ASCEZA CZY HEDONIZM ? (Hermann Hesse, „Siddhartha”)

Gdzie szukać sensu? W czym jest spełnienie? Jak osiągnąć satysfakcję? W jaki sposób można dokonać afirmacji własnego, jednostkowego bytu?

W prostocie, abstynencji, umiarkowaniu… w negacji przyjemności i odrzuceniu rozkoszy? (Bowiem: vanitas vanitatum!)
Czy też w życiu pełną piersią, spijaniu jego słodyczy, niepohamowanym cieszeniu się światem – w rozkoszy ciała, w ekstazie, w uniesieniu – radując się chwilą? (Bo przecież: carpe diem!)

Czy nigdy nie zadawaliśmy sobie podobnych pytań?
Czy stać nas było na to, by podążać ścieżką, która nas nęciła, którą chcieliśmy wybrać, albo która wydała się nam prawdziwa? Czy nasza ludzka słabość lub zaniechanie nie zrewidowało naszych dążeń i wyborów? Czy coś lub ktoś nie decydował za nas? (Choćby przypadek – nasze wychowanie, uwarunkowania, społeczna tresura, ograniczenia, kultura, charakter? Albo też przywiązanie do jednego miejsca, obawa przed otwarciem na coś innego, nieznanego i obcego?)

A może rozwiązaniem jest tzw. „złoty środek” – umiarkowanie, wstrzemięźliwość, balans, równowaga? Odrzucenie ekstremum, unikanie ekscesu? Czy jednak przez to nie skazujemy się na życie nudne, monotonne, rutynowe i bezbarwne?

Takie i inne myśli mogą przyjść człowiekowi do głowy po odłożeniu „poematu indyjskiego” Hermanna Hessego „Siddhartha” .

 

Bohater Hermanna Hessego żyje w czasach Buddy (dochodzi nawet do jego z nim spotkania; nota bene ma również takie samo imię, jak „Przebudzony” – w książce zwany także „Wzniosłym” – oraz podobne bramińsko-arystokratyczne pochodzenie). I poszukuje sensu, satysfakcji, spełnienia, przebudzenia, wyzwolenia…
Czy w tym wszystkim zdolny jest on jednak do odnalezienia samego siebie? A może do… wyparcia własnego ego (co uznać można przecież za utratę siebie samego)?
Porzucając wygodne życie w dostatku i w ustalonym przez tradycję porządku, rezygnując ze szczęścia, które może dać mu życie rodzinne (w czym wszak nie znajduje satysfakcji – nawet w fakcie zostania ojcem) wyrusza w świat na poszukiwanie „drogi dróg”.
Do czego dochodzi? Co znajduje? Co wybiera? Jak się to wszystko dla niego kończy?

Siddhartha nr 1: PUSTELNIK i ASCETA

 Będąc kimś uprzywilejowanym, mając dostęp do łatwej egzystencji bez większych trosk i preblemów, samemu będąc młodym i pięknym, zaczyna dostrzegać marność świata i życia, które go otacza, jego rozkład i cierpienie: „… i wszystko to nie było warte jego spojrzenia, wszystko kłamało, wszystko cuchnęło, cuchnęło kłamstwem, udawało sens, szczęście i piękno, w kryło w sobie zgniliznę. Świat smakował gorzko. Życie było udręką.”

Hinduski asceta (sadhu). Orchhia, Indie.

Rzuca więc dom, własnego ojca, żonę, nowonarodzonego syna, rozdaje swoje bogate szaty ubogim, zaczyna pościć, oddawać się samodyscyplinie i medytacjom. Ma tylko jeden cel: „wyzbyć się wszystkiego, wyzbyć się pragnień, wyzbyć się marzeń, wyzbyć się radości i cierpienia. Obumrzeć dla samego siebie, wyzbyć się siebie, znaleźć spokój w opustoszałym sercu, zapomnieć o samym sobie (…) Kiedy jaźń zostanie pokonana i umrze, kiedy ucichną wszelkie zapały i drgnienia serca, musi się obudzić to coś ostatecznego, ten rdzeń istnienia, który nie jest już jaźnią, ta wielka tajemnica.”

Czy mu się to udaje?
W dużym stopnia tak. Osiąga to, do czego aspiruje każdy acetyczny mędrzęc – jest bliski ascetycznej doskonałości, zostaje samanem wybitnym: wie jak czekać, myśleć i pościć, potrafi przenikać świat; może się stawać ptakiem, kamieniem, wodą, szakalem i drzewem. Lecz mimo to… nie jest zdolny do tego, by do końca pozbyć się własnego JA. Poznał tysiące różnych dróg, ale… ciągle wracał do samego siebie. Przeczuwał nicość, ale… wracał do tego samego kręgu cierpienia, narodzin, bytu i śmierci. Nirwana była dla niego czymś nieosiąglnym.
Więc nie mógł się pozbyć coraz częściej nawiedzających go myśli, wątpliwości i wracającego zwątpienia: „Czym jest kontemplacja? Czym jest porzucanie ciała? Czym jest post? Czym zatrzymanie oddechu? Ucieszką od ja, krótkim wytchnieniem od udręki bycia sobą, krótkim odurzeniem, które chroni rzed bólem i bezsensem życia. (…) Znajdujemy pociechę, znajdujemy odurzenie, zdobywamy umiejętności i tym się łudzimy. Ale tego, co istotne, drogi dróg, nie znajdujemy. (…) Celem moich poszukiwań był atman, był brahman, zgodziłem się rozrywać swoje JA na cząstki, zrywać kolejne warstwy, aby odnaleźć to, co kryje się w jego nieznanym wnętrzu, rdzeń, atman, życie, boski pierwiastek, źródło żródeł. Ale w ten sposób utraciłem samego siebie.”

Chce więc samego siebie odnaleźć. Porzuca ascetyzm, wyrzeczenia, posty… takoż złudzenie, iż jakakolwiek nauka, jacykolwiek mędrcy i mistrzowie (a spotkał się był przecież nawet z samym Buddą) mogą go czegoś więcej nauczyć. Postanawia samego siebie poznać i od samego siebie się uczyć.

Siddhartha Nr 2: SYBARYTA i KRÓL ŻYCIA

Nasz bohater rozgląda się więc wokół, otwiera wreszcie oczy i w zadziwieniu, tudzież w zachwycie, patrzy na otaczający go świat, jakby po raz pierwszy go zobaczył: „Świat był piękny, świat był kolorowy, był dziwny i pełen zagadek! Mienił się błękitem, żółcią, zielenią, niebo i rzeka płynęły, las i góra stały w miejscu, wszystko takie piękne, takie zagadkowe, cudowne, a pośród tego wszystkiego stał przebudzony Siddhartha.”
Wszystkie te rzeczy nie były już „omamem (…), nie były zasłoną mai, nie były bezsensowną i przypadkową wielością zjawisk, które głęboko myślący bramin lekceważy – gardzi bowiem wielością, a szuka jedni. (…) Sens i istota znajdowały się nie gdzieś poza rzeczami, ale w nich, we wszystkim.”

Hinduski sybaryta. Shekhawati, Radżastan.

Siddhartha budzi się, i czuje się jak nowonarodzony – postanawia więc zacząć swe życie zupełnie od nowa. A świat widziany nowymi oczami jest świeży, piękny, obiecujący i kuszący. Siddhartha czuje się pewny siebie, wie, że w jego zasięgu są bogactwa, dobra wszelakie i przyjemności, a może je uzyskać dzięki tym samym przymiotom, które mu pozwoliły osiągnąć stan niemalże doskonałego ascetyzmu. Wyrusza więc na podbój realnego świata i dość szybko zdobywa to, do czego zdąża – wielki majątek, sługi, kochanki, podziw i uznanie; odkrywa rozkosze stołu i łoża, oddają mu się najponętniejsze kobiety, chłonie to wszystko, jest nienasycony, cieszy się tym przez wiele najlepszych lat swojego życia, kiedy czuje się w pełni sił i kiedy dopisuje mu zdrowie.
Jednakże ciągle ma wrażenie, że bierze udział w jakiejś… grze; nadal czuje się aktorem, który odgrywa jakąś rolę. Nie może się przy tym pozbyć dystansu do samego siebie – i do tego wszystkiego, co robi. Nie czuje solidarności z ludźmi, którzy go otaczają. Zazdrości im ich dziecięcej naiwności, (która pozwala im na tak wielkie przywiązanie do życia – do swoich planów i nadziei); zazdrościł im nawet ich „dziecinnej głupoty” (dzięki której mogą być bez przerwy zakochani we własnych złudzeniach, jak również w sobie samych).
On do tego nie jest zdolny. Nie osiąga satysfakcji, jest nienasycony, czuje się wypalony i roczarowany, dopada go znużenie, opuszczają siły, przeczuwa zbliżającą się starość. Milknie w nim głos, którym kierował się w najlepszym okresie swojego życia. Zamiast tego nachodzą go refleksje, które okazują się nad wyraz gorzkie: „Świat schwytał go w swoje sidła, spętały go uciechy, żądze, rozleniwienie, a wreszcie ta przywara, którą zawsze jako najgłupszą i najbardzieju miał w pogardzie i wyszydzał: żądza posiadania. Spętały go na koniec własność, posiadanie, bogactwo – przestały być igraszką i błahostkami, stały się łańcuchem i ciężarem.”

