
*

*
* * *
Każdy kwiat jest narcyzem.
Bez uznania konieczności tego, że musi się być pięknym po to, by skutecznie uwodzić i wydać owoce, nie byłoby piękna kwiatów.Jakież wyrzuty sumienia może mieć rajski ptak będąc świadom tego, iż jest najpiękniejszy – skoro pomaga mu to w zdobyciu wszystkiego, czego tylko zapragnie?
* * *
Dążenie do tego, aby być pierwszym, by zostać zwycięzcą, by zdobyć najbardziej urodziwą kobietę, by stworzyć najpiękniejsze dzieło… to wszystko związane jest z narcyzmem.
Chęć wyróżnienia się z anonimowego tłumu, wyniesienia się ponad “szarą masę” (jaką, tak naprawdę, dla poszczególnego osobnika są inni ludzie) – to jeden z najsilniejszych bodźców kierujących zachowaniem człowieka.
Wygląda więc na to, iż pewne elementy narcyzmu są czymś niezbędnym w budowaniu naszego świata. I były już obecne w przyrodzie, zanim człowiek stworzył swoją cywilizację.
Są siłą ewolucyjną równie mocną, jak dążność do władzy, chęć panowania nad innymi, narzucania innym swojej woli.
Jednym słowem: są czymś, jeśli nie boskim, to naturalnym.
* * *
Pismo czasami trafia w sedno, mówiąc np. bez ogródek:
“Kochaj bliźniego, jak siebie samego” (najwidoczniej odbywa się to przy założeniu, że miłość samego siebie jest czymś naturalnym i powszechnym).
Czy osoba, która nie kocha siebie, może pokochać kogoś innego?
Pytanie otwarte.
Jednak pewien jestem już tego, że ktoś, kto nienawidzi samego siebie, nie jest zdolny do miłości.
* * *
Kiedy kogoś bezgranicznie podziwiamy, wręcz ubóstwiamy? Czy wtedy, gdy projektujemy nań nasze własne pragnienia, dążenia i aspiracje?
Kiedy akceptujemy w kimś narcyzm? Czy wtedy, gdy widzimy w nim pewne atrybuty boskości?
Któraż z kobiet nie podziwiała choć raz swoich pomalowanych ust?
Któryż obdarzony mięśniami mężczyzna nie prężył przed lustrem swojej muskulatury?
Czyż nasze narcyzmy nie spotykają się ze sobą?
* * *
Czym są nasze kompleksy jeśli nie urażonym narcyzmem?
Czyjś narcyzm wziął górę nad naszym.
Rzadko wybaczamy taką zniewagę.
* * *
Narcyz przyznający się do swojego narcyzmu nie przestaje być narcyzem. Staje się po prostu narcyzem bardziej szczerym.
Ten zaś, który się nie przyznaje – narcyzem skrytym, albo nawet zatwardziałym.
Jest oczywiste, że większą sympatię wzbudza w nas ów pierwszy. Gotowi nawet jesteśmy przyznać, że narcyzmu się on wyzbył.
Co jest oczywiście złudzeniem.
* * *
Naturalnie, jest również ta ciemniejsza strona narcyzmu: niezaspokojona żądza, która kończy się autodestrukcją. Skupienie się na sobie prowadzące do zupełnego zerwania ze światem. Rozdmuchane ego, które dławi samo siebie. Miraż i złudzenie jako obiekt pożądania i źródło westchnień.
Wreszcie obłęd i katatonia – ostateczne uwięzienie w klatce skrajnego introwertyzmu.
Być może melancholia to łagodniejsza forma autyzmu.
* * *
Jesteśmy dziwnym zlepkiem narcyzmu i niechęci do samego siebie.
* * *
Trudno mi się jednak zgodzić z tym, że narcyzm jest – jak ktoś to określił – “korzeniem psychopatii”. Jeśli już chcemy ów “korzeń” znaleźć, to prędzej odnajdziemy go w czymś, co jest przeciwieństwem narcyzmu, a mianowicie w nienawiści do samego siebie, (czyli – w konsekwencji – w nienawiści do świata i innych ludzi).
* * *
Zwykle, posądzenia o narcyzm unikamy jak ognia.
Głównie dlatego, że pochwała samego siebie, działa zwykle na innych jak przysłowiowa płachta na byka – potrafi wręcz kogoś zdyskredytować, jako zarozumiałego pyszałka. Nawet jeśli jest prawdą… Co innego, jeśli to samo wypowiada ktoś inny.
To właśnie na to czeka narcyz, który udaje skromność. Jednakże, kto z nas nie pragnie pochwał?
Pascal: “Chcecie, aby ludzie mieli o was dobre mniemanie. Nie mówcie dobrze o sobie.”
* * *
“Metamorfozy” Owidiusza.
Mit o Narcyzie nabiera tu literackiej formy. Czy jednak możemy go traktować jako pochodną czegoś co jest głębiej, a mianowicie archetypu?
Co w nim jest?
