WYPRAWA NA ZACHÓD (Dzień 14: DIABELSKA WIEŻA – CZARNE WZGÓRZA – HARLEY’OWCY)

Poniższy tekst opisuje podróż jaka odbyła się latem 2009 roku. Można go znaleźć na moim pierwszym blogu, lecz postanowiłem opublikować go również na stronie „Wizji”. Opisy poszczególnych dni naszej podróży powstawały „na gorąco” i były publikowane sukcesywnie – i oczywiście „na żywo” – niemal każdego dnia naszej eskapady – stąd być może pewne niedociągnięcia stylistyczne, może nawet rzeczowe. Niewykluczone, że ów (swego rodzaju) dziennik podróży może się przydać tym, którzy sami planują podobną przygodę i pragną na własne oczy przekonać się o pięknie i niezwykłości amerykańskiej ziemi.

Codziennie na blogu będzie się ukazywał kolejny etap naszej ponad dwutygodniowej podróży.

.

Stany Zjednoczone Wyprawa na Zachód - trasa

*

Zapraszam wszystkich na włóczęgę po Ameryce.
Kilka dni temu przyleciała do Chicago (miasta, w którym aktualnie mieszkam) moja siostra wraz z całą swoją rodziną (mąż i dwie córki). Po częściowej aklimatyzacji porywam ich wszystkich na amerykański Zachód. Nasza podróż będzie trwała ponad dwa tygodnie. Wyruszamy już jutro, tj w sobotę 25 lipca, wcześnie rano. Jeszcze tego samego dnia musimy przejechać Wielkie Równiny – pierwszy nocleg planujemy w Kolorado, u podnóża Gór Skalistych.
Trasa naszej wycieczki będzie przebiegać przez następujące stany: Illinois, Iowa, Nebraska, Kolorado, Utah, Arizona, Nevada, Kalifornia, Idaho, Wyoming, Montana, Dakota Południowa, Minnesota, Wisconsin… Po drodze zobaczymy m. in. Wielki Kanion Rzeki Kolorado, parki narodowe Utah (Zion, Bryce, Arches), Dolinę Monumentów, Sedonę, Las Vegas, Dolinę Śmierci, Wielkie Słone Pustynie, Grand Teton, Yellowstone, Diabelską Wieżę, Czarne Wzgórza, rzeki Missisipi i Missouri…

Nie muszę chyba pisać o ekscytacji i gorączce podróży jaka właśnie nas ogarnia. Jeśli wszystko będzie przebiegać pomyślnie, to postaram się o zamieszczanie tutaj krótkich wpisów, tak by można było śledzić nasze losy i poczynania (skierowane to będzie nie tylko do naszych rodzin, znajomych i przyjaciół, ale i do wszystkich tych, którzy odwiedzają tego bloga i których to zainteresuje).
Oczywiście będzie to uwarunkowane dostępem do internetu, jak również ogólną kondycją, samopoczuciem i – naturalnie – czasem.

Cóż… wypada tylko życzyć sobie szerokiej drogi :)
I do usłyszenia!

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

*

DZIEŃ 1: WIELKIE RÓWNINY

„Go West Young Man” – pisał Horacy Greeley w połowie XIX wieku, zachęcając do podboju amerykańskiego Zachodu, wówczas jeszcze niemal dziewiczego i pół-dzikiego, będącego ziemią wolnych Indian i nieprzebranych stad bizonów pasących się na preriach.
Były to czasy, kiedy tysiące białych osadników – pionierów – ruszyło po wyboistych bezdrożach wgłąb kontynentu w poszukiwaniu lepszego życia, które zawsze wydawało się być wszędzie tam, gdzie ich jeszcze nie było.
Wędrówka, będąca wszystkim tylko nie romantyczną wyprawą, jaką kreowały amerykańskie mity podboju, trwała kilka miesięcy – w trudzie, znoju i mordędze – dziesiątkując po drodze osadników.

Dzisiaj tę odległość pokonaliśmy w kilkanaście godzin, przemierzając Wielkie Równiny dawnym, biegnącym wzdłuż rzeki North Platte, szlakiem Mormonów, który dzisiaj zwie się po prostu autostradą międzystanową I-80.
Z Wietrznego Miasta wyruszyliśmy skoro świt. Jazda przez stan Illinois trwała niespełna trzy godziny. Po przekroczeniu Missisipi znaleźliśmy się w Iowa, a po minięciu Missouri – w Nebrasce, gdzie czekało nas kolejne 400 mil do przebycia. Pod koniec dnia wjechaliśmy do Kolorado, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg in the Middle of Nowhere, czyli w zabitej sidingiem dziurze, w której – jak tu mówią – kojoty d. wyją.

Większość tej notki piszę jeszcze w czasie jazdy przez Nebraskę. Mijamy jakieś miejscowości o indiańskich, francuskich lub niemieckich nazwach, otoczeni płaskimi jak patelnia terenami, oblani morzem kukurydzianych pól. Rzadko rozsiane farmy, przypominające coś w rodzaju rakietowych wyrzutni silosy, latające „kukuryźniki” opryskujące bezkresne uprawy… no i naturalnie towarzyszące nam na autostradzie tysiące amerykańskich ciężarówek przypominających gigantyczne, lśniące, metaliczne zabawki dla dużych chłopców.

Życie nasze oddałem właśnie w ręce szwagrowi, który zresztą po raz pierwszy w życiu prowadzi samochód z automatyczną skrzynią biegów. Maszynę mamy niezłą – wielki, solidny, ale prowadzący się lekko SUV Chevrolet Tahoe. Nasze dziewczyny rozłożone na tylnych siedzeniach coś tam właśnie czytają, z głośnika płynie dość smętne country (no cóż, na wycieczkach staram się być wyrozumiały, tolerancyjny i spolegliwy).

Wielkie Równiny nie należą raczej do tych ekscytujących amerykańskich pejzaży. Wręcz przeciwnie – poraża ich monotonia, nudna powtarzalność, bezbrzeżna rozległość, „nic-nie-dzianie-się”, wielkie a mdłe (zwłaszcza dzisiaj) niebo.
Jednakże, kiedy 17 lat temu jechałem przez nie po raz pierwszy, nie sprawiały na mnie takiego wrażenia. Lecz to były czasy mojej konkwisty i odkrywania kraju, który zwabił mnie wówczas obietnicą wolności i przygody – właśnie tym bezkresem ciągnącej się po horyzont, niekończącej się drogi, ogromem przestrzeni, którą można się było zachłysnąć wydostawszy się ze zgrzebnej i szarej klatki PRL-u.

Dawno już tędy nie jechałem. Ostatni raz – około 9 lat temu. Później tę odległość pokonywałem zwykle samolotem – latając z Chicago do Denver, Phoenix, Los Angeles, Salt Lake City, Las Vegas, Reno, San Francisco, Portland lub Seattle. Niewiele się zmieniło przez ten czas. Może tylko mniej jest krów, rozwalających się stodół; więcej za to olbrzymich białych wiatraków, czy kilkusetmetrowych konstrukcji do podlewania pól. Tyle samo zaś upraw, pastwisk, topoli, kukurydzy, soi oraz… robót drogowych, które zwalniają nieco nasz pęd (wynoszący zwykle 130 km./godz.) Cała eskapada dopiero się rozpoczyna. Jutro czekają nas scenerie zgoła odmienne. I ta niewiarygodna, dramatyczna wręcz zmienność będzie nam już towarzyszyła właściwie do końca naszej dwutygodniowej podróży.

Licznik: 882 mile

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

.

DZIEŃ 2: GÓRY SKALISTE

Zmrok zapadł nagle – jak to w górach. Jesteśmy już po zachodniej stronie potężnego pasma Gór Skalistych, w których spędziliśmy większość dnia. Na nocleg do Grand Junction (miasteczko położone jeszcze w stanie Kolorado, tuż przed granicą z Utah), jest jeszcze około godziny jazdy.
Mam teraz chwilę oddechu, więc spróbuję jeszcze coś wykrzesać z mojego lekko umęczonego już mózgu i napisać tych parę słów o naszych dzisiejszych poczynaniach i wrażeniach (chociaż nie będzie to łatwe).

Rocky Mountains National Park to pierwszy park narodowy na naszej trasie (będzie ich jeszcze bodajże siedem.) Kilkadziesiąt tysięcy hektarów wydzielonych z górskiej wilderness, czyli „dziczy” – wraz z fauną i florą, która ostała się w stosunkowo nienaruszonym stanie od XIX wieku, kiedy to biały człowiek dokonał największych spustoszeń na tzw. Dzikim Zachodzie, wybijając wówczas niemal wszystkie drapieżniki, eksterminując wiele innych gatunków, wycinając lasy oraz eksploatując wszelkie możliwe złoża cennych kruszców i minerałów. Opamiętanie (a i to nie u wszystkich), przychodziło później, choćby wraz z rozwojem systemu parków narodowych, który stał się właściwie wzorem dla całego świata, jeśli chodzi o kontrolowaną rządowo ochronę środowiska naturalnego. Wprawdzie na cofnięcie się ekspansji ludzkiej cywilizacji w Naturę nie ma co liczyć, to jednak te (uspakajające nieco nasze sumienie) enklawy przyrody zakonserwowanej w rezerwatach, parkach czy sanktuariach są czymś ze wszech miar godnym poparcia.
Lecz o tym można by pisać długo, a na to raczej nie mogę sobie tutaj pozwolić.

Wspomnę jedynie, że dziś największym dla nas przeżyciem było pokonanie leżącej na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych przełęczy Trail Ridge, która wyniosła nas na niebotyczną (niemalże) wysokość 3723 m. n.p.m. (nota bene rekord naziemnej wysokości dla towarzyszącej mi rodziny). Lecz zanim to się stało, nad ranem musieliśmy przebyć jeszcze zachodnie kresy Wielkich Równin, następnie pełne wąwozów przedgórze, za którym majaczyły już w oddali pokryte wieczną zmarzliną granie i ośnieżone szczyty Gór (jak najbardziej) Skalistych.

Kiedy wjeżdżaliśmy na teren parku narodowego pogoda była jeszcze całkiem znośna, choć pobliskie doliny zaczęły się zapełniać sinymi kłębami mgieł i chmur, które – w miarę jak pokonywaliśmy coraz wyższe górskie strefy – coraz bardziej dobierały się nam do skóry. Na szczęście pogoda nie załamała się jeszcze na tyle, by uniemożliwić nam pokonanie dość krótkich wprawdzie ale położonych za to na dużej wysokości, pieszych szlaków. Była więc okazja by przyjrzeć się roślinności, którą tutaj nazywają alpejską tundrą. Z bliska widzieliśmy świstaki, z daleka zaś – olbrzymie stado łań i jeleni wapiti. Nie zabrakło także łosi, chociaż owce gruborogie (będące zwierzęcym symbolem Gór Skalistych) już gdzieś się pochowały (o czarnych niedźwiedziach – baribalach nie wspominając).

Mały dramat zaczął się kiedy zaczęliśmy zjeżdżać z przełęczy – już po zachodniej stronie Wododziału Kontynentalnego. Wokół nas rozpętała się gwałtowna burza, ogarnęły nas ciemności, a z góry lunęła na nasze głowy (a właściwie na dach samochodu) cała masa wody, dzięki czemu jazda zaczęła przypominać jakiś ekstremalny sport. Z wielkim trudem dotarliśmy do autostrady I-70. Wtedy deszcz przestał padać, świat się rozjaśnił i już w niejakim komforcie mogliśmy kontynuować naszą podróż na zachód.

Tak więc siedzę oto teraz w pędzącym przez noc wehikule, sącząca się z głośników Sarah Brightman uśpiła wszystkich… z wyjątkiem oczywiście kierowcy. Mijamy właśnie Grand Junction. Do Fruity (czyli założonej jeszcze przez Mormonów „Owocarni”) gdzie mamy nocleg, zostało nam niecałe 14 mil. Czyli pestka!

Jutro znów czeka nas wielka odmiana: porośnięte lasem ciemno-zielone, rudo-szare zbocza Gór Skalistych pozostaną wspomnieniem, a ogarną nas płomienne żółto-pomarańczowo-czerwone scenerie Płaskowyżu Kolorado, ze swoją niepowtarzalną geologią, niewiarygodnymi formacjami skalnymi, zadziwiającymi tworami przyrody.
(A jeśli ktoś w tej chwili myśli, że ulegam przesadnej egzaltacji, to się myli, o czym zaświadczyć mogą tylko ci, którzy mieli to szczęście, by zetknąć się wcześniej chociażby z Wielkim Kanionem, Doliną Monumentów, czy niezwykłymi parkami narodowymi w Utah. To wszystko przed nami.)

Licznik: 1362 mile

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

.

DZIEŃ 3: ŁUKI SKALNE w UTAH

Pierwszy prawdziwy szok krajobrazowy czekał moich towarzyszy podróży dzisiaj, kiedy wjechaliśmy na Ziemię Kanionów w Utah.
I tutaj chciałbym napisać o moim „odkryciu”, którego dokonałem jeszcze przed laty, kiedy przemierzałem te rejony bawiąc się w pilota prowadzącego wycieczki po amerykańskim Zachodzie. Co ciekawe, nie znalazłem wtedy żadnej o tym miejscu wzmianki w przewodnikach, którymi się wówczas posiłkowałem. A wystarczyło zjechać z autostrady I-70 na lokalną drogę 128 (Exit 214) prowadzącą do Moab wzdłuż kanionu wyżłobionego przez rzekę Kolorado. Wprawdzie nie jest to jeszcze Kanion Wielki (tubylcy nazywają go bodajże Hal Canyon), ale moim zdaniem tworzy on jedną z najbardziej spektakularnych scenerii na kontynencie.
Niestety, żadne zdjęcie, żadne filmy, żadne słowa nie są w stanie oddać wrażenia, jakiego doznać można w bezpośrednim zetknięciu się z tym miejscem: wijąca się wśród stromych, wysokich na kilkaset metrów pomarańczowo-czerwonych klifów kolorowa rzeka, której brzegi porastają żółto-zielone krzewy i zarośla, zaś tło stanowią sterczące w oddali potężne skalne ostańce, przypominające jakieś zamki, wieże, kolumny, amfiteatry, mury obronne, twierdze…

Jednak chciałbym przy tej okazji wspomnieć jeszcze o innym miejscu, które zobaczyliśmy zaraz po zjechaniu z autostrady. Jest to „miasteczko”, które w moim rankingu najdziwniejszych (i najbiedniejszych) amerykańskich miast zajmuje jedno z czołowych miejsc. Nazywa się dziwowisko Cisco. Trudno je nawet nazwać miastem-widmem, bowiem nagromadzenie w nim przeróżnych złomów, ruin, ruder, wraków i baraków, walących się ścian, padniętych maszyn i urządzeń przywołuje do nas jak najbardziej materialne skojarzenia. Wygląda też na to, że mimo wszystko jest ono jednak zamieszkałe, o czym świadczą widoczne tu i ówdzie… anteny satelitarne i zaparkowane przy drodze samochody, (które chyba jednak są jeszcze na chodzie.)
Dla mojej rodziny to był doprawdy szok – tym razem socjologiczny. (Krajobrazowy miał nastąpić za kilka chwil, bowiem Cisco leży na owej samotnej drodze prowadzącej przez czerwoną pustynię do Kanionu Hala, o którym przed chwilą wspomniałem.)

Tak, tak… te amerykańskie kontrasty to temat godny osobnego (i szczególnego) potraktowania, co jednakże mogłoby rozdąć te notatki do lekko przerażających rozmiarów, a ja tu straszyć nikogo (i stresować) nie zamierzam, choć, jak widzę, to co miało być w tych notatkach tylko dygresją, rozrosło mi się do rozmiarów dłuższego wpisu.

A przecież główny temat dzisiejszego dnia stanowić miały niesamowite łuki skalne, które czekały na nas w Arches National Park. Łuki, o których całe moje towarzystwo już wiedziało wcześniej choćby ze zdjęć, z przewodników, z albumów, a nawet… z tablic rejestracyjnych Utah, na których widoczny jest tzw. Delicate Arch, będący zresztą (niejako) symbolem całego stanu.
W parku Łuków Skalnych spędziliśmy niemal cały dzień, bowiem jazdę zamieniliśmy na piesze wędrówki po licznych szlakach prowadzących do najciekawszych łuków i formacji skalnych. Już same nazwy mówią za siebie: Park Avenue, Windows, Double Arch, Landscape Arch, Pot Hole, Devils Garden, Fiery Furnace, Courthouse Towers, Balanced Rock, Garden of Eden…
Jak przystało na pustynię – było sucho i gorąco, żar lał się na nas z nieba, wypijaliśmy całe hektolitry wody, wsmarowywaliśmy w siebie całe kilogramy kremów przeciwsłonecznych, jednak dość dzielnie dawaliśmy sobie radę z liczącymi po kilka kilometrów szlakami. Najdłuższą i najbardziej chyba jednak wyczerpującą wędrówkę zostawiliśmy sobie na późne popołudnie, kiedy światło słoneczne zmiękło i nie było już tak mocne, dzięki czemu można było w miarę bezboleśnie przejść przez rozległą i otwartą skalną płaszczyznę, która w pełnym południowym słońcu zamienia się w jedną wielką rozgrzaną patelnię.
Był to właśnie szlak prowadzący do Delicate Arch.

Swoją drogą dziwnym mogłoby się wydawać to, by utworzony ze skały łuk – wielki, twardy i ciężki – nazywać „Delikatnym”. Kiedy jednak – pokonawszy dość forsowne podejście i zawieszoną nad przepaścią, prowadzącą po skalnej półce ścieżkę – odsłania się przed nami widok tego najsłynniejszego bez wątpienia skalnego łuku świata, bez mała oniemiejemy zadziwieni jego… wyrafinowanym kształtem i niemalże misterną budową.

Pod łukiem spędziliśmy ponad godzinę, spoczywając wraz z dziesiątkami innych ludzi na skale tworzącej coś w rodzaju skalnego amfiteatru – z Delikatnym Łukiem w miejscu sceny. I mimo że – jak ktoś zauważył – ten łuk tam tylko „siedział” i nic nie robił, to spektakl był zaiste pasjonujący, tym bardziej że światło zachodzącego słońca z minuty na minutę zmieniało kąt padanie i swoje natężenie, pociągając za sobą zmianę barwy samego łuku, jak również otaczającej go scenerii – wraz z majaczącymi daleko na horyzoncie górami La Salle.
Patrząc na ów skalny łuk zastanawiałem się także i nad tym, skąd biorą się te nasze doznania estetyczne w zetknięciu z tworami natury. (Myślałem o tym nie pierwszy raz, zresztą.) Czy to dlatego, iż my, tworząc naszą estetykę, naśladowaliśmy Naturę, w związku z czym może się w niej odbić – niczym w zwierciadle – nasz zachwyt? Czy też Natura sama dokonała niejako „zapisu” w nas pewnego kanonu – poczucia piękna, dzięki czemu możemy w niej owo piękno dostrzegać?
Ale, ale… to przecież temat do niewczesnych rozważań. Może kiedyś…

Wróćmy jednak do naszego itinerary.
Jutro wjeżdżamy na teren rezerwatu Indian Navaho. A to już Arizona. I kolejne nieziemskie widowisko: Dolina Monumentów!

Licznik: 1511 mil

Dolina Monumentów leży na terenie rezerwatu Indian Navaho w Arizonie

Dolina Monumentów – rezerwat Indian Navaho w Arizonie

.

DZIEŃ 4: DOLINA MONUMENTÓW

Grand Mesa, Valley of the Gods, Goose Necks (czyli przełomy rzeki San Juan), burza piaskowa, skalny Meksykański Kapelusz, deszcz i błoto w Dolinie Monumentów, powitanie Arizony, rezerwat Nawahów, pierwsze prawdziwe zetknięcie się z Indianami, zachód słońca nad Navajo Land….
To skrócona wersja historii naszego dzisiejszego dnia.
Niemal cały czas towarzyszyły nam scenerie jakby z innej planety, często też można było odnieść wrażenie, iż bierzemy udział w jakimś filmie, zwłaszcza podczas wycieczki z indiańskim przewodnikiem po Dolinie Monumentów.

Pierwsze mocniejsze emocje zaczęły się dla nas, kiedy przyszło nam zjeżdżać z płaskowyżu zwanego Grand Mesa do Doliny Bogów. Jakimś cudem udało się komuś wykuć drogę na pionowej, liczącej kilkaset metrów wysokości ścianie. Dozwolona prędkość na owej żwirowej drodze to 5 mil na godz. A to mówi samo za siebie. Kobiety zakrywały oczy nad przepaścią, muzyka Pink Floydów przenosiła nas w kosmiczne wymiary, ale w końcu znaleźliśmy się u stóp wielkiej ściany i wjechaliśmy na dno doliny, której niezmierzoną przestrzeń widzieliśmy wcześniej z krawędzi Mesy.

Valley of the Gods (Dolina Bogów) to takie preludium do Monument Valley. Jednak monumenty tu nieco mniej monumentalne, Indian raczej się nie uświadczy, spotkane samochody można policzyć na palcach jednej ręki… ale za to mogliśmy się już przyzwyczajać do czerwonego morza piasków, otaczającego nas – jak okiem sięgnąć – ze wszystkich stron.
Jednak czerwień to nie jedyny kolor, jakim zabarwione są tutejsze skały. Są nimi wszelkie odcienie błękitu, zieleni, fioletu, brązu… A wszystko ułożone we wzory godne prawdziwego malarza abstrakcjonisty.
I te niezwykłe rzeźby wokół!
Oto np. Meksykański Kapelusz (Mexican Hat) – niczym odwrócone do góry rondem wielkie kamienne sombrero spoczywające na szczycie stożkowatej skały. Oto wijące się niczym meander koryto rzeki San Juan, które przypomniało komuś wygięte gęsie szyje (Goose Necks), oto skała do złudzenia przypominająca profil Indianina, wysoką twierdzę, gigantycznego słonia…
Gdzieś po drodze złapała nas piaskowa burza (znowu debiut dla mojej siostry i jej rodziny). Cały kolorowy świat zrobił się nagle ciemny i szaro-niebieski. Byliśmy na szlaku, więc posypały się na nas potężne zwały piachu, wciskając się dosłownie wszędzie. Nasze włosy przybrały rudą barwę, w zębach zaczął zgrzytać piach, a oczy zrobiły się czerwone. Zaraz potem jednak zaczął padać deszcz – i to było nasze pierwsze mycie (z wielu) , mające na celu pozbycie się piachu.

Ta pogoda zmartwiła mnie jednak tylko z jednego powodu: pod znakiem zapytania stawała nasza wizyta w Monument Valley. A to przecież jedno z najwspanialszych miejsc na naszej trasie: leżąca na terenie rezerwatu Indian Navaho Dolina Monumentów jest bowiem bez wątpienia jednym z najbardziej spektakularnych i niezwykłych miejsc – nie tylko kontynentu Ameryki Północnej, ale i całego globu.
Jeśli chodzi o mnie, to od dziecka marzyłem o zobaczeniu na własne oczy tego zakątka Dzikiego Zachodu, który znałem jedynie z westernów (był to przede wszystkim „Dyliżans” Johna Forda, ale nie tylko…).

Na szczęście aura nieco się wyklarowała więc można było myśleć o zapuszczeniu się wgłąb Doliny. Byłem tu już wielokrotnie, ostatnim razem wjechałem do Monument Valley samodzielnie, lecz teraz zdecydowałem się, by towarzyszył nam indiański przewodnik. Bowiem tyko z uprawnionym do tego celu tubylcem można odwiedzić dalsze, a przecież niezmiernie ciekawe, zakątki Doliny. Tak też się stało.
I tutaj wielce żałuję, że brakuje mi miejsca i czasu, by dokładniej opowiedzieć o tym, co widzieliśmy (i przeżyliśmy) z naszym Howardem vel Husky’m (tak właśnie zwał się nasz Indianin) na zalanych wodą (sic!) i pogrążonych w błocie bezdrożach Monument Valley, i jak mocnych wrażeń ta eskapada nam dostarczyła. Podobnie jak nie jestem w stanie choćby poruszyć tematu dotyczącego Indian Ameryki Północnej, który mnie w czasach moich szczenięcych mocno zajmował, wręcz pasjonował.
Wspomnę jedynie o przepięknym (jak zwykle tutaj) zachodzie słońca, (który nigdy mnie jeszcze w Dolinie Monumentów nie zawiódł, bez względu na to jak paskudna byłaby pogoda w ciągu dnia.) To właśnie wtedy Dolina Monumentów staje się jednym z najbardziej malowniczych, wręcz mistycznych miejsc, jakie zobaczyć można na naszej planecie.

