. Zgadzam się z tym, że w jego wpisie dużo jest antropomorfizacji, ale jest tam coś więcej: całkowite zamknięcie się w pewnych schematach kulturowych (historii biblijnych, mitycznych etc.) i brak swobody w przeżywaniu przestrzeni. Podróż w taki sposób wydaje się nie mieć w ogóle sensu, bo nie dostarcza podróżującemu żadnych nowych wrażeń poza może pewna przyjemnością w odtwarzaniu literackich skojarzeń.
Moim zdaniem takie podejście niekoniecznie musi mieć coś wspólnego z byciem wierzącym bądź nie. Przynajmniej ja bym tych dwóch rzeczy nie łączyła. Widzę tutaj raczej niemoc czy może ograniczenie wykształconego człowieka w przeżywaniu czegoś nowego. Zamiast podróżowania i doświadczenia natury, jest ucieczka w kulturę. Dla mnie to przykład tego, jak można sprowadzić całą przyjemność fizycznego obcowania z nową przestrzenią do czegoś w rodzaju konwencjonalnego wyjścia do biblioteki.”

Ubodło mnie nieco zwłaszcza radykalne stwierdzenie, jakoby moje doświadczenie przyrody (krajobrazu, pleneru, Natury) oznaczało “…całkowite zamknięcie się w pewnych schematach kulturowych (historii biblijnych, mitycznych etc.) i brak swobody w przeżywaniu przestrzeni”, jak również i to oświadczenie M.: “widzę tutaj raczej niemoc czy może ograniczenie wykształconego człowieka w przeżywaniu czegoś nowego”. 
Te zdania mnie jednak zdziwiły, bo zupełnie rozmijają się z moim doświadczaniem miejsc nowych (zwłaszcza Natury i krajobrazu), któremu zresztą nie raz dałem wyraz – i to nie tylko na piśmie, ale i na fotografii. Już nie mówię o tym, że jednak są one nieco obraźliwe, zarzucając mi jakąś “niemoc” i “ograniczenie”, tudzież “brak swobody w przeżywaniu przestrzeni”.
Nikt nie jest doskonały, ale to nieprawda, że kultura przysłania mi świat – częściej jednak pozwala wydobyć z niego piękno. Bo czy to, że w związku z Naturą, nawiązuje się do kultury, literatury czy mitu, jest równoznaczne z tym, że nie można odczuć “wspaniałej przestrzeni, gładkości piasku i ciepła wiatru, który rysował doskonałe fale na wydmach”? Wręcz przeciwnie.
Zresztą, mimo wszystko, Naturę odbieram przede wszystkim zmysłowo, a dopiero później – i to ewentualnie – intelektualnie. Interpretacja kulturowa przychodzi więc po sensorycznej, będąc w zasadzie czymś wtórnym, ale także dopełniającym. Może nawet nadającym sens i znaczenie czystemu doświadczeniu zmysłowemu, które – samo w sobie – choć czasem euforyczne, to jest także w jakimś sensie nihilistyczne. Metafora nie zabija rzeczywistości, ona ją przybliża i oczywiście wzbogaca, nasycając przy okazji tym, co specyficznie ludzkie.
Do tego, by odszukać, przyjąć i poczuć piękno amerykańskiej ziemi, nie potrzeba więc wspomagania się literaturą, niemniej jednak może być ona w tym pomocna. Zwłaszcza jeśli chce się doświadczeniem tego piękna podzielić z kimś innym.

… I W PUSZCZY

Pustynia pustynią lecz dopiero w puszczy możemy poczuć całą tę bujność życia, które dokonuje brawurowej ekspansji we wszelkie możliwe miejsca naszego globu, dając dowód na to, że elan vital jest siłą, która świetnie sobie radzi z oporem martwej materii, zwłaszcza tam, gdzie znajduje odpowiednie warunki i środki, jakimi karmić się może życie. A życie roślinne karmi się najlepiej tam, gdzie jest dobra gleba i nie brakuje wody.
Tej ostatniej pod dostatkiem mają lasy porastające zachodnie stoki gór rozciągających się pacyficznego wybrzeża amerykańskiego kontynentu.

.

W bajecznym lesie - oszołomienie bujnością życia i intensywnością zieleni (Las Deszcziwy Hoh, Park Narodowy Olympic w stanie Waszyngton)

W bajecznym lesie – oszołamiająca bujność życia i intensywność zieleni (Las Deszczowy Hoh, Park Narodowy Olympic w stanie Waszyngton)

.