Losy Narcyza i zakochanej w nim nimfy Echo są tragiczne: żadne z nich nie zazna zaspokojenia ani spełnienia. Oboje skazani są na alienację: Echo nigdy nie zespoli się ani z Naturą, ani z człowiekiem (powtarzając tylko to, co dotrze do niej z zewnątrz). Narcyz zatopi się zaś we własnym odbiciu i znajdzie tam śmierć (niezdolny do otwarcia się na świat i pokochania go – ani czegokolwiek, co jest poza nim, na zewnątrz).
Mit o Echu i Narcyzie wskazuje na to, iż rzeczywistość jest zbiorem elementów, które do siebie nie przystają.
Zwróćmy uwagę, że mitologiczny Narcyz (podobnie jak Echo), nie wywołuje w nas odrazy (ani nawet niechęci). Nie wydaje się też nam śmieszny. Budzi natomiast nasze współczucie, może nawet sympatię.
Czyż nie dzieje się tak dlatego, iż podświadomie odnajdujemy w nim wszystkie nasze zawiedzione miłości – zarówno te, w których kochamy kogoś innego, jak i tę, w której kochamy samego siebie?
* * *APENDYKSA OTO “NARCYZ” HERBERTA:
“Ten mit tkwił we mnie całe dziesięciolecia, tkwił, ale nie rósł, nie rozwijał się jak piąstka niemowlęcia wokół nieruchomej grzechotki.Cóż można bowiem powiedzieć o Narcyzie? Że był, że był piękny, że zapatrzył się w swoje odbicie w sadzawce i rażony pięknem utonął. A gdzież wzniosły przekaz, przesłanie, morał? Gapi się w wodę i nagle – chlup. W sam raz na modne haiku, które propagował przed laty pewien klasyk, aby powściągnąć wodolejstwo poezji rodzimej. W istocie mit był nieznośnie statyczny. Tkwił.Czyniono wszakże próby ożywienia Narcyza. Wymyślono mu nerw, nerw oczywiście erotyczny. W Narcyzie zakochała się nimfa leśna – Echo. Z niewiadomych przyczyn Narcyz odrzucił tę miłość i Echo z żalu została bóstwem leśnych ustroni. Wycieczkom otyłych mieszczuchów odpowiadało – imię.I tak nimfa stała się stewardesą natury.Jak widać, brak Narcyzowi zarysu charakteru, czy choćby zalążka winy tragicznej, by można go było traktować poważnie i tropić jego losy naszym współczuciem lub gniewem. Tłumaczyć może on najwyżej imię kwiatu, uwodzicielskiego oczywiście, ale róża, która nie ma swojego kawalera i trubadura, jak wiadomo – obywa się bez mitów.I jaka była kolejność? Zapewne olśnienie nowym zjawiskiem natury, poszukiwanie nazwy, wreszcie próba dopasowania anegdoty, bez której i tak istniał, więc była ona czymś przypadkowym i bez znaczenia, niekoniecznym. Tak więc Narcyz został emblematem tautologii.Taki los musiał spotkać Narcyza, którego jedyną cnotą była – uroda”.* * *Zbigniew Herbert (“Król mrówek. Prywatna mitologia”)
Listopad 14, 2009 o 2:51 am
Wydaje mi sie, że narcyzom trzeba współczuć. Nikt ich specjalnie nie lubi, ludzie nudzą sie w ich towarzystwie i starają sie go unikać. Wreszcie kiedy to dociera do narcyza, to już moze być za późno na pracę nad samym sobą. Narcyzm to branie, a jak powszechnie wiadomo dawanie jest dużo przyjemniejsze jak branie, więc życie narcyza nie jest wcale takie różowe.
Pozdrawiam
Listopad 14, 2009 o 8:59 am
MIziole, Ty piszesz o jakimś ewidentnym, klinicznym już przypadku narcyza. W moim wpisie jednak narcyzm potraktowany jest ogólnie – jako coś, co nie jest obce żadnemu człowiekowi, występujące wręcz jako siła ewolucyjna.
Narcyzm jest bez wątpienia jednym ze składników duszy każdego człowieka – ma też wiele niuansów.
Piszesz, że nie lubimy narcyzów. A ja Ci odpowiem, że są oni solą ludzkiego uwielbienia (chodzi mi o tzw. osoby publiczne, gwiazdy, bohaterów, twórców, artystów…); z tym, że zazwyczaj nie są oni postrzegani, jako narcyze, gdyż albo ten ich narcyzm nie rzuca się w oczy, bo jest skrywany, albo ich rzeczywiste, bardziej oczywiste przymioty i dokonania ów narcyzm przysłaniają.
(Nie lubimy narcyzów, którzy wg nas nie mają żadnych podstaw do swojego narcyzmu. Również tych, którzy są ewidentnymi samolubami albo takich, których milość własna nabiera już cech patologicznych.)
Myślę, że jakaś domieszka narcyzmu leży u źródła każdej ludzkiej kreatywności.