No cóż. Muszę kończyć, zbliżamy się bowiem do Tuba City – miejscowości, gdzie znajduje się nasz kolejny nocleg.
A jutro?
Najbardziej widowiskowa dziura w ziemi – Wielki Kanion!

Licznik: 1817 mil

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

.

DZIEŃ 5: WIELKI KANION

Sława Wielkiego Kanionu jest globalna. Kto o nim nie słyszał? Któż nie chciałby – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć na własne oczy ten „cud natury”? Podejrzewam, że pragnieniu temu nie oparliby się nawet ci, którzy są zupełnie niewrażliwi na piękno przyrody – choćby ze zwykłej ciekawości.
Nie jest to teraz takie trudne. Wystarczy tylko przybyć do Arizony, wsiąść do samochodu, autokaru a może nawet do pociągu i w ciągu paru godzin stanąć na krawędzi największego (choć nie najgłębszego) i jednego z najbardziej malowniczych kanionów świata. Dawniej nie było to takie trywialne. Aby się tu dostać, potrzeba było kilku dni jazdy konnej ścieżkami znanymi tylko żyjącym w tych stronach Indianom i traperom.

Kiedy uczestnicy jednej z pierwszych wypraw eksplorujących zachodnie rubieże Ameryki zobaczyli ogrom oraz przestrzenne rozpasanie Kanionu, stwierdzili, że jest on czymś tak odstraszającym, że są pewnie ostatnimi białymi, którzy chcieliby się tu zapuścić. Obecnie Wielki Kanion zwabia każdego roku ponad 4 miliony turystów.
Tak oto zmienia się nasza ludzka perspektywa.
Drzewiej ważne było tylko praktyczne podejście do przyrody, którą trzeba było okiełznać, gdyż było to konieczne do przeżycia. Dziś liczy się zaspokojenie własnej ciekawości, dotarcie do miejsc znanych, zobaczenie ich – co jest w pewnym sensie celem samym w sobie.
Możemy być natomiast pewni tego, że kiedy blisko pół tysiąca lat temu dotarli tu pierwsi Europejczycy (a konkretnie hiszpańscy konkwistadorzy pod wodzą Francisco de Coronado), postrzegli oni Kanion jedynie jako przeszkodę na drodze do legendarnych złotych miast Ciboli, które chcieli złupić.

Dziś Wielki Kanion jest dobrem wręcz bezcennym i bynajmniej nie mam tu na myśli tylko arizońskiej turystycznej komercji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że bezcennym tak, jak bezcenne są dzieła sztuki stworzone przez człowieka, bowiem, podobnie jak w nich, zamknięte jest w nim to, co uznajemy za piękno.

Swoje trzy grosze wtrąciłby też geolog, dla którego Wielki Kanion jest pasjonującą księgą z zapisaną w niej historią naszej planety. A sięga ona tutaj niewyobrażalnej dla ludzkiej percepcji czasu wielkości 2 miliardów lat (taki jest wiek najstarszych skał, jakie odsłoniły się na samym dnie Kanionu). Zresztą, nie możemy sobie nawet wyobrazić czasu, w jakim rzeka Kolorado zdołała wyrzeźbić swoje dzieło, choć w skali geologicznej jest to ledwie chwila: cóż bowiem znaczy te marne 5 milionów lat wobec owych miliardów lat istnienia Ziemi?

Kanion w ogóle jest tworem, który trudno jest człowiekowi ogarnąć, przyswoić, „zrozumieć”… Przede wszystkim – jeśli chodzi o ocenę jego kolosalnej wielkości – zawodzą nas nasze zmysły. Po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich parametrów, brak nam jakiegoś punktu odniesienia, by pojąć te proporcje. Chociaż wrażenie robią już suche liczby: długość kanionu – 450 km., szerokość dochodząca do 16 km., głębokość – 1600 m. Wyobraźmy sobie taki twór np. w Polsce. Ileż to by zajęło województw?

Jak ludzie reagują na widok Kanion?
Otóż różnie.
Podczas wielokrotnych wizyt tutaj zaobserwowałem różnorodne reakcje: od pojawiających się w oczach łez, do zupełnej obojętności (ktoś wolał sobie pójść na lody, niż podejść nad krawędź i rzucić okiem na Kanion.) Dwa ekstrema, każde jednak zawierające w sobie pewną dozę ekscesu. Między nimi rozciąga się spektrum ludzkiej wrażliwości na Kanion.

Niejednokrotnie zastanawiałem się od czego to zależy? Od jakiejś organicznej konstytucji człowieka, od czułości jego zmysłów, od stanu ducha, samopoczucia, od nastawienia, sugestii… ? Jaki to ma związek z inteligencją, a jaki z wiedzą? Bardziej to cecha wrodzona czy nabyta? Czy jest to prosta funkcja ciekawości świata, na stawienia doń, albo też – z drugiej strony – obojętności na estetyczne walory, jakie niewątpliwie posiadać mogą twory przyrody?

Przypomina mi się tutaj pewna anegdota. Pewnego razu gościem stanu Arizona był słynny marszałek francuski Ferdynand Foch. Kiedy zaprowadzono znamienitego gościa nad krawędź i pokazano mu Kanion, wszyscy byli niezmiernie ciekawi jego reakcji. Zapadło milczenie i każdy z towarzyszącej marszałkowi świty nadstawił ucha, oczekując jakichś wiekopomnych słów. Wtedy Foch odwrócił się i powiedział: „Let’s have a cup of tea”.

Nie jestem marszałkiem Fochem. Za każdym razem, kiedy docieram nad kanion, robi on na mnie niezmiennie wielkie wrażenie.
Także i dzisiaj cieszyłem się z tego kolejnego z nim spotkania. Mam nadzieję, że i zadziwienie moich towarzyszy podróży było autentyczne. W końcu spotykali się z Kanionem pierwszy raz w życiu.

Na południowej krawędzi Wielkiego Kanionu spędziliśmy niemal cały dzień, oglądając go z najciekawszych punktów widokowych: Grand View, Moran, Yavapai, Lipan. Późnym popołudniem zaś wybraliśmy się na Hopi Point, podobnie zresztą jak większość ludzi, gdyż taras ten słynie z najpiękniejszych zachodów słońca nas Kanionem. To właśnie o tej porze kolory wąwozu są najbardziej intensywne, pojawia się głębia i gra cieni… co chciałem (dość chyba jednak nieskutecznie) uchwycić aparatem fotograficznym – czego nieporadną próbkę załączam do mojego dzisiejszego wpisu (lecz to tylko namiastka).

Licznik: 2019

Las Vegas by night

Las Vegas by night

*

DZIEŃ 6: LAS VEGAS

Miasteczko Flagstaff, w którym spędziliśmy noc po odwiedzinach Wielkiego Kanionu, dzieli od Las Vegas kilkusetmilowa droga przez półpustynie Arizony. Zanim jednak tam dotarliśmy, zdecydowałem się zboczyć nieco z utartego szlaku i zajrzeć do położonej wśród sosnowych lasów Sedony, aby nieco otrząsnąć się z piasku pustyń, które pokonaliśmy do tej pory. Po drodze zatrzymaliśmy się na kilka godzin w parku stanowym Slide Rock, gdzie można się było wykąpać w orzeźwiającym strumieniu Oak Creek, którego koryto tworzy wygładzona skała, dzięki czemu w Oak Creek da się nie tylko pływać, ale i ślizgać (stąd nazwa parku), co sprawiło niezłą frajdę naszym dziewczynom.

Jednakże już w pobliskiej Sedonie zakurzyliśmy się ponownie, bowiem wypuściliśmy się naszym SUV-em w jeden z tych dzikich a kamienistych traktów, które prowadzą wśród otaczających miasto stromych, poszarpanych i wysokich czerwonych skał.

Lecz Sedona słynie w Ameryce nie tylko ze swojego malowniczego położenia i z tych wertepów. To właśnie tutaj ostatnimi laty ściągnęli zewsząd wyznawcy New Age, czekając na swój Rok Wodnika i ładując się emanującą ponoć ze skał energią. Miasteczko pełne jest więc artystów, ludzi uduchowionych, a także zwykłych dziwaków. Do tego grona dołączyliśmy także i my. Lecz tylko na chwilę. Zaraz bowiem musieliśmy uderzyć w dalszą drogę na północny zachód – w kierunku Nevady.

* * *
Do Las Vegas najlepiej jest wjeżdżać nocą, kiedy to położone w niecce miasto przypomina migotliwe morze świateł. Iluminacyjne wrażenie potęguje się, kiedy zbliżamy się do tzw. „stripu”, czyli położonego wzdłuż Bulwaru Las Vegas pasma rozświetlonych neonami największych kasyn ogarniętych zupełnie szaloną feerią barw. I bez względu na to, jak byśmy sobie to miejsce nie wyobrażali i co byśmy o nim nie sądzili, to widok ten przyprawia niemal każdego zjawiającego się tu po raz pierwszy człowieka o większy lub mniejszy (nie tylko estetyczny) szok.

Mam swoje dość jednoznaczne i wykrystalizowane zdanie o Las Vegas. Nie jest to mój świat, ani moja estetyka, ani też rodzaj rozrywki, który preferuję, a mimo wszystko uważam, że to jedno z największych dziwowisk świata absolutnie warto – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć. Nasze zadziwienie będzie totalne. Nic bowiem nie jest w stanie przygotować nas na zderzenie się z tym fenomenem (a to, że jest to swego rodzaju fenomen nie ulega wątpliwości) – żaden film (a były ich o Las Vegas dziesiątki), żaden opis czy relacja.

Oczywiście, że jest to monstrualny kicz, z którym nic nie może się równać; naturalnie, że jest to apogeum konsumpcyjno-eskapistycznej cywilizacji, która na aksjologicznej – i dosłownej (w sensie geograficznym) – pustyni wybudowała swój Babilon.

Jednakże ta apoteoza kiczu nie jest tandetą ani też totalnie skrojonym na prostackie gusta lunaparkiem. Zbyt dużo w niej wyrachowanego zamysłu, przemyślności, rzec można nawet – wyrafinowanej koncepcji. Niejaki podziw może również wzbudzić doskonałość konstrukcji tej ludyczno-hazardowej machiny – jej skuteczność wydajność, niezawodność i skuteczność.

Ale czego się nie robi dla pieniędzy.

W Las Vegas panuje zaskakujący porządek. Cóż, „Ordnung muss sein!” – jak mawiali starzy mafiozi, którzy pierwsi zainwestowali w kasyna, rozkręcając ów biznes na niespotykaną nigdzie indziej skalę.

Uderzają lasvegaskie paradoksy, zadziwia historyczna ironia.
Las vegas to po hiszpańsku łąki (po których zresztą nie ma tu ani śladu, chyba że same kasyna uznamy za ośle łączki pasących się i karmiących złudzeniami hazardzistów), a miasto zostało założone przez purytańskich i pobożnych Mormonów. (Teraz jest to jedyne miejsce w Ameryce, gdzie dozwolona jest prostytucja, choć oficjalnie burdeli w samym Las Vegas nie ma. Amatorzy płatnej „miłości” jadą więc na pustynne peryferia do dziur w rodzaju położonego nieopodal Doliny Śmierci Pahrump lub zamawiają sobie do pokoju hotelowego call girl… ale o tym to ja tylko wiem ze słyszenia).

Las Vegas bawi, tumani, przestrasza – oszałamia, zachwyca, budzi niechęć lub przyciąga… you name it! Jest czymś obliczonym na masowe wzięcie, odwołuje się do najprostszych (ktoś bardziej złośliwy mógłby rzec – najprymitywniejszych) ludzkich potrzeb i skłonności, takich jak np. seks, rozrywka, konsumpcja, rozładowanie, zapomnienie, ucieczka… Daje przy tym średniemu człowiekowi złudzenie uczestnictwa w bajce i luksusie. Stąd te wszystkie Bellagia, Paryże, Wenecje, Miraże, Pałace Cezarów, Excalibury, Wyspy Skarbów, Luxory… Stąd nieprzebrane, uginające się od żarcia bufety, czy widowiska, przy których Moulin Rouge może wyglądać na Kopciuszka.

Tak więc zderzyliśmy się z tym wszystkim już dzisiaj, niemniej jednak nie daliśmy się (jeszcze) porwać przelewającym się po Las Vegas Boulevard tłumom. Przyjechaliśmy dość późno, więc tylko zrobiłem małą rundę po stripie, by pokazać mojej rodzinie największe kasyna – z perspektywy samochodowego okna. Po kolacji w Excaliburze zakwaterowaliśmy się w jednym z hoteli sąsiadujących z Cesar Palace, Bally’s, Flamingo i Bellagio (a więc w samym epicentrum lasvegaskiego tygla) i udaliśmy się na spoczynek przed planowaną na jutro wyprawą do Doliny Śmierci.

Licznik: 2398 mil

Zabriskie Point - pozdrowienia z Doliny Śmierci

Zabriskie Point – pozdrowienie z Doliny Śmierci

.

DZIEŃ 7: DOLINA ŚMIERCI

Udało się! Z Doliny Śmierci wyjechaliśmy żywi, cali i zdrowi!
Może tylko trochę podpieczeni słońcem, lżejsi o parę kilogramów wypoconej z nas i wyparowanej wody.
Wycieczka trwała prawie cały dzień. Po pustyni arizońskiej będącej częścią krainy zwanej Sonora Desert, poznaliśmy pustynię kolejną, a mianowicie Mohave, która zajmuje nieomal całą Nevadę oraz sporą część południowej Kalifornii, gdzie leży Park Narodowy Doliny Śmierci. Tym sposobem „zaliczyliśmy” również kolejny stan na naszej trasie. (Jednakże na to, by dokładniej poznać Kalifornię potrzeba ciut więcej czasu. Ale to zupełnie inna bajka.)

Dolina Śmierci swą złą (i dobrą) sławę zawdzięcza swojej wyjątkowości, o której decyduje jej położenie geograficzne: jest to bowiem najgorętsze, najniżej położone oraz najbardziej suche miejsce na półkuli zachodniej. A oprócz tego zupełnie niezwykłe, jeśli chodzi o krajobraz.

Etymologicznie, polska „pustynia” przywodzi na myśl jakieś miejsce puste. Jednak, moim zdaniem, lepiej oddaje naturę pustyni angielskie słowo desert, które kojarzy się z czymś opuszczonym, porzuconym. Bowiem pustynia pełna jest niespodzianek, nie wspominając o tym bogactwie ukrytym, niewidocznym na pierwszy rzut oka, niezbyt oczywistym.
Dokładnie tak się sprawy mają ze słynną Doliną Śmierci.

Przede wszystkim zaskakuje jej różnorodność. Każde miejsce gdzie się zatrzymywaliśmy, wyróżniało się czymś swoistym, było na swój sposób wyjątkowe.
Oto Kotlina Badwater: rozległa, biała jak śnieg salina, gdzie znajduje się największa depresja (86 m. poniżej poziomu morza), a na jej obrzeżach – stosunkowo mała sadzawka słonej wody, gdzie żyją gatunki roślin i zwierząt tzw. endemiczne, czyli takie, które spotkać można jedynie w tym bajorku i nigdzie indziej na świecie. Furnace Creek, gdzie zanotowano rekordowo wysoką (dla obu Ameryk) temperaturę (57 st. C) – teraz jest to oaza z przypominającym miraż dużym zagajnikiem palm daktylowych. Sand Dunes – przywodzące na myśl Saharę piaszczyste wydmy. Devil’s Golf Course – rozległe pola porowatych minerałów, które komuś skojarzyły się z golfowiskiem dla diabłów. Artist Drive – wijąca się pośród kolorowych skalnych stożków wąska dróżka prowadząca do bajecznie kolorowej ściany zwanej Paletą Artysty. Scotty’s Castle – „zamek” wybudowany dosłownie na piasku przez pewnego ekscentryka z Chicago… (I bynajmniej nie wymieniłem jeszcze wszystkich ciekawych miejsc Doliny.)
Ale, ale… jakże mógłbym nie wspomnieć o złotych zboczach i wąwozach, które widzi się na Zabriskie Point (czy ktoś przypomina sobie film Antonioniego z muzyką napisaną specjalnie do tego filmu przez „Pink Floydów”?) Nota bene, to jeden z najbardziej malowniczych zakątków Death Valley.

Dziś przez Dolinę Śmierci podróżować jest nieprzyzwoicie łatwo. Wsiada się do klimatyzowanego samochodu, jedzie z prędkością blisko 100 km. na godzinę, wysiada się na krótko, by z bliska zobaczyć co ciekawsze zakątki, robiąc niezbyt długie spacery, (które i tak pozwoliły nam odczuć na własnej skórze buchające żarem powietrze – na termometrze w Furnace Creek odczytaliśmy temperaturę 45 st. C !)
Służby parkowe kontrolują teren, by nikomu nie stało się nic złego. Są tu hotele, campingi, prawdziwe pola golfowe, stacja benzynowa, sklepy, restauracje a nawet… opera!

Zupełnie inne warunki towarzyszyły tu ogarniętym gorączką złota pionierom, którzy, podążając w połowie XIX wieku do złotonośnych pół Kalifornii, chcąc skrócić sobie drogę, trafili na dno Doliny, w której utknęli na kilka tygodni i tylko jakimś cudem nie zostali w niej na zawsze (niestety, nie udało się to dwójce z nich).
Kiedy przybyto im wreszcie z pomocą wyprowadzając z głębi kotliny, jedna z kobiet odwróciła się za siebie i powiedziała: „Goodbye Death Valley”. Nazwa przylgnęła.

W samej Dolinie Śmierci spędziliśmy ładnych parę godzin, a na koniec zafundowałem mojej grupie niespodziankę: widok Doliny Śmierci z punktu zwanego Dante’s View, położonego na grzbiecie pasma górskiego Amargosa, które ogranicza kotlinę od strony wschodniej. Dopiero stamtąd (z wysokości ponad półtora kilometra nad dnem Doliny) widać jej ogrom (100 km. długości).
No cóż, muszę kończyć, bo i tak się rozpisałem ponad miarę, a tu widać już w oddali Las Vegas, gdzie czeka nas jeszcze jedna noc. Może tylko zatrzymamy się jeszcze przy niezwykłych drzewkach Jozuego?

Jest późne popołudnie. Jaskinia hazardu blisko. Tym razem więc zobaczymy owo rozpasane curiosum w świetle dnia, a jest to widok diametralnie różny od tego, co widzi się w nocy.
A propos nocy… Wygląda jednak na to, że (mimo wszystko) pójdziemy dzisiaj spać bardzo późno.

Licznik: 2698 mil

w Parku Narodowym Zion - Utah

Taniec na skale – Ania i Ula w malowniczym Zion

.

DZIEŃ 8: ZION

Z szalonego Las Vegas wróciliśmy na ziemie Mormonów, czyli do Utah. Tak się złożyło, że to właśnie oni zaczęli w połowie XIX-go wieku zasiedlać ten rejon, który geologowie nazywają Płaskowyżem Kolorado. Moim skromnym zdaniem należy on do najciekawszych krajobrazowo regionów naszego globu – o czym mogliśmy się już przekonać oglądając Łuki Skalne, Dolinę Monumentów i Wielki Kanion.
Teraz czekały nas jeszcze parki narodowe Zion i Bryce Canyon, kolejne miejsca niezwykłe i zadziwiające.

Do Zionu dotarliśmy już po południu, jednakże mieliśmy wystarczająco czasu by zobaczyć najciekawsze miejsca parku, przejść się po kilku szlakach. Mimo że Las Vegas dawało się jeszcze we znaki, nie sposób było nie dostrzec Zionowego piękna, które jest monumentalne, a przez to uderzające.

Ktoś może pomyśleć, że przesadzam z tą egzaltacją, nadużywając przy tym określenia „piękny”, ale Bóg mi świadkiem, że jest się tu czym zachwycać, a moje słowa są jak najbardziej usprawiedliwione. Moja rodzina orzekła, że w Zion jest ładniej niż nad Wielkim Kanionem i ja to rozumiem, zwłaszcza kiedy idziemy pełnym zieleni wąwozem Rzeki Dziewiczej (Virgin River) a po obu naszych stronach wznoszą się wysokie na 700 – 800 metrów strome skalne ściany i to we wszelkich odcieniach brązu, czerwieni, żółci i bieli.
Te monolity mają swoje adekwatne nazwy: Dwór Patriachów (Court of the Patriarchs), Wielki Biały Tron (The Great White Throne), Świątynia Sinawava (Temple of Sinewava), Lądowisko Aniołów (Angels Landing)… Sama nazwa parku sięga tradycji Mormonów, którym kanion kojarzył się z biblijnym Syjonem.

Wpierw podeszliśmy pod Płaczącą Skałę (Weeping Rock). To rodzaj wilgotnej groty przypominającej skalny ogród. Po jej ścianach pną się dzikie bluszcze a z górnej półki zwisają roślinne girlandy, po których spływa woda, tworząc rodzaj kotary z kapiących, skrzących się w słońcu kropel.
Następnie szlak zaprowadził nas do Szmaragdowych Stawów (Emerald Pools). Po przejściu około kilometra, w cieniu olbrzymiej skalnej niszy natrafiliśmy na małe, otoczone głazami i krzewami jeziorko mieniącej się kolorami wody. Po stromym podejściu prowadzącym wśród skalnych uskoków, półek i ścian czekała nas kolejna niespodzianka – następne urokliwe bajorko, a na jeszcze wyższym poziomie – już zupełnie sporych rozmiarów (choć ukryty pod wysoką na kilkaset metrów ścianą) staw.

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy można było do tego, liczącego około 16 km. długości kanionu wjechać swoim wehikułem. Na szczęście nie tak dawno zamknięto tu ruch dla prywatnych pojazdów, dzięki czemu Kanion oddano na powrót we władanie naturze: zamiast wycia silników i smrodu spalin, słyszymy jedynie odgłosy przyrody i oddychamy czystym powietrzem.

Lecz nie był to jeszcze koniec naszych dzisiejszych wrażeń.
Zupełnie nieprawdopodobna była droga, którą przejechaliśmy na drugą stronę parku. Najpierw był niezwykle stromy podjazd w kanionie, z którego, jak by się mogło wydawać, nie sposób się wydostać; później – przejazd tunelem przez sam środek „góry”, a następnie drogą, która prowadziła przez krajobraz iście fantastyczny, bo utworzony przez liczącą dziesiątki milionów lat skamieniałą pustynię żółto-czerwonych wydm porośniętych karłowatymi drzewkami.
Chylące się ku zachodowi słońce wydobywało z tego labiryntu skał coraz bardziej intensywne barwy i coraz większą głębię, poddając wszystko grze światła i cienia… Lekko oszołomieni pożegnaliśmy się z Zionem.
Już jutro ma nastąpić spotkanie z jego nie mniej osławionym sąsiadem – Kanionem Bryce’a.

Licznik: 3018 mil

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

*

DZIEŃ 9: BRYCE CANYON

Na paradoks zakrawa to, że będący w zasadzie pustynią Płaskowyż Kolorado swą niezwykłą rzeźbę terenu zawdzięcza w dużej mierze wodzie. Naturalnie, za powstanie tego przedziwnego kalejdoskopu skalnych tworów są odpowiedzialne wszystkie czynniki atmosferyczne, ale woda jest tu siłą dominującą.

