CHWYTANIE ŚWIATŁA (John Constable, „Weymouth Bay”)

*

*

*

ciemność w żywiole burzy
wypełniająca horyzont
przytłacza jak ciężkie chmury
z ultramaryny, indygo i ołowiu
naniesione en plein air
wiatrem Natury i pędzlem
z pełnej zgaszonych kolorów
palety malarza
*
jasność w żywiole słońca
kładzie się na plaży i falach
olśniewająca lekka plama
z żółci, ugru i cynkowej bieli
przebija się przez chmury
snop światła ożywiony
magicznym dotknięciem różdżki
umaczanej w farbie
ręką iluzjonisty
*
to tylko moment
- a jakby życie całe
uchwycone w jednym spojrzeniu
i utrwalone w raptownym
(choć pełnym uwagi)
szkicu artysty
*
to tylko spacer po plaży
- dwie małe ludzkie sylwetki
wychodzące z pola jasności
i zanurzające się w chłodnym mroku
by po chwili wyłonić się z cienia
i wejść w jasność ogrzaną
promieniami słońca
*
niby nic takiego
ot - farbowane kleksy
maźnięte przez pacykarza
na zwykłym kawałku tektury…
lecz przy naszej uwadze
i z naszymi nerwami
objawić się nam może
(mieniący się jasnością
i ciemnością)
prawdziwy skarb

*

*  *  *

Będąc w Londynie nie mogłem w swoich peregrynacjach brytyjskiej metropolii pominąć Muzeum Alberta i Wiktorii, które wśród mnóstwa zwracających uwagę eksponatów ma także słynne olejne szkice największego angielskiego pejzażysty XIX wieku Johna Constable’a. Wiedziałem, że one tam są, ale nie spodziewałem się, że będę musiał zapuścić się w dalekie, nieodwiedzane tłumnie czeluście galerii, gdzie w skromnej, nierzucającej się w oczy gablocie, umieszczono niewielkie formatowo malunki Constable’a. Podchodziłem do niej jak do relikwiarza – i sam byłem ciekaw swojej reakcji na jej zawartość. Cóż, złe oświetlenie (które nota bene jest zmorą wielu znanych galerii), tudzież pakowanie obrazów olejnych za szybę, robi swoje: znane mi skądinąd obrazki ukryte były jakby w półcieniu, niewyraźne, rozproszone refleksami odbijającego się w szkle światła. Przez to oryginały te sprawiały wrażenie jakby były kopiami reprodukcji, które miałem w swoich albumach. Jednak bezpośrednie obcowania z „sześciostopowcami” Constable’a (czyli jego wielkimi obrazami) były dla mnie zupełnie innym doświadczeniem – miałem wtedy wrażenie jakbym wchodził w chropowatą fakturę obrazu – w to, co było tak charakterystyczne dla „substancjalnego” sposobu malowania Constable’a („materia oleju tryska, kropelkuje i wprost wyłazi z płótna” – jak sugestywnie pisał o nim swego czasu Łysiak). Natomiast tutaj zdeprymowała mnie ta separacja – odgrodzenie od żywego śladu malarskiego pędzla. Lecz mimo to pozostałem wielkim fanem tych niepozornych szkiców, które tak mało atrakcyjnie prezentowało londyńskie muzeum. Bowiem gdzie indziej (choćby we wspomnianych monografiach Constable’a, czy nawet na niektórych stronach w sieci) można się im przyjrzeć uważnie i z bliska, dostrzegając nie tylko detale, ale i cały ów splendor czegoś, co w historii malarstwa europejskiego było bezsprzecznie nowatorskie, odważne i unikatowe.

Znajdująca się w Muzeum Alberta i Wiktorii „Zatoka Weymouth” to jeden z moich najbardziej ulubionych obrazów (a właściwie szkiców) Constable’a, mimo że nie ma na nim tego, z czego malarz ten jest najbardziej znany: wypełnionego łąkami, lasem i wszelką roślinnością angielskiego pejzażu, nasyconego zielenią o niespotykanym bogactwie odcieniowym. Są natomiast chmury, które z czasem stały się wręcz obsesją Constable’a, a tutaj niemalże „dławią” krajobraz Weymouth Bay z nadciągającym znad morza sztormem. Niemalże… bo jednak przebija się przez to dzikie kłębowisko sczerniałych i wzburzonych cumulusów słońce, które nie tylko rozprasza ciemności, ale i ociepla ziemię, na brzegu której pojawiają się żywe istoty – psy i ludzie, korzystający z tej oazy jasności otoczonej niebezpieczeństwem szalejących żywiołów.
Tylko jak długo może trwać ten azyl?