Listopad 14, 2009 o 2:38 pm
Ciekawy temat i świetnie się komponuje z Twoim innym tekstem, który ostatnio czytałam, tym o celebrytach. Ja przyznaję, że postać Narcyza nigdy mnie nie inspirowała – zbyt zapatrzony w siebie, żeby mógł być kimś ciekawym (chyba o tym też pisze Herbert?).
“Jesteśmy zlepkiem narcyzmu i niechęci do samego siebie.” Nic dodać, nic ująć. Smutne i prawdziwe.
Dzięki za obrazy, zwłaszcza Caravaggio – niesamowity, nie znałam!
Listopad 14, 2009 o 5:42 pm
No właśnie, nie chcemy za bardzo rozmawiać o tym narcyźmie, ktory jest – w różnych natężeniach – w nas wszystkich. Ja się zresztą temu nie dziwię – temat to dość drażliwy :)
Oczywiście, że narcyz – nazwijmy go – pełnokrwisty, sam w sobie nie może być dla nikogo inspiracją. Jest bowiem, jak to sama piszesz, zamknięty w sobie, czyli hermetyczny.
Ale już np. artysta, który ma w sobie pewien narcyzm, ale jest twórczy, może taką inspirację stanowić.
Listopad 15, 2009 o 6:11 am
Dzięki za Caravaggia, przepadam za tym malarzem.
Ja jednak nie wiązałbym Narcyza z celebrytą, dla mnie Narcyz to jest stan duszy, tymczasem celebryta jest cynicznym graczem mediów.
Listopad 15, 2009 o 8:35 am
Torlinie, chyba jedno nie wyklucza drugiego.
PS. “(…) celebryta jest cynicznym graczem mediów.”
Albo cyniczną grą mediów :)
Może też być zarazem jednym i drugim.
Listopad 15, 2009 o 9:30 am
Tak, ja nawet posunęłabym się bardziej, i napisała, że to “Bóg” jest na podobieństwo człowieka, a nie odwrotnie ;)
I w końcu nazwa “celebryta”, (tak ‘ukochana’ przez ciebie;) , to z. łac. celebrare, czyli ‘uczęszczać, często praktykować; powtarzać; sławić’. ;)
Tak , człowiek w gruncie rzeczy i całej swojej “masie”, jest “Narcyzem”. Narcyzm = egocentryzm , czyż tacy nie jesteśmy?…
Natomiast w mit. gr. Narcyz to piękny młodzieniec, który odrzucił miłość nimfy górskiej Echo; karząc jego pychę bogini Memezis sprawiła, że zakochał się w swym odbiciu w strumieniu; nazwany jego imieniem biały kwiat jest symbolem zimnej, nieczułej urody’. Hihiihi…
Zgodnie z tą definicją “celebryta” to osoba, która jest znana z tego, że jest znana.
Współcześni nasi idole, to głównie “narcyzy” i my ich wielbimy właściwie za nic ;)
No może właśnie za wygląd i stajemy na głowie żeby choć trochę upodobnić się do nich, czyż nie?…
Czy chcemy, czy nie, ta olbrzymiasta machina napędzona przez show business działa, a my jesteśmy przez nią wchłaniani, jeżeli już nie wchłonięci ;)
PS. Pędzę obejrzeć “Narcyzów”. Papa!
Listopad 15, 2009 o 10:30 am
Jula, ten wpis nie jest właściwie o celebrytach, choć temat narcyzmu rzeczywiście się z nimi kojarzy.
Jest o pewnym psychologicznym fenomenie, jakim jest występujący w każdym człowieku (w mniejszym lub większym stopniu) narcyzm, związany właśnie z miłością własną, (do której nie wypada się nam przyznawać, dlatego jest to temat drażniący).
Nie zgadzam się z tym, że współcześni idole “wielbieni są za nic”. O przyczynach idolatrii napisałem zresztą na Brain Graffiti w tekście “Współczesne mitologie” .
PS. Jeśli chodzi o mnie, to ja nie staram się upodobnić do żadnych “celebrytów”. Nie ma bowiem sposobu, abym się mógł stać podobny np. do George’a Clooney, czy Brosnana :)
Poza tym, robię wszystko, aby nie być “wchłoniętym” przez żadną machinę.
Listopad 15, 2009 o 10:36 am
Nie, Julu Pierwsza!
Piszesz: “Zgodnie z tą definicją “celebryta” to osoba, która jest znana z tego, że jest znana.”
Współcześni nasi idole, to głównie “narcyzy” i my ich wielbimy właściwie za nic ”.
Ja bym napisał: “Zgodnie z tą definicją “celebryta” to osoba, która jest znana z tego, że jest znana.
Współcześni nasi idole, to głównie “celebryci” i my ich wielbimy właściwie za nic. ”
Listopad 15, 2009 o 11:21 am
Do Torlina :)
Tak, tyle, że ja zacytowałam def. sformułowaną przez Daniela Boorstina w 1961 roku: “celebryt to osoba, która jest znana z tego, że jest znana”.