Dlaczego akurat w tym rejonie istnieje takie bogactwo geologicznych form – taka zdumiewająca różnorodność ukształtowania terenu, takie uderzające piękno krajobrazu?
Przyczyn jest kilka lecz najważniejsze to: stosunkowo młody wiek tych ziem (w skali geologicznej, oczywiście) oraz wyjątkowe zróżnicowane skalnych warstw, które zawdzięczamy bogatej historii regionu. Bowiem na przestrzeni setek milionów lat był on kolejno: oceanem, morzem, pustynią, bagnem, ponownie morzem i jeziorem, następnie dorzeczem, sawanną i jeszcze raz pustynią.

Wszystko nabrało dramatycznego przyśpieszenia około 15 milionów lat temu, kiedy płaskowyż zaczął się wypiętrzać. Wtedy siły erozyjne nabrały takiego impetu, że jego powierzchnia zaczęła się zmieniać w gwałtownym (jak na ziemskie warunki) tempie.
I tak jest do chwili obecnej, czego naocznymi świadkami możemy być nawet i my – istoty pojawiające się na powierzchni ziemi dosłownie na mgnienie oka – niczym jednodniowa jętka czy jakaś inna organiczna efemeryda. Gdyż na własne oczy widzieć możemy jak walą się skalne łuki i mosty, rozmywają i pogłębiają kaniony, wietrzeją skały, wysycha roślinność, tworzą się nowe jeziora…
Płaskowyż Kolorado należy więc do najszybciej zmieniających się krajobrazowo regionów na świecie. Dlatego tak bardzo różni się np. od amerykańskiego Wschodu, który ukształtował się na dobre już kilkaset milionów lat temu, kiedy to erozja spowodowała np. zniknięcie (przeminięcie z wiatrem i wodą) aż 7 km. skał osadowych, jakie kiedyś piętrzyły się nad dzisiejszymi Apallachami (czego nawet nie próbujmy sobie wyobrazić, bo jest to po prostu niemożliwe).

Myślę, że ten przydługi wstęp potrzebny jest jednak do tego, by zrozumieć to, co właśnie rozwinęło się przed naszymi oczami.
A dzisiaj były to dziwy Kanionu Bryce’a.
Mimo, iż leży on właściwie po sąsiedzku Zionu, to różni się od niego diametralnie. Właściwie nie jest to kanion a zerodowana krawędź Płaskowyżu … hm, proszę się przygotować: Paunsaugunt, gdzie doliczyć się można tysięcy małych kanionków „szczelinowych” (jeśli dobrze tłumaczę angielską nazwę slot canyon). Tym sposobem powstało tu kilkanaście „amfiteatrów” wypełnionych całą masą skalnych wieżyczek, szpic, ostańców, okien, mostków, kolumn, łuków… a wszystko w czerwono-różowo-białej tonacji, podkreślającej tylko bajeczny charakter tej krainy.
Indianie nazywali ją Agka-ku-wass-a-wit, co można przetłumaczyć jako „pomalowani na czerwono ludzie”, ponieważ, według legendy są to po prostu zamienieni przez bogów w skałę złoczyńcy. Jeśli tak, to było ich sporo, bo amfiteatry wyglądają tak, jakby stały w niej wielotysięczne, skamieniałe i czerwone od wstydu tłumy.

* * *
Noc spędziliśmy w położonej nieopodal Kanionu Bryce’a osadzie Tropic, dlatego też w parku (używam tego słowa, gdyż Bryce Canyon również ma status parku narodowego) mogliśmy się znaleźć dosłownie w ciągu paru chwil, pozostając w nim do późnego popołudnia.
Nasze spotkanie z Bryce nastąpiło na punkcie widokowym zwanym Inspiration Point, skąd rozciąga się panorama najbardziej chyba widowiskowego amfiteatru. Jednakże nic nie zapowiadało tego, co czekało nas przy zejściu wgłąb kanionu, ponieważ widok z jego krawędzi jest zupełnie czymś innym, niż doświadczenie jego bliskości „od wewnątrz”, czyli na ścieżce prowadzącej na dół.
Szlak ten nosił nazwę Pętla Nawahów (Navaho Loop), a prowadził m.in. przez kanion szczelinowy zwany adekwatnie Ulicą Ścienną (Wall Street), jako że przypominał on dróżkę wciskającą się pomiędzy dwie strome i bardzo wysokie skalne ściany z czerwonego piaskowca. Jakby tego surrealnego wrażenia było mało, u jego wylotu rosły smukłe daglezje (odmiana świerka), które jakimś cudem zdołały tam się nie tylko uchować, ale i rozwinąć w całkiem okazałe drzewa.
Navajo Loop to bez wątpienia jeden z najbardziej niezwykłych szlaków, na jakie udało mi się w życiu trafić.

Przy okazji warto chyba wspomnieć o moich doświadczeniach z czasów, kiedy bawiłem się w przewodnika, pokazując grupom wycieczkowym najciekawsze zakątki tego regionu. Zauważyłem np., że takie miejsca jak Zion czy Bryce robiły na ludziach większe wrażenie, niż np. osławiony Wielki Kanion.
Dość łatwo było mi to jednak zrozumieć.
Wielki Kanion jest czymś, co przez swoją potęgę wymyka się naszej percepcji – jego skala ma po prostu w sobie coś „nieludzkiego”, w przeciwieństwie do Zionu czy Kanionu Bryce’a, z którymi można nawiązać kontakt niemalże „intymny”, łapiąc ich piękno w bezpośrednim, bliskim zetknięciu. Dzięki temu stają się one czymś swojskim, przykrojonym na naszą miarę.
Przy tym Zion bardziej zwykł był podobać się mężczyznom (ta jego monumentalna wyniosłość i solidność!), natomiast Bryce kobietom (ach ta jego różowo-pomarańczowa delikatność i wręcz koronkowość!) Świadczy to jedynie o tym, jak odmienne w charakterze są te dwa miejsca… no i oczywiście o różnicy w reakcjach wynikających z odmienności płci.

Wśród moich towarzyszy podróży opinie są więc podzielone. Ale to w niczym nam nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – przyjemnie zmęczeni po całym dniu wrażeń, mkniemy w kierunku stolicy Mormonów, a ja spokojnie mogę sobie wypisywać wszystkie te dyrdymały.

Licznik: 3297 mil

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

.

DZIEŃ 10: SALT LAKE CITY – MORMONI

Znów piszę na kolanie. Mkniemy autostradą I-15 na północ, przed chwilą przekroczyliśmy granicę z Idaho, stanem nie tylko Wielkiego Ziemniaka, ale i słynnej Doliny Słońca – tej samej, gdzie Glenn Miller grał swoją serenadę i gdzie Ernest Hemingway po życiu pełnym przygód strzelił sobie w głowę z dubeltówki.
Godzinę temu opuściliśmy Salt Lake City, jesteśmy więc na świeżo po spotkaniu z Mormonami oraz z ich misjonarzami, którzy pokazali nam Plac Świątyni (Temple Square), stanowiący centrum świata mormońskiej religii. Opowiedzieli też o swoich dziejach, wierzeniach, organizacji, życiu… o historii, która zaiste jest niewiarygodna, choć przecież prawdziwa.
Prześladowana w XIX wieku sekta rozrosła się, przekształcając w kościół o globalnym zasięgu liczący dziś ponad 14 milionów członków, który oprócz tego, że konstytuuje światopogląd swoich wyznawców, to jest także jednocześnie potężną organizacją z ogromnym finansowym potencjałem.
Przywódcy Mormonów byli bowiem zawsze nie tylko przemyślnymi inwentorami dogmatów wiary (jako przywódcy duchowi), ale i również świetnymi biznesmenami (jako organizatorzy życia społecznego bogobojnych a zarazem pracowitych współbraci).

Po Placu Świątyni oprowadzały nas dwie misjonarki: siostra Fellmann ze Szwajcarii oraz siostra Shugart z Kanady, młode dziewczyny woluntariuszki, które półtora roku swojego życia poświęciły pracy misyjnej – służbie ludziom i Bogu, jak same wyznały (kiedy zapytałem o ich imię, powiedziały, że są teraz tylko „siostrami”).
Ciekawił mnie zwłaszcza przypadek siostry Fellmann, która przyznała, że pochodzi z rodziny ateistycznej, jednak w Kościele Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego (tak brzmi jego pełna nazwa) odnalazła spokój, radość, ukojenie i sens życia. A kiedy to mówiła patrząc mi prosto w oczy, nie sposób było jej nie uwierzyć.

Siostry opowiadały też o cudach, z których zwłaszcza jeden zabrzmiał mi wiarygodnie. Wydaje się bowiem, że bez pomocy sił nadprzyrodzonych niemożliwe byłoby wybudowanie na pustyni (w czasach, kiedy jeszcze nad Słonym Jeziorem nie było dosłownie nic), tak imponującej konstrukcji, jaką jest Świątynia Mormonów – kosmiczne centrum ich wiary. Jej budowa trwała 40 lat i zakończyła się dopiero w 1893 roku. (Świątynia nie jest zresztą jedynym ciekawym obiektem na Temple Square. Warto wspomnieć jeszcze o Tabernaculum – siedzibie słynnego chóru mormońskiego – istnej perle architektury drewnianej).

Jednakże cudem było chyba także to, że Mormoni zdołali 44 lata wcześniej przedrzeć się przez dzikie bezdroża Wielkich Równin oraz przełęcze Gór Skalistych, zasiedlić niegościnne pustynie i… nie tylko przetrwać, ale i przemienić swoje państwo (w państwie) w pewien rodzaj bogatego imperium, stając się jedną z najlepiej prosperujących społeczności w Stanach.
Mając to na uwadze, łatwiej znieść owe absurdy (absurdy z postronnego punktu widzenia), jakie zakradły się do ich wiary (jak np. „jedynie prawdziwa i objawiona” Księga Mormonów, która została ponoć spisana  – z bożego natchnienia – na kontynencie amerykańskim parę tysięcy lat temu, odnaleziona i przetłumaczona przez Josepha Smith‘a, założyciela sekty, któremu w 1828 roku w stanie Nowy Jork objawił się sam Jan Chrzciciel zdradzając miejsce ukrycia tablic, na których wyryty był tekst Księgi).

Wbrew pozorom wszystko to było bardzo racjonalne, gdyż bez sakralnego usankcjonowania władzy liderów sekty, niemożliwe byłoby przetrwanie Mormonów: przezwyciężenie prześladowań, wytrzymanie nieludzkich trudów przeprawy na Zachód, organizacja pierwszych osiedli, konstytucja i rozkwit Kościoła.
Czymś racjonalnym było też wielożeństwo (aspekt, który wśród odwiedzających mormońskie ziemie budzi niezmiennie żywe zainteresowanie). Bowiem nie było ono bynajmniej jakąś pochodną wybujałej potencji seksualnej Mormonów, ale praktyczną potrzebą zwiększania populacji grupy żyjącej przecież w bardzo specyficznych warunkach. Co bardziej prominentni mężczyźni mogli się poszczycić całkiem pokaźnym haremem liczącym kilkadziesiąt kobiet.
Oficjalnie, od wielożeństwa Mormoni odeszli pod koniec XIX wieku, jednakże jeszcze i dzisiaj zdarza się, że w niektórych rodzinach jest jeden patriarcha, kilka matron i cała czereda „pociech”.

Kiedy opuszczaliśmy Temple Square, a później bogate, schludne i rozbudowujące się w niezwykłym tempie downtown Salt Lake City, przypomniał mi się jeszcze jeden moment z mormońskiej historii.
Otóż kiedy (po morderczej przeprawie przez Góry Skaliste) Bringham Young i podążający za nim Mormoni stanęli na skraju Słonego Jeziora, ten oddalił się na jakiś czas w ustronne miejsce, a kiedy wrócił, obwieścił swoim umęczonym ludziom: „To jest nasza ziemia obiecana. Tak mi powiedział Bóg”.
I oni mu uwierzyli. I tu zostali.
A to co się działo później potwierdziło jedynie słuszność ich decyzji.

* * *
Jeszcze w Idaho, nad malowniczym przełomem Snake River, przejąłem kierownicę i wjechaliśmy w góry. Piołunowe pustynie i niezmierzone ziemniaczane pola ustąpiły miejsca świerkowym lasom, zielonym polanom, wartkim górskim strumieniom… Po pokonaniu wysokiej na dwa i pół kilometra przełęczy Teton, wjechaliśmy do innego świata, jakim jest bez wątpienia kotlina Jackson Hole. Od Yellowstone dzielił nas już tylko przysłowiowy „rzut beretem”. Lecz wcześniej czekał nas jeszcze potężny górski łańcuch Grand Teton.

Licznik: 3665 mil

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

*

DZIEŃ 11: GRAND TETON

Kiedy na początku XIX wieku pierwsi francuscy traperzy zobaczyli z daleka charakterystyczne szczyty gór ograniczających wielką kotlinę, do której właśnie wkroczyli, nieco na ten widok oniemieli, a jako że byli pozbawieni kobiet i seksualnie wygłodniali, skojarzenia mieli jednoznaczne. Nazwali je Grand Teton, co znaczy nic innego, jak Wielkie Piersi.
W rzeczywistości jest to jeden z najpiękniejszych górskich łańcuchów na kontynencie. (Czy jednak, zważywszy na nazwę, można się temu dziwić?)

W kotlinie Jackson Hole (bo o niej tu mowa) mieliśmy dwa noclegi – w dobrze mi znanym, zaprzyjaźnionym niemalże schronisku zwanym po prostu „The Hostel”, leżącym u podnóża gór w małej osadzie Teton Village.
Na zwiedzanie kotliny mieliśmy więc cały dzień, którego większość spędziliśmy na terenie Parku Narodowego Grand Teton. Wpierw przybyliśmy nad Jezioro Jenny i po przeprawieniu się na jego drugą stronę wyruszyliśmy na szlak prowadzący do Kanionu Kaskadowego, mijając po drodze Ukryte Wodospady (Hidden Falls), wspinając się na Inspiration Point (skąd roztaczała się rozległa panorama całej Jackson Hole z widocznymi w dole jeziorami). Idąc dalej wgłąb kanionu zgubiliśmy na szczęście tłumy kłębiące się na początku szlaku przy wodospadzie i punkcie widokowym na jezioro.
Nasza wędrówka trwała prawie 4 godziny i była prawdziwą rozkoszą delektowania się świeżym górskim powietrzem, tudzież widokami, które objawiały się przed naszymi oczami za każdym skalnym załomem. Na szlaku, oprócz okazjonalnych osobników homo sapiens, spotkaliśmy również pasące się na podmokłej łące, obgryzające młode wierzbowe listki łosie.

Przyjemnie zmęczeni zajechaliśmy jeszcze późnym popołudniem do miasteczka Jackson, będącym niejako sercem cywilizacji, która niestety coraz bardziej panoszy się w tym naturalnym raju, jakim jest kotlina. Kiedyś była to typowa górska osada zasiedlona jedynie przez traperów i ranczerów, teraz jest to mocno skomercjalizowane centrum turystyczne, nie pozbawione wszak pewnego uroku i kolorytu. Ciekawostka: w jednym z tutejszych saloonów zobaczyć można wypchanego niedźwiedzia grizzly zagryzionego przez… zdesperowanego cowboya, którego ów drapieżnik napadł (ponoć jest to historia prawdziwa).
Wieczorem zaś urządziliśmy sobie przy schronisku małą rodzinną imprezę – z ogniskiem, rożnem, kiełbaskami i winem.
Jednym słowem: pełen relaks.

* * *
Wypada mi jeszcze napisać choć parę słów o Jackson Hole i samym Parku Narodowym Grand Teton.
Przed laty, kiedy zjawiłem się w tej okolicy po raz pierwszy, pewnym zaskoczeniem było dla mnie to, że scenerie górskie spodobały mi się tu bardziej, niż w samym Yellowstone, (który nota bene z Grand Teton niemalże graniczy). Później dotarło do mnie to, że unikalność Yellowstone polega na czymś innym… choć przecież i tam znajdują się miejsca, które – jeśli chodzi o wyjątkowość, piękno i malowniczość – nie mają sobie równych na całym świecie (mam tu zwłaszcza na myśli Kanion i Wodospady Yellowstone).

Uroda Grand Teton wynika choćby z tego, że są to góry, które wypiętrzyły się zaledwie 10 mln. lat temu – a więc bardzo młode, jeszcze nie zwietrzałe. Na dodatek w czasie ostatniego zlodowacenia, potężny, gruby na parę kilometrów lodowiec wypełniający całą kotlinę, topiąc się wyrzeźbił granitowe szczyty i zbocza, nadając im ostry, postrzępiony kształt. Zostawił też po sobie piękny łańcuszek jezior u podnóża gór (jednym z nich jest Jezioro Jenny), a w samej kotlinie – płynącą jej środkiem Snake River.

Dno kotliny jest niemal idealnie płaskie. Mocno kontrastuje to z wznoszącą się dramatycznie, wysoką na ponad 2 km. granitową ścianą gór, tworząc ten charakterystyczny, niemalże ikoniczny dla scenerii amerykańskiego Zachodu widok: rozległa, pokryta niebiesko-zielonym kobiercem traw dolina z wijącą się pośrodku rzeką, której brzegi porastają drzewa i krzewy, a w tle – majestatyczne pasmo szaro-niebieskich granitowych olbrzymów z wyraźnie widocznymi białymi plamami lodowców osuwających się po ich zboczach.
Widok, który pozostaje pod naszymi powiekami nawet wtedy, kiedy zamykając oczy układamy się do snu po długim, pełnym wrażeń dniu.

Licznik: 3729 mil

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

*

DZIEŃ 12 i 13: YELLOWSTONE

Na zwiedzanie Yellowstone mieliśmy dwa dni. O jeden tydzień za mało. Przynajmniej o tydzień, bowiem w tym najciekawszym (i najstarszym na świecie) amerykańskim parku narodowym spędzić można znacznie więcej czasu.
Była to moja kolejna wizyta, sam już nie wiem która. W sumie na terenie Yellowstone spędziłem dobrych parę miesięcy swojego życia, a i tak nie zdołałem dotrzeć do wszystkich miejsc wartych eksploracji. Za każdym razem przybywam tu z radością i nigdy nie mam dosyć. Do dziś nie mogę zrozumieć Steinbecka, że zawrócił spod samej bramy parku tylko dlatego, że jego piesek Charley zaczął się wściekać i szczekać, wyczuwszy niedźwiedzia. Na szczęście moja rodzina zareagowała inaczej… chociaż także, tuż przed wjazdem do parku, spotkaliśmy młodego grizzly.

Pierwszego dnia zobaczyliśmy część zachodnią Yellowstone, czyli tę, gdzie znajdują się niemal wszystkie gorące źródła, gejzery, błotne wulkany i fumarole – rozłożone w tzw. kotlinach gejzerów (w tym miejscu warto zaznaczyć, że w samym Yellowstone można znaleźć ponad połowę wszystkich gejzerów, jakie znajdują się na całej kuli ziemskiej).
Oczywiście musieliśmy być świadkami erupcji najsłynniejszego gejzeru, jakim jest Old Faithful, a spektakl ten oglądaliśmy w towarzystwie… dobrych paru tysięcy innych, spragnionych tego widoku przybyszów, którzy zgromadzili się wokół gejzeru niczym w olbrzymim amfiteatrze.
Nazwa Old Faithful (Stary Wierny) zobowiązuje: gejzer ma erupcję dość regularnie – mniej więcej co półtorej godziny – i strzela wtedy białą fontanną wody i pary na wysokość blisko 60 m. (całkiem niezły wytrysk, jak na sędziwego wiarusa).
Kilkukilometrowy spacer po okolicznej Górnej Kotlinie Gejzerów pozwolił nam na zobaczenie z bliska kilkudziesięciu gorących źródeł o zdumiewającej wprost aparycji: wszystkie  te baśniowe kształty, fantazyjne wzory – nieziemskie, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy twory.

Dzień drugi przeznaczyliśmy na zapoznanie się ze wschodnią częścią parku, gdzie zjawisk hydrotermalnych jest znacznie mniej, ale za to krajobraz bardziej atrakcyjny: z niezwykle malowniczym złotym Kanionem Rzeki Yellowstone oraz z dwoma wodospadami – Górnym i Dolnym, z których ten ostatni jest bez wątpienia jednym z najpiękniej położonych wodospadów na świecie, swoją urodziwą oprawę zawdzięczając kanionowi, do którego wpada z blisko stumetrowej wysokości.
Kanion i wodospady oglądaliśmy z obu krawędzi wąwozu – z kilku punktów obserwacyjnych, jednakże poza konkurencją był widok z tarasu adekwatnie nazwanego po prostu Artist Point.

Zupełnie inna w charakterze jest natomiast rozległa i zielona o tej porze roku Dolina Haydena, po której rzeka Yellowstone płynie raczej leniwie – tutaj nic nie zapowiada jeszcze jej wyczynów w kanionie leżącym parę kilometrów niżej.
To właśnie w tej dolinie pasą się zazwyczaj idące w setki sztuk stada bizonów. Tym razem jednak udało się nam zauważyć zaledwie kilka tych zwierząt, które samotnie pasły się w oddali na zboczach doliny.
Nie widać było także stad wapiti, których w Wielkim Yellowstone są tysiące. Zamiast tego spotkaliśmy kilka jeleni. Zwłaszcza jeden z nich szczycił się imponującym porożem (z którego jednakże prawdziwy użytek zrobi on dopiero za miesiąc, kiedy walczyć będzie z innymi samcami o władzę nad haremem samic.)

Jakiś czas jechaliśmy wzdłuż brzegu Jeziora Yellowstone (największe wysokogórskie jezioro na świecie), a przy wyjeździe z parku spotkaliśmy jeszcze – niejako na pożegnanie – baraszkującego przy samej drodze misia grizzly.

Przed nami była kilkugodzinna przeprawa przez północno-wschodnie Wyoming – na nocleg w jednym z małych miasteczek przy autostradzie I-90, która zresztą miała nas zaprowadzić aż do samego Chicago, odległego teraz od nas o jakieś dwa tysiące kilometrów.
Przedtem jednak czekała na nas jeszcze Diabelska Wieża, Dakota Południowa i leżące na jej terenie Czarne Wzgórza – święte ziemie Siuksów.

Licznik: 4227 mil

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

.

DZIEŃ 14: DIABELSKA WIEŻA – CZARNE WZGÓRZA – HARLEY’OWCY

Mogłem się tego spodziewać: Czarne Wzgórza zalane były Harley’owcami, którzy corocznie w sierpniu zjeżdżają się z całego świata w liczbie przekraczającej wszelkie wyobrażenia.
Szacuje się, że w tym roku zjawiło się ich tutaj… ok. 500 tysięcy!
Jeśli komuś ta ilość wydawać by się mogła niewiarygodna, to mogę dodać, że w jubileuszowym 2000 roku, do małego miasteczka Sturgis w Dakocie Południowej (stanowiącego epicentrum zjazdu) przyjechało blisko miliona tych „wspaniałych młodzieńców” na swych „szalejących maszynach”.

Harley’owców spotkaliśmy już w Utah, a ich ilość stopniowo zwiększała się w miarę jak byliśmy coraz bliżej Czarnych Wzgórz. Pierwsze poważne zderzenie nastąpiło jednak już w Wyoming, pod Diabelską Wieżą.
Czy pamięta ktoś „Bliskie Spotkania III Stopnia” Spielberga? To właśnie w tym filmie Wieża odegrała jedną z głównych ról – jako miejsce spotkania Ziemian z Kosmitami.
Ja się Spielbergowi nie dziwię, że wybrał to miejsce, bo Diabelska Wieża to dziw nad dziwami i mimo, że jest ona tworem jak najbardziej naturalnym, to przypomina jednak gotową dekorację do filmów science-fiction. A tak naprawdę to jest owo geologiczne curiosum niczym innym, jak rdzeniem wygasłego wulkanu odsłoniętym wskutek erozji pokrywających go warstw skalnych. Wprawdzie Indianie mieli własną wersję powstania Wieży (skamieniały i wyolbrzymiony pień wielkiego drzewa, podrapany pazurami niedźwiedzia-giganta), to jednak ja skłaniałbym się bardziej ku koncepcji geologów.

