MIŁOŚĆ, BÓG I KAPITALIZM – „OBCE CIAŁO” ZANUSSIEGO

.

Wśród filmów 50 Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazł się również najnowszy obraz Krzysztofa Zanussiego pt. „Obce ciało”. Do Wietrznego Miasta trafił także z tej okazji sam reżyser, z którym można się było spotkać po projekcji filmu w szczelnie wypełnionej widzami sali. Czy weteran kina polskiego, jakim bez wątpienia jest Zanussi, dotrzymuje kroku zmieniającej się – nie tylko w naszym kraju – rzeczywistości, rezonując w swojej twórczości najbardziej palącymi kwestiami współczesnego świata?

.

Co zrobić z "wonością absolutną"?  (Agnieszka Grochowska w "Obcym ciele" Zanussiego)

Co zrobić z „wolnością absolutną”? (Agnieszka Grochowska w „Obcym ciele” Krzysztofa Zanussiego)

.

„Obce ciało” Krzysztofa Zanussiego próbuje się znaleźć we współczesnym świecie (wliczając w to świat kina) ale czy kolejny moralitet jaki wychodzi spod ręki słynnego polskiego reżysera – uznanego i z poważnym dorobkiem – dowodzi, że ta próba się udaje? Mam co do tego pewne wątpliwości.

kapitalizm jak bestie Babilonu?

Muszę zaznaczyć, że w sporze między prowokującym – bo wskazującym na ważność etyki w życiu człowieka i społeczeństwa – twórcą a tymi, którzy na samo słowo „moralność” dostają gęsiej skórki i wyszydzają każdego, kto opowiada się za pewnymi (zwłaszcza tradycyjnymi, judeo-chrześcijańskimi) wartościami, jestem po stronie Zanussiego. I choć enuncjację, jaką poczynił w wywiadzie dla włoskiego pisma katolickiego „Avvenire”, o tym, że jego film został zablokowany w Polsce przez „skrajne skrzydło feminizmu”, traktuję z przymrużeniem oka, jako przesadzoną, to jednak uznaję ważkość kwestii, jakie stara się podnieść w swoim najnowszym dziele reżyser, zwracając uwagę na niebezpieczeństwo ulegania siłom, które spychają człowieka na dalszy plan, podważają jego kulturową tożsamość (opartą choćby na tradycji czy religii), propagując swego rodzaju korporacyjny amoralizm: „Dzisiaj żyjemy w społeczeństwie zasadniczo pogańskim, jak w czasach antycznych. Kapitalizm początkowo miał także ludzkie oblicze, dzisiaj stracił je całkowicie. Nabrał nieludzkiego oblicza. Obecnie wielkie koncerny międzynarodowe pożerają ludzi, jak to czyniły wielkie bestie Babilonu. To nie do przyjęcia, to ogromne niebezpieczeństwo. Trzeba jednak zgodzić się co do tego, co uważamy za wartość nadrzędną: zysk czy człowieka?” – stwierdził we wspomnianym wywiadzie Zanussi, zaznaczając przy tym, że według niego jest możliwe pogodzenie praw ekonomicznych z etyką chrześcijańską.

Korporacyjny, bezwzględny amoralizm to jedno, a zachowanie wiary w mocno zlaicyzowanym świecie – to drugie. W „Obcym ciele” konfrontowane są dwie zasadnicze ludzkie postawy: ta, która wynika z wiary – czyli z wierności zasadom moralnym mającym swoje źródło w religii – z tą, która odrzuca tzw. „wartości tradycyjne” w imię tzw. „wolności absolutnej”, co sprowadza się zwykle do kierowania się w swoim postępowaniu skrajnym egoizmem.