Co robi Siddhartha, by wyrwać się z tego zaklętego kręgu poszukiwań? Czy znajduje jakąś trzecią drogę? Czy osiąga wreszcie spokój i spełnienie?
Nie… na te pytania nie odpowiem (wybaczcie). Może tym sposobem zachęcę kogoś do sięgnięcia po książkę Hessego?
Uważam, że warto.

* * *

PS. Przyznaję, iż miałem gotowy komentarz do „Siddharthy”, lecz postanowiłem go tu nie zamieszczać. Po części dlatego, by nie powiększać długości wpisu; jednak głownie po to, by pozostawić sprawę jaką zajmuje się tekst, otwartą – tę kwestię wyborów, jakich dokonujemy w naszym życiu, skłaniając się to ku ascetyzmowi, ograniczeniom i wyrzeczeniu, to znów ku hedonizmowi, korzystając z radości, przyjemności i rozkoszy, jakich może dostarczyć nam świat i życie.
Kto więc jest nam bliższy? Asceta czy sybaryta?
Tylko nie odwołujmy się do jakiegoś „złotego środka” i rozsądku (bowiem, czy na pewno chcemy wybierać banał i przeciętność?)

* * *

Mnich na świątynnym wzgórzu (Lop Buri, Tajlandia)

 

( © Zdjęcia autora )

About these ads

Odpowiedzi: 57 to “ASCEZA CZY HEDONIZM ? (Hermann Hesse, „Siddhartha”)”

  1. Torlin Says:

    Ja od razu piszę, że nie mam nic przeciwko, ja tylko stwierdzam fakty.
    Żyjemy w czasach hedonizmu, sprawianie sobie przyjemności i generalne uciekanie od obowiązków jest cechą charakterystyczną naszych czasów. Młodzi trzydziestoletni bawią się jakby mieli po 18 lat, nie zakładają rodzin, a jeżeli już to bez dzieci. Ja nie piszę o pracy zawodowej, bo wielu z nich bardzo ciężko pracuje, ale każda chwila wolna poświęcona jest na spotkania towarzyskie, kino, restaurację, wypad na narty. Świat kręci się wokół konsumpcjonizmu. O jakiej ascezie my możemy mówić w XXI wieku?

    • Logos Amicus Says:

      „Świat kręci się wokół konsumpcjonizmu. O jakiej ascezie my możemy mówić w XXI wieku?”

      Może właśnie dlatego Torlinie dobrze byłoby zastanowić się nad tym, czy poddawać się tym hedonistyczno-konsumpcyjnym odruchom, czy też nie?
      A pamiętasz „nasz” problem sprzed kilku dekad: „Być albo mieć?”
      To też odnosi się do poruszonego tutaj tematu.

      PS. Jakie jest jednak Twoje zdanie? Jak Ty odnosisz się – w swoim życiu – do tej kwestii. Bliższy jest Ci instynkt acsety czy hedonisty?

  2. marcinpietraszek.blogspot.com Says:

    „rozdaje swoje bogate szaty ubogim” – czy w ten sposób nie sprowadza ich czasem na złą drogę, na drogę konsumpcjonizmu? ;)

    • Logos Amicus Says:

      Wiem, wiem… Marcinie, to żart :)

      Ale gdybym chciał poważnie odpowiedzieć na to pytanie (bo wbrew pozorom coś tu jest jednak na rzaczy)?:

      Od przyjęcia szaty (kiedy jest się w wielkiej biedzie i nie ma co na grzbiet włożyć) do pławienia się w konsumpcjoniźmie, droga jest jednak daleka.
      Gestu Św. Franciszka nie odbieram jako zachętę do konsupcjonizmu. Raczej jako wyrzeczenie się własnego bogactwa (materialnego) – to z jednej strony, z drugiej zaś – jako wspomożenie potrzebujących.

  3. czara Says:

    A dlaczego złoty środek miałby być banałem? Czy nie można w jakiś sposób połączyć ascezy i hedonizmu, oczywiście takich na swoją małą miarę? Jeden dzień „postu”, wyrzeczeń, medytacji, a następny – szaleństw? Rano zimny prysznic, wieczorem gorąca kąpiel?

  4. salina Says:

    Jestem skłonna zgodzić się z tezą, że sobą można się stać, nie myśląc wciąż o sobie. A sam widzisz Amicusie, że „Twój” bohater nic innego nie robi, tylko swego szczęścia szuka, na skrajnie różne sposoby! Nikt więcej, ani nic więcej go nie obchodzi, i nikogo poza sobą samym nie kocha. Obojętne więc na co się zdecyduje, szczęśliwym chyba i tak nie będzie ;)
    Dlaczego cały sens życia ma się sprowadzać w gruncie rzeczy do jednego, do odpowiedzi na pytanie czy być nędzarzem czy bogaczem, nie mieć nic czy mieć wszystko?
    Widzi mi się, że i tak najlepiej jest: nie mieć ani zbyt mało, ani zbyt dużo :)
    Nie można wyrzec się swego ciała i zapomnieć o jego potrzebach. Ale też nie warto żyć tylko po to żeby spełniać wszystkie jego, najdziksze nawet, zachcianki – lekceważąc przy tym potrzeby wyższego rzędu, potrzeby ducha.
    A tak poza tym, to ten cytat poniżej pasuje mi do Ciebie ;)

    „Szczęśliwy mąż, który się ćwiczy w mądrości
    i który się radzi swego rozumu,
    który rozważa drogi jej w swym sercu
    i zastanawia się nad jej ukrytymi sprawami”

    (Mądrość Syracha)

    • Logos Amicus Says:

      „Jestem skłonna zgodzić się z tezą, że sobą można się stać, nie myśląc wciąż o sobie.”
      Bardzo mądre spostrzeżenie, Salino.
      Ja bym tu nawet poszedł dalej: sobą można się stać pod warunkiem, że nie będzie się ciągle myślało o sobie.
      (Kto jednak z nas to potrafi? :) )

      Do tego zresztą (czyli do tego, by zapomnieć o swoim atmanie, o swoim JA, ego…) Siddhartha w końcu doszedł.

      Pozwól, że zacytuję tu jeszcze kilka fragmentów z ostatnich rozdziałów książki.

      O poszukiwaniu:
      „Kiedy ktoś szuka, wówczas łatwo się może zdarzyć, że oczy jego widzą już tylko to, czego szukają, że nie jest w stanie niczego znaleźć, nic do siebie dopuścić, bo myśli tylko o tym, czego szuka, bo ma przed sobą cel, bo jest opętany myślą o celu. Wszak szukać znaczy mieć cel. Zaś znajdować, to być wolnym, być otwartym, nie mieć żadnego celu (…) Goniąc za celem, nie dostrzegasz pewnych rzeczy, które masz przed oczyma.”

      O wieloznaczności, niedookreśleniu świata:
      „Wszystko co ma postać myśli i daje sie wyrazić słowami, jest jednostronne, jest połowiczne, brakuje mu całości, dopełnienia, jedności. (…) Ale sam świat, to co jest wokół nas i w nas w środku, nigdy nie jest jednostronne. Żaden człowiek, ani żaden uczynek nie należy całkowicie do sansary ani do nirwany, żaden człowiek nie jest do końca grzeszny ani święty.”

      I może jeszcze ten o mądrości:
      „Można przekazywać wiedzę, ale nie mądrość. Mądrość można znaleźć, można nią żyć, można się na niej wspierać, można dzięki niej czynić cuda, ale wypowiedzić jej i nauczać nie sposób.”