Do Amicusa,
Tak, ja czytałam ten Twój teks pt.”Współczesne mitologie”.
Napisałam tam swój komentarz i ten mój komentarz tutaj jest niejako nawiązaniem do tamtego, bo wydaje mi się ,że “gwiazda”, “celebryt” i “narcyz” – mają dużo wspólnego ze sobą, tak w sensie psychiki, jak i urody a być może jedno z drugim powiązane?…
Dlaczego to ja tak rozumiem, napisałam w swoich komentarzach, tak mi się wydaje. ;)
pa , pa *-*
Listopad 15, 2009 o 12:07 pm
A ja wolałbym jednak podyskutować o czymś innym, niż o tych nieszczęsnych… brrr! – “cerlebrytach”.
Np. o psychologicznych niuansach narcyzmu; o tym jak każdy daje sobie radę z miłością własną, o tej występującej w nas mieszance narcyzmu i niechęci do samego siebie; o micie Narcyza, o widzeniu Herberta… Ech…
Listopad 15, 2009 o 12:29 pm
No cóż.Teraz jest era, epoka celebrytów. Jak by tego zjawiska nie nazwać ;)
Właśnie pędzę oglądać w polskiej TV, ;) “Tańce z gwiazdami”.
Nikt z nich nie umie tańczyć, no poza zawodowymi tancerzami, chyba, ale się kibicuje. Hahhaha…
Listopad 15, 2009 o 12:58 pm
Właśnie tego typu “shows” ludzie lubią – dla tzw. “rozrywki”. Również dlatego, że to ich zwalnia z myślenia, zabija nudę, wypełnia pustkę życia, podmalowuje nieco szarą rzeczywistość…
Listopad 15, 2009 o 1:03 pm
Tak, i pracujemy na tak zwana oglądalność, a oni “celebryci” takie pieniądze zgarniają. ;D
No to czekam, aż Ktoś głębiej spojrzy na TEMAT !
Listopad 16, 2009 o 2:15 am
Co do słowa “celebryta” mi osobiście ono samo się podoba, jest ładnie spolszczone i ma poprawną pisownię. Ale sam temat nie jest dla mnie szczególnie interesujący. Co do Twojego wpisu – mam wrażenie, że jest tu dużo wątków ale mnie najbardziej skłania do myślenia ten o miłości i niechęci do samego siebie. Napisałam, że to smutne, ale po głębszym zastanowieniu myślę, że może gdyby nie ta odrobina niechęci, narcyzm nie byłby już niczym powstrzymywany, ego bezkrytycznie mogłoby puchnąć i rosnąć. Może jednak ciągły wewnętrzny krytykujący głos jest bardzo potrzebny, daje trochę pokory i dystansu do siebie.
Listopad 16, 2009 o 11:23 am
Mnie “celebryta” zbytnio się nie podoba, może dlatego, że widzę tutaj jakąś sztuczność, pustotę, próżność, “blichtr” i “hype”… (Innymi słowy, kojarzy mi się to określenie ze zjawiskiem, którego za bardzo nie lubię. Dawno bowiem wyrosłem z wieku nieopierzonego, kiedy na makatce nad swoim łózkiem wywieszałem bardziej lub mnie rozebrane podobizny aktorek, w których się wówczas podkochiwałem. ;) )
Masz absolutnie rację z tym dualizmem miłości i niechęci do nas samych: jest to pewien samoregulujący się mechanizm psychologiczny.
W odpowiednich dawkach jest nam potrzebna zarówno miłość własna, jak i niechęć do samego siebie. Pierwsza wzmacnia to, co uważamy w sobie za pozytywne, dobre i pożądane; druga zaś zwraca nam uwagę na to, czego w sobie nie akceptujemy, co chcielibyśmy zmienić, poprawić, z czym czujemy się źle i niewygodnie.
Ważna jest zarówno akceptacja samego siebie (to, by dobrze się mieć, będąc ze sobą sam na sam – przypomina się stara śpiewka zespołu “Homo Homini”, bodajże ;) ); jak i krytycyzm wobe siebie samego, (który zapobiega przerostowi własnego “Ego” właśnie, nieznośnemu zarozumialstwu, nadmiernemu samolubstwu i popadnięciu w kliniczny już stan narcyzmu).
Listopad 16, 2009 o 7:08 am
Amicusie,
muszę ze dwa razy przeczytać Twój post, żeby zdobyć się na komentarz :) Po pierwszym razie jestem przekonana, że nic więcej na ten temat nie da się powiedzieć: wszystkie wątki przemyślane, obrazy wybrane, najlepsze utwory poetyckie wskazane! Przyczepić się do czegokolwiek też niepodobna :P
No ale dałam sobie trochę czasu i…
Wg mnie narcyzm to nie to samo co miłość własna.