Inwigilacja Harley’owców, którzy pod Diabelską Wieżą zaczęli się zjawiać całymi setkami, upewniła mnie, że ich zjazd jeszcze się nie zakończył, w związku z czym zdecydowaliśmy się zboczyć nieco z planowanej trasy i zaglądnąć do Sturgis.
I to był strzał w dziesiątkę, bo czegoś podobnego nikt z nas jeszcze w życiu nie widział: tysiące, tysiące lśniących motocykli i taka sama ilość ubranych w czarną skórę motocyklistów obojga płci – a wszystko upakowane na jednej (i właściwie jedynej, choć szumnie nazwanej Main Street) ulicy Sturgis.
Nie mogliśmy być tam długo, jednakże i ta godzina wystarczyła, by utrwalić choć część z tego szaleństwa w obiektywie aparatu, co postaram się za jakiś czas przedstawić na jednej z moich internetowych stron.

Miasteczko Sturgis leży już na skraju Black Hills, więc wkrótce po Harley’owym szoku znaleźliśmy się wśród zalesionych wzgórz, będących ongiś królestwem Siuksów, oczywiście wyrugowanych stąd wkrótce po odkryciu bogatych złóż złota.

Czarne Wzgórza tworzą jakby przedmurze Gór Skalistych łamiące hipnotyczną monotonię prerii Wielkich Równin. Niczym ciemne garby zalesionych wysp, wyłaniają się z morza, które przez tysiąclecia było morzem falujących traw… zaledwie przed chwilą zastąpionych przez pola uprawne i pastwiska. Jedynie od strony wschodniej – jak to było od prawieków – dotykają Czarnych Wzgórz tęczowe poszarpane Badlands.
Mówimy „przed chwilą”, bo te sto kilkadziesiąt lat ludzkich zmian na dzikich preriach i na samych Czarnych Wzgórzach są w skali geologicznej doprawdy ledwie chwilką. Chociaż nawet granit, ten najtrwalszy zdawałoby się szkielet Wzgórz, nie zdołał się oprzeć ludzkiemu impetowi. To właśnie dzięki obecności i ingerencji człowieka Czarne Wzgórza są dziś tak popularnym, dla wielu atrakcyjnym, choć przecież i kontrowersyjnym celem turystycznych pielgrzymek. Tak więc przyrodzona cudowność natury składa się tu na intrygujący, a miejscami i fascynujący konglomerat przyrody z tym, co z różnych intencji uczynili z tego rejonu ludzie.

Czarne Wzgórza – Paha Sapa, tak w języku Siuksów brzmi nazwa tych świętych dla nich ziem, które w historii pionierskiego osadnictwa Dzikiego Zachodu, walk z Indianami i ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych stanowiły miejsce szczególne, rzec można – pokazowe. Tak, jakby to górzyste zaburzenie jednostajności i względnej pustki prerii Środkowego Zachodu, powodowało ferment i zamieszanie, dzięki któremu dzieje Paha Sapa obfitują w niezwykłe momenty składające się na jakże bogatą i różnorodną mozaikę epizodów, anegdot i zdarzeń tworzącą historię tzw. Starego Zachodu.

Na Czarnych Wzgórzach spędzić można tydzień cały, tyle tu ciekawych i różnorodnych zakątków.
My trafiliśmy zaledwie do dwóch, ale chyba jednak do tych najbardziej znanych. Zobaczyliśmy mianowicie wykute w granitowej skale Głowy Prezydentów oraz powstającą nieopodal nich rzeźbę Szalonego Konia, którą przed kilkudziesięcioma laty zaczął tworzyć nasz rodak Korczak-Ziółkowski. Dużo by o tym pisać, jednak wspomnę tylko, że romantyczna choć megalomańska Korczakowa wizja mimo wszystko przemawia do mnie bardziej, niż monumentalno-patriotyczna i mocno rozdmuchana „Świątynia (amerykańskiej) Demokracji” przypominająca jako żywo patetyczne twory totalitarnego socrealizmu.

Gwoli ścisłości i dokumentaryzmu muszę jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym – niewykluczone, że najmocniejszym – doświadczeniu dzisiejszego dnia, jakim była burza gradowa, która schwytała nas już w nocy, gdzieś w okolicach – nomen omen – Badlands. Nie było się gdzie skryć więc tylko zjechaliśmy na pobocze i zdaliśmy się na zmiłowanie niebios. Dziewczyny przeżyły chwile grozy, my nadrabialiśmy minami – kiedy na dach naszego samochodu sypały się lodowe grudy wielkości przepiórczych jaj. Starając się zachować racjonalnie, zacząłem się zastanawiać, czy aby ubezpieczenie wynajętej przeze mnie terenówki pokrywa zmasakrowaną gradem karoserię. Na szczęście, kiedy burza już ustała i dotarliśmy na miejsce, zorientowałem się, że jednak Chevy Tahoe również i blachę ma solidną – wgięcia były ledwo widoczne, więc istniała szansa, że w ogóle nie zostaną zauważone.

I to właściwie koniec naszych przygód.
Jutro czeka nas już tylko droga przez kilka stanów, ku Wietrznemu Miastu – do domu.

Licznik: 4678 mil

 Ciąg dalszy jutro….
.

OD PSÓW PO KONOPIELKĘ

.

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

SCHODZIMY NA… „PSY 2″?

.

"Psy II. Ostatnia krew", czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego.

„Psy II. Ostatnia krew”, czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego

Pierwsza część „Psów” Władysława Pasikowskiego okazała się być najpopularniejszym filmem polskim pierwszej połowy lat 90-tych. Opowieść traktująca o „ubeckich biesach”, czyli o byłych pracownikach bezpieki przekwalifikowujących się na przemytników, gangsterów i bandziorów, już nie tyle państwowych, ale z własna inicjatywą, znalazła poklask u widzów szukających w kinie mocniejszych wrażeń.
Niezła sprawność warsztatowa, wartka akcja, ostre dialogi, dobre aktorstwo i nerw reżysera rzeczywiście uczyniły z „Psów” widowisko rozrywkowe, nietuzinkowe. Natomiast niczym nieskrepowane czerpanie pełną garścią z bogatych zasobów amerykańskiego kina sensacyjnego, mogło tylko wzmóc plebejski aplauz. Jednak film, mimo że wpisywał się w kontekst ówczesnych zmian politycznych w Polsce, to jednak robił to w sposób cokolwiek kartonowy i naciągany. Płaska psychologia i myślowa infantylność dodatkowo mogła odebrać ochotę na poważniejsze potraktowanie „Psów”. Po wielce obiecującym „Krollu” – debiucie reżysera – było to, moim zdaniem, zejście Pasikowskiego o szczebel niżej w artystycznej hierarchii kina – choć ciągle było to kino takie złe w klasyfikacji czysto rozrywkowej komercji. Niestety, „Psy 2″ zaświadczyły, że Pasikowski schodzi jeszcze niżej, zatracając już zupełnie dobry smak, mieszając idee i wartości, gubiąc się w meandrach i niewiarygodności scenariusza.

Nie jestem ślepym przeciwnikiem przemocy w kinie. To, że staje się ona wulgarna, bezmyślna i odpychająca, zależy od fabularnego kontekstu filmu i jego artystycznej klasy. podobnie zresztą rzecz ma się z seksem. W pewnym otoczeniu ten sam akt erotyczny będzie zjawiskiem estetycznym, w innym zaś – pornograficznym. Tak właśnie – jako element sztuki – można potraktować przemoc w filmach, dajmy na to Kubricka, Scorsesego, Peckinpaha… Przypadek Pasikowskiego wymaga już wszak większej rezerwy.
Franz Maurer (Bogusław Linda), były ubek, wychodzi z więzienia, do którego trafił za krwawą jatkę dokonana w części pierwszej. W geście samopokuty zatrudnia się w… hucie, skąd natychmiast zostaje wyrzucony jako… łamistrajk. Zwerbowane jednak przez niejakiego gangstera Wolfa (Rafał Żmijewski)pośredniczy w zakupie polskiej broni przez rosyjską mafię i jej przemycie do ogarniętej wojna Bośni. Do przedsięwzięcia tego dokooptowuje swojego starego przyjaciela Nowego (Radosław Pazura), który na tę okazję urlopuje się z pracy w… policji.

cierpiętnicy od k..ew i bagna

Pasikowski i Linda mówili w wywiadach, że ich filmy nawiązują do obecnej rzeczywistości, a scenariusze ją odzwierciedlają. Linda wyraził się dosadniej: Dla mnie film „Psy” i moja w nim rola, wzięły się z nienawiści i pogardy do tego, co dzieje się w tym kraju.
Zważywszy na charakter roli Franza, stwierdzenie to brzmi – delikatnie pisząc – dość przewrotnie. Można się przy tej okazji spytać: to dlaczego – skoro tak cierpią oni z powodu otaczającej ich mizerii i bagna- z prawdziwą fascynacją i zaangażowaniem rzucają się (masochistycznie?) w najczarniejsze szambo?

Tutaj chciałbym przytoczyć próbkę dialogu z „Psów 2″, absolutnie dla filmu reprezentatywną. Oto trójka „naszych” bohaterów wraca furgonem po spotkaniu z rosyjskimi mafiozo i zainkasowaniu – bagatela! – 21 mln. dolarów. Transakcję przypieczętowała dzika i upojna noc ze śpiewem, trunkami i kobietami. Konwersacja dżentelmenów na miejsce nazajutrz, w samochodzie:

Żmijewski: Zamknij się i przestań mnie podkurwiać!
Pazura: Wolfo, nie krzycz!
Ż: Stul pysk, kurwa! Przynajmniej usiądź, a nie leżysz, jak wydymana kurwa!
P: Czego się czepiasz?!
Ż: Jeszcze się pytasz, gnoju? Miałeś kurwa nie pić! Miałeś kurwa pilnować kapusty! Miałeś kurwa pilnować 21 pierdolonych milionów dolarów! Miałeś ich nie spuścić z oczu, a nie urżnąć się i dymać małolatę.
P: Co się przypierdalasz? Zginęło coś? Podłożyłem torby pod nią, to jak mogły zginąć?
Ż: Miałeś kurwa pilnować tych pieniędzy, a nie się na nich rżnąć! Co ty kurwa jesteś, pierdolca małych dzieci?
P: Weź się! Jakie dzieci! Zwykła dziwka.
Ż: Nie na moich pieniądzach!
P: Ty, co się przypierdalasz? A ta twoja Jugolka to ile ma lat, jedenaście?

"Psy" jako przykład polskiego kina amerykańskiego

Macho, brutal, „prawdziwy mężczyzna”…? („Psy”)

Linda: Ona nie jest jego.
P: Ty się nie wpierdalaj między wódkę a zakąskę, bo coś powiem.
L: To mów!
Ż: Stul pysk, kurwa!
P: Boisz się! Nagle się przestraszyłeś chojraku, że mu coś powiem, co!?
L: Co mi powiesz?
Ż: Co ty mi tu kurwa pierdolisz?! Wytrzeźwiej!! Choć i od tego nie zmądrzejesz, bo to przecież niemożliwe, jak ktoś ma dziedziczny syf zamiast mózgu.
P: Ty nie mów tak do mnie. Zobaczymy czy będziesz taki twardy, jak się Franz dowie.
L: Czego się dowiem?
P: Co ty kurwa myślisz, że co?!
Ż: Że mu zależy? Że jest takim samym głupim gnojem, jak ty?
L: Na czym mi kurwa zależy!?
Ż: Że ją kupiłem od serbskiego kaprala za butelkę mocnej whisky, a sprzedałem mu za karton. To na czym ma mu kurwa zależeć, jeśli sam przepłacił?
L: Kupiłem ją i jest moja.
P: Twoja! Nie rozśmieszaj mnie! Rżnie się z nim, jak ty tylko stoisz za drzwiami. Ta twoja cholerna Nadia, rozumiesz? Gdy my gadamy przed domem, to ona w środku ciągnie mu. Zadowolony jesteś? I ten bydlak zarzuca mi, że się przespałem z 16-letnią kurwą, co sprzedaje dupę na ulicy od siódmego roku życia. No nie?!
Ż: Miałeś matkojebco pilnować pieniędzy!
(…)
itd. itp. (Wkrótce wybucha strzelanina i ogólna jatka, a ekran zalewa posoka.)

prawdziwi, wierni sobie mężczyźni

„Psy II. Ostatnia krew” (taki jest pełny tytuł filmu w sposób jakże subtelny nawiązujący do „Rambo: First Blood”) poparło kilka tzw. „poważnych” polskich periodyków. M.in. w „Polityce” Zdzisław Pietrasik pisał jak najpoważniej: Dlaczego młody, wrażliwy widz tak szalenie polubił Bogusława Lindę, grającego byłego ubeka z komunistyczną przeszłością? Może dlatego, że jest to prawdziwy mężczyzna wierny sobie, nie podobny do obłudnych mięczaków prawiących frazesy o „wartościach niezbywalnych?
I oto – dzięki opiniotwórczej „Polityce” – mamy wykładnię przyczyn tak wielkiego wzięcia „pasikowszczyzny”, szczególnie u widzów „wrażliwych”. (A tak przy okazji i na marginesie: chciałbym się mylić, ale czy przychylność „Polityki” nie wzięła się przypadkiem z faktu, iż jeden z jej prominentnych publicystów napisał nie tak dawno książkę biograficzną o Wojciechu Fibaku, nota bene producencie „Psów 2″?)

No cóż, mnie osobiście Linda wydał się tu karykaturą Brudnego Harry’ego, pamiętnego policjanta z filmu Eastwooda, który stawia siebie (tragicznie) ponad prawem, by „wyrwać chwasty” i uporać się z gangsterską szumowiną. Pietrasik zacytował jeszcze dość enigmatycznie Wajdę, który powiedział ponoć, że Pasikowski wie coś ważnego o polskim widzu. Rzeczywiście, Pasikowski w jednym zw wywiadów wyznał: …widz moich filmów nade wszystko przeraźliwie tęskni do podstawowych wartości: miłości, pokoju, uczciwości, rodziny, sprawiedliwości… Koniec cytatu.
A to dobre! I w tej desperackiej tęsknocie do owych cnót rzuca się, by oglądać „Psy 2″! (Nie wiem, czy Pasikowski zdawał sobie sprawę, że oto właśnie wymienia owe „wartości niezbywalne”, które wyszydził jego apologeta i poplecznik z „Polityki”.)

Co naprawdę miał na myśli Andrzej Wajda, wyrażając się tak oględnie, że dopuścić można każdą wygodną interpretację? Czy aby nie to, że gust masowej widowni w naszym kraju sięgną bruku i na wzbierającej fali ogólnego schamienia raczy się tanią jatką i agresywnym prymitywizmem? W końcu sam Pasikowski przyznaje, że Wajda wyraził się o nim, iż za cenę popularności nie powinien gloryfikować postaci tak wątpliwych, jak Franz Maurer.
Ja jednak chcę być optymistą i wierzyć, że widz potrafi w końcu oddzielić ziarno od plew. Np. w momencie obcinania Pazurze kciuka przy pomocy łopaty, lub wbijania w oko gwoździa, w kinie rozlegał się śmiech. Jedni, zgorszeni, uznali to za reakcję cyniczną publiczności, ja uważam to za przejaw zdrowia. Nikt chyba nie przejął się rzeczywistością filmu, uznając ją – słusznie zresztą – za fikcyjną. Osobiście radziłbym także podejść do filmu humorystycznie i uznać go za taki, jakim jest naprawdę: fantazją wyrośniętych chłopców, wariacją na temat: „Jak mały Władzio wyobraża sobie twardy, brutalny, ostry i ‚męski’ świat postkomunistycznych gangsterów.”

ewentualne atrakcje Pasikowskiego i kolaudacja Piwowarskiego

Władysław Pasikowski był gotów do realizacji następnego, napisanego przez siebie scenariusza pt. „Glok 17″. Komitet Kinematografii projekt odrzucił. Wśród negatywnych opinii ekspertów, znalazła się również reprymenda znanego reżysera („Yesterday”, „Marcowe migdały”, „Kolejność uczuć”…) Radosława Piwowarskiego:

1. Walory artystyczne projektu: brak
Uzasadnienie: Film z gatunku „seks i przemoc”, postawy i charaktery wzorowane na filmach pornograficznych: mężczyźni to samce i brutale; kobiety służą do bicia, ewentualnie kopulacji. Pomiędzy liczeniem forsy, mordowaniem i biciem, bohaterzy często mówią „kocham cię”, co ma tworzyć warstwę liryczną. Ukraińcy i Ruscy jako płatni mordercy, przedstawiciel świata biznesu – kompletna świnia.
2. Walory rozrywkowe: średnie.
Uzasadnienie: 9 trupów + trupy Ruskich i Ukraińców. 5 pieprzeń (aktów miłosnych). Stosunki sadystyczne (bicie dziewczyny sprzączką od pasa, gryzienie). 2 duże wybuchy (stodoła, statek). Męskie dialogi. Dowcipy. Mordobicia, niekonwencjonalne mordowania, sikanie na trupa i tym podobne atrakcje.
3. Przewidywana frekwencja: duża.
Uzasadnienie: Film nie wymaga wysiłku przy oglądaniu. Akcja toczy się sprawnie. „Dobro” zwycięża. Ładne auta.
4. Walory promocyjne: brak (festiwale, imprezy, eksport, itp.)
5. Uznaję projekt za: nadający się do realizacji.
6. Decyzja: nie popieram projektu.

Panie Radosławie, wypada panu podziękować. Nie tyle w imię polskich moralistów, co podatników i zwolenników dobrego kina.

(napisane w lipcu, 1994 roku)

greydot

MIŁOŚĆ, ZACHWYT, LĘK…   (o filmach Witolda Leszczyńskiego)

.

Zadziwienie światem, zachwyt nad cudem istnienia, pomieszany z lękiem przed potęgą natury; miłość i śmierć… „ŻYWOT MATEUSZA”, „KONOPIELKA”, „SIEKIEREZADA”, „KOLOS” – wszystkie te filmy łączy ze sobą wielka wrażliwość reżysera w próbie ogarnięcia rzeczywistości, w której na pewno nie „wszystko jest poezją” i „nie każdy jest poetą”. A jednak Witold Leszczyński widzi świat tak, jak Stachura – w jego filmach poezja jest wszędzie. Od nas zależy, czy to spojrzenie potraktujemy jako próbę ucieczki z tego świata, czy też jego wzbogacenie.

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle ("Żywot Maeusza")

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle („Żywot Mateusza”)

Zaczęło się od „Żywotu Mateusza”, lirycznej przypowieści o wiejskim „pomylonym”, pełnej ciepła i życzliwości do swoich bohaterów… To był pierwszy film Leszczyńskiego, w którym z „całą jaskrawością” wyłożył on nam swoje artystyczno-duchowe credo. „Żywot Mateusza” wyznacza styl, w którym ascetyzm i powściągliwość w doborze środków wyrazu, podkreśla tylko poetycką intensywność obrazu i jego egzystencjalno-humanitarne przesłanie.
Moim zdaniem niepotrzebnie na spotkaniu z publicznością po projekcji filmu, reżyser zaczął się tłumaczyć z win niepopełnionych – jakby chcąc uprzedzić zarzuty o stylistyczną sztuczność. Nawet zaprzeczenia, jakie padły ze strony publiczności nie mogły go od tego odwieźć.

Filmy, które nastąpiły po „Żywocie Mateusza” można potraktować jako rozwinięcie tego stylu, ewolucje motywów, które w zmieniającej sią formie, stawały się jeszcze bardziej elokwentne. Tak było w „Siekierezadzie” (z 1986 r.), tak jest w najnowszym obrazie Leszczyńskiego „Kolos”.
Wszystkie te tytuły – mimo, że za ich kanwę posłużyły utwory literackie różnych autorów – łączy podobna wrażliwość i sposób przeżywania świata. Wydają się one być wariacją na te same tematy, mówić o samotności człowieka otoczonego ludźmi i przyrodą, o pogoni za fantomem miłości i o fatalizmie umierania. Bohaterowie zarówno „Kolosa”, jak i „Siekierezady”, ogarnięci są obojętną, acz wspaniałą potęga natury i jej majestatem. Przyglądają się w niej, jak w zwierciadle, chcąc dostrzec po drugiej stronie Boga. W „Siekierezadzie” Jan Pradera zatrudnia się w charakterze drwala. Otoczony leśną głuszą, drzewami niemal dotykającymi wierzchołkami nieba i oprószonymi śniegiem, szuka w sobie siły przetrwania i miłości. Tak samo, jak Brage, bohater „Kolosa”. Wiedziony pozostawionym mu przez matkę przesłaniem („Będziesz kiedyś duży i silny. Wtedy spotkasz właściwą dziewczynę, którą pokochasz. Musisz jej dać wszystko i żądać od niej wszystkiego. Bo tylko miłość jest celem i sensem naszego życia.”), chwyta się miłości, jak ostatniej deski ratunku przed absurdem istnienia. Również i on zanurzony jest w dzikim i surowym splendorze natury: góry i jeziora Norwegii, zapierające dech w piersiach swym krystalicznym, chłodnym pięknem.
Lecz jest coś, co różni obu bohaterów w ich głodzie uczucia. Miłość Bragego znajduje swe cielesne spełnienie. Dla Janka Pradery ukochana dziewczyna na zawsze pozostanie Gałązką Jabłoni – jasnowłosą zjawą z jego słów i marzeń.

Jest jednak w „Żywocie Matgeusza”, „Siekierezadzie” i „Kolosie” coś, co może prowokować w nas jakiś instynktowny sprzeciw.
Zarówno Pradera, jak i Brage (również Mateusz) wybierają samobójstwo – z tym, że finał, puenta tych filmów zawiera w sobie irytującą przewrotność. „Siekierezada” i „Kolos” zadają pytanie: „Czy warto żyć?”, po czym uśmiercają swoich bohaterów, a następnie odpowiadają: „Pewnie, że warto!” (Piosenka, jaką na zakończenie „Siekierezady” śpiewa Daniel Olbrychski, swoje „Nie, nie warto!”, zamienia jednak w konkluzję: „Jeszcze jak warto!”) Brage, który jest już „duży i silny”, czyli takie, jakim chciała go widzieć matka, nie może się pogodzić ze śmiercią swej ukochanej. Ciągnie na saniach jej martwe ciało, odchodząc w lodowatą, bezkresną dal. Ale żegnając się z nami, podnosi pięść i wydaje okrzyk, który jest dla nas głosem życia, a nie śmierci.

W „Siekierezadzie”, pod postacią Pradery, Stachura opisał siebie (pojawiający się tam Kątny – Olbrychski stanowi zaś jego alter ego). Znamy tragiczne przypadki tego poety, jego twórczość, dzięki której zrodził się mit, kult niemalże. Sted popełnił taki sam grzech, jak Pradera – sławiąc wolę istnienia, odwagę życia i poezję świata, wybrał śmierć (a może wykreował w sobie świat urojony, w którym śmierć wybrała jego?). Natomiast jeśli chodzi o Brage – to na cóż mu ta siła, skoro świadomie rezygnuje z szukania nowej miłości, a choćby tylko woli przeżycia i zmierzenia się ze swoim nieszczęściem? Czy to czasem nie jest jakaś egzystencjalna ironia i paradoks: moc owych bohaterów służy im w końcu tylko do odnalezienia w sobie tyle odwagi, by odebrać sobie życie?

„Konopielka” umożliwiła Leszczyńskiemu pozostanie w kręgu tematu „wiejskiego” (rozumianego zresztą bardzo powierzchownie), będąc pretekstem do ponownego oczarowania nas realizmem „magicznym”. Czy tekst Redlińskiego daje się przełożyć na język filmowego obrazu i to taki, który na dodatek byłby niejako idiomem Leszczyńskiego? Czy możliwe było to, by gęstość i bogactwo świata „Konopielki” „pisanej”, przenieść na ekran? Reżyser poddał jednak tę literacką materię transformacji, która w jego ujęciu zaczęła żyć własnym życiem, wypowiadać się swoim własnym językiem – zdobywając przy tym artystyczną autonomię.