Z niejakim niedowierzaniem przyjmują niektórzy informację, że na terenie Ameryki Północnej rosną lasy deszczowe. A takie można znaleźć na Półwyspie Olympic, który jest miejscem szczególnym – zresztą nie tylko z tego powodu. Przypomina on bowiem otoczoną oceanicznymi mgłami naturalną twierdzę utworzoną przez wysokie na dwa i pół kilometra góry, których szczyty pokryte są wiecznym śniegiem a stoki gęstą puszczą, bujną zwłaszcza od strony Pacyfiku, gdzie znacznie więcej jest wilgoci i gdzie często padają deszcze. Stąd las “deszczowy”, który bez przesady nazwać można bajecznym – bo nie przypomina on nam żadnej ziemskiej krainy, a raczej scenerię z jakiejś fantastycznej baśni, gdzie dziwne stworzenia żyją wśród wysokich paproci i potężnych drzew porośniętych mchem, pnączami, porostami… w zieleni nasyconej tak, że nas, zwykłych śmiertelników, mogą od tego zaboleć oczy.
A jednak nad tym bólem zdecydowanie przeważa zadziwienie, może nawet zachwyt. Sprawia to widoczna w każdym zakątku roślinna bujność, spowita mistyczną wręcz aurą snującej się między drzewami mgły, wypełniona szmerem płynących strumieni i spadających kropel wody, migocząca drobinami rosy, które przylgnęły do liści i źdźbeł trawy, drżąc w swojej grawitacyjnej niepewności i zawieszeniu.
Półwysep Olympic jest częścią krainy zwanej Pacyficznym Północnym Zachodem (Pacific Northwest), a lasy deszczowe półwyspu tylko bardziej osobliwym zakątkiem porastających tę krainę gęstych lasów cedrowych, świerkowych, sosnowych, których wielkie połacie na szczęście uniknęły karczowniczego szaleństwa, jakie opanowało Amerykę zwłaszcza w XIX wieku, kiedy to wycięto sporą część amerykańskich puszcz. Lasy Północnego Zachodu są wspaniałe, zwłaszcza te porastające wschodnie zbocza Gór Kaskadowych lub rozrośnięte wokół potężnych, zwykle uśpionych dzisiaj wulkanów – jak np. Mt. Hood, Mt. Baker, Mt. Adams – ze szczególnym wskazaniem na przepiękne scenerie pewnego cudownego miejsca, jakim jest położony nieopodal Seattle Park Narodowy Mt. Rainier – wzbogacone na dodatek spektakularnymi – pokrywającymi wyższe partie tego kolosalnego wulkanu – lodowcami. Niedaleko od Mt Rainier leży słynna Mt. St. Helens, pamiętna dzięki wulkanicznej katastrofie sprzed kilkudziesięciu lat, która zniszczyła niemal doszczętnie porastające jej zbocza lasy, pozostawiając po sobie krajobraz wręcz apokaliptyczny, niczym po nuklearnej eksplozji – obraz spustoszeń, który do dzisiaj może wywierać na przybyszach szokujące wrażenie, łagodzone wszak oznakami odradzającego się z tego rumowiska popiołów i zgliszczy, życia. Warto przy tym pamiętać, że zupełnie podobnie wyglądały kiedyś także i tereny wokół sąsiednich wulkanów (jak np. Mt. Rainier), tyle że z czasem zamieniły się one z powrotem w tętniące życiem lasy i puszcze, które odrodziły się niczym Feniks z popiołów, nabierając urody inspirującej ludzi do nadawania im takich nazw jak np. “Paradise” (jeden z rejonów Parku Narodowego Mt. Rainier) – co wydaje się całkiem adekwatne do aparycji tego miejsca, rzeczywiście będącego jednym z najpiękniejszych zakątków naszej planety, i to nie tylko w moich oczach. Zwłaszcza latem, kiedy szlakami wokół Paradise, można dotrzeć do łąk pokrytych kolorowymi kobiercami kwitnących dzikich kwiatów, które wraz z lodowo-górska scenerią – dzięki wrażliwej siatkówce naszych oczów – zostawiają w naszym mózgu niezatarte wrażenia.

Wśród sekwoi redwood - Avenue of the Giants

Wśród sekwoi redwood – Avenue of the Giants

Zejdźmy jednak wzdłuż pacyficznego wybrzeża nieco niżej, na południe. Zaraz po przekroczeniu granicy Oregonu i wjechaniu do  Kalifornii znajdziemy się w kolejnym unikalnym w skali całego naszego globu lesie, w którym rosną najwyższe drzewa na świecie, czyli sekwoje redwood. I oto znów jesteśmy w magicznym, par excellence mistycznym, bo także spowitym mgielną aurą (mist = to w j. ang. mgła) lesie, który zmusza nas do kręcenia… z niedowierzaniem i zdumieniem – głową.
Myślę, że warto tutaj ponownie oddać głos Miłoszowi, który o tej północno-kalifornijskiej puszczy pisał tak: “Krasnobór, czyli resztki dziewiczego lasu sekwoi. Niektóre gotyckie katedry, na przykład strasburska, odtwarzają, jak można się domyślać, małość i bezbronność człowieka w jego średniej strefie pomiędzy Piekłem i Niebem, to znaczy wśród kolumn puszczy, która, kiedy budowano katedry, pokrywała nadal duże obszary Europy. Jednak w Europie nigdy nie było drzew liczących sobie ponad dwa tysiące lat wieku, takich jak redwoods. Ten las jest ideą lasu, prawzorem narysowanym przez Pana Boga, żadne kolumny kościołów nie sięgnęły tej wysokości, nigdzie półmrok wśród nich nie kontrastuje tak wyraźnie z ukośnym promieniem przenikającym z jakiejś niewidzialnej dali. Figurki ludzkie mają nawet nie wobec pni, te są poza wszelką proporcją, ale wobec tego co na niższym poziomie, większych od człowieka paproci i zwalonych omszałych kłód puszczających nowe zielone pędy. Żeby się potwierdziła wartość lasu-symbolu, krasnobór ma tę właściwość, że nawet kloc ściętego drzewa nie umiera i odradza się w mnóstwie szybko rosnących gałązek.”
Nie wspominając już o tym, że stanowi pożywienie dla tysięcy różnych gatunków zwierząt mniejszych i większych, tudzież innych roślin symbiotycznych i pasożytniczych.
Zwróćmy uwagę, że Miłosz opisując krasnobór balansuje między Naturą a cywilizacją, nawiązując wprost do europejskiej kultury – tak jakby umożliwiało mu to nie tylko ogarnięcie, ale i zrozumienie ludzkiej relacji zachodzącej na styku człowiek – Natura, bez którego to zrozumienia las byłby tylko jednym z przejawów bezcelowego, może nawet pozbawionego sensu, biologizmu.
Czy jednak takie zrozumienie jest nam potrzebne? Moim zdaniem tak, ponieważ ściśle łączy się z biologizmem nas samych, a ponadto uświadamia nam i nadaje sens temu, że z ową Naturą stanowimy jedną wielką ożywiona całość – że jesteśmy cząstką o wiele większego od nas systemu, być może nawet jednym z przejawów i urzeczywistnień planu, którego jednak nie możemy do końca poznać, ani nawet zyskać pewności, że taki plan w ogóle istnieje.
Ale przecież można poczuć Naturę w chwili mistycznej, wymykającej się wszelkiej zracjonalizowanej łączności z kulturą, siłą tylko zmysłowego i duchowego przeżycia, doświadczonego na nagim styku Ja-i-Przyroda, tak jak to zdarzyło się jednej z moich blogowych znajomych, Chihiro, która wpierw cytuje japońskiego pisarza Tawadę: “Ciało ludzkie jest jak kropla wody, a kropla wody – jak blask. Podczas pełni nigdy nie wieje wiatr. Drzewa pogrążają się w ciszy, zasypiają nawet nocne ptaki. Rytm czasu zanurza się w stawie, nocne niebo przylega do ziemi. Jeszcze teraz łzy cisną mi się do oczu, gdy przypominam sobie tamtą chwilę: niewyśpiewaną melodię, która wypełniła moje ciało, niekończące się drżenie w krtani.” – by następnie opisać swoje doświadczenie zetknięcia się z lasem sekwoi redwood: “Kiedy ja przeżyłam taką chwilę? Takie leśne zen trwało u mnie długo, może godzinę, może dłużej. Było to w Alei Gigantów, czyli Avenue of the Giants, w Kalifornii zeszłej wiosny. Gdy przypominam sobie te kilkadziesiąt kilometrów podróży, hipnotyzującej jazdy po lesie pełnym sekwoi, sięgających gwiazd (te drzewa mają niekiedy po 2 tysiące lat i liczą do 115m wysokości), wśród leśnych strumieni i rzek, również łzy cisną mi się do oczu, bowiem moje ciało wypełniała niewyśpiewana melodia.”
Też znam to wzruszenie – pozbawione mimo wszystko ckliwej czułostkowości, na którą nie zezwala jednak surowość i dzikość przedmiotu admiracji. Sekwoje redwood (łacińska nazwa też nie jest pozbawiona swoistej nazewniczej poezji: sequoia sempervirens, czyli sekwoja “wiecznie-zielona”) rosną (wysiane naturalnie) jedynie w Kalifornii i to w wąskim pasie blisko Oceanu – począwszy od wybrzeża Big Sur poniżej San Francisco, biegnąc wzdłuż Pacyfiku, aż po granicę z Oregonem, gdzie znajduje się specjalnie chroniony obszar krasnoboru, który otrzymał status narodowego parku (Redwood National Park). Parkowy las sekwojowy jest piękny, lecz jeszcze piękniejszy jest ten, który widzi się z drogi leżącej poza parkiem – a o którym wspomina Chihiro – czyli Aleja Gigantów, wąska droga ciągnąca się – i wijąca – przez kilkadziesiąt mil przez sam środek gęstego lasu czerwonych sekwoi, gdzie jadące nią samochody przypominają dziecięce zabawki, a strzeliste, ponad stumetrowe drzewa o korze koloru bordo, mijają obok nas – i nad nami – jak dekoracja z bajecznego snu.