Nawet jeśli będziemy odrywać po kawalątku jednego czy drugiego, ich smaki i wartości odżywcze będą różne :)
“Kochaj bliźniego swego jak siebie samego” w żadnym wypadku nie karmi się narcyzmem!
Narcyz z założenia kocha TYLKO siebie, a właściwie nawet nie siebie, tylko swoje odbicie i to w tafli wody, drgającej, zmiennej. Więc Narcyz nie kocha nawet siebie (bo cóż to za miłość, raczej ślepe, puste zapatrzenie, zauroczenie) ani nikogo innego.
Ładnie byśmy wyglądali gdybyśmy wszyscy byli wyposażani w ten rodzaj “miłości”, ogromnie wynaturzonej :))
Natomiast absolutnie się zgadzam z tym, że człowiek który sam siebie ma w nienawiści, nie potrafi kochać nikogo innego, no przynajmniej nie w tym pełnym, zdrowym rozumieniu miłości (“cierpliwej, nie krzywdzącej, wybaczającej, nie zadroszczącej”… itd).
Konkluzja – gdy ktoś ma kompleksy, powinien się z nich leczyć ko-nie-cznie, jeśli sam chce być szczęśliwy i tego samego życzy bliskim (a przynajmniej nie chce ich unieszczęśliwiać).
Ukłony, uklony :))
Listopad 16, 2009 o 11:37 am
Oczywiście Salino, że biblijne zalecenie “Kochaj bliźniego swego jak siebie samego” nie karmi się narcyzmem, ale już sama miłość własna – owszem. Nie jest to jednak “narcyzm” par excellence, ale jakiś element narcyzmu.
Chcę tutaj jeszcze raz oddzielić narcyzm, który jest dla mnie narcyzmem “klinicznym” (a na taki cierpiał właśnie Narcyz mityczny), od tendencji narcystycznych, które są w każdym człowieku, a które mogą nawet pełnić pozytywne funkcje w naszej psychice… o tym pisałem powyżej w odpowiedzi na komentarz Czary).
Zgadzam się z Tobą: miłość Narcyza do siebie samego to żadna miłość. Choćby dlatego, że odgradza go ona od świata, jest też ponadto czymś na wskroś destruktywnym.
Listopad 17, 2009 o 10:08 am
Właśnie Amicusie, ta miłość jest destruktywna. I nic w tym dziwnego, wszak Narcyz został nią u k a r a n y.
Dlatego uważam, że nasza miłość własna co to ją wszyscy posiadamy (jak słusznie podkreślasz), nie ma z narcyzmem wiele wspólnego, to inny rodzaj miłości po prostu, z innych składników stworzony :)
Miłość własna pozwala chronić siebie samego, dbać o siebie, o swoje życie, zdrowie, wygląd, rozwój, wykształcenie, powodzenie, byt, prokreację, zadowolenie… – więc dobrze że jesteśmy w nią wyposażeni, bez niej nie chciałoby się nam nic robić, ani nawet żyć.
Natomiast zakochać się we własnym wyglądzie jak Narcyz?…
Kto wie, może takie pragnienie leży u podłoża niektórych “fiksacji” i chorób? Myślę o anoreksji np.
Mnie nie wydaje się, żeby to była ta miłość własna którą chcielibyśmy “kochać siebie samego” i jaką chcielibyśmy obdarzać ukochanych i “bliźnich”. Poza tym, co wtedy z tymi którzy uważają się za ewidentne brzydkich? A nie sadzę, by się przestali lubić z tego tylko powodu :)
To, że chcemy ładnie wyglądać, podobać się, nie znaczy, że od razu zakochani jesteśmy w swoim w y g l ą d z i e, i że tylko wygląd ma dla nas znaczenie.
Nie upieram się przy tej swojej klasyfikacji “zakochań”, próbuję wyjaśnić tylko swój punkt widzenia.
Niezmiennie ciepło pozdrawiam :)
Listopad 18, 2009 o 10:03 pm
Ależ Salino, oczywiście, że nie chodzi tu tylko o wygląd. To byłaby trywializcja. Zresztą, nawet jeśli człowiek jest mało (wedle obiegowych stanardów) urodziwy, to działają przecież mechanizmy kompensacyjne.
Mit o Narcyzie jest tylko pewną hiperbolą, której nie można traktować dosłownie.
Masz zupełnie rację w tym, co napisałaś o miłości własnej. Zdecydowanie częściej problemy psychiczne występują wtedy, gdy człowiek przestaje znosić samego siebie, niż wtedy, kiedy siebie uwielbia. Wówczas terapia polega głównie na tym, by ktoś polubił samego siebie – czyli, innymi slowy, by zaczął dbać o siebie i o swoje życie.
Listopad 17, 2009 o 3:58 am
Ośmielam się tutaj odezwać, do tej pory tylko czytałam :)
Narcyz to kwiat bardzo potrzebny. Bez niego nie rozwijałaby się kultura. Cudzy narcyzm na ogół mi nie przeszkadza (jeśli ten ktoś mnie nie krzywdzi). Własny – czasem mi szkodzi.