      * * *
      Siddhartha znajduje w końcu trwałe szczęścia i ukojenie. Wie, co to jest miłość.
      Ale to nie prawda, że on nigdy wcześniej – w czasie swoich wędrówek i poszukiwań – nie znalazł tego szczęścia, że nikogo nie kochał.
      Zarówno w okresie ascezy, jak i w czasie, kiedy korzystał z przyjemności życia (zwłaszcza wtedy ;) ), odczuwał na swój sposób coś w rodzaju… egzystencjalnej ekstazy, zbliżając sie do tego, co można nazwać brahmanem.
      Poza tym był człowiekiem niezwykłym i wybitnym.
      Jednak bohatera Hessego należy traktować jako coś w rodzaju paraboli ludzkiego losu, kwestii dokonywania przez nas wyborów, metafory ludzkiej egzystencji… czyli, jednym słowem, nie należy w tej książce niczego brać dosłownie.
      W końcu, jak napisał sam Hesse, jest to tylko „poemat”.

  5. miziol Says:

    Mysle, ze wiele do tej dyskusji moze wniesc glos OSHO, ktory jako znany nauczyciel i lama wymienia tu jadna z istotniejszych rzeczy.

    Powinno byc uzyteczne :-) Jego angielski jest troche dziwny, ale sa napisy, zreszta generalnie latwo sie zorientowac o co mu chodzi..

    • Logos Amicus Says:

      Miziole, uśmiać się można… nie powiem :)

      Znakomite to Twoje nawiązanie do OSHO! (cóż ja na to poradze, że to imię kojarzy mi się z jakimś… osho-łomem :) )
      To był bardzo ciekawy człowiek, który – tak na pierwszy rzut oka – chciał połączyć ascetę (mędrca) z sybarytą (wielkim konsumpcjonistą). Znasz te jego przydomki: „sex-guru”, „Rollex- guru”, „Rolls-Royce-guru”…, prawda?
      Ze Stanów go wyrzucili, ale podobno, po jego śmierci, kult Osho przeżywa swój renesnas w samych Indiach (ja się zresztą temu nie dziwię… wszak coraz więcej ludzi stać tam teraz na Rollexy, Rolls-Royce i bollywoodzkie gwiazdki ;) )

  6. Chihiro Says:

    Czytalam „Siddarthe” kilka lat temu, ale nie zrobil na mnie wielkiego wrazenia.
    Ale… czy musimy myslec kategoriami czarno-bialymi? Hedonizm czy asceza, konsumpcjonizm czy odmawianie sobie. To jest bardzo meczace i bardzo niepowazne, bo zloty srodek wcale nie jest trudny do osiagniecia. Pod warunkiem, ze bedziemy myslec o zlotym srodku w kategoriach szerszych niz tylko terazniejszosc. Swiat jest bardzo dobrze pomyslany: jako dzieci dorastamy, uczymy sie wszystkiego szybko, potem korzystamy z zycia garsciami poki mamy sily i zdrowie, pracujemy, by pod koniec zycia zwolnic, oddac sie bardziej refleksji i odpoczac. Rzecz jasna nie wiedzac, kiedy umrzemy, porzadek zaburzamy i czasem popadamy w skrajnosci, ale widze wokol siebie tak wiele przykladow – w moim odczuciu, a nie jestem upowazniona tak naprawde, by to oceniac – stylu zycia konsumpcyjnego, co zycia dla innych, wyrzeczenia siebie (ani jedno ani drugie nie jest wskazane).

    Bardzo dziwia mnie poglady Torlina, piszacego, ze zyjemy w czasach hedonizmu. Nie wiem, gdzie on zyje, ale ja tego hedonizmu w ogole nie widze. To, ze 30-latkowie nie maja dzieci widze za objaw rozsadku, a nie egoizmu. Dla mnie przerazajace bylo, ze dawniej, zaledwie kilkadziesiat lat temu, ludzie mieli dzieci bez zastanowienia sie, czy zasluguja byc rodzicami! Bez zastanowienia sie, czy sa w stanie zapewnic dzieciom godziwe warunki, nie tylko materialne, ale warunki do rozwoju emocjonalnego, intelektualnego i duchowego. Dzieci mialy dzieci. Wiekszosc z nas nie nadaje sie na rodzicow, wiekszosc ludzi ma wystarczajaco duzo problemow z wlasna osobowoscia, by dorzucac sobie jeszcze obowiazek dbania o dziecko.
    A poswiecanie wolnych chwil na „spotkania towarzyskie, kino, restauracje, wypad na narty”… Co w tym konsumpcyjnego? Czy czytanie w kazdej wolnej chwili nie jest forma konsumpcjonizmu? Czy modlitwa codzienna nie jest forma egoizmu – przeciez w tym czasie mozna pracowac wolontaryjnie? Nalezy sie cieszyc, ze ludzie wciaz dbaja o kontakty z innymi, ze rozwijaja wlasne zainteresowania, co przyczynia sie do ich poczucia satyfakcji z wlasnego zycia. Nalezy sie cieszyc ze wzrostu dobroczynnosci – bo ja obserwuje ogromny wzrost w porowaniu np. z czasami, gdy bylam nastolatka. Zyjemy w najlepszych mozliwych czasach, takie jest moje zdanie.

    • Logos Amicus Says:

      „Zyjemy w najlepszych mozliwych czasach”
      Nie jestem tego taki pewien.
      Tak jak niezbyt pewny jestem tego, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów.
      Ale rzeczywiście… nie mamy chyba powodów do większych narzekań – przebywamy w tej części globu, gdzie ludzie cieszą się dość wysokim standardem życia; nie nękani jesteśmy, jak na razie, przez konflikty zbrojne; większość społeczeństwa w naszym kręgu cywilizacyjnym ma zapewnione podstawowe potrzeby życiowe, możemy w miarę swobodnie podróżować po świecie, zmieniać miejsca zamieszkania, realizować nasze pasje i zainteresowania… etc.
      Tylko czy to wystarczy, by osiągnąć satysfakcję, poczuć pełnię życia – sens egzystencji? Czy nadal nie potrzebujemy czegoś więcej, czy nadal nie nawiedza nas tęsknota za czymś… czego sami nie możemy dokładnie określić, a próbujemy to pragnienie zaspokoić poprzez jakąś wiarę, religię… może nawet przez konsumpcjonizm (bo czy tzw. kultura masowa nie na nim właśnie bazuje?)

      Ale to są chyba odwieczne problemy egzystencjale człowieka, związane bardziej z jego condition humaine, niż z charakterem epoki i warunkami życia jakie w niej panują.

      I jeszcze jedno: wydaje mi się jednak, że osiągnięcie tzw. „złotego środka” w naszych czasach nie jest, wbrew pozorom, takie łatwe. Dlatego tak wielu z nas, ludzi współczesnych, popada w przeróżne uzależnienia: począwszy od wszelkiego rodzaju używek (wliczając w to zaburzenia w odżywianiu się), narkotyków, pigułek, alkoholu; poprzez różne rodzaje konsumpcjonizmu (nie tylko zresztą materialnego, ale i… nazwijmy to – umysłowego, intelektualnego); a na telefonach komórkowych, iPodach i internecie skończywszy.

      PS. Czy pamiętasz dlaczego „Sioddhartha” nie zrobił na Ciebie większego wrażenia? Co Ci się w tej książce nie spodobało?

      • Chihiro Says:

        Nie to, ze cos mi sie w „Siddharcie” nie podobalo, ale po prostu ta ksiazka nie byla dla mnie odkryciem. O tych wszystkich kwestiach, ktore porusza, myslalam juz wczesniej i znalazlam swoje odpowiedzi dla siebie. Znalazlam swoja harmonie – co nie znaczy, ze niekiedy trace ja z pola widzenia (ale zawsze wracam do niej i znow osiagam spokoj). Tak jak Joan napisala ponizej, ze w ksiazkach szuka odpowiedzi dla siebie, ja robie czesto podobnie. U Hessego znalazlam te odpowiedzi, ktore juz byly mi znane. Nad „spelnieniem” glowilam sie juz nie raz i nie dwa, ale dla siebie odpowiedz odkrylam wczesniej niz przeczytalam ksiazke. Byc moze gdybym na nia natrafila w liceum, bylaby dla mnie odkrywcza, ale siegnelam po nia na zbyt poznym etapie wlasnego rozwoju.
        Moim zdaniem dzis czlowiek ma przede wszystkim wolny wybor. Odnosnie bardzo, bardzo wielu kwestii. Osiagnelismy poziom cywilizacji, w ktorym uznajemy, ze czlowiek ma cos takiego, co sie nazywa prawa czlowieka. To uwazam za podstawe sukcesu naszych czasow. I rozwoj technologii, ktory sprawia, ze czlowiek, ktorego prawa nie sa respektowane w jakiejs czesci swiata, najczesciej wie, ze moze je otrzymac w innej, ma sie do kogo zwrocic po pomoc.
        To wszystko moze wystarczyc do poczucia spelnienia. Ale cos nas hamuje. Co? Uwazam, ze to iluzje, w jakich zyje wiekszosc. Osiagnac spelnienia mozna zawsze, ale trzeba wiedziec, ze nie bierze sie ono z osiagnienia wszystkiego, tymczasem ludzie wciaz ludza sie, ze moga miec to samo, co sasiad/szef/gwiazdka z telewizji, nie patrzac na poswiecenia, jakie ta osoba poczynila, by owo „wszystko” osiagnac. Ludzie ludza sie, ze jak beda szczuplejsi/bogatsi/beda mieli lepsza prace, beda szczesliwsi. Buntuja sie przeciwko prostej zaleznosci, ze nie ma sukcesu bez wyrzeczen, bez kompromisow. Dlatego niektorzy szarpia sie i popadaja w uzaleznienia, bo latwiej dac sobie szybko namiastke radosci niz owa radosc wsobie wzbudzic odpowiednim mysleniem i stosunkiem do rzeczywistosci. Jestem dosc brutalna i ostra w pogladzie, ze wiekszosc ludzi daje soba manipulowac mediami, mimo iz ci sami ludzie mowia, jak nie cierpia reklam i jak wkurza ich telewizja. Jezeli czlowiek nie wie, za czym teskni, nie zasluguje (moim zdaniem), by te tesknote moc zaspokoic. Najpierw trzeba sobie postawic wlasciwe pytania, poszukac odpowiedzi, a potem dazyc do nich. Zloty srodek jest latwy do osiagniecia, ale trzeba pamietac, ze to wlasnie zloty srodek. Czyli: pracuje w godzinach 9-5, ale za to nie mam willi z basenem, bo na nia trzeba napracowac sie dluzej. Proste, a jak wiele osob tego nie widzi? Jak wiele osob w celebrytach widzi tylko blichtr, a nie wstawanie o swicie, brak prywatnosci, koniecznosc wiecznego usmiechania sie i prowadzenia „small talku”, pokore, brak czasu dla przyjaciol i wlasnych zainteresowan. Ale te osoby wybraly taki styl zycia, ze wszystkimi plusami i minusami, choc osoby z boku widza tylko plusy…

  7. magamara Says:

    Logosie, dlaczego musimy deklarowac sie jako zwolennicy jednej badz drugiej skrajnosci? Wydaje mi sie, ze to jest duzo wiekszym uproszczeniem niz wlasnie „banalny” zloty srodek. Moim zdaniem wlasnie to, co w srodku jest najciekawsze, bo tam kotluja sie czastki jednej i drugiej skrajnej strony. Bycie w srodku to tez wciaz na nowo szukanie odpowiedzi dokad droga, czy podazamy tak, jak chcemy, ciagla zmiana i weryfikacja.
    Opowiadajac sie po jednej badz drugiej stronie, masz juz pewien zbior wartosci i sam ksztalt zycia de facto definiowany – i tylko trzymac sie tego. A bedac w srodku, trzeba co rusz obierac nowe kursy.

    Czy rzeczywiscie zyjemy w swiecie hedonizmu? Nie mam takiego poczucia. Nie jestesmy zadna epoka schylkowa. Jezeli hedonizm kojarzony jest z konsumpcyjna kultura popularna, to warto spojrzec wstecz. Czy 50 czy 100 lat temu bylo lepiej/gorzej, czy moze bylo po prostu podobnie, a my wolimy psioczyc na wspolczesne czasy, bo sa nam blizsze?

    Moze mamy po prostu wieksze mozliwosci, wiecej wyborow do podjecia w zyciu i to stanowi problem?

    Co do uwagi Torlina, ze „mlodzi 30-letni bawia sie jakby mieli 18 lat”. Mam zupelnie inne zdanie. To, ze ktos nie zaklada rodziny w wieku 30 lat, co jest zreszta jego wlasnym wyborem, to wcale nie znaczy, ze jest hedonista, egoista czy czlowiekiem niedojrzalym. Co za bzudra!
    Ludzie zyja coraz dluzej, zmieniaja sie spoleczne uwarunkowania, wiec trudno sie dziwic, ze nie podazamy modelem naszych rodzicow, ktorzy rodzicami zostawali w wieku 20 lat. Tacy ludzie, jakie czasy.

    • Logos Amicus Says:

      Właśnie dlatego, że w środku „kotłują się” cząstki tych skrajnych postaw – że czasem nurzamy się w przyjemnościach i hedoniźmie, by za chwilę posypywać głowę popiołem i oddawać się wstrzemięźliwiości i ascetycznym postom (oczywiście świadomie tutaj owe postawy przerysowywuję ;) ), można poczuć tęsknotę za spokojem i harmonią, którą niektórzy poszukują właśnie poprzez przyjęcie postawy skrajnej, czyli próbując zostać konsekwentnym ascetą (wszelkie zakony, klasztory, komuny, pseudo-buddyzm) lub hedonistą (balujący non stop celebryci, nowobogaccy „królowie życia”, niepohamowani konsumenci dóbr wszelakich…)

      Ja nie chciałem tego pisać jednoznacznie (dlatego w tekście użyłem takiej małej prowokacji, przestrzegając przed odwoływaniem się do „złotego środka” jako czemuś banalnemu), ale tak naprawdę to jednak jestem owego „złotego środka” zwolennikiem, przy czym uważam, że właśnie osiągnięcie tego „złotego środka” wcale nie jest czymś łatwym. Powiedziałbym nawet, że jest czymś bardzo trudnym i że w sumie niewielu ludziom to się udaje. Większość z nas bowiem waha się między jedną postawą a drugą (wcale nie dokonując wyborów, tylko poddając się dość oportunistycznie temu co warunki, okoliczności, los, życie przynoszą), przy czym nie są to wcale „wahnięcia” między skrajnościami (bo i na te bardzo niewielu z nas stać :) ).
      Tak że, w sumie – wcale nie żądam od nikogo deklarowania się po jednej lub drugiej stronie owych skrajności.
      Zresztą, skrajny asceta, czy też skrajny hedonista to postacie cokolwiek… abstrakcyjne, takie wzorce, a raczej punkty odniesienia, dzięki którym możemy rozważyć pewne aspekty naszego życia.
      Myślę, że i Hesse kreując swojego bohatera, miał coś podobnego na uwadze.
      Bowiem w każdym z nas jest sporo z Siddharthy – czyli zarówno z hedonisty, jak i z ascety. No i jednak przez całe życie czegoś poszukujemy.

      • Chihiro Says:

        Logosie, piszesz o roznych postawach, m.in. „wiecznie balujacym celebrycie” – taki wizerunek jednak kreuja media, nawet celebryci czasem spia, jedza sniadanie i robia zakupy.
        Naturalnym cyklem funkcjonowania czlowieka jest praca, zabawa i odpoczynek. W ciagu dnia kazdy realizuje ten cykl na swoj sposob, zaburzenia owego cyklu prowadza do niebezpiecznych konsekwencji. Hedonizm i asceza sa tylko czastkami tego cyklu, miedzy ktorymi – mozna tak spojrzec – kazdy z nas balansuje. To naturalne.

      • Logos Amicus Says:

        Tak właśnie, Chihiro, napisałem: „Zresztą, skrajny asceta, czy też skrajny hedonista to postacie cokolwiek… abstrakcyjne, takie wzorce, a raczej punkty odniesienia, dzięki którym możemy rozważyć pewne aspekty naszego życia.”
        Oczywiście, że nie ma „wiecznie balującego celebryty”, choćby z tego względu, iż… celebryci nie żyją wiecznie :)
        A poważniej: ja celowo posłużyłem się tu stereotypem, by odnieść się do sytuacji (postawy) skrajnej.

  8. Torlin Says:

    Ja nikomu nie narzucam swoich poglądów. Ja wiem, że są one kontrowersyjne, wyraziłem je w swojej notce

    http://torlin.wordpress.com/2008/01/24/uniesmy-sztandary/

    takie jest moje zdanie.