* * *
Skoro mowa o redwood, poczyńmy tutaj małą dygresję. Otóż jest taki wiersz Herberta (“Sekwoja” z tomu “Pan Cogito”):

Gotyckie wieże z igliwia w dolinie potoku
niedaleko Mount Tamalpais gdzie rankiem i wieczorem
gęsta mgła jak oceanu gniew i uniesienie

w tym rezerwacie olbrzymów pokazują przekrój drzewa miedziany pień zachodu
i ktoś przewrotny wpisał daty ludzkiej historii
cal od środka pnia pożar dalekiego Rzymu za czasów Nerona
w połowie bitwa pod Hastings nocna wyprawa drakkarów
popłoch Anglosasów śmierć nieszczęsnego Harolda
opowiedziana jest cyrklem
i wreszcie tuż przy wybrzeżu kory lądowanie Aliantów w Normandii

Tacyt tego drzewa był geometrą nie znał przymiotników
nie znał składni wyrażającej przerażenie nie znał żadnych słów
więc liczył dodawał lata i wieki jakby chciał powiedzieć że nie ma
nic poza narodzinami i śmiercią nic tylko narodziny i śmierć
a wewnątrz krwawa miazga sekwoi

“Dolina potoku niedaleko Mount Tamalpais” to niewątpliwie Muir Woods – rezerwat przyrody chroniący las sekwoi redwood, położony o godzinę jazdy na północ od San Francisco – w którym Herbert mógł być w 1968 roku, kiedy to gościł go tutejszy Uniwersytet Berkeley (nota bene ten sam, na jakim przez większą część swojego życia wykładał Miłosz, który zresztą o pobyt Herberta na tym uniwersytecie się wystarał).
Kiedy byłem w Muir Woods także i moją uwagę zwrócił przecięty pień powalonej sekwoi, na którym można było przeczytać kilka dat odwołujących się do ważniejszych wydarzeń historycznych – wraz ze strzałkami wskazującymi słoje, które powstały w tym samym czasie. Jednak wszystkie te daty odnosiły się do historii Ameryki Północnej i Południowej, a nie do Europy, jak w wierszu Herberta. Na dodatek, drzewo to zaczęło rosnąć “dopiero” w 909 roku, (a więc nie mogło być współczesne pożarowi Rzymu podpalonego przez Nerona) a przestało rosnąć w 1930 roku (czyli na kilkanaście lat przed lądowaniem aliantów w Normandii).
Czy jednak ma to wszystko jakiekolwiek znaczenie wobec tego, co jest zawarte w Herbertowej “Sekwoi”? Herbert bez wątpienia zasłużył sobie na licentia poetica i właśnie tu z niej korzysta. Literatura (a zwłaszcza poezja) kreuje swoją własną rzeczywistość, która – jak się nam wydaje – często lepiej opisuje rzeczywistość “prawdziwą” niż fakty. (A może jest to tylko nasze kolejne złudzenie?)
Koniec dygresji.