“Kochaj bliźniego jak siebie samego” – może za często zapominamy, że znaczy to również, że kochaj go n i e b a r d z i e j niż siebie?
Narcyzmu nie nazwałabym “korzeniem psychopatii”, te kwiaty rosną z cebulek ;)
Narcyzm może leżeć u podłoża psychopatii, ale może też być jej następstwem. Nietrudno pomylić przyczynę ze skutkiem…
Listopad 17, 2009 o 8:50 am
Defendo, ciekawiło mnie, jak ten temat będzie odebrany. Zwykle przecież, unikamy rozmowy o tak drażniącej – mimo wszystko – kwiestii, jak miłość własna. Obiegowa opinia jest taka, że nie lubi się ‘narcyzów”, choć już sam Narcyz mityczny nie budzi takiej niechęci. Dlatego, nikt nie jest skory przyznawać się, już nie piszę, że do swojego narcyzmu, ale nawet do tej narcystycznej domieszki, którą przecież każdy z nas posiada.
Poza tym, podejmując ten temat, wiedziałem co ryzykuję: np. to, że i na mnie ktoś może popatrzeć z tej perspektywy :)
Lecz ja się nie boję – więc i nie unikam – drażliwych tematów. Homo sum, humani nil a me alienum puto. ;)
Listopad 17, 2009 o 12:09 pm
Nie unikam żadnych tematów, wychodząc z założenia, że nie temat jest niewłaściwy, ale czyjeś/moje do niego podejście.
Jasne, że każdy z nas jest trochę narcyzem. Na szczęście! Całkowity brak tej cechy uniemożliwiłby jakąkolwiek kreatywność. Jesteśmy też trochę makiawelistami. Całkowity brak tej cechy skazałby nas na kompletną samotność, a jesteśmy przecież zwierzętami społecznymi. I jesteśmy trochę altruistami. I jesteśmy… ;) dzięki temu – jesteśmy!
Listopad 18, 2009 o 10:08 pm
Wygląda więc na to, że ratuje nas to “trochę” ;)
Listopad 17, 2009 o 2:07 pm
“Czyjś narcyzm wziął górę nad naszym.
Rzadko wybaczamy taką zniewagę.”
Mógłbyś może rozwinąć. Wymaga moim zdaniem rozwinięcia.
t.
Listopad 17, 2009 o 3:46 pm
Telemachu, pozwolisz, że odpowiem znanym – można powiedzieć, że klasycznym już – aforyzmem La Rochefoucauld:
“Tym, co sprawia, że próżność innych jest dla nas nieznośna, jest fakt, że uraża ona naszą własną.”
Moim zdaniem, tego się rozwijać nie musi, boć “mądrej głowie dość dwie słowie” :)
Tak, tak… wiem, że możesz odpowiedzieć, jak kiedyś: “La Rochefoucauld jest istotnie dobry na wszystko. Ten cytat jest doskonałym przykładem tzw. wypowiedzi uniwersalnej. Zastąp próżność głupotą i też będzie funkcjonował. Zawsze funkcjonuje.”
Otóż sądzę, że funkcjonuje nie zawsze. No bo to by było mniej więcej tak: ““Tym, co sprawia, że głupota innych jest dla nas nieznośna, jest fakt, że uraża ona naszą własną.”
Moim zdaniem, jeśli już coś ma urażać, to nie głupotę, ale coś wręcz przeciwnego: naszą mądrość i rozsądek (no bo także i to, każdy z nas – niewiele, bo niewiele – ale jednak ma).
Pamiętam również i to, że aforyzmy La Rochefoucauld raczyłeś nazwać “chusteczką jednorazowego użytku”.
Telemachu, tą “chusteczką jednorazowego użytku” ludzie podcierają się już od ponad 350 lat! :) Wygląda więc na to, że jest ona nie do zdarcia!
Listopad 20, 2009 o 6:19 pm
Nie o to mi chodziło. Sformułowanie było dla mnie niejasne bo nie wiadomo było czy to mówi podmiot liryczny, czy jest to refleksja ogólna autora. :-)
Teraz już wiem, że była to parafraza bonmotu markiza de La R.
Trauma.
I tu – jak sądzę – powinniśmy sobie coś wyjaśnić.
La R. trudno na jakimś etapie nie uwielbiać. Jego aforystyczne bonmoty są genialne w swej uniwersalnej błyskotliwości. Dlaczego porównałem je do chusteczek jednorazowego użytku? Używane są bowiem zbyt często w charakterze chusteczki higienicznej jednorazowego użytku. Tutaj się uprę. La Rochef. został przez 200 lat zajeżdżony na śmierć przez tłumy grafomanów zdobiących jego piórami własne, szare kupry bełkotliwej korespondencji, napuszonych wpisów do sztambuchów i nudnych wstępniaków. Nie jego wina? Pewnie że nie. Tak samo nie jest winą Rodrigo że mu to jego Adaggio z Concierto de Aranjuez ckliwi cwaniacy od muzyki do windy i galerii handlowej zajeździli na śmierć.