    • Logos Amicus Says:

      Oj, Torlinie… czy nie idziesz tu trochę na łatwiznę? Zamiast odpowiedzieć tym Paniom podsyłasz jakiś link, który zresztą dotyczy chyba jednak czegoś innego? ;)

  9. georgeeliot Says:

    Znalezienie jedynie słusznej i właściwej drogi dla czlowieka jest tym złotym środkiem, który tak niełatwo odszukać. Nie banał i nie przeciętność, tylko punkt równowagi i boska proporcja.
    W skrajnych metodach poszukiwania siebie, stosowanych przez głównego bohatera, jest jedna wspólna cecha – hartował ducha, wystawiając na próbę ciało. W pierwszym przypadku jako asceta, w drugim jako hedonista.
    Nie istnieją uniwersalne recepty i wskazówki – każdy musi szukać na własną rękę, jak i skosztować owoców z drzewa poznania dobra i zła.

    • Logos Amicus Says:

      Tak, właśnie: „złoty środek”, „punkt równowagi”, „boska proporcja”… to nie ma nic wspólnego z banałem, choćby dlatego, że wbrew pozorom osiągnąć coś takiego jest – moim zdaniem – niezwykle trudno tzw. „zwykłemu” człowiekowi. Być może nawet jest to tylko pewien stan hipotetyczny, idealny… wogóle nieosiągalny dla żyjącego człowieka? Nieosiągalny, ponieważ… samo życie jest częścią nieustannego procesu wzrostu entropii Wszechświata?
      A może… nie tyle dążymy w naszym życiu do jakiegoś celu, co – już w każdym momencie tego życia jesteśmy u celu?
      Czyli – być może sensu nie należy szukać u kresu, bo sensem jest już samo dążenie, sama droga?

  10. portossa Says:

    Podziwiam Was za taką umiejętność wyrażania własnych myśli.

  11. GauTama Says:

    Chciałbym tylko zacytować fragment recenzji Jerzego Lengauera, który na temat tej książki pisze tak: „Hesse nie namawia do hedonizmu czy ascezy. Nie namawia do szukania towarzystwa kurtyzan, ani upojenia się hazardem. Nie namawia do siedzenia w lotosie pod drzewem bodhi. Nie namawia do oddania się religii, żeby pozbyć się pragnień nowych sprzętów i urządzeń, które umilają nam ciężkie na pozór życie. Hesse raczej pokazuje, że nie należy pogardzać pragnieniami innych, nie nosić się z dumą z powodu nadmiaru pieniędzy czy nadmiaru postu i ubóstwa. Że należy traktować każdego z taką samą cierpliwością, z jaką traktujemy samych siebie, ponieważ wszyscy jesteśmy skonstruowani duchowo w podobny sposób, nosząc pierwiastek Kosmosu, Boga, Nirwany, czy jak byśmy to nazwali. I coś jeszcze: przypomina współczesnemu człowiekowi, żeby idąc rano do pracy miał chwilkę czasu na spojrzenie na drzewa; być może kiełkują na nich wiosenne liście, być może zbliża się zima i opadły już ostatnie…”
    Mysle ze w ten sposób mogę dopełnić dyskusję jaka się tu toczy.

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście ciekawy ten fragment recenzji.
      Podoba mi się zwłaszcza to:
      „Hesse raczej pokazuje, że nie należy pogardzać pragnieniami innych, nie nosić się z dumą z powodu nadmiaru pieniędzy czy nadmiaru postu i ubóstwa. Że należy traktować każdego z taką samą cierpliwością, z jaką traktujemy samych siebie, ponieważ wszyscy jesteśmy skonstruowani duchowo w podobny sposób, nosząc pierwiastek Kosmosu, Boga, Nirwany, czy jak byśmy to nazwali.”

      Dziękuję za podesłanie tego cytatu.

  12. joan Says:

    Nie ma odpowiedzi na Twoje pytanie, bo pewnie trzeba by, stawiając tezy i je obalając, napisać całą książkę i to grubszą niż przytoczona. A może to właśnie owa książka, drążąca umysł, jest odpowiedzią? Dla mnie historia Shiddarthy jest opowieścią filozoficzną o drodze życia. Na swej drodze najpierw szukamy mądrości, szukamy mistrzów, wzorców. Spotykamy ludzi, którzy mają na nas wiekszy lub mniejszy wpływ. Czemu właśnie takich, a nie innych ludzi spotkaliśmy, czemu takich wyborów dokonaliśmy? Ważne jest to, aby zrozumieć siebie, czasem to trudne. Zakręty sprawiają , że drepczemy w kółko, czasami to kółko jest spiralą i odrobinę wspinamy się w górę. To opowieść o naszch radościach, wzlotach, kryzysach, o ciagłym poszukiwaniu, o powrotach, o egoizmie.
    Czytając książki szukam w nich siebie, szukam swoich emocji, po to właśnie by zrozumieć swoja drogę i wybory, ale mam też wąziutkie, ukryte przed wszystkimi ścieżynki, które odbijają od głównego traktu. To moje odskocznie. Czy każdy powinien mieć takie tajemne dróżki, czy raczej powinniśmy iść raz obraną, słuszną i prostą drogą ?
    Cudowne jest też to, że są książki, z których każdy może wyczytać coś innego. Co innego uznać za ważne, odnaleźć inne przesłanie. Niewiele jest takich ksiażek.

    • Logos Amicus Says:

      Wszystko w życiu Siddharthy miało swój sens. Nawet te (pozorne) porażki – były częścią jego drogi. Trudno więc mówić, że dokonywał on złych wyborów, że owe „porażki” wynikały z jego błędów.
      Nawet jeśli wydaje się nam, że „drepczemy w kółko”, to jednak cały czas zmieniamy się, poruszamy się ku… czemuś (Komuś?)

  13. tani1 Says:

    Cokolwiek byśmy nie zrobili i tak ciągle będziemy „głodni”. ;) Podstoli mój poczciwy przechodził już tę metamorfozę kilka razy. Obecnie jest bliższy ideałowi ascety. Niestety nic, nawet religia nie pomaga odpowiedzieć na pytanie o istotę naszego „ja”. Ważne, w czym się człowiek odnajduje… ha! Niestety problem w tym, że często w niczym tak naprawdę. Bo raz chciałby wszystkiego, raz niczego, a żyje, jak mu pozwala los czy bogowie wszechrzeczy. Nic nowego? No ja produkuję tylko myśli second hand, bardzo mi przykro. :(

  14. Logos Amicus Says:

    „Podstoli mój poczciwy przechodził już tę metamorfozę kilka razy. Obecnie jest bliższy ideałowi ascety.”

    No to może wreszcie Podstolina by mu jaki obiadzik wyrychtowała? ;)
    Łoże umościła? :)

    • tani1 Says:

      Kochaneńki, a przecie to nie za moją sprawą (jakby to Podstolina gotować, doprawdy, nie umiała!), ale siłą własnego umysłu to on przechodzi, w chwili objawienia do tego dochodzi i nie ma przebacz podówczas. To człowiek Wschodu i to Dalekiego, nie zapominaj, luby Amicusie.

  15. Neha Says:

    Moim zdaniem odpowiedz na pytanie asceza czy hedonizm nie jest i nie bedzie latwa, chocby z tego wzgledu, ze wprowadzilabym tu zasadnicze rozroznienie miedzy hedonizmem (prawie zawsze z wyboru) a asceza (czasem z wyboru, ale rowniez w innej wersji – koniecznosci, jako przeciwstawienie sie hedonizmowi, czy dalej rozwijajac, niemoznosci zapewnienia swoich potrzeb); czyli tlumaczac oba pojecia na jezyk wspolczesnego swiata: rozroznienie miedzy konsumpcjonizmem a minimalizmem.

    Wydaje mi sie, ze osiagniecie „zlotego srodka” w pojeciu arystotelesowskim jest niezwykle trudne. Ja na swoj wlasny uzytek uzywam slowa: akuratyzm, co ma nieco inny zakres jak w Arystotelesowym ujeciu.

    Jakby nie patrzac, nie udalo mi sie poznac osobiscie ani jednej osoby swiadomie realizujacej postawe „zlotego srodka”. Ale tez tego nie oczekuje od nikogo. „Zloty srodek” jest ideą, drogą, moze byc wzorcem do nasladowania.

    Czy rzeczywiscie zyjemy w najlepszym ze swiatow? Watpie, bo majac taki wachlarz technicznych usprawnien dla funkcjonowania, ludzkosc wykorzystuje je w najgorszym stylu.
    Odsylam do fragmentow Fromma oczywiscie w : „Byc albo miec” i do „Rewolucji nadziei”.