* * *

Chociaż biolodzy w swoim imperatywie ścisłej klasyfikacji wszystkiego co żyje spierali się o to, które drzewa nazwać można sekwojami, a które nie, utarło się w powszechnej świadomości przekonanie, że istnieją dwa rodzaje sekwoi: wspomniana już redwood (Sequoia sempervirens) oraz sekwoja olbrzymia (Sequoiadendron giganteum) zwana też sekwoją mamucią lub (przyznam się, że ta nazwa nie pasuje do “poetyki” w jakiej sam postrzegam to drzewo) mamutowcem olbrzymim.
Sekwoje olbrzymie są organizmami żyjącymi niewyobrażalnie wielkimi. Największa z nich, liczące dwa tysiące lat Drzewo Generała Shermana, waży 1200 ton, w obwodzie (przy ziemi) ma 31 m., wysoka jest na 84 m., a masę drewna ma taką, jaką mają wszystkie drzewa rosnące na powierzchni 1 ha lasu sosnowego w Polsce.
Las, w którym rosną sekwoje olbrzymie wygląda zupełnie inaczej, niż las sekwoi redwood, który jest lasem bardziej jednolitym, gdzie dominuje jeden gatunek drzew, którymi są naturalnie sekwoje redwood. Otóż mamutowce rosną solo lub w grupach po kilka kilkanaście sztuk, a dookoła nich rośnie las innych drzew iglastych, wśród których dominują sosny i jodły.
Jedynym obszarem naszej planety, na którym występują (w stanie “dzikim”) sekwoje olbrzymie, są zachodnie stoki gór Sierra Nevada w Kalifornii – w wąskim dość pasie o długości 300 km, i to jedynie na ściśle określonej wysokości: od ok. 1500 m. – do 2200 m. nad poziomem morza, gdzie panują szczególne warunki, w których może się zasiać, wyrosnąć i dojrzeć sekwoja olbrzymia. Z najwspanialszymi okazami tego gatunku można się spotkać w kilku obszarach chronionych: głównie na terenie Parku Narodowego Yosemite, Parku Narodowego Sekwoi, w którym rośnie Drzewo Generała Shermana oraz Parku Narodowego Kings Canyon, gdzie znajduje się niezwykły Zagajnik Granta a w nim drugie co do wielkości drzewo na świecie – Drzewo Generała Granta.
Człowiek idący Zagajnikiem Granta ma wrażenie, iż znalazł się w lesie rosnącym na jakiejś innej planecie, niż Ziemia. Natrafia tu bowiem na takie zachwianie proporcji, do którego nie przyzwyczajone są nasze zmysły – burzy się więc percepcja otaczającego nas świata. W naszej pamięci, w szufladce przechowującej widziane przez nas do tej pory lasy, nie ma czegoś podobnego, jak np. Grupa Katedralna (patrz zdjęcie poniżej), jaką stanowią kolosalne drzewa, przy których czujemy się jak karzełki i gdzie nachodzą nas refleksje zgoła mało mające wspólnego z poczuciem wielkości naszej cywilizacji i szczególnym znaczeniem naszej własnej egzystencji (patrz mój wierszyk TUTAJ).

(c.d.n.)

Uwaga: część pierwszą szkiców o amerykańskiej scenerii przeczytać można TUTAJ, zaś część drugąTUTAJ.

Na pograniczu dzikości, piękna i monumentalizmu  (wśród drzew gigantów - w Parku Narodowym Sekwoi, Kalifornia)

Na pograniczu dzikości, piękna i monumentalizmu – wśród drzew gigantów (Sequoia & Kings Canyon NP, Kalifornia)

.

© ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcie by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: KONTYNENT, MIASTO, DROGA…

szkice o amerykańskiej scenerii, cz. I

*

Konfrontacja z żywiołem - groza i piękno Natury
Piękno i groza – ludzka konfrontacja z żywiołem (Grand Teton, Wyoming)

*

My i kontynent – znikomość ludzkich spraw traktowanych przez nas jak coś najważniejszego na świecie. Mimo, że Natura zawsze ustawia nas w końcu we właściwej pozycji – gdzie zachowane są już prawdziwe proporcje miedzy tym, co ludzkie, a tym co kosmiczne, absolutne lub boskie – to karmimy się złudzeniem, iż stanowimy pępek Wszechświata i że jesteśmy w stanie podporządkować sobie siły, które przerastają nas niewspółmiernie do naszych aspiracji, ambicji i możliwości.

.

My i kontynent – zamknięci w cywilizacyjnym kokonie, owinięci przędzą naszych kulturowych wątków, żyjemy (łudząc się, że bezpiecznie) w środku sztucznie wykreowanych przez nas światów, które w konfrontacji z Naturą i jej przejawami – żywiołami, przyrodą, surowym krajobrazem – lasem, pustynią, rzeką, morzem… rozciągają się, trzeszczą, czasem nawet pękają. Zwykle jednak wytrzymują ten napór, tworząc warstwę ochronną – a owe manifestacje Natury redukowane są przy tym do kolorowego obrazka, do scenerii – do tła zaledwie, na którym rozgrywają się nasze tragedie, komedie, dramaty i farsy.

A jeśli by tak ze scenerii tych wydobyć to, co ludzkie? Czyli to, co można poznać, nazwać i opisać? Tylko czy rzeczywiście jest w nich jakiś “ludzki” element? Czy też raczej są to jedynie projekcje naszych wyobrażeń – próby oswojenia, udomowienia, okiełznania tego, co dzikie, pierwotne, i w istocie swojej jednak nieposkromione? Czy nie jest to tylko czymś w rodzaju rejestru naszych pobożnych (lub niepobożnych) życzeń? I zaklęć? Nie mamy wszak wyjścia: wyciągnięto nas za uszy z nicości, obdarowano (obarczono?) bytem i świadomością, z którą przecież trzeba coś zrobić. I w jakiś sposób się porozumieć. Nie tylko z podobnymi nam istotami, ale i tym wszystkim co nas otacza – nie tylko z tym, co żywe, ale i tym, co nieożywione. Czy jednak jest to możliwe? Czy też szukamy tylko komfortu łudząc się, że rozmawiamy z całym światem – może nawet z Bogiem, Absolutem i Kosmosem – podczas gdy w rzeczywistości mówimy do siebie samych, a odpowiada nam tylko nasze własne echo? I ta pustka niezmierzonych przestrzeni…