Najprawdopodobniej wiemy kim jest ta para przechadzająca się po plaży jak gdyby nigdy nic – najwidoczniej niewiele sobie robiąca z nadciągającej burzy. To pastor John Fisher ze swoją nowozaślubioną żoną – ten sam, który nie tak dawno udzielił też ślubu przyjacielowi Johnowi Constable, łączącemu się „węzłem małżeńskim” ze swoją wieloletnią miłością Marią Bicknell, której rodzice przez długi czas stali na przeszkodzie tego ożenku… dopóki z tego świata nie zeszli. Fisherowie nieopodal Weymouth Bay mieli swoją parafię, którą obdarował młodego pastora jego wuj, biskup Salisbury – widocznie nie biedak i nie skąpiec, skoro stać go było na tak hojny ślubny prezent dla bratanka.
Wielebny John Fisher z kolei, zaprosił do siebie (w podróż poślubną) młodą parę, czyli Constable’a z małżonką, których skusił takim oto listem:
„Okolica tutejsza jest wspaniale dzika, ale i wysublimowana, bezwzględnie warta wizyty malarza. Z mej posiadłości rozciąga się szczególnie piękny widok & można go już studiować z okien mego domu. Będziesz miał talerz pełen mięs rozłożony tuż obok swoich sztalug, nie musisz nawet zasiadać do obiadu. Nigdy nie mamy towarzystwa, ale pędzli, farb i płócien mamy w nadmiarze. Moja żona jest cicha & spokojna & milcząca & siedzi & czyta nie niepokojąc żywej duszy & Pani Constable może iść za jej przykładem. A pod wieczór możemy usiąść przed jesiennym kominkiem, czytając jakąś poważną, mądrą i sensowną książkę, być może Kazanie & wtedy modlitwy usposobią nas do snu w zgodzie z nami samymi & z całym światem.” (tłum. własne)
Któż mógłby się oprzeć takowemu epistolium?

Tyle anegdota, tutaj chyba nie bez znaczenia, zajmijmy się jednak samym obrazkiem. Constable maluje go w 1816 roku, a więc w okresie kiedy zaczyna wreszcie nabierać swojej malarskiej pewności i podążać w kierunku, który zaprowadzi go na wyżyny europejskiego malarstwa. Ale nie jest jeszcze – jako twórca – poważany. Estymy nie zdobyły mu bowiem ani portrety, które malował w Londynie dla czystego zarobku (czego nie znosił), ani tym bardziej główny temat jego obrazów, jakim był krajobraz – w hierarchii malarskiej wartości plasujący się wówczas gdzieś na szarym końcu. Lecz Constable jest uparty: mimo własnych artystycznych ograniczeń, których jest świadom, idzie za głosem swojej pasji zainteresowania przyrodą i jej transformacji na płótno za pomocą pędzla i malarskich środków wyrazu. To, co było jego (domniemaną) wadą (nigdy nie mógł jednak podołać kanonowi klasyków), potrafi przekuć na swoją korzyść – poszukując własnego języka i sposobu wizualizacji Natury, który byłby bardziej podatny jej samej, niż jakiejkolwiek (wydumanej przecież sztucznie) malarskiej koncepcji.
Innymi słowy: Constable jest nie tyle zmuszony, co sam chce oddawać na płótnie to, co widzi, a nie to, co chce widzieć, zasugerowany i spętany de facto obowiązującymi dotychczas malarstwo kanonami i regułami (istniały np. podręczniki do tego, jak malować krajobraz: gdzie umieszczać poszczególne jego elementy, takie jak drzewa, rzeki, jeziora… – i w jakiej proporcji, w jakiej perspektywie, na jakim podmalunku… etc.) Constable, mimo że wpatrzony od młodości w pejzaże XVII wiecznych Flamandów, w klasyczne płótna ówczesnego boga pejzażu mitycznego Lorraina; w narodowego arystokratycznego mistrza naturalnych teł Gainsborough… za swojego Mistrza i nauczyciela wybiera samą Przyrodę. I wychodzi ze swoją paletą i sztalugami w plener. Ale, żeby było ciekawiej, nie stosuje tam sposobów malowania studyjnego, a oddaje się niemal zupełnie szkicowaniu, usiłując pochwycić Naturę in flagranti – tu i teraz, dokładnie w tym, a nie innym momencie, bo wie, że jest ona w nieustannym ruchu jak heraklitejska rzeka – niby ciągle ta sama, ale jednak w każdej chwili inna: jej obraz pulsuje wraz z rytmem zmieniających się nie tylko pór roku, ale i samego dnia. Mało tego: Constable owych szkiców nie wykonuje (jak wszyscy dotychczas) za pomocą piórka, ołówka, pasteli czy akwareli – lecz za pomocą… farb olejnych! I nie na płótnie, a na tekturze albo nawet samym papierze. Nam obecnie wydaje się to wręcz trywialne, ale wówczas to była przecież rewolucja!