    • Logos Amicus Says:

      Witaj Neha! :)
      Wspominając Fromma wprowadziłaś element socjologiczny do naszej dyskusji. Właśnie, rodzi się pytanie: czy jesteśmy zdolni osiągnąć ów „złoty środek” (balans, równowagę) w skali życia społeczeństwa?
      Ciekawym trafem, problem ten jawi się tu całkiem podobnie jak w skali pojedyńczego człowieka. Fromm sprowadził to do dylematu „być albo mieć?”, co jest być może nośnym (bo uproszczającym i obrazowym) hasłem, ale jednak wprowadzającym pewne nieporozumienie, bowiem sugeruje jakoby materialne posiadanie wykluczało duchową ezgystencję. A przecież najlepiej byłoby zarazem i być i mieć.
      Wiadomo czym się skończył komunistyczny eksperyment, w którym starano się wyeliminować własność prywatną. Podobnie marnie może skończyć społeczeństwo kapitalistyczne oparte głównie na merkantyliźmie i konsumpcji. Wygląda na to, że jednak najlepszym wyborem byłaby ta trzecia droga, zapewniająca ludziom dostatek, życie w tzw. „godnych” warunkach, a jednocześnie umożliwiająca im samorealizację i rozwój duchowy.
      Ale, niestety, brzmi to jak frazes, i niezbyt dobrze wiemy jak taki (optymalny) stan osiągnąć.
      Łatwo pisać: Zróbmy rewolucję nadziei! Ludzie muszą się pokochać, bo najważniejsza jest miłość!
      Trudniej zaś do takiego stanu doprowadzić.
      Fromma się fajnie czyta (bo jest taki chrześcijański i marksistowski zarazem – humanizm! humanizm!), ale moim zdaniem jego postulaty plasują się zbyt blisko utopii i pobożnych życzeń. Ponadto, jeśli coś ma charakter ideologii, to trzeba z tym ostrożnie. Jak na ironię bowiem, to właśnie te „humanistyczne” w swoich deklaracjach i założeniach ideologie, wyrządziły ludziom najwięcej zła.
      Wiemy czym jest piekło wybrukowane, prawda?

      • Chihiro Says:

        Przepraszam, wcinam sie do niewlasnych watkow, ale pragne swoje piec groszy i tu wcisnac :)
        Te trzecia droge, zapewniajaca ludziom dostatek (choc z punktu widzenia zachodnich spoleczenstw uznalibysmy to za biede), szczescie i rozwoj duchowy, stara sie od lat zapewnic swym obywatelom Bhutan. Nie otwiera sie na swiat tak jak inne kraje z tego rejonu kuli ziemskiej – z pewnoscia w tym tkwi czesc sukcesu. Za wskaznik wysokiego poziomu zycia uznaje GNH (Gross National Happiness), mierzony zupelnie inaczej niz robia to inne kraje (jesli w ogole takie cos mierza). Oczywiscie znajduja sie ludzie, ktorzy wola miec wiecej, nawet za cene owego szczescia, i emigruja – w Nowym Jorku jest nawet caly blok zamieszkany przez imigrantow z Bhutanu, czytalam o tym niedawno w „The New York Times”. Ale wyraznie widac, ze panstwo stara sie zapewnic jakis zloty srodek swym obywatelom.
        Logosie, cos mi sie zdaje, ze po drodze Ci ze Slavojem Zizkiem – czytales go albo sluchales?

  16. Jula Says:

    Ja tylko takie sobie dywagacje napiszę ;)

    Widzę, że jesteś zafascynowany i tym regionem i tą kulturą, jakże inną od naszej a może i nie?…. ;D
    Ja tej kultury nie rozumiem, za nic nie mogę pojąć tego podziału na kasty!…
    Wiem, że kiedyś na samym początku wiązało się to z uprawianiem jakiegoś tam zawodu, który był przekazywany z pokolenia na pokolenie. Np. rolnik, robotnik, bo tak jakoś pariasi zwykle taki zawód wykonywali :)
    No ale potem, kiedy te zróżnicowanie zawodowe zanikły ?…

    Wracając do tematu ” Asceza czy Hedonizm”, to myślę, że w każdej, ale to w każdej kulturze jest tak i ma to zwykle głęboki związek z religią, że najpierw jest jedno a potem drugie.
    Tak jak u dawnych świętych. Proszę sobie poczytać ich życiorysy. Najpierw był bogaty książę, dziedzic jakieś fortuny a potem, znudzony swoim życiem, z reguły u jego kresu pozbywał się bogactwa i żył odtąd w biedzie ;)

    W obecnych czasach, to nazywa się chyba „wypaleniem zawodowym” .
    Zauważyłam też, że kobiety „lekkich obyczajów” – przeważnie na stare lata stają się dewotkami. ;)))

    U ludzi żyjących normalnie, bez takich krańcowych wskazań – nie ma takiego problemu.
    Sinusoida życia jest zbliżona do prostej ;D

    • Logos Amicus Says:

      Trafne spostrzeżenie, Jula, jeśli chodzi o to przeplatanie się ascetyzmu z hedonizmem w różnych religiach, i to religiach tzw. „światowych”.
      Budda (choć buddyzm bardziej jest światopoglądem niż religią) należał do wyższej (bogatej) kasty braminów, był kimś w rodzaju księcia, ale porzucił swoje, jeśli nie hedonistyczne, to na pewno wygodne życie, oddając się medytacjom i ascezie.
      Podobne rysy w swoim życiorysie mają też: np. Św. Augustyn (który w swoim młodym wieku był wręcz kobieciarzem :) a stał się jednym z ważniejszych Ojców Kościoła), także Św. Franciszek (bogacz, paniczyk, który też niejednj uciechy doznał, ale rozdał w końcu swoje mienie biednym, zmieniając drastycznie życie z nader dostatniego na materialnie nędzne).
      Mieszanką był także sam Mahomet – wychowany w bogatej rodzinie kupieckiej, później „sponsorowany” przez wielce majętną żonę, oddawał się na przemian trwającym całe miesiące rozmyślaniom w jaskini i prowadzeniu rozbójniczego stylu życia, wojując i dokonując podbojów.
      Ale to właśnie dzięki takim „skrajnym” ludziom ustalają się nasze kulturowe kanony, a nawet tworzą wielkie religie świata.

    • Chihiro Says:

      Jula, dlaczego napisalas pod koniec „U ludzi zyjacych normalnie (…)”? Co jest nienormalnego w byciu bogatym ksieciem, asceta czy kobieta lekkich obyczajow?
      A podzial na kasty obowiazuje w mniejszym lub wiekszym stopniu niemal w kazdym spoleczenstwie, tylko nazywa sie to klasa spoleczna. Beata Tyszkiewicz, ze posluze sie polskim przykladem, nalezy do innej „kasty” niz dresiarz spod bloku.

      • Logos Amicus Says:

        Jula pewnie uznaje, że będąc księciem, ascetą lub prostytutką, człowiek nie mieści się w normie :)
        Albo… miała po prostu na myśli tzw. ludzi zwykłych – czyli takich, którzy żyją „zwyczajnie”, (czyli, innymi słowy, normalnie).

        (Ale, ale… przecież nie mogę się wypowiadać w jej imieniu ;) )

  17. Jula Says:

    Hehehhe… Bardzo dobrze to wyjaśniłeś Amikusie.
    Kasta na tle religijnym, to jednak co innego niż klasa społeczna.

    Młody dresiarz, jeżeli jest zdolny i trafi na odpowiednich opiekunów, może np. skończyć studia i być wybitnym uczonym, który zrewolucjonizuje świat w przeciwieństwie do tej aktorki (być może o koligacjach arystokratycznych) ale jednak zmuszonej zarabiać na życie aktorstwem ;))))

    Bo teoretycznie w państwach demokratycznych istnieje legenda, że można startować od „pucybuta do miliardera”

    Pozdrawiam! ;D

    • Chihiro Says:

      Ale to samo mozna powiedziec o kastach, zwlaszcza dzisiaj! Ludzie, ktorzy kilkadziesiat lat temu nalezeli do kasty nietykalnych (czyli niejako podludzi), dzis zasiadaja w parlamencie i sa profesorami i artystami. W Indiach oficjalnie pojecie kast nie istnieje, choc po nazwisku mozna poznac, kto z jakiej. Skojarzenia konkretnych kast z zawodami np. istnieja, ludzie maja rozne uprzedzenia i tworza hipotezy odnosnie innych, ale oficjalnie przynaleznosci do danej kasty sie nie uznaje. To kojarzy mi sie z klasami spolecznymi, moze nie takimi jak w Polsce – gdzie jednak lata socjalizmu zrobily swoje, by wszystkich zrownac (choc wiadomo, ze byli rowni i rowniejsi), ale bardziej takimi jak w Wielkiej Brytanii. Po akcencie slychac, do jakiej klasy nalezysz, po Twojej edukacji mozna to niejako poznac, czasem po stroju. Klasy staja sie coraz mniej przejrzyste, szczegolnie w dobie spoleczenstwa wielokulturowego, ale tak dzieje sie wszedzie. Indie tez sa demokracja i tam tez mozna startowac od pucybuta do miliardera :)