Niewinny – ale skazany ten Rodrigo. Podobnie z François de La Rochefoucauld – tutaj książe może mieć pretensje do rzeszy grafomanów podpierających się jego aforyzmami jak laską.
P.S. Coś Ty taki pamiętliwy?
Listopad 20, 2009 o 10:17 pm
Telemachu,
Wierz mi albo nie, ale ja nie parafrazowałem bonmotu La R.
On mi przyszedł do głowy później, a konkretnie w momencie Twojego zdziwienia tą frazą.
Tam jest – może zbyt okrężnie – wyrażona dość prosta myśl: nasze wady odkrywamy (dość ochoczo i dość łatwo) u innych ludzi i to nam zawadza, (bo przypominają nam o naszych). W gorszych przypadkach, nie potrafimy się nawet do nich przyznać, ale i tak – podświadomie już – wiemy, że one w nas są – i to nas bodzie.
I to wszystko. Opisany tu został dość powszechny mechanizm psychologiczny.
Zgadzam się z Tobą, że nawet arcydzieło można komuś zohydzić – przez podróbki, plagiaty, tzw. trawestacje, inspiracje, trywializacje, puszczanie w windach, wieszanie reprodukcji gdzie popadnie… etc.
Chociaż, samo arcydzieło przecież, arcydziełem być nie przestaje.
Jeśli tu coś zawiniło, to nasza skatowana conieco percepecja.
Listopad 17, 2009 o 5:15 pm
“Dążenie do tego, aby być pierwszym, by zostać zwycięzcą, by stworzyć najpiękniejsze dzieło… to wszystko związane jest z narcyzmem”
Ta strona narcyzmu jest ważną częścią silnika. W końcu pojazd musi jechać do przodu.
Listopad 17, 2009 o 5:49 pm
George Eliot, widzę, że z mojego cytatu zginęły te słowa o pragnieniu zdobywania urodziwych kobiet :)
Tylko czy to wszystko nie odnosi się bardziej do ludzkiej próżności i chęci dominowania nad innymi, niż do narcyzmu? Sam nie wiem.
Jest to chyba również sposób manifestowania światu tego, że jesteśmy warci tyle, ile warte są obiekty, które udało się nam zdobyć. Czyli, że jesteśmy… piękni i wspaniali (posiadając to możemy potwierdzić nasze narcystyczne, dobre mniemanie o nas samych).
(Oczywiście piszę o sytuacji jak najbardziej hipotetycznej ;) )
Listopad 18, 2009 o 7:59 am
Nasze czasy są epoką narcyzmu. Mit o Narcyzie jest głębszy niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Nikt nie widział własnej twarzy. To, co dla nas najbliższe i najbardziej własne, co najbardziej plastycznie uwidocznia nasze “ja”, możemy poznawać tylko poprzez lustrzane odbicie. Próbujemy dostać się za lustro, pod gładką taflę, która odbija naszą twarz. Ale pod jej powierzchnią zieje głębia, obfita w rafy. Narcyz, olśniony odkryciem swego oblicza, był do tego stopnia zafascynowany powierzchnią, że zapomniał o głębi – a to przesądziło fatalnie o jego losie.
Wezwanie “poznaj samego siebie” prowadziło starożytność do fascynacji Jednym, które trwa nieruchomo za kulisami rozedrganej i zmiennej różnorodności. Tęsknota do tego, co stałe, prowadziła do lekceważenia konkretu. Głębia pod nieustannie pofałdowaną powierzchnią świata stała się wskutek tego samoistnym “tamtym światem” – jedynym prawdziwym i rzeczywistym. Idee i kategorie zaczęły władać codziennością, która stała się tylko chaotycznym rojem cieni.
Listopad 19, 2009 o 10:26 am
Wróciłem niedawno do “Mitu Syzyfa” Alberta Camusa.
I znalazłem tam coś, co koresponduje z podjętym tu tematem.
Oto co Camus pisze o tzw. “wielkiej miłości”, w której ktoś się “zatraca”, rezygnując tym samym z całego życia osobistego:
“Jedno uczucie, jedna istota, jedna twarz – i nic nie zostaje”.
Tak więc, owa “wielka miłość”, ma wiele wspólnego z miłością Narcyza, tyle że jest zwrócona ku innej osobie. Czy jednak wówczas kocha się tę konkretną osobę, czy też raczej tylko wyobrażenie o niej, (które nazwać można zwierciadlanym odbiciem naszej świadomości)?
Camus, tej miłości monogamicznej, przeciwstawia repetywną miłość Don Juana, w której cały czas zmienia się jej obiekt: “Don Juan zna inne uczucie i jest ono wyzwolicielskie. Ta miłość przynosi ze sobą wszystkie twarze świata; jest pełna niepokoju, bo wie, że przemija.”
Oczywiście, że są to skrajności. Ale to one wyznaczają granice.