w poszukiwaniu złotych miast

Jeśli przed wiekami padaliśmy przed ziemskim krajobrazem na kolana, to czy nie było to bardziej powodowane strachem i bezradnością, niż zachwytem nad pięknem tej naocznej manifestacji kreatywności Natury, czy też – jak kto woli – samego Boga? Kiedy w 1540 r. hiszpańscy konkwistadorzy, poszukując mitycznych (choć w ich mniemaniu realnych) złotych miast Ciboli, po raz pierwszy stanęli na krawędzi Wielkiego Kanionu, to bardzo wątpię, czy ich prowodyr Francisco Vásquez de Coronado przyklęknął wtedy i przeżegnał się przejęty jego boską potęgą (jak to można zobaczyć na filmie wyświetlanym w technice IMAX na ogromnym ekranie turystom odwiedzającym Grand Canyon Village). Nie, on pewnie zaklął pod nosem, bo oto zobaczył na swojej drodze przeszkodę nie do pokonania: potężną, przepastną, głęboką na półtora kilometra dziurę w ziemi, która przekreślała ich plany obłowienia się złotymi łupami.
Kiedy w 1849 roku pionierzy – nota bene również powodowani i trawieni gorączką złota – chcąc skrócić sobie drogę do San Francisco, utknęli w spieczonej słońcem, wyschniętej, popękanej, pokrytej solą, piaskiem, żwirem i kamieniami, wielkiej jak dno morza niecce, to przez głowę im wówczas nie przeszła myśl, że ktoś kiedyś będzie się tą pustynią zachwycał. Tak jak to robią dzisiaj turyści, którzy – schronieni w klimatyzowanych pudełkach na kółkach -  szukają w tym miejscu wytchnienia przed klaustrofobią kasyn, oczopląsem neonów i szalonym zgiełkiem Las Vegas, położonego zaledwie o parę godzin jazdy stąd. Całkiem to inne doświadczenie, niż w epoce okrytych płótnem wozów, miesiącami poniewierających się na wertepach ledwie przetartych – lub zgoła wcale nieprzetartych – szlaków. Kiedy jakimś cudem zdołano nieszczęsnych “Forty-niners” z tego piekielnego zagłębienia wydostać, jedna z kobiet odwróciła się za siebie, mówiąc “Good bye, Death Valley” – chrzcząc w ten sposób miejsce, znane teraz na całym świecie jako Dolina Śmierci – i to bardziej znanej w kontekście turystycznej atrakcji, niż grozy.

.

Przestrzeń nieoswojona, nasycona barwą. Nieziemskie scenerie Doliny Monumentów (rezerwat Indian Nawaho w Arizonie)

Przestrzeń nieoswojona, nasycona barwą. Nieziemskie scenerie Doliny Monumentów (rezerwat Indian Nawaho w Arizonie)

.

Dla kogoś, komu w miarę idylliczne dzieciństwo upływało wśród łagodnych wzgórz Podkarpacia, w otoczeniu pól uprawnych i lasów, których szarość przełamywana była tylko zielenią łąk czy płowiejącą żółcią zbóż, zetknięcie się z amerykańskim rozpasaniem krajobrazowym, było bez mała szokiem. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tropikalną obfitość florydzkiej flory, czy też kaktusowy splendor arizońskiej pustyni – egzotyka tych widoków nie pozwalała mi odbierać je jako coś rzeczywistego. Bardziej przypominało mi to sen na jawie – albo film, który przesuwał się przed moimi oczami na ekranie wielkim jak otaczający mnie zewsząd widnokrąg. Czegoś podobnego – i to nawet intensywniej – doświadczyłem kiedy wjechałem na teren rezerwatu Indian Nawaho w Arizonie a przed moimi oczami pojawiła się słynna Dolina Monumentów, klasyczne, rzec można (a zarazem egzotyczne) miejsce, kojarzone niezmiennie z Dzikim Zachodem.

zderzenie z metropolią

Pierwsze było jednak amerykańskie miasto – cywilizacja, która zaczęła się piąć, cegła po cegle, stopa po stopie, piętro po piętrze, na niebotyczną wysokość, tworząc kaniony ze szkła, betonu, aluminium i stali – labirynt ulic i budynków, wśród których krzątał się i biegał za swoimi sprawami tysięczny tłum ludzkich mrówek. Pamiętam jak na Michigan Avenue w śródmieściu Chicago po raz pierwszy zadzierałem głowę, by dosięgnąć wzrokiem szczytów niebosiężnych drapaczy chmur – skala tego wszystkiego zawracała mi w głowie, przytłaczała, lecz z drugiej strony powodowała, że krew w moich żyłach krążyła raźniej, czuło się ten zastrzyk adrenaliny, który bardziej niż do ucieczki, zmuszał człowieka… może nie tyle do ataku, co do działania – serce biło mu mocniej, miechy płuc pracowały szybciej.

Mimo uderzającej homogenizacji amerykańskiej zabudowy, miasto miastu w Stanach nierówne i każde z nich ma swój charakter – nawet jeśli na pierwszy rzut oka jest to brak charakteru. Wprawdzie w ciągu ostatnich paru dekad Ameryka straciła w świecie hegemonię jeśli chodzi o budowanie najwyższych wieżowców, tudzież miejskich kompleksów przypominających olbrzymią betonową dżunglę poprzecinaną arteriami dróg i autostrad, to nadal tak zwane downtown, czyli gęsto zabudowane śródmieścia amerykańskich miast robią spore wrażenie, zwłaszcza na kimś, kto przyzwyczajony jest do europejskiej nisko-pienności budynków i topograficznej różnorodności miast Starego Kontynentu.
Największe skupisko “drapaczy chmur” to oczywiście Nowy Jork, a konkretnie Manhattan. Tuż za nim plasuje się Chicago, następnie kępka wieżowców na zachodnim krańcu kontynentów w miejscu, które ktoś określił jako “kilkanaście przedmieść w poszukiwaniu metropolii”, czyli w Los Angeles, trochę jest ich w Seattle, San Francisco, San Diego; na Wschodzie: w Bostonie, Filadelfii, Miami… no a później jest długo, długo nic – i wreszcie mamy dość skromne dowtown innych miast Ameryki, na które składa się kilkanaście lub kilkadziesiąt wieżowców, usiłujących zwrócić na siebie uwagę różnych firm, urzędów i biznesmenów.