„Weymouth Bay” „sztormowe” malowane alla prima w czasie jednej sesji, podoba mi się bardziej, niż „Weymouth Bay” „pogodne”, które powstało najprawdopodobniej w Constable’owym studio (vide: reprodukcja poniżej). Fantastyczne jest tu zjednoczenie kolorystyczne nieba (a właściwie chmur, bo błękit ledwie prześwituje) z ziemią zarzuconą chmurnym cieniem i rozjaśnioną słonecznym przebłyskiem, wydobywającym jaskrawość tonu na piaszczystej plaży i porośniętym zieloną trawą pagórku rozciągającym się aż po horyzont, za który sztorm wydaje się już nie sięgać, koncentrując się nad zatoką – nad wzburzonymi falami morza i zakolu skalnego urwiska, poddanego wiecznej erozji powietrza i monotonnej cierpliwości wody.
Oczywiście można przy tej piktoralnej okazji snuć metaforyczne paralele między zmienną Fortuną, charakterem człowieczego losu a paradoksalną zmiennością trwałej i niewzruszonej w swej istocie Natury (tym bardziej, że w miejscu tym morze pochłonęło przed kilkunastoma laty pewnego kapitana, krewnego Fisherów, wraz z dziewiętnastoma członkami jego załogi, a i samo małżeństwo Constable’ów miało trwać zaledwie 12 lat, zakończone przedwczesną śmiercią Marii na gruźlicę) – lecz można też spojrzeć na ten szkic tylko z estetycznego punktu widzenia i oddać się czystej przyjemności oglądania śladów malarskiego pędzla układającego się w harmonijną orgię barw, cieni, kształtów, waloru, faktury czy tonu – niezwykłej dynamiki, zarówno tej atmosferycznej, jak i topograficznej – ze znakomicie oddaną głębią i perspektywą – przestrzenią, którą zaczyna wypełniać niepowstrzymany żywioł i jego wietrzna, coraz bardziej gwałtowna, furia.
Mimo pozornego chaosu, jakim być może wydawały się szybkie ruchy Constable’owego pędzla, w finalnym efekcie nie widać żadnych zbędnych, czy też przypadkowych „maźnięć” (nawet touch cynkowej bieli jest tu jak najbardziej na miejscu, nadając scenie przejrzystości, wibracji, wietrzności i świetlnej migotliwości) – jest natomiast znakomita precyzja trafienia w naturalną wizualną istotę materii, oddanie topografii miejsca ze zdumiewającą autentycznością, wyczuciem miejsca i chwili.
Czy tego można się nauczyć? Czy też może chodzi „tylko” o wydobycie czegoś, co istnieje już w głębi (i tylko tam) ludzkiego geniuszu?