Październik 31, 2010 o 11:23 am
Narcystyczne skłonności nie muszą być jednak postrzegane jako dewiacja naszej psychiki. Pod warunkiem oczywiście, że nie będą dotyczyły własnej wizualizacji. Chociaż przekonanie o wyższości własnej urody może jest lepsze niż kompleksy, to jednak nie powoduje przypływu ani krzty obiektywizmu. Jeśli z gatunkiem ludzkim ma być wszystko ok., to eksponować powinniśmy raczej własne zalety charakteru, a nie przychylność “rzeźbiarki – natury”.
Heinz Kohut, twórca wielu rozpraw na temat narcystycznych zaburzeń, podzielił owe inklinacje na dwa zasadnicze gatunki, tj. na narcyzm zdrowy, czyli taki, który, poprzez trochę egoistyczne skłonności próbuje poszerzać własne zdolności, zaspakajając nie tylko swoje, ale przede wszystkim potrzeby innych, oraz na narcyzm patologiczny, wyrażający się tylko w zaspakajaniu własnej próżnej jaźni.
Współczesna odmiana narcyzmu podlega już zupełnie innym uwarunkowaniom. To nie to, co wpatrywanie się we własne oblicze chłopaka z mitologii greckiej. Dzisiaj opętani jesteśmy pragnieniem skupiania uwagi bliźnich na własnej osobie, bez względu na to czy przedstawiamy sobą jakąś wartość czy nie. Najważniejsze, aby ktoś docenił nasze walory. Szkoda tylko, że nie zastanawiamy się nad tym, jak niedoskonałym tworem jest człowiek. To, co nam wydaje się nieskazitelnym i pięknym, u osób z prawidłowo rozwiniętą psychiką może być postrzegane jako przeciętność. Tylko jak to powiedzieć wszystkim zarozumialcom, którym lusterko wrosło w rękę?
Styczeń 28, 2011 o 8:23 am
Ładnie i ciekawie na ten temat napisano tutaj:
http://bajorkowo.blog.onet.pl/1,AR3_2009-06_2009-06-01_2009-06-30,index.html
Oto fragment:
Luty 21, 2011 o 12:19 pm
Czy Narcyz, będący – co już ustaliliśmy – człowiekiem niezbyt silnego charakteru, wpatrując się w tamten piękny poranek w wodę, tęsknił za samym sobą, czy też tylko za tą powierzchownością, którą daje pozór piękna, ukrywając jednocześnie prawdziwe zmartwienia? Czy były to spojrzenia pełne samozachwytu, jak nam każą wierzyć malarze – czy może tylko lęku? Bo przecież kwiaty nie wyrastają z próżności. One są nagrodą za poszukiwania tego, co jest warte choćby chwili refleksji. Chociaż jednej małej chwili.
Więcej: w pytaniach bez większego znaczenia.
Wrzesień 7, 2011 o 1:29 pm
“Zakorzeniło się już przekonanie, że Narcyz zakochany jest sam w sobie, że popadł w egocentryczne samouwielbienie. Źródła podają jednak wyraźnie, że Narcyz nie zakochał się w sobie. Mit mówi, że pokochał on nieznajomego młodzieńca, a dopiero później zorientował się, że to jego własne odbicie. Z uwagi na przepowiednię, jaką usłyszała jego matka, zapewne Narcyz nie wiedział, czym jest lustro. Miał nigdy sam siebie nie zobaczyć, można więc śmiało założyć, że spotkanie z własnym odbiciem było jego pierwszym kontaktem z jakimkolwiek zwierciadłem.
Powszechne jest przekonanie, że miłość narcystyczna jest miłością egoistyczną. Tymczasem mityczny Narcyz pokochał młodzieńca z lustra miłością czystą i bezinteresowną. Zauważmy, że nie rości on sobie żadnych pretensji, nie ma żalu, że obiekt jego miłości nie odwzajemnia jego uczuć. Jego miłość jest nawet niewinna. Narcyz po prostu kładzie się na trawie przy „źródle czystym jak srebro” – a więc w zasadzie dziewiczym – i wpatruje się w swojego oblubieńca. Nie jest ani zaborczy, ani napastliwy w swoich uczuciach. Szanuje fakt, że obiekt jego uczuć jest nieuchwytny i ulotny.
Winą Narcyza nie było to, że kochał sam siebie (przekonany był, że to ktoś obcy), ale to, że odrzucał rzesze zalotników, nierzadko doprowadzając ich do rozpaczy, a nawet desperackich samobójstw. Zawinił tym, że gardził zalotami i nie liczył się z cudzymi uczuciami. Jeśli związałby się z kimś ze swoich wielbicieli i wielbicielek, to prawdopodobnie żyłby długo i szczęśliwie – zgodnie z resztą z przepowiednią wieszczka. Tymczasem natknął się na doskonałość, na nieosiągalne złudzenie.” (Anna Pawluk)
Więcej: TUTAJ.