Zupełnie inaczej oglądało mi się tę ciętą (choć przecież w istocie ciepłą) satyrę na polską wieś (zapadłe gdzieś nad bagnami Taplary) pod wieżowcami chicagowskiego downtown, niż przed laty, w kraju. Ciemnota, zabobony, brud, szpetota… z tego wszystkiego łatwiej śmiać się na własnym podwórku, niż poza jego opłotkami – za Oceanem, w Wielkim Mieście. Jednakże amerykańska publiczność zgromadzona w sali kinowej Art Institute nie była publicznością przypadkową, a przez to łatwiej jej było przyjąć tak umowną konwencję. Poza tym, łatwiej jest odebrać nam to, że śmiejemy się z siebie sami, niż gdy śmieje się z nas ktoś obcy. Bądź co bądź jednak, zarówno Redliński, jak i kroczący jego śladem Leszczyński, z wielką życzliwością traktują mieszkańców Taplar. Różnią się tym zdecydowanie o takiego np. Kosińskiego, który swoich chłopów w „Malowanym ptaku” popchnął ku koślawej grotesce i pornografii okrucieństwa. „Konopielka” też nie szczędzi taplarskich bohaterów, niemniej jednak zawsze zachowuje ich ludzkie oblicze.

Miło zauważyć, że w ślady Witolda Leszczyńskiego idzie w Polsce młody reżyser Jan Jakub Kolski (nawet Franciszek Pieczka dostał mu się w schedzie), który takimi filmami, jak „Pogrzeb Kartofla”, „Pograbek” czy ostatnio „Jancio Wodnik”, wypracowuje swój oryginalny styl, ciepłą liryką owiewając ludowy przekaz i wiejskie krajobrazy.

(napisane w kwietniu 1994 r.)

greydot

"Konopielka" - cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

„Konopielka” – cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

.

NIE JESTEM ANI ODRAŻAJĄCY, ANI OKRUTNY, ANI ZŁY… mówi Radosław Piwowarski

.

„Są reżyserzy mający wyraźne zacięcie polityczne, którzy traktują film jako oręż w rozgrywkach politycznych. Ja traktuje film zupełnie inaczej. I tym różnię się od nich diametralnie” – takie słowa usłyszałem od Radosława Piwowarskiego podczas pierwszego naszego spotkania przed kilkoma laty na lotnisku O’ Hare. Mimo tego, że walizki reżysera były już w samolocie, a do odlotu dzieliła go niespełna godzina, to ten mój pierwszy wywiad na amerykańskiej ziemi uznać mogłem za spełniony. Oczywiście, największa w tym zasługa Piwowarskiego, którego wypowiedzi zawsze są bardzo wyraziste, emocjonalne i – mimo pewnej afektacji – precyzyjne.

Radosław Piwowarski: "Niemodne teraz jest bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym..." (zdjęcie własne)

Radosław Piwowarski: „Niemodne teraz jest bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym…” (zdjęcie własne)

Radosław Piwowarski to jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych twórców kina polskiego ostatnich lat.* W poprzedniej dekadzie zrobił kilka pamiętnych filmów: „Jan Serce”, „Yesterday”, „Kochankowie mojej mamy”, czy też symptomatyczny dla naszych czasów „Pociąg do Hollywood”.
W Chicago reżyser gościł kilkakrotnie z okazji odbywającego się tutaj Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, przywożąc nań dwa filmy: „Marcowe migdały” oraz – trzy lata później - „Kolejność uczuć”. Nie chcę wracać do wszystkich motywów naszej rozmowy, które dotyczyły głównie „Marcowych migdałów”, jednak chciałbym zaznaczyć wątek bardziej uniwersalny, odnoszący się do kwestii upolityczniania kina.

Nie lubię polityki…

Sam Piwowarski wybrał marzec 1968 roku na czas akcji wspomnianego filmu, co znalazło nawet odzwierciedlenie w jego tytule. To rodziło pewne oczekiwania, nadzieję na głębsze, bardziej analityczne zajęcie się tym ważnym socjologicznie i kulturowo okresem. Jednak to, co zobaczyliśmy, zupełnie nie nadawało się do politycznego archiwum. Podzieliłem się tą uwagą z reżyserem, na co ten odrzekł:
- „I to jest zarzut, z którym ciągle się spotykam – że film o Marcu powinien być inny; że to niby tak: Krakowskie Przedmieście, przyjeżdża ZOMO, wyciąga pały, goni studentów… A ja tak: prywatki, całują się, dupę wypięli zza drzewa, dziadek zjadł kotlety… Być może oni mają rację, jak przez 20 lat czekali na film o Marcu ’68. Ale ja nie lubi polityki. Chcę to tutaj podkreślić, że absolutnie obowiązkiem artysty jest jest pokazywać indywidualną wersję zdarzeń powszechnie znanych, bo jeżeli to miała być dokumentacja o Marcu, to trzeba było po prostu zrobić film dokumentalny, wyciągnąć z UB kroniki, jak lali – bo na pewno było to kręcone – i po prostu pokazać to w programie telewizyjnym; zrobić wywiad z Moczarem, czy z innymi facetami. Moim zadaniem było pokazać jak ja tom widzę po 20 latach.”

Poganiacze kotów i „Operetka” na jeden palec

Pamiętam, że na przełomie lat 80-tych i 90-tych powstawały w Polsce filmy, w których twórcy wracali do swych osobistych doświadczeń z okresu dojrzewania. Były to obrazy ukazujące polską młodzież, której dorastanie przypadało na momenty gwałtownych zwrotów politycznych. I zazwyczaj owe akcenty i podteksty polityczne były w tych filmach wyraziste i czytelne. Tego nie można było także powiedzieć o filmie Piwowarskiego „Yesterday”. On też właściwie nie miał takiego tła politycznego, jakiego można się było spodziewać. Nadarzyła się więc okazja, by zapytać reżysera, czy oprócz tej jego awersji do polityki, nie grały roli jakieś inne względy? Np. obawa przed kłopotami na kolaudacji, czyli przy zatwierdzaniu pozwolenia na rozpowszechnianie filmu, co było w gestii specjalnych komisji kwalifikacyjnych („kapturowe gremia” – jak je kiedyś nazwał Janusz Zaorski). Piwowarski zaprzeczył:

- „Nie obawiałem się. Przedstawiłem wszystko realistycznie i w związku z tym ta polityka tam w jakimś sensie jest. Są tam trzy siły rządzące duchem ówczesnej młodzieży: szkoła – krótko obcięte włosy, tarcze na rękawach, absolutny posłuch…;dalej – kościół mający olbrzymi wpływ na wychowanie młodzieży oraz kultura przenikająca z krajów Zachodu, na ogół wyłapywana przez fale radiowe z piosenkami. Między tymi trzema wektorami młody człowiek szukał własnej drogi w dorosłość. Te trzy siły nim sterowały. To było dla mnie najważniejsze.
Swoją drogą, dziwne to były dla mnie czasy, bo z jednej strony na pożyczonej maszynie do pisania jednym palcem wystukałem sobie „Operetkę” Gombrowicza, a z drugiej – grałem na gitarze basowej w zespole „Poganiacze kotów” i w piwnicy mojego domu próbowaliśmy jakieś kawałki. Wydaje mi się, że poważniejsze zapotrzebowania kulturalne mogły spokojnie iść w parze z muzyką, którą niosła zachodnia kultura pop. Niosła też ze sobą inną filozofię życia. Działało to na nas jak narkotyk.”

Tym sposobem Radosław Piwowarski wszedł na tereny, gdzie toczy się obecnie debata nad dziedzictwem i charakterem byłej polskiej młodzieży kontestującej. Zbyt złożony to jest problem, by się tutaj nim zająć, niemniej jednak warto zauważyć, że wówczas jeszcze nikomu nie przychodziło do głowy, że kiedyś nadejdzie moment, gdy rozrachunek i ideologiczna konfrontacja z kontrkulturą końca lat 60-tych, będzie okazją do ostrzenia zębów młodej polskiej prawicy, a całość postrzegać się będzie w kategoriach konfliktu liberalizmu z konserwatyzmem.
Nie, o niczym takim się nie myślało. W piwnicach Radka i kolegów jazgotała kapela „Poganiaczy kotów”, a co bardziej spragnieni intelektualnej strawy dobierali się do Gombrowicza. I był to protest zarówno wobec katolicko-komunistycznej schizofrenii społeczeństwa polskiego, jak i wyraz tego „starego jak świat konfliktu pokoleń”, (o którym wspomniał nie tak dawno podczas jednej z naszych rozmów Czesław Niemen). Także zwykła młodzieńcza tęsknota za swobodą i skłonność do odrzucania (zwykle skompromitowanych – ich zdaniem) autorytetów.

Sam w kawiarni „Na rozdrożu”

Piwowarski nie lubi polityki (tutaj bardzo dobrze go rozumiem) i to we wszystkich jego filmach widać. Mam wrażenie, że jest w tym człowieku zbyt dużo liryzmu i melancholii – co tak łatwo przenosi się na jego obrazy – by wymagać jeszcze od niego tego ostrego politycznego żądła. Sam sobie zresztą zdaje sprawę, że jest za mało drapieżny dramaturgicznie i stara się nad tym pracować. Mówi, że zawsze w filmie interesuje go to, co dzieje się obok. To go wciąga. Lecz stara się z tym walczyć. Np. „Marcowe migdały” – jak sam określa – chciał jednak zrobić „strasznie serio, taki prawie że polityczny film z tamtych lat. No i jakbym się nie starał, to i tak wyszedł mi ten leśny dziadek, dupa zza drzewa i kotlety…”
Zwróciłem wtedy uwagę, że można jednak dostrzec w tym filmie rzeczy ważniejsze, niż te akcenty komediowe, czemu reżyser nie zaprzeczył:
- „Dla mnie to jest film o tym, że wyście wszyscy wyjechali z Polski. Ja miałem pięciu kolegów, z którymi w kawiarni nomen omen „Na rozdrożu” w Warszawie, spotykaliśmy się na kawę, zaczepiali dziewczyny i gadali o tym, jak się w życiu ustawimy, I raptem złapałem się na tym, że w kawiarni „Na rozdrożu” siedzę sam. Wszyscy wyjechali i te cztery nazwiska na końcu filmu, to są nazwiska moich kumpli, których nie ma już w kraju.
Zastanawiałem się długo jak zrobić o tym film, jak to pokazać. I tak, szukając, znalazłem Marzec jako pierwszy stopień tej równi pochyłej. Pierwsza emigracja moich kolegów, która się zakończyła tym, że w tej chwili siedzę sam. A potem było łączenie rodzin niemieckich, czyli masowy wyjazd ze Śląska i Mazur – za pożyczkę tzw. „Jumbo”, którą dostaliśmy w zamian za to, że tych ludzi wypuściliśmy. Potem solidarnościowe wyjazdy sierpniowe i nie powroty, bo stan wojenny. a w końcu – wyjazdy po stanie wojennym. Wszystko to zaczęło się jednak w Marcu. Wajda powiedział mi kiedyś: ‚No tak, ale różnica jest taka, że oni musieli wyjechać, potem wyjechali ci, co chcieli’. Owszem, ale problem polega na tym, że po raz pierwszy w 1968 toku dowiedzieliśmy się, że to jest ojczyzna nie dla wszystkich – że ktoś jest lepszy Polak, a ktoś gorszy.”

Radosłąw Piwowarski: "Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka." (Maria Seweryn i Daniel Olbrychski w "Kolejności uczuć".)

Piwowarski: „Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka.” (Maria Seweryn i Daniel Olbrychski w „Kolejności uczuć”.)

Jankeska inwazja

Minęły trzy lata i Radosław Piwowarski znów pojawił się w Chicago. Tym razem z „Kolejnością uczuć”, gdzie Daniel Olbrychski zakochał się w młodziutkiej Marysi Seweryn. Chciałbym tutaj przytoczyć te wątki, które moim zdaniem do dzisiaj nie straciły wiele na aktualności. Jeden z nich dotyczył „jankeskiej inwazji”, swoistego „potopu” amerykańskiego, jakim jest w dalszym ciągu zalew kultury amerykańskiej, którego doświadczają ludzie nad Wisłą. Spytałem się Piwowarskiego, czy rzeczywiście wszyscy teraz czują się tym w Polsce tak przytłoczeni, na co usłyszałem:
- „Można to wykazać na przykładzie filmu właśnie. W tym roku wejdzie na ekrany 160 nowych filmów, z czego 140 to filmy amerykańskie. Takie są proporcje. To fajnie, że premiery tych najnowszych hitów, jak np. ‚Park Jurajski’, odbywają się w tym samym czasie, a niekiedy i wcześniej, niż w Paryżu, czy Londynie, ale – i to mnie martwi najbardziej – większość z nich to pozbawiona głębszych wartości konfekcja, która wypiera wszystko inne. Nie można już zobaczyć filmu francuskiego, włoskiego… Najgorsze jednak jest to, że wypierają one również filmy polskie. Kiniarzom bowiem bardziej opłaca się puszczać – nawet dla kilkunastu osób – film amerykański, (który nota bene dostają za ćwierć darmo) niż jakikolwiek inny. W przypadku filmu polskiego musieliby się dzielić pół na pół z producentem. Wygląda to tak, że kupuje się jeden ‚hit’, a do niego dystrybutor dołącza kilka innych, praktycznie za darmo. Te filmy zarobiły już na siebie w Ameryce. Na to, że zarobią w Polsce, Amerykanie już nie liczą, ale i tak zasypują nas swoimi produkcjami.”
Wtrąciłem: Bierne i bezkrytyczne przyjmowanie i powielanie obcych wzorów grozi przecież utratą tożsamości narodowej, a co najmniej deprecjacją kultury, obniżeniem jej standardów i ekspansją pop-kulturowej papki. Stwierdzenie to trywialne, ale wydajemy się o nim jakby ciągle zapominać.
Piwowarski: „To jest bardzo niebezpieczne. Jesteśmy tym nie tylko oburzeni ale i wystraszeni. Ludzie nie zdają sobie jeszcze z tego sprawy. Cieszą się, że mają dostęp do tylu atrakcyjnych towarów, czego pozbawieni byli przez długie lata. Środowiska twórcze mają jednak świadomość niebezpieczeństwa. Nasze ministerstwo finansów nie zgadza się niestety na żadne ulgi podatkowe dla kin, na dystrybucję polskich filmów. Jest to więc zależność ekonomiczna.”
Ja: To jest naprawdę bulwersująca sprawa. Ponoć istnieją amerykańskie półoficjalne agendy, które mają oddziaływać na rynki zagraniczne środkami półoficjalnymi właśnie, co raczej trudno nazwać promocją kultury. Ma to mieć charakter bardziej agenturalny. Ile w tym prawdy? Czy jest to być może jakaś kolejna teoria spiskowa, tym razem – ekspansji kultury amerykańskiej, mającej zawojować świat, ale nie bombami, nie rakietami, tylko hamburgerami i miałkością kultury masowej?
Piwowarski: „Tydzień przed moim przyjazdem do Chicago odbyło się w Gdańsku spotkanie trzech prezydentów: Mitteranda, Wiezseackera i Wałęsy. Jednym ze stwierdzeń jakie padło z ust Mitteranda było to, że Europa musi się bronić przed amerykańskim filmem. Świadczy to o tym, jak poważnie traktują tę sprawę Francuzi.”
Ja: Gra idzie o wielką stawkę. I to od dawna. Kiedy po wojnie Amerykanie podpisywali z Włochami porozumienie, zastrzegli sobie w klauzuli, ile amerykańskich filmów muszą pokazać Włosi na swoich ekranach.
Piwowarski: „Nieprzypadkowo te filmy sprzedawane są tak chętnie, tak tanio i w takich ilościach. Nie chodzi tu chyba o jakiś zysk doraźny. To jest obliczone na dłuższą metę.”
Wyraziłem wówczas przypuszczenie, że podobno Amerykanie traktują kraje Europy Środkowej jako coś w rodzaju przyczółka, na którym mogą postawić stopę przed ewentualnym rzuceniem się na olbrzymi potencjalnie wschodni rynek zbytu. TA to może mieć konsekwencje cywilizacyjne.

Imperium spiskowe czy biznesowe?

Przyznaję, że zabrzmiało to wówczas bez mała katastroficznie, lecz i dzisiaj to zagadnienie trudno nie uznać za doniosłe, a problem amerykańskiej ekspansji kulturowej w świat – za poważny. Chcę jednak zaznaczyć, iż – nie przecząc istnieniu specjalnych oddziałów wywiadu „kulturalnego” działającego pod auspicjami Intelligence Service oraz ich amerykańskich, rosyjskich, niemieckich czy izraelskich odpowiedników – wzbraniałbym się jednak ujmować to w kategoriach jakiegoś wielkiego globalnego spisku politycznego. Jeśli jest to zmowa, to jest to zmowa natury merkantylnej, finansowej, czyli po prostu umowa – kontrakt handlowy wielkich potentatów w branży filmowej, muzycznej oraz środków masowego przekazu (prasa, telewizja, internet…). I jeśli jest to zagrożenie, to jest to zagrożenie jakie zwykle niesie ze sobą monopolizacja (niemożność konfrontacji, ograniczenie konkurencji prowadzi zwykle do wypaczenia rynku i nadużyć).

Na początku tego roku przeczytałem artykuł, jaki opublikował „Der Spiegel” pod znaczącym tytułem: „Bitwa o media”. Złożył się na niego wywiad, jaki ten niemiecki magazyn przeprowadził z Herbertem A. Allenem, będącym alfą i omegą w sprawach amerykańskich przekaziorów oraz przemysłu rozrywkowego, a ponadto nowojorskim bankowcem i doradcą, pozostającym w zażyłych stosunkach z tuzami wielkiego świata mediów. Rozmowa obracała się wokół ostatnich fuzji prasowych, telewizyjnych, filmowych i muzycznych gigantów, a pod koniec dziennikarz „Spiegla” zapytał się Allena, czy nie sądzi, że koncentracja środków przekazu w Stanach Zjednoczonych stanowi międzynarodowe zagrożenie polityczne (ponieważ może to wywierać zbyt wielki – i sterowany – wpływ na opinię publiczną), na co Allen odparł: „Nie. Z wyjątkiem zdecydowanego konserwatysty Murdocha, kierownicy wielkich koncernów tego typu nie mają żadnych poglądów, które zamierzaliby rozpowszechniać. O wiele większym niebezpieczeństwem jest to, że na całym świecie zaczyna powstawać tylko jedna kultura: wszyscy oglądamy to samo, ubieramy się podobnie, posługujemy się tymi samymi frazesami – i zanudzamy się wzajemnie na śmierć. Sądzę nawet, że to już nie jest niebezpieczeństwo, to pewność. Wszyscy zaczynamy być banalni jak lody waniliowe.”

Wybuchy, strzelanina i trupy…

Osobiście jednak daleki byłbym od bagatelizowania amerykańskiej monopolizacji kultury i mediów oraz wnioskowania, iż jedyną tego konsekwencją byłaby banalność waniliowych lodów. Rozmówca „Spiegla” bowiem nie miał żadnego interesu w tym, by zaostrzać fobie tych, którzy obawiają się o losy narodowych kultur. Wręcz przeciwnie – on starał się wyciszyć, a raczej usunąć te kwestie z pola widzenia. Trudno też byłoby się spodziewać, że usłyszymy od niego jakieś demaskujące rewelacje na temat zakulisowych machinacji korporacji, do których przecież sam jest przyssany niczym do potężnej dojnej krowy. Wielu postronnych obserwatorów zgodzi się natomiast z tym, że świat Amerykę naśladuje akurat w tym, co płaskie, powierzchowne i wręcz prymitywne. Oprócz gloryfikacji przemocy – prostacki materializm (pieniądz jest najważniejszy, zysk jest bogiem mamona rządzi wszystkim… etc.) i egoistyczny a bezwzględny pragmatyzm, będący swego rodzaju dyktaturą utylitaryzmu rugującego wyższe, szlachetniejsze wartości kulturowe..
Również i ten temat zajął nas podczas naszej rozmowy. Czy Piwowarski mógłby się utożsamić także i z takimi obawami?
- „Ci, którzy krytykują i sprzeciwiają się zalewowi amerykańskiej kultury masowej, mają zupełną rację. Niestety, to co my cenimy i kochamy w tej kulturze amerykańskiej, nie znajduje u nas popytu. Te prawdziwe wartości intelektualne, duchowe toną w zalewie komercyjnej konfekcji. Jak mi powiedziała pewna bileterka, gdy się jej zapytałem, co to za film grają: ‚A wie pan, te same wybuchy, strzelanina i trupy’.”
Wtrąciłem: Takie są obiegowe opinie o kinie amerykańskim, krzywdzące te filmy wartościowe, które tutaj niewątpliwie się robi.
Piwowarski: „Jednakże większość, w moim prywatnym odczuciu, świadczy o upadku sztuki filmowej przez duże ‚S’. Nie niesie żadnych wartości etycznych, żadnego przesłania moralnego. Wręcz przeciwnie – gloryfikuje gwałt, bezwzględność, zabijanie… To jest przykre. Tym bardziej, że dla mnie kino amerykańskie zawsze miało w sobie te najprostsze, wspaniałe, szlachetne wartości. W westernie zawsze dobry musiał wygrać, w kryminale – morderca musiał być ujęty… itd. Teraz tego nie ma.”
Ja: Nawet Spielberg, uważany za czarodzieja kina, gdzieś się moim zdaniem zagubił. Osławiony „Park Jurajski”, z którego dochód już dawno przekroczył miliard dolarów, jest według mnie filmem nad wyraz przeciętnym. Nie ma w sobie choć odrobiny tej magii, jaką miał choćby „ET”. (O „Liście Schindlera” nawet nie wspominam, bo to już zupełnie inna parafia.) A tu dowiadujemy się, że na polską premierę „Parku Jurajskiego” przychodzi sama premier Suchocka. To jest moim zdaniem przejaw zupełnego prowincjonalizmu, a może nawet infantylizmu. Czy robi się coś w naszym kraju, by zatamować ten zalew amerykanizmami? Czy komuś w ogóle zależy jeszcze na kulturze nad Wisłą?
Piwowarski: „Dotychczasowy sejm był sejmem najbardziej antyintelektualnym, anty-kulturalnym, jaki mieliśmy od czasów wojny. Złożony był z ludzi, którzy kultury wręcz nienawidzili. Jeżeli uchowało się trochę pieniędzy, to jest to jedynie zasługa samych środowisk twórczych, ich walki o to.”
Ja: Czy ostała się jeszcze w Polsce klasa inteligencka? Czy może był to taki sztuczny peerelowski twór?
Piwowarski: „Jeżeli ktoś był inteligentem, a w ogólności – człowiekiem inteligentnym, to oczywiście nie mógł przestać nim być tylko dlatego, że zmienił się ustrój. To jest jednak dość zasadnicze pytanie. Ostatnimi czasy, o czym już pan wspomniał, zrobiła się u nas straszna moda na kapitalizm, na bogacenie się. ogromna ilość młodzieży, która kiedyś szła na uniwersytety, do szkół artystycznych i próbowała odnaleźć prywatność swego życia, potrzeby intelektualne i duchowe w kulturze, sztuce, działalności naukowej, teraz marzy tylko o jednym: mieć mały, ale własny biznes, szybko zdobyć dóbr materialne, konsumpcyjne… Niemodne jest już bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym. Ważne jest to, by posiadać.”