bez ziemi jałowej i skowytu

Lecz to co się działo w miastach raczej nie było moją bajką. Innymi słowy: nigdy nie mogłem przekonać się do tego urbanistycznego raju. Wprawdzie nie nawiedzały mnie apokaliptyczne wizje, które w swoim “Skowycie” roztaczał Ginsberg, ani nie prześladowała mnie tak cywilizacyjna nicość, która według Eliota rozkwitała z absurdalną bujnością na naszych zabudowywanych coraz gęściej “ziemiach jałowych”, to miasto bardziej mnie odrzucało, niż nęciło – stawało się rodzajem przymusowego zesłania, w którym można było wprawdzie wieść życie wygodne i w miarę bezpieczne, lecz sztuczność tego dawała o sobie znać na każdym kroku. Kiedy więc tylko mogłem, uciekałem z dala od miejskiej cywilizacji – a najlepszym miejscem ucieczki okazał się amerykański Zachód.

wstęgą szos

Amerykańskimi drogami przemierzyłem setki tysięcy mil. Dzięki temu przez kilkanaście lat zrosłem się niejako z kontynentem – jego krajobrazy majaczyły nie tylko w snach, ale i na jawie – i do dzisiaj wystarczy, abym tylko przymknął oczy, by przywołać pod powiekami pejzaże zbliżające się w przedniej szybie samochodu, mijające po jego bokach i uciekające do tyłu we wstecznych lusterkach wehikułu napędzanego paliwem, które wydarliśmy wnętrzu tej ziemi. To marzenie me spełnione – od dziecka bowiem pragnąłem zmierzyć się z bezkresem amerykańskich dróg, znaleźć się w środku nieziemskiego (jak mi się wtedy wydawało) – pustynnego, górzystego lub leśnego – obszaru, który był dla mnie wówczas synonimem wolności, przestrzenią, którą można się było zachłysnąć – odurzyć swobodą, jaką to wszystko obiecywało i jednak dawało.

Z ogromu kontynentu wynikają pewne konsekwencje dla kogoś, kto porywa się, by przemierzyć go drogą lądową: setki mil jakie trzeba przebyć każdego dnia pokonując dystanse, które w Europie równoznaczne byłyby z przekroczeniu kilku państwowych granic, zaś tutaj – zwłaszcza na tzw. Środkowym Zachodzie, czyli na terenie Wielkich Równin – porazić mogą monotonią nic-nie-dziania-się: scenerią, której repetywność znęca się nad naszą potrzebą zmiany potrzebnej nam do poczucia tego, że jednak przemieszczamy się z jednego miejsca w drugie i że zbliżamy się do celu naszej podróży, który wszak rzadko w Ameryce jest tej podróży kresem.
Choć kiedy pierwszy raz znalazłem się na autostradzie przecinającej obszary Wielkch Równin – jadąc samochodem z Chicago do Denver – nie nudziłem się ani przez chwilę, bo równinną monotonię skutecznie przepędzała moja ekscytacja tym, że oto sam zdążam wreszcie na podbój Dzikiego Zachodu, którego legenda mocno siedziała jeszcze w mojej głowie od czasów dziecięcych lektur o pionierach, kowbojach, bandytach i Indianach. Już pogodzony byłem z tym, że dawne dzikie prerie, na których pasły się jeszcze w XIX wieku nieprzeliczone stada bizonów, zostały zaorane, “uprawione”, a morze traw i krzewów zamieniło się w bezkresne szachownice pól kukurydzianych i sojowych, warzywnych i zbożowych… lub w wielkie pastwiska, po których leniwie przemieszczało się bydło i konie. Wiedziałem jednak, że to zagospodarowanie nie dotarło do miejsc, które rzeczywiście pozostały dzikie; że oparły się temu pustynie i niektóre puszcze, że zatrzymała go niedostępność gór, chroniły brzegi jezior, rzek i wreszcie samego Oceanu.
Po kilkunastu godzinach jazdy – po przebyciu półtora tysiąca kilometrów – teren zaczął się lekko marszczyć a na horyzoncie zamajaczyło coś, co zrazu mogło przypominać miraż lub fatamorganę. Nasza cierpliwość i wytrzymałość doczekała się swojej nagrody, bo oto wyrastała przed nami zwarta ściana wypiętrzonych przed dziesiątkami milionów lat skał, pokryta białymi czapami lodowców i śniegu – a całe to zjawisko widoczne już było z odległości przynajmniej stu mil. Zbliżaliśmy się do Gór Skalistych.

.

Na krętej, piaszczystej drodze przez czerwoną pustynię (Grand Staircase Escalante w Utah)

Na krętej, piaszczystej drodze przez czerwoną pustynię (Grand Staircase Escalante, Utah)

.

jak na filmowym planie

Cały amerykański Zachód przypomina jeden ogromny plan filmowy, z czego zresztą ochoczo korzystało Hollywood od samego zarania. Nawet pustynia, którą mylnie i nieadekwatnie jednak kojarzymy z pustką, jest tam malownicza i fotogeniczna, i w dobie rozwiniętej motoryzacji – która skutecznie odsuwa od nas grozę wyczerpania i śmierci z braku wody i przegrzania – może dostarczyć niemałej rozkoszy obcowania z tym niezwykłym, zwłaszcza dla Europejczyka, pustynnym, lecz mimo wszystko udekorowanym niesamowicie przez Naturę, atelier.