      • Neha Says:

        Ciekawe co piszesz Chihiro, ze oficjalnie kasty nie istnieja. O tym sie mowi, bo oficjalnie chce sie by tak bylo, ale zareczam, ze jak najbardziej oficjalnie okreslenie przynaleznosci do kasty istnieje; (to nie jest ton zaczepki, to raczej moje kolejne niedowierzanie Indiom ). Mozna sie o tym latwo przekonac zakladajac konto w banku, lub zakupujac nieruchomosc. W pierwszym przypadku, w ostatnich punktach nalezy okreslic swoja przynaleznosc kastowa, w nastepnym religijna (to ostatnie ma znaczenie w przypadku placenia podatku dochodowego!).
        Chociaz sama obracam sie w kregach, gdzie przynaleznosc kastowa nie wydaje sie istotna, to jednak, jak zauwazylam w akcie kupna – sprzedazy, sprzedajacy byl „czcigodnym” itd., a kupujacy, tylko kupujacym ;)

        Co do stroju, tu mozna sie pomylic, i to bardzo. Nie wiem, ale od poczatku pobytu w Indiach niedowierzalam temu co widze, nie przypadkiem rozpoczelam swoj blog dopiero po roku pobytu i pracy tam.

        Wlasnie, wracajac do aktu sprzedazy nieruchomosci: za ubranie adwokata, ktorego widzialam podczas sporzadzania transakcji, nikt pewnie nie dalby 10 rupii, a ten czlowiek ma tylko kilkaset crore (kilkanascie milionow dolarow).
        Znam wiele takich przykladow. Ale tez i wiele autentycznego niedostatku.

  18. defendo Says:

    Tego tekstu Hessego nie znałam, ale już czytam, skomentuję, kiedy skończę :)
    Sens życia… znam kilka nonsensów.
    Komu potrzebny sens życia? Jest jak Graal, wszyscy go szukają, chociaż niemal nikt nie wierzy w jego istnienie, ale nie o to chodzi, by złowić króliczka ;)

  19. Sarna Says:

    Ciekawe, mądre przemyślenia.
    Hym … chciałabym móc się z nimi zgodzić, ale wolność, niezależne od nikogo i niczego poza nami samymi wybory ? Logosie toż to czysta fantastyka :)
    Ktoś kto ma rodzinę, ktoś kto kocha, wie, że nikt nie jest wolny, bo odpowiedzialność ogranicza nasze „ja”. Czasami musimy się go wyrzec i specjalnie nas to nie unieszczęśliwia. Bardziej byśmy się czuli nieszczęśliwi gdyby zniknął powód naszych wyrzeczeń.
    Jednostkowy byt? Cóż Ci po nim? Kim jesteśmy, choćby najdoskonalsi sami z sobą i dla siebie?
    pozdrawiam

  20. Chihiro Says:

    Neha, przepraszam, odpowiadam tutaj, bo na gorze nie mam jakos mozliwosci.
    O stroju pisalam WYLACZNIE w kontekscie Wielkiej Brytanii, NIE Indii.

    Nie wiedzialam, ze trzeba w dokumentach okreslic przynaleznosc kastowa. Nie wiem tez, jaki to ma wplyw na efekt transakcji, byc moze te kasty tradycyjnie nizsze dostaja jakies punkty, tak jak kiedys w Polsce dostawalo sie przy egzaminach na studia punkty za pochodzenie.

    • Neha Says:

      Musze Ci sie przyznac, ze nie czulam sie komfortowo, gdy wypelnialam formularz w banku, zapytana o przynaleznosc kastowa, pan urzednik pokrecil tak glowa, ze moglabym to bez watpliwosci przetlumaczyc: „nie wie nawet z jakiej jest kasty, to jak ona zyje, ach ten Zachod, jak mozna tak bladzic i nie znac swoich korzeni”- to tak w skrocie mysli jakie mi przeszly przez glowe. Ale chyba i tez bylo cos na rzeczy, bo pan powinien a tego nie zrobil „przelozyc moje dokumenty do zatwierdzenia przez naczelnego”. Lezaly w tym samym miejscu przez 2 miesiace. Nie oskarzam, nie obwiniam, ale stalo sie tak wlasnie, stad moja udreka czekania na rozmaite pozwolenia w Indiach przedluza sie.
      Nie bede sie wypowiadac na temat biurokracji indyjskiej jako szczegolnie nieprzyjemnej dla petenta, zadna z jaka sie zetknelam do tej pory nie byla inna., wiec generalnie jest mi bez roznicy.
      Systemu kastowego ciagle nie zglebilam, i ciagle ucze sie Indii.

      • Chihiro Says:

        A moze tez pan odnosil sie do Ciebie z lekcewazeniem, bo kobieta z Zachodu, a nie stac ja na zatrudnienie czlowieka od zalatwiania spraw urzedowych? Zamozni Hindusi maja takiego wallah od chodzenia na poczte, do urzedow itp., prawda? No i jak ktos nie ma, to nie jest wart, by urzednik odniosl sie do niego z szacunkiem (tak sobie mysle, ze moze tak byc).

  21. Sarna Says:

    Neha, dotychczasowa lektura o tym kraju utwierdziła mnie w fałszywym? przekonaniu, że z kasty nigdy się nie wychodzi? Ponoć córka prostytutki może w skrajnym przypadku, przy zbiegu cudownego zbiegu okoliczności zdobyć np tyutuł profesora, ale nigdy nie wyjdzie ze swojej kasty. Czy fakt, że ktoś urodził się w rodzinie sprzątającej szalety nadal skazuje kolejne pokolenia na ich sprzątanie czy to już mit?
    Jak dalece wiara, kultura i tradycja determinuje życie tych ludzi?
    pozdrawiam

    • Neha Says:

      Sarna, to ze zyje i niebawem osiedle sie w Indiach na najblizsze kilka lat, nie znaczy ze je znam, ciagle sie ucze i poznaje, ale przyznaje szczerze, jest to pierwszy kraj, ktoremu na pierwszy rzut oka niedowierzam, od pierwszego dnia pobytu.
      Jesli chodzi o kasty, to generalnie istnieja cztery podstawowe; od najwyzszej idac w dol to brahmini, nastepnie kshatiya, vaishya i sudra. Statystyki (!) podaja odpowiednio: 3.5% brahmini, kshatiya 5.5%, vaishya 6%, sudra 52%, niedotykalni podobno 15-16%, poza kastowym systemem 8%. Jakby zsumowac te wszystkie dane, z jakiegokolwiek zrodla by nie byly, to zawsze brakuje mi jakichs kilku procentow ludnosci ( w wymiarach indyjskich to troszke ponad 100 millionow ginacych w tyc statystykach).

      Widzialam np.sporo ogloszen matrymonialnych w ktorych pisano „cast no bar”, ale chyba domyslac by sie nalezalo jakiegos ekwiwalentu.
      Byly przypadki i jest wiadome powszechnie, ze np. jakas osoba publiczna zawarla zwiazek malzenski z osoba z nizszej kasty by pokazac, ze kasty nie istnieja juz, lub ze latwo przekroczyc granice.
      Zadalas tak trudne pytania, ze nie znam wokol siebie osoby porafiacej odpowiedziec na nie w sposob jednoznaczny. Postaram sie napisac nieco wiecej na ten temat na swoim blogu. Nie za szybko bo temat trudny, a nie chcialabym opisywac powierzchownych wrazen.

      Mysle, ze na ostatnie pytanie odpowiedz bedzie zdecydowanie twierdzaca, bardzo, bardzo, w wielu przypadkach, ale Indie nie sa tu wyjatkiem. Rzecz w czym innym, dla wielu z nich ciagle istnieja autorytety (czy one sa prawdziwe czy nie, odrebny temat), podczas gdy nasza kultura, wybacz za dosadna ocene ma szczegolny rys w postaci braku autorytetu. Troche przesadzilam?

      Z osobistego punktu widzenia moge tylko dodac, ze znalazlam sie w miejscu (no niebawem tam bede, bo tymczasem porzadkuje sprawy doczesne w Europie), gdzie czuje sie dobrze, gdzie przykrawam moja sukienke akuratyzmu na wlasne potrzeby i moich bliskich.

  22. Jula Says:

    „Jak dalece wiara, kultura i tradycja determinuje życie tych ludzi?”