Liryka ponad bagnem

W pewnym momencie Piwowarski powiedział: „Przez całe dziesięciolecia polska kultura wychodziła z prostej zasady: ‚ustrój jest zły, człowiek jest dobry’. Na potwierdzenie tego faktu czekała Europa, jak również społeczeństwo polskie. Teraz to się skończyło. Mamy więc robić filmy, pisać książki o tym, że człowiek jest zły?”
Przypomniało mi to wypowiedź Janusza Kijowskiego, która w tamtym czasie rozniosła się gromkim echem wśród polskich środowisk twórczych. Mnie także dość mocno uderzyła. Otóż Kijowski mówił o drogach jakimi może uciec kino polskie przed totalną zagładą. Pierwsza, to podróbka zachodnich, głównie amerykańskich standardów; drugi kierunek ucieczki to „etnografia”, czyli prezentacja – wedle słów Kijowskiego – polskiego „skansenu głupoty, uprzedzeń, fobii” (zaciekawienie tym zagranicznego odbiorcy niewykluczone); trzecia droga zakładałaby „zespolenie amerykańskiej sprawności narracyjnej, rzetelnej, etnograficznej obserwacji z odwagą wejścia w sam środek naszego bagna.” Ma to być, według Kijowskiego, sposób na odkłamanie otumaniających nas mitów. „Brudny, odrażający, zły” – konkludował Kijowski – „taki tylko może być bohater współczesnego filmu, który zainteresuje nas samych, a przy okazji może również będzie zrozumiały dla innych.”
Czy, zdaniem Piwowarskiego, tylko na takie opcje skazane jest kino polskie? Reżyser wyraźnie się obruszył:
- „W ogóle się z Kijowskim nie zgadzam. ‚Brudni, odrażający, źli’ – to takie efektowne, ‚literackie’, ale nie przystające np. do mojej rzeczywistości, obrażające świat, Moje nastawienie do tego świata jest zupełnie inne: liryczne, przyjazne… Jestem przekonany, że takich filmów już nikt nie chciałby oglądać. Bohater, który ma być syntezą naszej głupoty, brudu, zacofania, zaściankowości?! Komu to potrzebne??! Od cholery mamy tego na co dzień!
Odpowiem spokojnie: uważam, że nie jestem ani odrażający, ani okrutny, ani zły. Nie chcę też robić filmów odrażających, okrutnych, złych. Dlatego moje filmy mają taką widownię, o jakiej Kijowski może sobie tylko pomarzyć.”

Mężczyzna na wietrze

To późniejsze o kilka lat spotkanie odbyło się już w nieco innych dekoracjach, w innych warunkach. Nie było już dworcowego pośpiechu, była za to „Wyborowa”, którą Piwowarski przywiózł z kraju. Opuszczony przez organizatorów swej wizyty, nie czuł się dobrze w pustym mieszkaniu znajdującym się w jakimś nieszczególnym szarym bloku nad Jeziorem Michigan.
Truizmem byłoby stwierdzenie, że Piwowarski jest interesującym i frapującym rozmówcą. Ostrość sformułowań łączy się w nim właśnie z jakimś ciepłem, liryzmem, a polemiczna zaciętość… z dobrocią (czy tego wstydliwego słowa używa się jeszcze dzisiaj w polskiej prasie?)
Kiedyś sam przystał na to, że można go nazwać „Nikiforem polskiego kina”. Potwierdził także to, że najbliższy jest mu Chaplin. Wyraziłem wobec tego wątpliwości, czy aby takie stwierdzenie nie deprecjonuje w pewnym sensie jego twórczości, narażając ją właśnie na zarzut totalnej naiwności i braku świadomości w tym, co się robi? Reżyser odparł:
- „Zgadzając się na tego Nikifora nie miałem na myśli środków wyrazu czy prymitywizmu. Nikifor odczuwał wewnętrzną potrzebę malowania i tak jak ptak fruwa, pies szczeka, tak on malował. Nie robił tego na zamówienie społeczne. Tak i ja uważałem, że mam w sobie radość i potrzebę kręcenia filmów. A że pozwoliłem sobie na taką ironię wobec siebie?… U nas to wszystko jakieś takie poważne i napuszone – reżyserzy lubią nieść kaganek oświaty przed społeczeństwem, wypowiadać się politycznie… itd. Ja nigdy takich ambicji nie miałem, dlatego powiedziałem, że jestem taki Nikifor. A społeczne funkcja moich filmów polega na tym, żeby ludzi nie dobijać, ale podnosić na duchu, dawać im nadzieję.”

Jeszcze na O’Hare Piwowarski zdradził, że planuje nakręcenie filmu pt. „Mężczyzna na wietrze”, w którym chciałby zawrzeć wszystkie swoje doświadczenia mężczyzny czterdziestoletniego. Tak więc kolejny obraz człowieka w dojrzałym wieku, którego trapi przemijanie? Modny ostatnio temat wśród polskich reżyserów.
Nie usłyszałem już później o „Mężczyźnie na wietrze”, który pewnie z biegiem czasu zamienił się w „Kolejność uczuć” – rzecz o romansie czterdziestolatka z nastolatką. Gotowy film spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem wśród chicagowskiej Polonii, choć nie zabrakło też głosów krytycznych, lekko zbulwersowanych zalotami i miłością (także cielesną) między Olbrychskim a 17-letnią Marysią, córką Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna. W Polsce natomiast „Kolejność uczuć” zdobył jedna z głównych nagrod (Srebrne Lwy) na Festiwalu Filmowym w Gdyni, a przez publiczność uznana została za najlepszy film roku.
„Kolejność uczuć” to jedna wielka nostalgia i melancholia przemijania. Czy wątek, który wymyślił reżyser (jest on równocześnie autorem scenariusza), nie jest aby jego własną tęsknotą za miłością, młodością, nastolatkami? Piwowarski odparł:
- „Czy tęsknota? Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka – że się starzeję. Codziennie się tym martwię. Dlatego właśnie chcę robić filmy o młodości, miłości, świeżych i spontanicznych uczuciach. Patrząc w ten sposób, to mój film jest właśnie taką tęsknotą.”
– Tęsknota za kobietą, jej ciałem, duszą…?
- „Odpowiem tak: byłem w tym roku na wakacjach w Dąbkach – to taka wieś kaszubska. Jest tam plaża, gdzie istnieją takie zwyczaje, że kto chce chodzić goły, to chodzi goły, kto chce chodzić w gaciach, to chodzi w gaciach. I ja tam sobie leżałem i patrzyłem na nagie kobiety, dziewczyny, i tak sobie myślałem: ‚Jakie fajne i proste życie mieli malarze, czy rzeźbiarze, że mogli sobie rzeźbić czy malować te akty…’ A nie ma nic piękniejszego, nic bardziej zachwycającego, niż ciało kobiety. Właściwie artysta, tak naprawdę, to powinien się zajmować tylko miłością i kobietami. Bowiem nasze najgłębsze doznania związane są z kobietami.”
I tym pięknym stwierdzeniem zgodziliśmy się zakończyć oficjalną część naszej rozmowy.

greydot

Piwowarski: jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka – że się starzeję. (Reżyser na planie "Marcowych migdałów".)

Radosław Piwowarski: „Jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka – że się starzeję.” (Reżyser na planie „Marcowych migdałów”.)

.

*Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 12 stycznia, 1996 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

BEAUTY AND THE BRIDGE

.

Na Brooklyńskim Moście

na Brooklińskim moście

 

      Most jako bestia – w tle, a na pierwszym planie –  kontrast w formie kobiecego piękna i delikatności. Jasna skóra, blond włosy, zmysłowe usta, piękne rysy twarzy, a drugi plan – to ciężkie stalowe bele, grube metalowe nity, poręcz ławki z kutego żelaza i siatka chroniąca nas przed przepaścią… Extremes meet. Lubimy takie kontrasty – lekkość i ciężar, ulotność i stałość, kruchość i solidność – świat eksponuje swe detale, ostrzej rysuje kontury, podsuwa nam to co jest gorące i zimne, pomijając letnią średniość, która jest nudna, szara i bez smaku. Majakowski był mostem brooklińskim zachwycony, Stachura już mniej – a ja ciekaw jestem jakby się zachowali gdyby na moście w Nowym Jorku spotkali tę kobietę? Na pewno nie letnio, choć Wołodia, mimo tego, że kipiał w nim testosteron i miał kochanek bez liku, mógłby zapałać większym pożądaniem do mostowych nitów, niż do tego ciała, poddając się urokowi na wpół przymkniętych powiek, zmysłowo rozchylonych ust czy kosmyka jasnych włosów. I krzyknąć: most to jest to! A później? Upić się wódką nieprzytomnie. A Sted? A Sted – to całkiem możliwe – tchnięty tęsknotą podróży na cudne manowce, mógłby o tej kobiecie napisać tak, jak już pisał o kobietach wcześniej: „Patrzyła w okno, a ja patrzyłem na nią, na jej profil i myślałem: sercem nie mógłbym, bo serce miałem kiedyś jedno i mi się potrzaskało straszliwie i doszczętnie, i nie udało się pokleić skorupek tego dzbanka, ani łzami – tym klejem białym, ani krwią – tym klejem czerwonym, i tak nie mam serca, nie mam, więc sercem nie mógłbym, ale mógłbym taką istotę pokochać SIŁĄ WOLI. SIŁĄ WOLI pokochać istotę taką mógłbym. Pierwszą dziewiczą i wielką i wolną miłością wolnej mojej woli. Skąd ona wzięła się, ta dziewczyna, tu, przede mną, prawie na wyciągnięcie ręki, ona, co jest taka, jak gdyby ją stworzyła jakaś niewysłowiona rozdzierająca tęsknota, już nie serca tęsknota, ale czegoś innego, nie wiem czego… Ducha tęsknota. Moja tęsknota.”  Czyli – zatęsknić, poczuć w sercu kłucie niespełnionej miłości, ból jaki sprawia niedosiężność idealnego piękna, które tylko udaje, że się przed nami materializuje, a tak naprawdę jest zamknięte w absolucie, jak w szklanej kuli… A później… upić się, upić jakimś tanim winem nieprzytomnie, i to niekoniecznie w jakimś hipsterskim barze w Greenwich Village, a najlepiej z homlesami pod mostem. Zresztą, czy jest to przypadek, że na moście tym spotkali się w swojej poezji dwaj samobójcy? Choć akt ostatecznej rozpaczy przyszło im odegrać w innych dekoracjach i z innym słowem na papierze i ustach, przejście przez Styks, po moście jak łódź Charona, zbliżyło ich do siebie – co na pewno nie było dziełem przypadku, bo przecież ten, tak naprawdę, nie istnieje.

     Skoro nie można dosięgnąć piękna, ani nasycić się jego istotą, wypić esencję – skoro ład estetyczny makijażu, gustowna biżuteria, pełne seksapilu nogi i lekki ironiczny uśmiech manhattańskiej Giocondy oddalają od nas jej cielesność – tę kobiecość z krwi i kości, która wypełnić by mogła pory naszej skóry, zmieszać nasz pot z jej potem, nasz oddech z jej oddechem – odcisnąć się w nas, naprężyć nasze mięśnie, wypełnić nam dłonie… to może rację miał Bukowski, który w brudzie, nieświeżości  i w znoju nurzał się w kobiecie pijanej, obszarpanej, śmierdzącej, nieboskiej…  Cóż, może to sprawa gustu, może abnegacji, może sposobności i dostępności – wytarzać się w pierwotnym, parującym, zwierzęcym jeszcze cieple seksu, który bardziej podatny jest hormonom – niczym archaiczny zew reprodukcji gatunku – niż erotyzmowi, jakim chcemy sublimować nasz atawizm i zwierzęcą chuć, otulając się dość kusym płaszczykiem kultury? A czy modelowanie kobiety nie czyni z niej abstrakcję? Czy naturalna dziewczęcość nie ginie pod sztucznością póz i stylizacją, która po zdjęciowej sesji umieszcza kobietę w nierealnej przestrzeni kredowego papieru kolorowych magazynów mody? I dopiero prysznic, zwykły szlafrok, jeszcze mokre włosy… wydobywają z tej pozy i sztuczności kogoś prawdziwego – istotę ziemską, podobną do nas i z naszego gatunku – którą wreszcie można dotknąć bez obawy, że wymknie się nam jak zjawa z wymuskanej w Photoshopie fotografii.

 .

Na tle Manhattanu

z Manhattanem w tle

.

 

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

PLUSKWY A SPRAWA POLSKA

Nocny nalot ABW na redakcję WPROST

nocne zmiany

.

Paradoksem jest to, że ci wszyscy podsłuchani politycy mówili prawdę. Ale ta prawda ich nie wyzwoli, wręcz przeciwnie: najprawdopodobniej wysadzi ich z siodła…
I już skompromitowała.

Problemem nie jest więc to, że oni powiedzieli prawdę, tylko, że sprawowali swoje urzędy, jakby prawda była zupełnie inna. Jeśli minister Sikorski uważał, że to jest źle, żeby „robić laskę” Amerykanom, to powinien starać się zmienić politykę zagraniczną państwa tak, żeby Polska nie przypominała dziwki obciągającej pytę Wuja Sama. A jeśli nie był w stanie zapobiec tej politycznej felacji, to po prostu powinien podać się do dymisji, a nie robić za alfonsa. Ale tak postąpiłby człowiek, który ma klasę, honor, dumę a nie taki, który jest typowym reprezentantem polskiej klasy politycznej – która, jaka jest, to każdy teraz zobaczył i usłyszał.

Podobnie jest z ministrem spraw wewnętrznych B. Sienkiewiczem, którego trafne diagnozy („polskie państwo praktycznie nie istnieje”; inwestycje rządowe, to nic innego, jak „ch.uj, dupa i kamieni kupa”) oraz stwierdzenie, że ma on związane ręce i nie może ruszyć (zreformować) podległych mu służ specjalnych, bo dysponują one na wszystkich „hakami” (wpisuje się w to także wypowiedź ministra Rostowskiego o polskim rządzie: „Szambo. To jest szambo”) – można wręcz uznać za raport o stanie państwa.
A jeśli taki jest stan państwa, to odpowiedzialni są za to ci, którzy dotychczas nim rządzili i rządzą.

To wszystko przypomina jakąś tragikomedię, ale tak naprawdę bardziej jest tragedią niż komedią, bo wszystko wskazuje na to, że w Polsce nie ma żadnej sensownej ekipy, która by mogła nią dobrze rządzić.

* * *

Obwinianie NAGRYWAJĄCYCH o to, że polscy politycy totalnie się skompromitowali – są hipokrytami, ludźmi bez kultury, knującymi, zdradliwymi, geszefciarskimi – uprawiającymi denną politykę, prowadzącymi (nota bene przesiąknięte chamstwem i obscenicznością) rozmowy, które, jak się okazuje, destabilizują państwo i są niezgodne z polską racją stanu – to kompletna paranoja. A jeśli nie paranoja – to jest to szczyt cynizmu.

* * *

Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. Służby specjalne zabierające się za inwigilowanie społeczeństwa, kręcą bicz na swoją skórę. Anglosasi (na czele ze Stanami Zjednoczonymi), robią to już na skalę totalną (globalną). Nie spodziewałem się, że pierwszy taki bicz zadziała w Polsce, która jest jeszcze daleko za Echelonem (bo afera „taśmowa” jest takim właśnie odpryskiem tego, co dzieje się w cywilizacji inwigilacji i podsłuchu – poza naszą wiedzą).

Dobrze byłoby, aby afera taśmowa doprowadziła także do tego, by bliżej przyjrzeć się sposobowi, w jaki służby specjalne inwigilują polskie społeczeństwo i czy jest to w ogóle proceder kontrolowany przez państwo. Im prędzej się to zrobi, tym lepiej. Później może być za późno i rzeczywiście będziemy mieli do czynienia z „demokracją” „hakową”, która – opierając się na szantażu i zastraszeniach – z prawdziwą demokracją nic już nie będzie miała wspólnego.

Niestety, na złą sprawę, minister spraw wewnętrznych Sienkiewicz powiedział w historycznej już rozmowie, że nie może podległych mu służb zreformować, ponieważ mogłaby być ona wtedy niedyskretna: „wszyscy, którzy pracują w BOR, mają syndrom sztokholmski. (…) Odebrałem 15 telefonów od wszystkich możliwych najważniejszych ludzi w tym kraju, żebym, broń Boże, nie robił żadnej krzywdy BOR-owcom, więc mam wykręcone ręce.(…) nie mogę sobie pozwolić na głębokie reformy w służbie, od której dyskrecji zależy parę istotnych kwestii w tym kraju…”, czyli, innymi słowy: deep (shit) state jest nie do ruszenia, bo dysponuje na wszystkich hakami.

Przy okazji pozwolę sobie zacytować jeszcze jeden znaczący tekst:

„To bezprawie: w Polsce dziewięć służb specjalnych zakłada rocznie od sześciu do kilkudziesięciu tysięcy podsłuchów. A w ubiegłym roku skontrolowały aż milion połączeń telefonicznych i internetowych!
KTO JEST „WIELKIM BRATEM”?
Prawo do inwigilacji mają: policja, Centralne Biuro Antykorupcyjne, Biuro Ochrony Rządu, Centralne Biuro Śledcze, Żandarmeria Wojskowa, Straż Graniczna, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz wojskowe służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze.
Najgorsze jest jednak to, że tylko kilka osób w Polsce wie, ilu obywateli jest inwigilowanych, jak długo i dlaczego. Informacji na ten temat nie mają nawet posłowie sejmowej komisji ds. służb specjalnych.
W latach 90. śledzono telefony przestępców, dziś dziesiątków tysięcy Polaków… na wszelki wypadek.
Panująca psychoza podsłuchów nie jest wymysłem przestępców i mediów szukających sensacji. To są fakty, tyle że objęte tajemnicą. Na prośbę Brukseli Urząd Integracji Europejskiej ustalił, że pod względem stopnia inwigilacji społeczeństwa jesteśmy na pierwszym miejscu w Europie!”– pisze Gazeta Pomorska w artykule pt. „Jesteśmy najlepsi w Europie! Tajne służby podsłuchują Polaków na potęgę.” (11.11.2010)

Przy czym: prawo do podsłuchu nie oznacza tego, że wszystkich i wszystko można podsłuchiwać (a tym samym: nagrywać, bo to zwykle robi się przy podsłuchu). Potrzebna jest do tego zgoda sądu. Tylko, czy owe sądy nie zatwierdzają owych podań – podobnie jak w Stanach Zjednoczonych tzw. rubber stamps courts – „jak leci”? (Przecież w praktyce niemożliwe jest zbadanie zasadności takiego podania.)

Na rzeczy jest też pytanie, jaka część podsłuchów i nagrań jest nielegalna (czyli: jak często wiadome służby nagrywają ludzi bez zgody sądu? Znając samowolę niekontrolowanych w praktyce służb, można założyć, że odbywa się to na masową skalę).

Warto zwrócić także uwagę na to, co powiedział w tej sprawie Bogdan Święczkowski, były szef ABW: „Jeśli Sienkiewicz twierdzi, że nagrywanie trwało kilka lat, to deprecjonuje i ośmiesza szefostwo służb specjalnych zajmujących się bezpieczeństwem wewnętrznym, a także szefów BOR. To oznacza, że w państwie realizowane są – nie wiadomo przez kogo – działania, które mogły doprowadzić do zachwiania bezpieczeństwem państwa.”

I to jest clue całej sprawy. Tracimy kontrolę nad państwem, nad strukturami, które same siebie chcą szantażować i niszczyć – a to uderza w nas wszystkich. I przestaje mieć już cokolwiek wspólnego z demokracją, mogąc być w przyszłości zagrożeniem dla naszej wolności.

* * *

OPĘTAŁ NAS BLUES – mówi Tadeusz Nalepa

Ryśkowi „Bruno” R. tekst ten dedykuję

Tadeusz Nalepa na koncercie. Towarzyszy mu Andrzej Nowak. (Zdjęcie archiwalne)

Pojedynek jak w „Crossroad”: Tadeusz Nalepa i Andrzej Nowak na koncercie. (Zdjęcie archiwalne)

.

„Ja nie jestem bluesmanem. Ja jestem muzykiem, który sobie gra to, co mu akurat pasuje” – powiedział swego czasu Tadeusz Nalepa. Takie słowa w ustach człowieka, którego nazywa się „ojcem polskiego bluesa”, brzmią ja herezja. A jednak od razu możemy wyczuć w nich słowiańskiego ducha – ducha przekory i niezależności. Ducha, dodajmy, żywotnego: to już bowiem 30 lat, jak Rzeszowiak Nalepa „rzeźbi” na swoim „wiośle” blue notes, grając i śpiewając to, co mu akurat pasuje.

.

Swoją drogą, ciekaw jestem jak to posądzenie o ojcostwo polskiego bluesa znosi sam Nalepa. Mnie jakoś trudno sobie wyobrazić sam moment prokreacji. Zamiast tego przypomina mi się (niezbyt cenzuralne zresztą) powiedzonko dotyczące genezy „Breakoutów” – bardzo popularne w czasach, kiedy – jako gołowąsy jeszcze – przytulaliśmy się do naszych dziewczyn (ewentualnie o tym marzyliśmy), podczas gdy ze sprzętu marki „Bambino” sypały się tęskne i niebieskie nutki „Modlitwy” albo „Co się stało kwiatom”. Czy też, nieco później, już jako kilkunastoletni, sterani życiem kontestatorzy, wspominaliśmy z nostalgią dawno minione czasy, śpiewając „Kiedy byłem małym chłopcem”.

i

na tropach bluesa

Jak pamiętamy, sam Melchior Wańkowicz, nestor polskiej literatury i reportażu, znalazł się ongiś ze swoim piórem „Na tropach Smętka”. „Smętek” – to również piękne i swojskie określenie słowiańskiego spleenu. Świadczące o tym, że chandra i melancholia nieobce są żadnemu plemieniu. Nawet chłodnym i sztywnym Brytyjczykom, którzy na przełomie lat 50-tych i 60-tych obrali sobie za muzycznych idoli gorących, namiętnych, a zawodzących żałobnie i depresyjnie Murzynów – zarówno tych wiejskich (akustycznych) z delty Missisipi, jak i miejskich (już zelektryfikowanych) z Chicago. Bluesowa trzódka Alexisa Cornera, bluesowe „ptactwo” Johna Mayalla, „Yardbirds”, Eric Clapton, Jeff Beck, Jimi Page, Peter Green… – to dzięki nim, z kolei, blues trafił pod strzechę rzeszowskiej wioski (Zgłobień) i urzekł małego Tadzia, który już pod postacią żywej legendy wspominał: „Jako szesnastolatek zorganizowałem kapelę. Dobrałem sobie pianistę, drugiego gitarzystę… Kontrabasu chyba nie mieliśmy. Dla mnie najważniejsze było to, że w domu kultury zerwał się balkon. Tak szalała publiczność na naszym koncercie…”

Jednak, tak na poważnie wszystko zaczęło się w 1965 r., kiedy to w Rzeszowie Nalepa zakłada zespół „Blackout”, w skład którego wchodzą: Mira Kubasińska – śpiew, Stanisław Guzek (to oczywiście późniejszy Stan Borys) – śpiew, Andrzej Zawadzki – gitara, Krzysztof Potocki – gitara basowa, Józef Hajdasz – perkusja. Zrazu fama zespołu nie wykracza poza „rzeszowską Jasionkę”, jednak później przychodzą sukcesy na ogólnopolskich festiwalach (Ople, Gdańsk, Sopot, Warszawa) i bardzo dobre przyjęcie pierwszej płyty zespołu „Blackout” (1968).
Również i w tamtym czasie, oczy i uszy polskiej młodzieży muzykującej (i nie tylko) zwrócone były na „mityczny: Zachód. To właśnie tam żyli, grali i ćpali idole. Wyjeżdżając pod koniec lat 60-tych na tournée do Holandii, „Breakouci” (do niunasowej zmiany nazwy zespołu doszło w 1969 r.) mieli nadzieję dotknąć żywej tkanki bluesa i rocka, zajrzenia do prawdziwego muzycznego „podziemia” (undergroundu), skosztowania zakazanych owoców z Zachodu. A trzeba pamiętać, że w kraju tulipanów grano wówczas rocka niezgorzej niż na Wyspach i Ameryce („Focus”, Akkerman, „Golden Earing”…). Poza tym, bliżej tam było do tych, których na Wschodzie stawiano sobie za rockowy wzór. „Breakouci” spodobali się w Niderlandach. Również w Norwegii.