Gęsta sieć amerykańskich dróg daje złudzenie, że można tutaj dotrzeć wszędzie. Wrażenie to potęguje fakt, że Amerykanie budowali drogi w zupełnie fantastycznych – wydawałoby się niedostępnych – miejscach, których jedyną racją istnienia było to, że… można się było tą drogą przejechać. Tak więc, celem ich powstania było właściwie to, żeby po nich do pewnych miejsc dotrzeć i zobaczyć je na własne oczy. Stąd tzw. “scenic drives” – drogi dla wielu zmotoryzowanych wagabundów kuszące, bo obiecujące spotkanie z widokiem jeszcze bardziej spektakularnym niż te, które oferowały zwykłe drogi tranzytowe, prowadzące ludzi z punktu A do punktu B w jakimś ściśle określonym – utylitarnym i praktycznym – celu.

przez skalne fanaberie

Jest kilka takich niezwykłych traktów przejezdnych, które w tej chwili przychodzą mi na myśl. I nie przypadkowo biegną one zazwyczaj przez wydzielone tereny parków narodowych, które to instytucje określił ktoś kiedyś jako najlepszy pomysł, jaki dały Stany Zjednoczone światu. Coś w tym jest na rzeczy, bo, tak jak wiele z amerykańskich tworów i idei zaczyna się teraz kompromitować, to wyjątkiem są właśnie parki narodowe, gdzie można jeszcze spotkać w miarę nieskażoną, bujną i pierwotną przyrodę w topograficznym ziemskim raju, niezmienionym jeszcze przez coraz bardziej panoszącą się cywilizację.
Drogi, które tu mam na myśli, znajdują się zazwyczaj w górach – w każdym razie tam, gdzie różnica poziomów jest znaczna i gdzie inżynierowie i projektanci musieli pokonać naturalne przeszkody, które zazwyczaj piętrzą się w rejonach o specjalnych walorach krajobrazowych. Tak jest np. w położonym na terenie stanu Utah, Parku Narodowym Zion, gdzie wstęga czerwonego asfaltu wije się wśród fantazyjnych, żółto-pomarańczowo-czerwonych zboczy, które były kiedyś niczym innym jak ogromnymi piaszczystymi wydmami, lecz później skamieniały i wyglądają dzisiaj niczym jakaś kolorowa skalna fanaberia, unikalna w skali całego naszego globu.
W Parku Narodowym Doliny Śmierci jest z kolei serpentyna, dzięki której wdrapać się można na szczyt jednej z gór łańcucha Amargosa, do punktu widokowego zwanego obrazowo – ale i wymownie – Dante’s View, bo widok z niego zaiste jest piekielny, a jednak niewątpliwie piękny: w dole, z wysokości ponad mili widoczna jest bowiem w całej okazałości – jak długa i szeroka, z ogromnym liszajem białej saliny – Dolina Śmierci, najgorętsze i najniżej położone miejsce na Półkuli Zachodniej.

drogi do nieba

Niewątpliwie jedną z najpiękniejszych scenicznych dróg świata jest słynna Going-to-the-Sun Road, przecinająca Park Narodowy Lodowców w Montanie, otoczona górską scenerią, z którą konkurować mogą jedynie niektóre, co bardziej urodziwe zakątki najsłynniejszych gór świata, jakie niewątpliwie można znaleźć w Alpach, Himalajach, Andach, w górach Patagonii czy Kaukazu.
Going-to-the-Sun jest drogą prowadzącą z jednej strony górskiego łańcucha na drugą, przez przełęcz Logan Pass (nota bene pokrywa się ona z pradawnym indiańskim szlakiem, któremu zawdzięcza swoją, jakże obrazową, nazwę). A drogi prowadzące przez przełęcze to osobny “genre” niezwykłych amerykańskich dróg, z natury swej niezwykle spektakularny. Wystarczy, że wspomnę o tych najbardziej prominentnych: drodze Trail Ridge, która w Parku Narodowym Rocky Mountains, przełęczami Millner, Fall River i Iceberg prowadzi ze wschodnich rubieży Gór Skalistych na ich część zachodnią; jak również o drodze Tioga, która w Parku Narodowym Doliny Yosemite, przełęczą Tioga przenosi nas z jednej strony gór Sierra Nevada na drugą, biegnąc wśród majestatycznych granitowych zboczy, ścian i pełnych głazów rubieży, w sąsiedztwie jezior o krystalicznie czystej wodzie i obok kamiennych zboczy porośniętych starymi – schłostanymi przez śnieżne burze i wymęczonymi zimowymi mrozami – karłowatymi sosnami, których niezwykłe, poskręcane pnie, przez setki lat rzeźbił cierpliwie i niestrudzenie wiatr.

Amerykanie wybudowali też drogi, których jedynym celem jest dotarcie zmotoryzowanym wehikułem na najwyższe góry. Najbardziej chyba znaną jest tzw. Pikes Peak Highway prowadząca niemal na sam szczyt góry Pikes Peak, położony na wysokości 4,301 m n.p.m. górujący ponad dwa i pół kilometra nad pobliskim miasteczkiem Colorado Springs. Aby dotrzeć od podnóża tej góry na jej szczyt, trzeba pokonać aż 31 km. Ponadto jest się narażonym na atak choroby wysokościowej, wiec osoby o słabszym sercu i skaczącym ciśnieniu, winny raczej zawrócić w połowie drogi, gdzie kończy się nawierzchnia asfaltowa, a zaczyna żwirowa. Góra zdobyła w XIX wieku sławę, a to z racji zawołania “Pikes Peak or Bust!” (w wolnym tłumaczeniu: “Wóz albo przewóz!”), jakie było popularne wśród pionierów i poszukiwaczy złota, którzy – prąc na Zachód i przemierzając Wielkie Równiny – wypatrywali wiadomego szczytu. A kiedy go dostrzegli, to mogli być już pewni, że ich długa podróż dobiega kresu, bo oto najbardziej prominentny pik granitowej ściany Gór Skalistych, jest w zasięgu ich wzroku.