    – Ależ o to można zapytać o ludzi z każdego zakątka ZIEMI !!!

    A w jaki sposób „determinuje”, to już chyba należy zapytać indywidualnie każdego.
    Niektórzy idą na głęboki kompromis a inni nie, uciekają od zastanych schematów, szukają czegoś innego, niektórzy znajdują a inni nie ;D
    Bo Wszystko, to tylko pozory ;D

    Ps.
    „Heliska „, jedna z bloggerek miała właśnie problemy z Hindusem – nie wiem z jakiej kasty pochodził, nie potrafił się zaaklimatyzować na amerykańskiej uczelni, a jednocześnie za nic nie chciał wrócić z powrotem do Indii! ;D

    • Sarna Says:

      Jula, jesteś niemożliwa )) ale też dzięki Tobie nie jestem tu jedyną impulsywną i emocjonalnie wybuchową osóbką.
      Kasta to coś, co nie pozwala na indywidualność, wolny wybór, kompromis. Kasty sprawiają, że nie jest tam jak „w każdym innym zakątku Ziemi”. Moja pani profesor z filozofii robiła doktorat o Indiach i przez jakiś czas tam mieszkała w domu hinduskiego profesora, który był kimś w rodzaju rektora uniwersytetu. Piękny dom, zagraniczne kontakty i wielokulturowi goście, dwie wykształcone w Europie córki, a jednak gdy wracały w progi rodzinnego domu to hinduska tradycja, a nie europejskie nawyki górowały w ich zachowaniu. Miałam świetne wykłady, godziny muzyki i filmów, opowieści o kulturze tego kraju, ale zaliczyć przedmiot było cholernie ciężko. A przecież to tylko teoria. Jak więc cholernie ciężko musi być w realu dla kogoś kto tam się znajdzie i chce poznać ten kraj, zrozumieć, a przy tym nie chciałby zaliczyć względem gospodarzy nietaktu, gafy .
      I chyba naprawdę trzeba być człowiekiem wielkiej wiary by dobrowolnie zanurzyć się w wodach Gangesu, którymi płyną ścieki kanalizacyjne, prochy zmarłych i wszystko co tylko możliwe, brrrrrrrr
      pozdrawiam

  23. neha Says:

    Chihiro, absolutnie tak nie sadze. Nikt i nigdzie nie lekcewazy pieniedzy, a zwlaszcza w Indiach, nie mowimy przeciez o jednej zlotowce. Sa sprawy, gdzie wymagana jest nasza obecnosc i nasz podpis, gdzie jestesmy przyjmowani w odrebnym gabinecie i tutaj wysylanie „wallah” postawiloby nas wylacznie w osmieszajacej sytuacji, wlasnie typowego „przeginania” czlowieka z Zachodu, ktory ma wypaczone spojrzenie na Indie ( jakby cofajac sie, Indie brytyjskiej zaleznosci) .
    Moja sytuacja nie jest zwyklym przypadkiem, bo nie jestem i nie bede NRI czy PIO, wiec wielu woli na wszelki wypadek nic nie zrobic, szkoda, ze mialo to miejsce po 10 dniach jazdy miedzy roznymi oddzialami banku, i akurat zakonczylo sie to w dniu mojego wyjazdu. Wieczorem musialam zlapac moj samolot z Mumbai. Zabraklo zapewne jednego dnia by papierki zostaly dostarczone na biurko GM.
    To co napisalam, dotyczylo wylacznie jednej chwili mojego samopoczucia. Takie tez mial moj towarzysz.
    Wybacz, co napisze, mam wielu przyjaciol w Indiach, poznalismy sie podczas pracy, nieraz w trudnych okolicznosciach, ale nigdy nie przyszloby mi na mysl, ze ktos moglby mnie traktowac lekcewazaco, ja nikogo tak nie traktuje.
    Generalnie rzecz w tym, ze wiekszosc Hindusow chce uciec z Indii do USA, UK, a tu nagle znajduje sie ktos, kto wlasnie chce tam, w Indiach zamieszkac. Na takie pytanie odpowiadam po prosto, ze ja Europe juz znam, a oni jeszcze nie, zatem ja wiem czego nie chce.
    Poza tym mowie w hindi, troche w marathi i gujarati.

    Sprawilas mi duza przykrosc swoim postem, moze wzielam go sobie za nadto do serca. Nawet podczas zakladania konta w banku i sytuacji o jakiej pisalam nie czulam sie tak ponizona ani przygnebiona jak czytajac Twoja odpowiedz.

    Nie wiem jaka jest Twoja wiedza na temat Indii, ale przypuszczam, ze raczej ksiazkowo-turystyczna.

    Nie bede wiecej zabierac glosu w tej dyskusji.

    • Chihiro Says:

      Przepraszam, nie wiedzialam, ze to taka powazna sprawa urzedowa. Myslalam, ze to cos bardzo blahego. Nie sugerowalam tez, ze ktos moglby Cie potraktowac lekcewazaco, nie bylam przy tym, ale wyrazilam jedynie mysl – bo slyszalam, ze roznie urzednicy traktuja petentow. Niewazne, czy Hindusow czy przybyszy z innych krajow. Zreszta sama napisalas, co wyczytalas z pokrecenia glowa pana urzednika: “nie wie nawet z jakiej jest kasty, to jak ona zyje, ach ten Zachod, jak mozna tak bladzic i nie znac swoich korzeni” – dla mnie to brzmi bardzo lekcewazaco.
      Dlaczego urazilam Cie swoim wpisem? To tylko mysl, ktora przeszla mi przez glowe, nie bierz tego do siebie. Ale przepraszam, jesli Cie urazilam (choc naprawde nie rozumiem, czym). Spotykalam sie w lekturach i z opowiadan innych z sytuacjami, w ktorych obcokrajowcy byli lekcewazeni, takze NRI, w tym Suketu Mehta, autor „Maximum City”, ktore swoje boje z biurokracja opisal, wsrod wielu powazniejszych kwestii, w tej ksiazce. A raczej nie opisal, ale wspomnial – bo on wlasnie nie mial takiego wallaha od spraw urzedowych, czasem do urzedu szla jego zona, ktora byla bardzo zle traktowana.
      Moja wiedza na temat Indii w duzej mierze jest ksiazkowa, bylam w tym kraju tylko raz, przez 2 miesiace objechalam kawal kraju, znam wielu Hindusow, ale zdecydowanie mniej wiem o tym kraju niz Ty i mialam z nim mniejsza stycznosc, przyznaje.

    • Logos Amicus Says:

      Mogę Cię zapewnić Neha, że Chihiro jest ostatnią osobą, która chciałaby Cię celowo obrazić. Z nią naprawdę można porozmawiać bardzo otwarcie i o wszystkim, a jest to tym cenniejsze, że ona dość sumiennie stara się zrozumieć Twój punkt widzenia, odnosząc to do swojej perspektywy. I traktuje wszystkich bardzo uważnie. Przy tym jest szczera i rzeczowa.

      Myślę, że na jej uwagę zareagowałaś zbyt emocjonalnie. Być może dlatego, że jesteś teraz w jakimś punkcie zrwotnym swojego życia i jest to związane z Indiami.

      Wiedz, że miło Cie tu gościć. Twoje uwagi o Indiach na pewno wszystkich by zainteresowały. I byłyby czymś cennym. Z wielką uwagą wysłuchałbym tego, co masz do powiedzenia o tym kraju.
      Pozdrawiam

      • Chihiro Says:

        Logosie, dziekuje :) Nie mi oceniac, czy Neha podeszla do mojej uwagi zbyt emocjonalnie, ale na pewno wziela ja do siebie, przez co jest mi przykro, bo moje przypuszczenia nie byly personalne, skierowane do osoby Nehy, ktora – jestem pewna – nie dala podstaw, by ktos mialby ja lekcewazyc. Jednak pewnie kazdy z nas w zyciu spotkal sie z sytuacja, gdy zachowal sie wlasciwie, a i tak nas zlekcewazono, czy potraktowano bez nalezytego szacunku…

  24. Jerry L Says:

    Tak naprawdę to trudno jest orzec, gdzie Siddhartha z rodu braminów znalazł ukojenie i złoty środek. Gdzie znalazł oświecenie? Być może odpowiedzią jest życie każdego z nas. Życie, w którym przeplatają się przeróżne perspektywy dające nam możliwość spojrzenia z wielu stron na innych ludzi, dostrzec zieleniejące się drzewa, czy uczestniczenia w rannym letnim koncercie ptaków.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 167 obserwujących.