Oczywiście, taki pobyt „na swobodzie” musiał pozostawić na zespole swój ślad. Jedni uznali go za dekadencką zadrę, inni zaś za znamię postępującej dojrzałości. Mirę Kubasińską porównano do Grace Slick („Jefferson Airplaine”), a muzycy zaczęli wygrywać niekończące się „dżemy” (zapatrzeni niejako w praktyki takich gigantów blues-rocka jak „Cream” czy „Ten Years After”). Po drodze zdarzyły się dwie płyty: „Na drugim brzegu tęczy” (całkiem niezła) i „70 a” (po prawdzie: już mniej doskonała), oraz zadarcia z polskimi (peerelowskimi) mediami, które na swoje „czarne listy” wciągnęły „zanarkotyzowanych, długowłosych hipisów”. Jednak prawdziwa rewelacja miała dopiero nastąpić.

… i wreszcie prawdziwy „zachodni” „BLUES”!

Tą rewelacją – znaną nam wszystkim doskonale – był longplay „Blues”, uznany wkrótce za szczytowe osiągnięcie polskiego blues-rocka. Owe poprzedzające go „błądzenia” zespołu (przerzucanie pomostu miedzy big-beatem a nowoczesnym rockiem przez Franciszka Walickiego, który w pewnym momencie sprawował artystyczną opiekę nad „Breakoutami”, psychodeliczno-jazzowe wycieczki Nahornego, bluesowe harmonie Ślązaka Józefa Skrzeka…) spowodowały, że wszedł on ponownie na tory prostoty, powściągliwości, formalnej dyscypliny owocując jedną z najpopularniejszych płyt w historii polskiego rocka. Teksty Bogdana Loebla, świetna gitara Tadeucza Kozakiewicza; Trzciński, Goleniewski, Hajdasz, no i oczywiście sam Nalepa – stali się odpowiedzialni za nagranie czegoś, co uznano, że brzmi jak materiał „zachodni”. A trzeba pamiętać, że był to wówczas komplement najwyższego rzędu, jaki mógł spaść na swojską kapelę młodzieżową znad Wisły (a poniekąd i znad Sanu)

Jeden z najbardziej rozpoznawanych obrazów w historii polskiego rocka - Tadeusz Nalepa z synem na okładce płyty "Blues"

Jeden z najbardziej rozpoznawanych obrazów w historii polskiego rocka: Tadeusz Nalepa z synem – na okładce płyty „Blues”

powrót taty

Płyta „Blues” wyznaczyła, jak się okazało, muzyczne apogeum Nalepy i „Breakoutów” – również biorąc pod uwagę ich popularność. Później już była tylko jazda w dół… z małymi, acz ożywczymi wyjątkami („Kamienie”, 1974). Sława i świetność muzyków umarła – dobita m.in. przez tzw. Muzykę Młodej Generacji – na przełomie siódmej i ósmej dekady, gdzieś na chałturach w Związku Sowieckim. I podczas gdy już wszyscy – łącznie z najwierniejszymi fanami grupy – spisali Nalepę na (muzyczne) straty, zdarzył się cud zmartwychwstania. Oto bowiem przyszły Olsztyńskie Noce Bluesowe (rok 1984), które Marcin Jacobson w „Scenie Muzycznej” tak wspomina: „(no i zdarzył się) siarczysty klaps, jakiego nikt z młodych się nie spodziewał. Wystąpił Nalepa plus Andrzej Nowak (i inni). Wiadomo, że gdy na scenie stanie obok siebie kilku zawodowych gitarzystów, musi dojść do pojedynku – wyścigów, wymiatania, aż będą wióry lecieć. Wiadomo również, że jeżeli obok siebie stanie dwóch młodych i tata, to ci dwaj zrobią wszystko by udowodnić kto jest lepszy. Tak też było. Popłynęły stare bluesy Nalepy, a w miejscach na solówki, działy się gitarowe cuda. Tak było do momentu, w którym do głosu dopuszczony został Les Paul lidera. W miejsce nerwowej zapalczywości młodych, pojawił się wielki spokój i dobrotliwy dystans właściwy ludziom doświadczonym. Nalepa jednym ruchem piórka udowodnił, że jest muzykiem z krwi i kości, że wie w czym rzecz. Jednym ruchem rozwiał wszelkie wątpliwości, jakie kiedyś, przed laty się pojawiły i ponownie nabrał wiarygodności. Tak, to był wielki come-back, potwierdzony zresztą roczną działalnością koncertową.”

Mimo poważnych kłopotów ze zdrowiem (wylew, chore nerki), Tadeusz Nalepa koncertuje i nagrywa płyty: „Live 1986″ i „Sen Szaleńca” (1987). Nabiera oddechu i staje w szranki z nową generacją muzyków (Andrzej Nowak, „Dżem”). Nie bez znaczenia jest w tym wszystkim trendowy wówczas powrót „dinozaurów” polskiego rocka. Pozostając wiernym swym źródłom i korzeniom, kontynuuje Nalepa to, co zajmowało go na przełomie lat 60-tych i 70-tych – „styl mocno bluesowy i zarazem swojski, dość zawężony, lecz bardzo uniwersalny.” (W. Królikowski)

jaki ojciec, taki syn…

Któż z nas nie pamięta okładki z „Bluesa”? Odziany w dżinsową katanę, długowłosy Nalepa, niesie pod pachą gitarę i prowadzi za rękę małego chłopca. „Mały chłopiec” ma już teraz 27 lat i podobnie jak tata, rzeźbi na wiośle. Kiedy powstała płyta „Absolutnie” (1991), Tadeusz Nalepa wiedział do kogo zwrócić się z oceną: „Najważniejszą recenzją dla mnie jest telefoniczna recenzja mojego syna. Bo pierwszy egzemplarz, który dorwałem, wysłałem mu, oczywiście, do Ameryki. Powiedział: ojciec, zaskoczyłeś mnie bardzo, spodziewałem się czegoś innego… Ale płyta bardzo mi się podoba.”

Nalepa się nie starzeje, włos się mu nie skraca, koledzy syna są jego kolegami… Pozostaje taki, jaki był dawniej. Oto co deklarował równo 10 lat temu: „Chcę być ciągle sprawny, młody i jakoś sobie z tym radzę… Miałem moc wahań, ale po rozmowach z kolegami i z synem zdecydowałem, że mogę jeszcze parę lat popracować, powalczyć.”
Życzymy więc Tadeuszowi, by „powalczył” jeszcze przez następnych parę dziesiątków lat… Mając za oręże gitarę i bluesa.

ii

Z Tadeuszem Nalepą rozmawiałem po serii jego koncertów w Nowym Jorku i Chicago.** Po to, by wysłuchać bluesów Tadeusza (granych m.in. z synem, Piotrem), zgromadzili się licznie, nie tylko lubujący się we wspominkach seniorzy. Tłumy nastolatków zaświadczyły, że muzyka (w tym przypadku: blues-rockowa) nie zna granic – również tych pokoleniowych.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Czy to ty wybrałeś bluesa, czy też blues wybrał ciebie? Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś tę muzykę?

Tadeusz Nalepa: Jak reaguję, gdy mówią o mnie "ojciec polskiego bluesa"? To określenie mnie śmieszy (zdjęcie własne)

Tadeusz Nalepa: Blues to zarazem najprostsza i najłatwiejsza – a zarazem najdoskonalsza – forma porozumiewania się… (zdjęcie własne)

TADEUSZ NALEPA: Dokładnie nie mogę powiedzieć, ale z tym prawdziwym amerykańskim bluesem zetknąłem się chyba w 1965 r. Jako „Blackout” graliśmy z zespołem „Polanie”, a oni wcześniej odbyli trasę po Polsce z zespołem „The Animals”. „Animalsom” „Polanie” bardzo się spodobali, zaprzyjaźnili się i Piotrek Popławski dostał od Erica Burdona komplet taśm z bluesem czarnych, na których uczyli się – wzorowali – nie tylko „Animalsi”, ale i inne zespoły, które chciały grać muzykę – nazwijmy to – ambitną. Przesłuchanie tych taśm było dla mnie swego rodzaju szokiem – poczułem, że coś mnie z tym łączy. Później była płyta, którą nagrał Mayall z Claptonem – kolejna rewelacja dla mnie, a Clapton – objawienie! No a pod koniec lat 60-tych na Zachodzie było już od cholery kapel grających bluesa. Co jedna, to lepsza. W końcu i my zaczęliśmy to grać. Wyjechaliśmy na Zachód. No i tam, w klubach opętał nas blues na całego. W 1971 r. nagraliśmy płytę „Blues”. I tej formy się trzymamy – z małymi odchyłkami – do dzisiaj.

- Czy rocka można uznać za bardziej rozwiniętą formę bluesa?

- Zdecydowanie tak! Rock, jak również – wcześniej – jazz, wywodzi się w pierwszej linii od bluesa… Blues to zarazem najprostsza i najłatwiejsza – a zarazem najdoskonalsza – forma porozumiewania się między muzykami, również między muzykami a słuchaczami.

- Kiedy przyjechałem do Chicago, zaskoczyło mnie to, że w światowej stolicy „miejskiego” bluesa, nie ma np. radiowej stacji bluesowej. Ale nie ma też i jazzowej – takiej z prawdziwego zdarzenia, (bo trudno uznać za taką program nadający tzw. „smooth jazz”). To jednak o czymś świadczy.

- Muszę powiedzieć, że to tym gatunkom wychodzi chyba na dobre. Nie są tak popularne, przez co stają się w pewnym sensie elitarne. Kiedyś w Polsce były takie czasy, kiedy robiono „spędy” bluesowe. Ja zawsze się wypowiadałem przeciwko upowszechnianiu bluesa na siłę. Tak sobie ktoś wymyślił, że blues będzie tą muzyką wiodącą. A tego nie można narzucić. To wszystko samo się jakoś układa. Nie ulega wątpliwości, że bluesa najlepiej gra się – i słucha – w klubach.

- Skądinąd wiem, że nie lubisz jak nazywa się ciebie bluesmanem. Dlaczego?

- Nie to, że nie lubię. Ja to prostuję. Dla mnie bluesmanem jest człowiek, który się z tym bluesem urodził, a ja wyrosłem na muzyce knajpowej. Uważam się za zawodowego muzyka, a gatunek muzyki, jaki uprawiam, to jest rock. Sam blues jest moim hobby. Dlatego w moich nagraniach tak dużo jest tego bluesa.

- A jak reagujesz, gdy słyszysz, kiedy mówi się o tobie „ojciec polskiego bluesa”?

- Ja tego nie wymyśliłem. To taki slogan reklamowy. Ale prawdą jest, że ja tego przeszczepu dokonałem. Zresztą, to przypadek zupełny, że nagrałem pierwszą polską płytę bluesową. „Ojciec polskiego bluesa” – to określenie mnie śmieszy, a właściwie – nie zwracam na nie uwagi. Ludzie zawsze muszą wszystko gdzieś zaszufladkować.

- Kiedy w latach 50-tych furorę zaczął robić rock&roll, twierdzono z pogardą, że to tylko fanaberia nastolatków. A tymczasem minęło ponad 40 lat i nadal gra się rock&rolla, nadal gra się rocka. I co ciekawe – grają go również ci sami ludzie, dziś już 50-, 60-latkowie. Tak więc rock okazał się nie tylko domeną młodości.

- Za przykład możemy również dać jazz. Z początku grali go też tylko młodzi ludzie. Później się zestarzeli, a jednak dalej grali swoją muzykę. Grali jazz aż do śmierci. Taki czas też nadchodzi dla pierwszego pokolenia grającego rock&rolla. Niektórzy będą mieli po 70 lat i w dalszym ciągu będą grać rocka.

- Nie można przecież tak wyprzeć się tego, co się kochało i grało za młodu – i czym się przesiąkło nieraz do szpiku kości. Choć z pewnych rzeczy jednak się wyrasta….

- … Ale jest coś, co zostaje w człowieku na zawsze. Poza tym, nie widać na razie niczego, co by rocka wyparło. Dalej pozostaje on najpopularniejszym rodzajem muzyki współczesnej. I tak chyba będzie jeszcze bardzo długo.

- Ciągle wracamy do lat 60-tych. Skąd ta moda, która trwa już przecież od dawna? Czy to chęć powrotu do czasów, kiedy wszystko było prostsze, lepsze?

- Niewątpliwie. Znam ludzi, którzy urodzili się w latach 60-tych i zazdroszczą starszym, że to wszystko sami przeżyli.

- Są jednak tacy, którzy rockowi przypisują samo zło. Że agresywny, obrazoburczy… że psuje młodzież…

- Po to ta muzyka powstała, by wyzwolić się z ograniczeń i przeróżnych pęt. Ludzie, którzy się z tą muzyką nie wychowali, którzy jej nie słuchali, nigdy pewnych rzeczy nie będą mogli zrozumieć. Denerwuje ich nawet to, że młodzi ludzie się śmieją, że są weseli, a przy okazji rozrabiają. Ale ja też staram się zrozumieć starszych ludzi, ich ciągoty do stabilizacji. Oni zresztą też patrzą wstecz. Nam się podobają lata 60-te, 70-te, oni wracają – czy to do lat przedwojennych, czy do wczesnych powojennych (tak robiła np. moja mama, której wiele, jeśli chodzi o muzykę, zawdzięczam). Czują sentyment do czasów swojej młodości. Myślami i uczuciami są tam i nie akceptują wszystkiego, co nowe. I jest to zrozumiałe.

- Wróćmy jeszcze do „Breakoutów”. W którym okresie grało ci się najlepiej?

- Zdecydowanie – w czasie, kiedy ukazał się „Blues”. Chociaż reszty też nie przekreślam. Każda płyta ma coś dobrego, każda płyta ma coś złego… Jednak na dziś, najlepsze wspomnienia mam z ostatniej płyty. Zestaw ludzi mam znakomity. Syna swojego specjalnie z Nowego Jorku sprowadziłem, żeby już na stałe ze mną został, żeby ze mną pracował. Bardzo był mi potrzebny.

- Wielka popularność „Breakoutów” wygasła tak naprawdę pod koniec lat 70-tych. Wypomina ci się jakieś „chałtury” u Sowietów – już w latach 80-tych…

Trzeba zrozumieć pewne sprawy. Kiedy np. „Polanie”, czy „Skaldowie” wyjeżdżali do Związku Radzieckiego, to ja się oczywiście śmiałem i nie wyobrażałem sobie, żebym to ja miał kiedykolwiek tam pojechać. Tak też mówiłem – to totalna chałtura! Jednak, kiedy sam zostałem namówiony, przemyślałem sprawę i wyjechałem – na trzy, czy cztery trasy koncertowe. To był mój zawód. Nie można powiedzieć, że wyjechaliśmy tylko dla pieniędzy, choć to, co płacili nam za koncerty, to były rzeczywiście duże pieniądze. Poza tym, było to wszystko znakomicie zorganizowane. W ciągu trzech miesięcy daliśmy prawie 100 koncertów. Zwiedziliśmy cały Związek Radziecki – co też nie jest bez znaczenia. Sporo wrażeń. W sumie zagraliśmy tam około 500 koncertów, co rzeczywiście wszystkich nas podreperowało finansowo. Trzeba też pamiętać, że Rosjanie są bardzo muzykalni. Poza tym, pozostało im coś takiego, jak kult artysty. Traktowani więc byliśmy znakomicie. Mieszkaliśmy w najlepszych hotelach, zawsze mieliśmy podstawiony autobus do zwiedzania… Dzisiaj bym żałował, że coś takiego mnie ominęło. A już na pewno nie uważam tego za jakąś ujmę.
Podobnie teraz. Niektórzy mieli obiekcje, gdy usłyszeli, że wyjeżdżamy: „O rany! Do tej Ameryki?! Do tej Polonii?!” Bo to ma być niby coś obelżywego. Ale to jest rozumowanie ludzi, którzy są na zewnątrz tego całego interesu. Mogę jeszcze raz powtórzyć: to jest mój zawód. Ja mogę grać wszędzie – z tego się utrzymuję. Taki zawód sobie wybrałem – i do widzenia! A tak naprawdę, bardzo mało ludzi może sobie pozwolić na to, by utrzymać się tylko z muzyki.

Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa - obwoluta płyty "70a"

Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa – obwoluta płyty „70a”

- A co się dzieje z Mirą Kubasińską? Osoba też mocno kojarzona z „Breakoutami”… no i z Tobą.

- Zagraliśmy niedawno parę koncertów i pewnie jeszcze sporo zagramy. Jest w bardzo dobrej formie wokalnej.

- Nie mogło się chyba kiedyś obejść między wami bez konfliktów? Mam na myśli konflikty artystyczne. Pamiętam, że dzieliliście się jak gdyby płytami: raz dominowała Mira, raz Ty. Może to był właśnie sposób na to, by wilk był syty i owca cała?

- To też trzeba sobie wyjaśnić. Po pierwsze, ja nigdy nie zamierzałem śpiewać w „Breakoutach”. Śpiewałem numery, których Staszek Guzek (czyli Stan Borys) nie potrafił zaśpiewać. Niektóre rzeczy mu po prostu nie leżały, choć inne wychodziły mu znakomicie (tak na marginesie: po raz pierwszy wystąpił u nas jako konferansjer, a śpiewać zaczął później). Podobnie było z Mirą. Pewien materiał bardziej jej pasował, a inny znów mnie podchodził. Choć na początku „Breakoutów” postanowione było, że ja w ogóle nie będę śpiewał, tylko Mira. Dlatego na pierwszej płycie śpiewa tylko ona, a ja daję drugi głos. Dopiero później – kiedy zaczęliśmy grać coraz więcej bluesów – sam też zacząłem śpiewać. Mirę natomiast ciągnęło gdzie indziej. Nie chciałem jednak pozbywać się jej z zespołu. Graliśmy więc bardzo dużo. No i jak to w rodzinie – ktoś powinien z dzieckiem zostać. Nie można go było tak cięgle zostawiać u rodziny, czy u ludzi zaprzyjaźnionych. A często tak właśnie robiliśmy, czego Piotrek nam jeszcze do dzisiaj specjalnie nie wybaczył. Mira też chciała śpiewać. I tak było do późnych kat 70-tych. Potem na trasę wyruszałem sam z zespołem, składy się zmieniały. Mira zostawała w domu, co zresztą mocno przeżywała. Do dzisiaj jednak śpiewa z nami od czasu do czasu – na jakichś większych imprezach. Moim zdaniem, nigdy tak dobrze nie śpiewała, jak teraz.

- Nie jesteście małżeństwem już od dawna.

- Sprawy zespołowe, muzyczne, oddzielam od spraw rodzinnych, prywatnych. Wydaje mi się, że jestem człowiekiem dojrzałym – również emocjonalnie – i potrafię te dwie rzeczy rozgraniczyć.

- Cięgle na koncertach zmuszają was do grania tego samego materiału sprzed kilkudziesięciu lat. Czy nie jest to wyczerpujące? Jak można po raz tysięczny grać ten sam kawałek?

- Dla mnie to nie jest wyczerpujące. Dlaczego tak się dzieje? Po prostu te stare numery przetrwały, do dziś są żywotne. Są też inne zespoły, które wykonują dzisiaj na koncertach moje utwory. A nam nigdy to się nie znudzi, gdyż nigdy nie gramy tego tak samo. Czasem rodzą się nawet nowe wersje.

- Napisałem niedawno taki tekścik o tobie i „Breakoutach” z okazji waszego przyjazdu do Nowego Jorku i Chicago, a w nim m.in.: „Nalepa się nie starzeje, włos się mu nie skraca, koledzy syna są jego kolegami, pozostaje taki, jaki był dawniej…” Czy to wszystko prawda? Jak widzę, myliłem się na pewno w jednym: jesteś krótko, schludnie przystrzyżony.

- Stało się to miesiąc temu. Włosy już miałem zmarnowane – przyznaję. I było to już chyba nieestetyczne. Postanowiłem więc zmienić swój image. Dla wygody. Zdecydowałem się ostrugać tak, jak się ostrugałem.

- Miałeś poważne kłopoty ze zdrowiem.

- Tak. Mam wrodzoną wadę nerek. Cztery lata się dializowałem. Jestem już półtora roku po przeszczepie i dzięki Bogu funkcjonuję teraz bardzo dobrze. Zresztą, nawet wtedy, gdy się dializowałem, prowadziłem normalne życie. Byłem nawet w tamtym czasie – trzy lata temu – z wizytą w Stanach. Chorobę – jak to się mówi – można nawet polubić, a już na pewno – przyzwyczaić się do niej.

- Życzę więc długich lat grania. W zdrowiu.

greydot

* Tekst napisany został w 1994 r. Tadeusz Nalepa zmarł w 2007 r. (Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 29 kwietnia, 1994 r.)

** Rozmowa z Tadeuszem Nalepą miała miejsce wiosną 1994 r. (Wywiad opublikowany został w polonijnym tygodniku „Relax”, 21 maja, 1994 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

.

.

DOBRZE POINFORMOWANI BARBARZYŃCY (Ameryka według Albee’ego)

.

Podobnie jak człowiek, każda cywilizacja ma swój początek, czyli narodziny, oraz swój kres, który można nazwać jej śmiercią. W jakim stanie znajduje się współczesna Ameryka? Osiąga swój zenit, czy też stacza się już po równi pochyłej, ciążąc ku upadkowi?

Na te i inne pytania starał się odpowiedzieć goszczący w Chicago Edward Albee, jeden z najbardziej uznanych na świecie dramaturgów.

Edward Albee (zdjęcie własne)

Edward Albee (zdjęcie własne)

Temat Narodzin i Śmierci – tych kluczowych fenomenów egzystencjalnych człowieka – zajmował tegorocznych uczestników Festiwalu Humanistycznego w Chicago. Wszystkie najważniejsze instytucje kulturalne tego miasta brały udział w tym ogromnym przedsięwzięciu, w ramach którego, w ciągu zaledwie kilku dni miało miejsce blisko 50 różnych wydarzeń. Naukowcy, historycy, pisarze, artyści, politycy, teolodzy, prawnicy, lekarze… ludzie przeróżnych profesji uczestniczyli w tym gigantycznym sympozjum rozproszonym po wszelkich sanktuariach kultury, sztuki i religii Wietrznego Miasta.
Wśród wartych szczególnej wzmianki gości znaleźli się m.in.: William Styron – pisarz, autor takich książek, jak „Wybór Zofii”, czy „Wyznania Nata Turnera” (za tę ostatnią otrzymał Nagrodę Pulitzera); Robert Alter – znany badacz, znawca i interpretator Biblii; Christian de Duve – biolog, odkrywca lizosomów, laureat Nagrody Nobla, którego ostatnia książka „Vital Dust: Life as a Cosmic Imperative” w sposób fascynujący przedstawia ewolucję życia na Ziemi, począwszy od prymitywnych biomolekuł, po cudowność ludzkiego umysłu; Scott Turow – chicagowski prawnik, który w pewnym momencie swojej kariery zaczął pisać powieści sensacyjne i kryminalne bestsellery (m.in. „Presumed Innocent”); James Park Sloan – profesor literatury na Uniwersytecie Illinois w Chicago, autor szeroko komentowanej ostatnio biografii Jerzego Kocińskiego… To zaledwie kilka nazwisk.