*

John Constable, "Weymouth Bay" (c. 1816-19, oil on canvas)

John Constable, „Weymouth Bay” (c. 1816-19, oil on canvas)

*

Drugi malunek Constable’a przedstawia Zatokę Weymouth być może o tej samej porze roku, ale przy zupełnie innej pogodzie. Ujęcie scenerii w kadr jest niemal identyczne, ponownie zwraca uwagę znakomite oddanie perspektywicznej głębi (zwłaszcza topograficznej rzeźby pagórka w oddali oraz obmywającego brzeg morza, tym razem grającego jeszcze bogatszą gamą kolorów), jednak inny jest już sposób w jaki nad tym krajobrazem dominuje niebo, na którym przewalają się teraz kłębowiska potężnych obłoków, coraz bardziej ciemniejących, bo brzemiennych kondensującą się wilgocią, ale jednak ciągle bardzo jasnych na swoich obrzeżach, bo rozświetlonych blaskiem popołudniowego słońca z lekkim dotknięciem różu, będącego zapowiedzią zbliżającego się zmierzchu.
Coś mi tu jednak nie pasuje.
Bo to wygląda trochę tak, jakby niebo i ziemia z morzem były z dwóch różnych obrazów: skonsolidowany trójwymiarowo grunt z oblewającą go wodą i, niestety, dwuwymiarowe jednak, zachmurzone połowicznie niebo. Nie wiem, może to jest mój percepcyjny błąd w widzeniu tego obrazu, autosugestia wynikająca z lekkiego rozczarowania tym, że ziemia nie współgra tu już tak harmonijnie z niebem, jak to jest widoczne na obrazie pierwszym – o arcydziełach Constable’a powstałych zwłaszcza w następnej dekadzie (lata 20-te XIX wieku) nie wspominając.
Ponieważ dla Johna Constable’a niebo stawało się coraz ważniejsze – było pasją przybierającą w pewnym okresie jego życia znamiona obsesji. Ale w tym szaleństwie była przecież metoda – i chyba właśnie to pasyjne połączenie metodyki z obsesją przesądziło o tym, że przed malarzem tym padają obecnie na klęczki jego wyznawcy, i to nie tylko ci handlowi, płacący za obrazy Anglika dziesiątki milionów dolarów.
Metoda Constable’a, jak większość metod genialnych, była prosta (dziś rozbrajać nas może nawet swoją oczywistością), bo opierała się na trywialnym wręcz spostrzeżeniu: „(Niebo) jest w naturze źródłem światła i rządzi wszystkim”, dlatego musi być dla malarza „kluczem, powszechna skalą i głównym sposobem wyrażania uczuć”. Nie dajmy się jednak tak bardzo zwieść tej uczuciowości Constable’a, bo z drugiej strony uważał on, iż „w naszej epoce sztuka winna być traktowana jako pełnoprawna czynność naukowa i techniczna, nie zaś poetycka tęsknota”; oraz: „Malarstwo jest również nauką i powinno być uprawiane niczym badanie praw natury.” Może właśnie to połączenie pozytywizmu z romantyzmem, chłodnego oglądu z uczuciem (zresztą nie tylko w malarstwie, ale i w charakterze samego twórcy) zadecydowało o tym, że oryginalność sztuki Constable’a w końcu została dostrzeżona, doceniona i przetrwała do naszych czasów?

Nie dziwi więc, że w poszukiwaniu coraz doskonalszej egzekucji swojego zamysłu dotarcia do istoty Natury i jej fenomenów – by przetransponować je na swój malarski język (swoisty artystyczny idiom) tudzież udoskonalić swoje coraz bardziej ambitne pejzażowe projekty) – Constable coraz wyżej zadzierał głowę i coraz uważniej spoglądał w niebo, na którym oczywiście najbardziej interesowały go chmury. Studiował przy tym współczesne opracowania naukowe (jak np. klasyfikację chmur dokonaną przez „ojca meteorologii” Luke’a Howarda, którego prace nota bene spotkały się nawet z zainteresowaniem samego Goethego), otwierając się coraz bardziej na malarski eksperyment, polegający na prowadzeniu swego rodzaju notatek z przyrody, czego rezultatem były dziesiątki rewelacyjnych olejnych szkiców przedstawiających tylko i wyłącznie chmury – co w historii malarstwa było czymś bez precedensu. Ale to już temat na inną rozprawkę.

*

John Constable, "Cloud Study" (1822, oil on paper laid on board)

John Constable, „Cloud Study” (1822, oil on paper laid on board)

*

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 173 obserwujących.