Nie sposób nie wspomnieć także przy tej okazji o drogach prowadzących na monumentalne wulkany będące częścią “Pacyficznego Pierścienia Ognia”, które na kontynencie amerykańskim leżą w obrębie Gór Kaskadowych, stanowiących przedłużenie pasma Sierra Nevada -  mających swój początek w północnej Kalifornii (Park Narodowy Lassen Volcanic) i ciągnące się aż po Brytyjską Kolumbię na terenie Kanady. Chodzi przede wszystkim o takie zjawiskowe miejsca, jak Mt. Shasta, Crater Lake, Mt. Hood, Mt. St. Helens, Mt. Baker i najbardziej niezwykłe z nich: Mt. Rainier. Na wulkany te jeszcze w naszym szkicu wrócimy, gdyż bez wątpienia należą one do najpiękniejszych, a jednocześnie najbardziej osobliwych zakątków Ameryki Północnej. Dwa z nich: Jezioro Kraterowe w Oregonie i właśnie Mt. Rainier w stanie Waszyngton, doczekały się nawet statusu narodowych parków.

(c.d.n.)

.

Scenerie godne oka Ansela Adamsa (Dolina Yosemite)

Spektakle Natury godne oka Ansela Adamsa (Dolina Yosemite, Kalifornia)

*

© ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcie by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

WODOSPADY IGUAZU

*

Wodospady Iguazu (warto zwrócić uwagę na ludzkie sylwetki, by sobie uzmysłowić właściwe proporcje i olbrzymią skalę zjawiska, jakim są Wodospady Iguazu)

Wodospady Iguazu – cud Natury na pograniczu Brazylii i Argentyny. Warto odszukać ludzkie sylwetki, by sobie uzmysłowić właściwe proporcje i olbrzymią skalę zjawiska, jakim są Wodospady Iguazu)

*

Pielgrzymowanie do miejsc niezwykłych. Podniecenie, ekscytacja, oczekiwanie na cud… Chodzi tu oczywiście o cud przyrody. A taki cud to cud szczególny, bo – par excellence – nie nadprzyrodzony. Ale naoczny, dotykalny… i jednak z tego – choć sprawiający wrażenie jakby nie z tego – świata…  Leżące na pograniczu Brazylii i Argentyny Wodospady Iguazu to bez wątpienia jedno z najbardziej niesamowitych miejsc do jakich udało mi się w moim życiu dotrzeć. Mój przyjaciel, obieżyświat, ostrzegał mnie przed tą podróżą: kiedy zobaczysz już wreszcie Iguazu to uważaj, bo po tym doświadczeniu żadne z wodospadów, które są na świecie, nie zrobią już na tobie większego wrażenia; podobnie zresztą będzie z Rio. Miał rację. Żadna kaskada spadającej wody nie jest bardziej spektakularna, niż Wodospady Iguazu… Nawet potężna Niagara, nawet pięknie uformowany Wodospad Dolny w Yellowstone, nawet niebotyczne Wodospady Yosemite… nie wspominając o dziesiątkach innych, także na swój sposób pięknych – a takich na całym świecie przecież nie brakuje.
Zdumiewa ukształtowanie wodospadów Iguazu, bo de facto nie jest to jeden wodospad, tylko… 275 wodospadów rozlewających się wzdłuż długiej na ponad trzy kilometry krawędzi dzielącej dwa płaskowyże porośnięte na dodatek gęstą tropikalną dżunglą, pełną egzotycznych ptaków.
Po raz pierwszy wodospady te zobaczyłem w “Misji” Rolanda Joffe, (filmie skądinąd dla mnie ważnym) gdzie zrobiły na mnie wielkie wrażenie, lecz dopiero bezpośrednie zetknięcie się z nimi – własnoręczne dotknięcie wody rzeki Iguazu, poczucie mżawki rozpryskujących się kropel na własnej twarzy, usłyszenie szumu i grzmotu spadającej masy wód i przebijającego się spoza tej ściany dźwięku śpiewu ptaków, skrytych w bujnej dżungli lub puszących swe jaskrawe pióra na zielonych gałęziach…  dopiero to wszystko mnie oszołomiło, pozostawiając ślad na całe życie.

Do Natury można mieć stosunek dwojaki: lękać się jej potężnej władzy nad wszelkimi istotami żywymi, odczuwać strach przed jej żywiołami, nic nie robiącymi sobie z ludzkich wysiłków, strat, nieszczęścia, bólu; przerażać się wręcz bezwzględnym traktowaniem przez Nią poszczególnych istnień, podporządkowanych wiecznej przemianie jednej formy życia w drugą; ślepym i (jak się niektórym wydaje) bezcelowym dążeniem do rozproszenia entropii, która w końcu zamieni się w Wielkie Nic i pustkę, jaka u kresu czasu i przestrzeni pochłonie Wszystko…
Z drugiej strony może być jednak zachwyt: także jej Potęgą, ale rozumianą jako moc nieustannej i wiecznej kreacji, powoływania do życia materii – form zdumiewających swoim bogactwem i pięknem, oszałamiających właśnie i karmiących ludzkie zmysły, pozwalających człowiekowi poczuć smak transcendencji, może nawet zbliżyć do Czegoś czy też Kogoś, kogo niektórzy z nas nazywają Bogiem?
Miłość i strach, zachwyt i odraza, przygarniecie i odrzucenie, zjednoczenie się i alienacja… ludzkie pojęcia bezradne w ogarnięciu i objaśnieniu całego tego Kosmicznego Zgiełku jaki nas otacza i w jakim wszyscy jesteśmy zanurzeni.

Co nam daje bezpośrednie doświadczenie takich miejsc jak Iguazu? Ot, choćby powyższą refleksję. Ale przede wszystkim jednak zachwyt i zdumienie: poczucie cudowności świata tu i teraz – także to nagie, nie potrzebujące kulturowych protez ani żadnej literatury, którą często, niczym jakąś watą, upychamy naszą bezradność w ogarnięciu (również w zrozumieniu, przyswojeniu i odczuwaniu) fenomenu, jakim są świat oraz życie, którego przejawem jesteśmy także my sami.

© ZDJĘCIA WŁASNE (kliknij, aby zobaczyć obraz w pełnym wymiarze).

*

Iguasu Falls (2)*

*

Iguasu Falls (3)

*

*

Iguasu Falls (4)**

Więcej zdjęć ukazujących Wodospady Iguazu można obejrzeć w nowym wpisie na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego) TUTAJ.

*

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 151 other followers