Wziąłem udział w kilku z tych wydarzeń i myślę, że warto podzielić się z Czytelnikami omówieniem choćby jednego z nich. Wybrałem niezwykle interesujące moim zdaniem spotkanie z Albertem Albee – dramaturgiem, którego sztuka „Kto się boi Virginii Wolf” przyniosła mu ogólnoświatową sławę. Albee należy do ekskluzywnej trójki dramatopisarzy (obok Eugene’a O’Neilla i Roberta Sherwooda), jacy mogą się poszczycić aż trzema nagrodami Pulitzera.
Wielopoziomowa sala Orchestra Hall – siedziby Chicagowskiej Orkiestry Symfonicznej – wypełniona była do ostatniego miejsca. Albee przykuwał nieustanną uwagę, swobodnie nawiązując ze wszystkimi bardzo ścisły, emocjonalno-intelektualny kontakt. Mówił niezwykle płynnie, nienaganną dykcją, z naciskiem na liczne puenty, zgrabne aforyzmy i paradoksy przypominające dobrą szkołę Oscara Wilde’a czy George’a Bernarda Shaw. Żałuję tylko, że wiele z tych walorów blednie w druku, albo też idiomatyczna gra słów nie pozwala na ich wierne przetłumaczenie. Umyka więc ta specyficzna u Albee’ego ironiczna przekora i niepospolite poczucie humoru, które sprawiło, że sala bardzo żywo reagowała na to, co mówił pisarz, a spontaniczny śmiech był tak częsty, jak żarty.

śmierć w życiu

Myślę, że warto zapoznać się z poglądami Albee’ego na wiele z kluczowych aspektów amerykańskiej rzeczywistości. Na samym początku swojej prelekcji nawiązał on do tematu wiodącego Festiwalu, czyli zagadnienia Śmierci i Narodzin, dochodząc do wniosku, że jednym z powodów, dla którego bardziej koncentrujemy się na śmierci, niż narodzinach jest fakt, że aby myśleć o czymś racjonalnie, musimy mieć jakiś punkt odniesienia, jakąś możliwość porównania do czegoś. Śmierć możemy porównać z życiem, narodzin zaś nie możemy porównać z niczym, gdyż przed narodzinami nie doświadczyliśmy niczego.
Albee zapowiedział, że chce przetransportować w swoim wykładzie festiwalowym temat „Śmierci i Narodzin” na „Śmierć i Życie”, a nawet – posuwając się dalej – na „Śmierć w Życiu”.

edukacyjny ping-pong

Pisarz przypomniał następnie swój życiorys, szczególnie okres dziecięcy i młodzieńczy, czas swojej edukacji („krótki i gwałtowny”). Został zaadoptowany, kiedy był jeszcze „drobiazgiem” przez pełną „dobrej woli – bogatą, reakcyjną rodzinę” z północno-wschodniego krańca Stanów Zjednoczonych. „Rodzinę, która starała się wychować mnie zgodnie ze swoimi najlepszymi wartościami, a za jedną z nich uważali dobrą edukację; rodzinę, która oczywiście nieświadomie wypełniła mnie wielka niechęcią do każdej z tych wartości” – zwierzył się Albee. Zresztą, jak zaraz podkreślił, gdyby był wychowywany przez inną rodzinę – intelektualnie stymulującą, politycznie wyrafinowaną, świadomą moralnie – to zapewne wobec niej również byłby w opozycji i prawdopodobnie wyrósłby na kogoś w rodzaju… reakcyjnego bigota.
W wieku 11 lat został więc wysłany do bardzo dobrej szkoły, lecz on – i na to do tej pory nie może znaleźć racjonalnego usprawiedliwienia – wcale nie chciał być z dala od domu. Przy pierwszej lepszej okazji postarał się więc o to, by go ze szkoły wyrzucono i sytuacja ta powtarzała się później jak w ping-pongu. Tak, że po pewnym czasie obie strony zdążyły się do tego nawet przyzwyczaić. W ogóle stosunek Albee’ego do edukacji był pasywny, niemalże „ghandyjski”. Ostatecznie, jego opiekunowie, uważając że wpadli na znakomity i skuteczny sposób, wysłali go do… akademii wojskowej.

nowela miała rację…

Od najwcześniejszych lat próbował pisania. Wiersze zaczął tworzyć, kiedy miał 8 lat i robił to aż do 28-go roku życia. Były one coraz lepsze – to znaczy na pewno większość wierszy, jakie napisał w wieku 28 lat, była lepsza, niż większość wierszy, które napisał mając lat 8 – podkreślił Albee. Jednak w pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że gdyby nawet pisał dalej i gdyby nawet udało mu się pisać wiersze coraz lepsze, to stałby się ogromnie sprawnym, tyle że ogromnie… podrzędnym poetą. To mu nie wystarczało. Przestał więc pisać poezję.
Napisał także dwie powieści. Jedną w wieku lat 14 („jakieś 2200 stron”), drugą w wieku lat 16 („jakieś 180 stron”). Cieszy się przy tym na myśl, że te dwie powieści są najgorszymi powieściami napisanymi kiedykolwiek przez amerykańskiego nastolatka. Jeśli więc jakiś obecny na sali nastolatek przymierza się do napisania dwóch najgorszych powieści, jakie zostały kiedykolwiek napisane przez nastolatka w Ameryce, to niech z tym od razu da sobie spokój – one już istnieją, za sprawą Albee’ego.
Próbował też noweli. Ale ciągle nie mógł się z tą formą zgodzić i prawdopodobnie – w tym sporze – nowela miała rację.
Kiedy był młody chciał też malować i rysować, lecz nie był zadowolony z rezultatów. Później myślał o tym, czy aby nie zostać kompozytorem, ale uznał, że nie jest zbyt kompetentny, by nauczyć się muzyki i gry na fortepianie. („To niestety nie powstrzymało innych moich kolegów kompozytorów” – wtrącił.)

"Kto się boi Virginii Wolf" - sztuka Albee'ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmu: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

„Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka Albee’ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmowej adaptacji Mike’a Nicholsa: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

co robić!? co robić!?

W pewnym momencie znalazł się – jednak pisarz przecież! – w samym środku stymulującej intelektualnie nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village. Pisarz, wyczerpany poeta – ktoś, kto nie sprawdził się ani w powieści, ani w noweli, niekompetentny eseista… ale przecież – pisarz!
Co robić!? Co robić !?
Tak więc, na swoje 40-te urodziny Albee podarował sobie prezent, a była nią sztuka teatralna „The Zoo Story”, która – jak się okazało – zmieniła całe jego życie. Wkrótce powstały inne dramaty, a wśród nich „Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka, która zdobyła światowy rozgłos, głównie za sprawą opartego na niej filmu z Liz Taylor i Richardem Burtonem w rolach dysfunkcjonalnych małżonków.
Albee lubi być dramaturgiem. Na szczęście… Gdyż jest to jedno z niewielu zajęć, przy wykonywaniu którego czuje się pewnie i kompetentnie.

***

Nawet jeśli nie uznamy Edwarda Albee’go za autorytet totalny (a takich na świecie przecież nie ma), to zważywszy na intelekt, erudycję i niekonwencjonalność pisarza – warto chyba zaznajomić się z jego opiniami na kilka istotnych zagadnień dotyczących człowieka i współczesności.

wigor lat 60-tych

U progu 6-tej dekady, w Ameryce, ludzie kultury i sztuki wierzyli, że wszystko jest możliwe. Zresztą, większość społeczeństwa podzielała ten optymizm. Pełno było witalności, wigoru, a sztuka wybuchła, przynajmniej w tych większych amerykańskich miastach. Wszystko to było żywe, ekscytujące…
Przykłady.
W 1955 roku wszyscy z czwórki największych dramaturgów amerykańskich, byli martwi. Osiem lat później, tworzyło już czterech największych dramaturgów amerykańskich.
Nastąpiło masowe zainteresowanie muzyką klasyczną. W teatrze, na widowni, było już wreszcie więcej ludzi, niż na scenie. Prace młodych, odważnych twórców wystawiano w galeriach i muzeach… Ludzie to widzieli, ludzie zwracali na to uwagę. To właśnie w tym czasie powstała Narodowa Fundacja Sztuki (National Endowment for the Arts).

sztuka

Sztuka jest po to, by kwestionować nasze wartości, kwestionować nasze status quo, a wszystko po to, byśmy ponownie przemyśleli, czy rzeczywiście wierzymy w to, co wierzymy.

współczesna ignorancja

Młodym ludziom gwarantuje się w tym kraju 12-to klasową edukację. Gwarantuje się też możliwość dalszej nauki. Albee wierzy, że Narodowa Fundacja Sztuki powstała, gdyż Amerykanie zrozumieli, że jeśli nie umożliwi się kulturalnej i estetycznej edukacji społeczeństwa, wtedy nie będą mogli mówić, że spełnili swój obowiązek.
„Jeżeli teraz, w epoce komputerów i rewolucji informatycznej, nie zmienimy czegoś w systemie edukacji – konkludował Albee – to wychowamy społeczeństwo dobrze poinformowanych barbarzyńców.”

edukacja

Tym, co Albee’ego najbardziej teraz niepokoi, jest właśnie brak właściwej edukacji, czego doświadcza młodzież amerykańska, i to zarówno w domu, jak i na uniwersytetach. System edukacji w Stanach Zjednoczonych koniecznie musi być zmieniony. Faktycznie doszło do tego, że w Ameryce wyodrębniły się dwa poziomy edukacyjne. Jeden kształci ludzi na rządzącą elitę, drugi – będący właściwie brakiem edukacji – jest dla ludzi, którzy nie będą mieli żadnej szansy, by decydować za siebie i za kraj. Między tymi dwoma poziomami istnieje przepaść. Amerykańskie szkolnictwo to wielki wstyd dla tego kraju.
Albee wykłada na Uniwersytecie w Houston. Zna wielu zdolnych studentów, ale czuje się zaalarmowany i zaszokowany ignorancją ich nauczycieli.

czyja wina?

Ostatnio Kongres Stanów Zjednoczonych dąży do zdemontowania i ostatecznej destrukcji Narodowej Fundacji Sztuki – do destrukcji edukacji kulturalnej kraju. Albee wyznaje: „To mnie martwi, gdyż wiele mówi o stanie moralnego, filozoficznego i psychicznego zdrowia społeczeństwa. Ci ludzie, którzy głosują za tym, żeby to zniszczyć, robią to dlatego, że my, jako społeczeństwo, stawiamy ich na pozycjach takich, iż mają władzę, by to zrobić. Nie jest to więc ich wina, tylko nasza.”

wybory

W ostatnich wyborach głosowało około 49% uprawnionych do głosowania. Oznacza to, że Stany Zjednoczone będą rządzone dzięki woli zaledwie 1/4 potencjalnego elektoratu. A to już nie jest demokracja, tylko rodzaj elitaryzmu na opak.
Albee pyta się: „Czy naprawdę tak mało dbamy o to, jak jesteśmy rządzeni, że nawet nie zadajemy sobie trudu, by w sposób racjonalny i inteligentny przeanalizować i ocenić ludzi, których wybieramy? Jeżeli jesteśmy tak pasywni, to może oznaczać, że staliśmy się martwi za życia i nie dbamy już o tak wrażliwą i kruchą rzecz, jaką jest demokracja.”

amerykańska cywilizacja

Max Lerner był kiedyś tak uprzejmy i nazwał społeczno-kulturowy stan Ameryki „cywilizacją”.
Otóż w związku z tą „cywilizacją” Stanów Zjednoczonych, Albee jest najbardziej zaniepokojony tym, że ta – jedna z najdziwniejszych ludzkich cywilizacji – może się już chylić ku upadkowi, nie osiągnąwszy nawet swojego zenitu.
Wszystkie cywilizacje w historii miały okresy wielkiej witalności i rozkwitu, następnie pewnej stabilizacji, wreszcie zapaści. Ich koniec następował czasem bardzo gwałtownie, czasem był to schyłek łagodny, ledwie uchwytny… Są obawy, że Stany Zjednoczone zaczęły się staczać w dół.

totalitaryzm

Albee przyznał, że spędził sporo czasu w społeczeństwach totalitarnych, co jeszcze bardziej wzmaga jego obawy w związku z pasywnością amerykańskiego społeczeństwa. Kiedy był w Związku Sowieckim, spotkał tam wielu ludzi – i to zarówno pisarzy-dysydentów, jak i reżimowych komisarzy kultury, czyli ludzi, którzy decydowali w tamtym czasie jacy pisarze mogą publikować swoje książki, a których trzeba wysłać do obozów pracy; decydowali o tym jakie obrazy, jakich malarzy mogą wisieć w Galerii Tretiakowskiej, a które z nich należy zepchnąć czołgami do rzeki Moskwy; decydowali jacy kompozytorzy mogą być obecni w programie nauczania w konserwatoriach, a którzy z nich są na to zbyt reakcyjni… Komisarze kultury, którzy decydowali o tym, jaką świadomość mają Rosjanie rozwinąć.

semiotyczna zapaść

Jeden z rosyjskich przyjaciół Albee’ego, pisarz dysydencki Andriej Amalryk, spędził parę lat w więzieniu, później zdołał wyjechać do Rosji, ale został zamordowany w Hiszpanii, na długo przed swoją śmiercią, jeszcze w latach 60-tych, wysunął podczas jednej z rozmów z Albee’em teorię, że ludzie, którzy prowadzą kulturę w jego kraju, celowo dążą do czegoś, co Andriej nazwał „semantyczną zapaścią” między dwiema kulturami – rosyjską i amerykańską; dążą do sytuacji, w której nie będzie już możliwe żadne porozumienie. Totalne załamanie się języka, semantyki – zupełne załamanie się woli i intencji.
Później Albee wielokrotnie zastanawiał się nad tym, co powiedział mu Andriej. Wreszcie zadał sobie pytanie, czy tego typu „semantyczna zapaść” może się zdarzyć tylko między tak odmiennymi społeczeństwami, jak amerykańskie i rosyjskie? A może w samych Stanach Zjednoczonych może dojść do podobnego, całkowitego załamania się wzajemnego porozumienia między twórcami i intelektualistami, którzy chcą przekazać społeczeństwu twarde i niewygodne prawdy o nim samym, a ludźmi, od których zależy to, czy będą chcieli ich słuchać? To poczucie stale rosło w nim samym: tak, taka semantyczna zapaść w społeczeństwie amerykańskim nie tylko może mieć miejsce, ale właśnie się rozpoczęła.

jeszcze o Ameryce

Jednak Albee woli być pisarzem w Stanach Zjednoczonych, niż w jakimkolwiek innym kraju, a odwiedził ich wiele w swoim życiu. Był świadkiem tego, z czym muszą się tam mierzyć twórcy. Wrogość, niezrozumienie, odrzucenie… Sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest niczym w porównani ze sprawą życia i śmierci, jaką jest często pisanie prawdy i tego, co się myśli, w państwach totalitarnych, albo tam, gdzie panuje dyktatura. Tutaj, w Ameryce, to jest dziecinada w porównani z tym, co muszą znosić ludzie w niektórych krajach. Tam można stracić życie za napisanie książki.
Na szczęście w Stanach Zjednoczonych nie ma jeszcze nikogo, kto by mówił z urzędu: nie możesz czytać tej książki, nie możesz słuchać tej muzyki, nie możesz patrzeć na ten obraz, nie możesz oglądać tej sztuki, nie możesz czytać tej gazety… Nie ma jeszcze tutaj nikogo, kto by odmówił ludziom prawa dostępu do różnych przejawów kultury. I tym miejscu Albee dodał: „Z wyjątkiem nas samych”.
Autocenzura i brak uczestnictwa Amerykanów w życiu kulturalnym i politycznym kraju, jest – zdaniem Albee’ego – formą śmierci za życia.
Jednak może ktoś powiedzieć: Czy rzeczywiście ma to wszystko jakieś większe znaczenie? Czy nie mieliśmy w Ameryce cięższych okresów przez ostatnie 35 lat? Czy nie nastąpiło zhańbienie prezydentury przez Nixona? Czy tkanka naszego społeczeństwa nie została zszarpana przez wojnę w Wietnamie? Czy nie byliśmy w ostatnich latach świadkami katastrofalnego kierowania naszą gospodarką? Czy młodzi ludzie, od wielu już lat, nie odwracają się od aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym kraju?
Alebee podkreślił, że Stany Zjednoczone są jedyną ze znanych mu demokracji, w której studenci wyższych uczelni w ogóle nie biorą udziału w polityce, nie formują żadnych programów, nie orientują się nawet w podstawowych sprawach społecznych i politycznych.
Zdaniem Albee’ego, społeczeństwo amerykańskie jest w związku z tym wszystkim bardzo zagrożone. Na domiar złego to, że amerykańska ekonomia jest zdrowa, jest totalnym złudzeniem. Tak więc, czy wobec tych wszystkich zagrożeń, jest jeszcze sens martwić się o sztukę? Albo o to w jakiej relacji jest ona ze społeczeństwem?

małpi ogon

Co odróżnia nas od innych zwierząt? (Zadając to pytanie Edward Albee podkreślił, że nie chce zaostrzać konfliktu między ewolucjonistami a kreacjonistami, choć ostatnie oświadczenie papieża odnośnie ewolucji jest precedensem na korzyść tych pierwszych.)
Otóż jesteśmy jedynymi zwierzętami, które świadomie i intencjonalnie tworzą sztukę; jedynymi zwierzętami, które posługują się metaforą, by zdefiniować zarówno relacje miedzy sobą, jak i siebie samych określić.
Albee opowiedział o swoich doświadczeniach w kontaktach z małpami, głównie z gorylami i szympansami. Zauważył np., że wszystkie, które chciały się z nim porozumieć, były samicami. (I nie ma zielonego pojęcia, co by to mogło znaczyć.*) Zdumiewające było także to, że niektóre z nich opanowały aż 500 różnych znaków. (To definitywnie o wiele więcej, niż w przypadku większości ludzi, jakich Albee poznał w Nowym Jorku.)
Jednak do tej pory nie spotkał on takiej małpy, która by napisała sztukę teatralną. Z pewnością, gdyby do czegoś takiego doszło, zyskałaby ona status Wielkiej Sztuki i od razu wystawiono by ją na Broadway’u. Zważywszy na stan współczesnej krytyki, otrzymałaby ona entuzjastyczne recenzje, dzięki czemu utrzymałaby się na scenie przynajmniej 4 i pół roku. Bowiem publiczność dzisiejsza nie chodzi wcale do teatru, by się czegoś tam dowiedzieć. Chodzi dlatego, ponieważ powiedziano jej, żeby chodziła.
Albee jest przekonany, że wynalazek metafory – czy też sztuki, jak ktoś to woli nazywać – jest częścią procesu ewolucji. Kiedyś mieliśmy ogon (jakiś jego szczątek ostał się nam do dzisiaj) i w związku z tym faktem Albee wypracował sobie pewną teorię: „W jakimś momencie ten ogon nam odpadł i wtedy… wykształciliśmy sztukę”.
Wykształciliśmy w nas zdolność i potrzebę trzymania przed nami lustra, abyśmy mogli się w nim przejrzeć; lustra, w którym odbijałoby się nasze zachowanie, nasze intencje… Na tym polega ewolucyjne rozwinięcie się sztuki.

kultura masowa

W Ameryce istnieje niezdrowa relacja między Sztuką a Pieniądzem. Niezdrowa relacja, która sugeruje, że to, co jest bardziej popularne, jest lepsze. Jest oczywiście lepsze dla kieszeni tych, którzy chcą to sprzedać. Jednak taki produkt najczęściej niewiele ma wspólnego ze sztuką. Wystarczy wziąć za przykład Hollywood. Albee wie, że dzisiaj wielu „olewa” („piss on”) Hollywood. Ale jest też mocny powód, dla którego obecnie tak „olewa” się Hollywood. O wiele trudniej jest rozpowszechnić np. poważniejszy, mądrzejszy, rozumny ale niskobudżetowy film, niż jakąś produkcję pełną przemocy, eskapistyczną. Tę sytuację całkowicie kontroluje ekonomia.
Podobnie jest z teatrem na Broadway’u. Niepodobne jest wystawienie tam teraz poważniejszej sztuki. Bardzo trudno jest to zrobić w komercyjnym teatrze dlatego, że… jest to komercyjny teatr.
Albee jest jednak przekonany – biorąc pod uwagę to, że jednak profit decyduje o tym, jak kontrolowana jest sztuka w Stanach Zjednoczonych – że jeżeli ktoś zdołałby przekonać ludzi prowadzących teatry, iż publiczność tak naprawdę chce oglądać sztuki takich dramaturgów, jak np. Czechow czy Pirandello, to po jakimś czasie większość teatrów grałaby taki repertuar, mając wielką widownię. A tak, wystawia się jakieś głupie musicale, jakieś „zdumiewające płaszcze Józefów”, jakichś beznadziejnych „nędzników”… etc.
Musimy zrozumieć, że możemy mieć to, co chcemy. Możemy mieć zdrową sztukę, dobry teatr, gdzie stale dostępne byłyby dla nas największe dramaty przeszłości i teraźniejszości. Moglibyśmy to mieć, gdybyśmy tylko chcieli. Ponieważ, gdyby tylko się zorientowano, że byśmy za to zapłacili, to by nam to dostarczyli. Ale w sytuacji kiedy jesteśmy bierni, siedzimy tylko i dajemy sobie wciskać „śmieci” („junk”), nigdy niczego nie zmienimy. Dadzą nam to, w co zainwestują. Tylko wtedy, kiedy sami im powiemy, czego chcemy, oni mogą zrobić to, na czym tak naprawdę nam zależy. To jest w sumie proste.

krytyka

Większość krytyków w Ameryce została wynajęta i tolerowana jest przez media masowe tylko dlatego, że w pewien sposób reprezentują to, co system władzy („power structure”) w Ameryce uważa za właściwy stosunek publiczności – czyli że odbiorca powinien reagować tak, a nie inaczej. Ci krytycy są tam właściwie tylko po to, by odbijać – a nie świadomie i pełnie kreować – gusta publiczności.
Pewien krytyk – i to człowiek bardzo wykształcony, inteligentny, z którego zdaniem się liczono – powiedział kiedyś w telewizji coś, co do dzisiaj utkwiło Albee’emu w pamięci: „uważam, że moja funkcja jako krytyka polega na tym, by odzwierciedlać to, co uważam za gust czytelników pisma, dla którego pracuję”.
I to mówił człowiek, którego zdanie powinno właśnie polegać na kreowaniu gustów i oczekiwań publiczności, na edukowaniu tej publiczności – pomaganiu w wyborze tego, co jest rzeczywiście dobre i wartościowe.

brak racjonalnego dyskursu

Demokracja jest czymś bardzo delikatnym. Wiele krajów doświadczyło na sobie tego, że jeśli w demokracji nie uczestniczy się w pełni i świadomie, to w końcu znajdzie się ona w wielkim niebezpieczeństwie. A pasywność Amerykanów – brak odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za innych – jest dziś niebezpieczna i destrukcyjna dla Stanów Zjednoczonych.
Albee zauważył, że od jakiegoś czasu nie ma w społeczeństwie amerykańskim racjonalnego, „gniewnego” dyskursu.
Ostatni raz, kiedy w Ameryce miała miejsce debata na szczeblu państwowym – wolna debata, w której pozwalano na swobodne zadawanie sobie pytań, na mówienie bez przerywania, bez żadnego reżyserowania – to był rok 1960: debata między Kennedy’m a Nixonem. Wszystkie następne były już wyreżyserowane, wszystkie były kontrolowane tak, żebyśmy się niczego nie dowiedzieli o humanizmie, o prawdziwych ideałach i wartościach kandydatów.
Teraz wszyscy mają tendencję, by głosować tak, a nie inaczej, ponieważ manipulatorzy wmawiają im to, jak mają reagować, zanim jeszcze sami mają możliwość zareagowania na coś po swojemu.
Zanik woli, samodzielnego myślenia, rozsądku i samokrytycyzmu w Ameryce jest spowodowane m.in. przez komercyjną zachłanność, która nie ma nic wspólnego z demokratyzacją kultury, kraju i społeczeństwa.
W demokracji możemy mieć absolutnie wszystko, czego tylko chcemy, jak również – i to jest ta „twarda” część prawdy – w demokracji mamy dokładnie to, na co sobie zasłużyliśmy.

greydot

* Albee powiedział to z wyraźną ironią i przekąsem – sam jest zadeklarowanym homoseksualistą.

(Artykuł opublikowany został w Dzienniku Chicagowskim, 29 listopada,1996 r.)

 

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 164 other followers