Zanussi buduje swój film wokół tego konfliktu, przedstawiając parę dwojga młodych ludzi: Kasia (Agata Buzek) poznaje we Włoszech Angela (Riccardo Leonelli), który podobnie jak ona jest wierzącym i praktykującym katolikiem. Młodzi zakochują się w sobie, jednak Kasia postanawia swoje życie poświęcić czemuś, co według niej jest od tej miłości ważniejsze (miłość do Boga, powołanie) i wstępuje do klasztoru. Angelo jedzie za dziewczyną do Polski mając nadzieję, że w ciągu roku, jaki dzieli ją od ślubów zakonnych, zmieni ona zdanie i miłość ziemska zwycięży nad tą niebiańską. Szczęśliwym (?) trafem dostaje w naszym kraju pracę w pewnej międzynarodowej korporacji, dzięki czemu jego pobyt w Polsce staje się jeszcze bardziej sensowny (zapewniając mu taki drobiazg, jak utrzymanie) – umożliwia mu też przebywanie w pobliżu klasztoru, w którym znajduje się Kasia. Niestety, w pracy Angelo zmuszony jest obcować ze swoją szefową Kris (Agnieszka Grochowska), która okazuje się być wyzbytą wszelkich skrupułów „suką” (szkoda, że w języku polskim słowo to ma nieco inny – bardziej prostacki i wulgarny – wydźwięk, niż popularna – ale jakże adekwatna – w świecie anglosaskim bitch), jak również z jej przyjaciółką Mirą (Monika Rosati), reprezentującą podobny rodzaj kobiecości, by nie napisać – pardon my French – kurewskości. Obie panie postanawiają przetestować, czy też wręcz „złamać” cnotliwego nomen omen Angela – rozdziewiczyć go, skorumpować i skłonić do innych, równie niecnych, postępków.

zderzenie ciał obcych

Wprawdzie (domniemany?) konflikt sumienia ludzi „zaprzedających się” korporacyjnym układom, wynikający z konieczności poświęcenia pewnych zasad moralnych w imię kariery i zysku, nie jest według mnie konfliktem na miarę tragedii antycznej, ani nawet faustowskim „dealem” – będąc w rzeczywistości zaledwie (?) uleganiem jakże ludzkiej i powszechnej skłonności do oportunizmu i konformizmu – to jednak koncept Zanussiego, by zderzyć ze sobą pewne siły, które wpływają obecnie na formowanie się (zmianę) tożsamości nie tylko polskiej, ale i europejskiej w kontekście wartości chrześcijańskich, na których bądź co bądź – choćby tylko deklaratywnie – opiera się cywilizacja zachodnia, był obiecujący. Niestety, sposób egzekucji tego dylematu przez reżysera zaowocował filmem, który wydał mi się elaboratem sztucznym, nieprzekonywującym, dopuszczającym się schematyczności, niewiarygodności i ulegającym zbyt daleko idącym uproszczeniom. Innymi słowy, to co widziałem na ekranie, to nie było życie – to był ekstrakt pewnych idei, tez, koncepcji zamieniony w obraz, ale w taki sposób, który nigdy mi nie pozwolił na to, by zapomnieć o tym, że oglądam kino (czyli swego rodzaju maszynerię) – że na ekranie widzę aktorów, a nie prawdziwych ludzi (a z prawdziwą sztuką kina mamy do czynienia wtedy, kiedy oglądając film zapominamy o tym, że jesteśmy w kinie, bowiem przenosi on nas do świata, jaki – pozostając sztucznie wygenerowanym – budzi w nas autentyczne uczucia i empatię, dzięki czemu odnosimy wrażenie, iż obcujemy z czymś prawdziwym w rzeczywistości, którą zaczynamy utożsamiać z tą, w jakiej żyjemy naprawdę).

Konflikt między zmysłami a wiarą? Jaka miłość zwycięży?

Konflikt między zmysłami a wiarą?

Według mnie słabym elementem filmu było zarówno to, co wiązało zakochaną parę z chrześcijaństwem (trudno było nam uwierzyć w mocną wiarę bezbarwnego i słabego dramaturgicznie Angelo; wiele do życzenia pozostawiała także motywacja Kasi, w którą, nota bene, nie wierzył nawet jej ojciec), jak i związek dwóch kobiet-bohaterek z wielkim biznesem (niestety, ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, iż grana przez Agnieszkę Grochowską Kris jest szefową firmy – gdyż praktycznie cały czas ekranowy wypełniały jej knowania i manipulacja otaczającymi ją ludźmi, głownie za pomocą traktowanego instrumentalnie seksu). Czyli nie funkcjonowało już właściwie to, co miało być kluczowe, jeśli chodzi o oś dramaturgiczną całej historii, stanowiąc fundament konfliktu etycznego między dwoma różnymi światami: wiary i niewiary, idealizmu i cynizmu, duchowości i bezduszności, altruizmu i egoizmu, przyzwoitości i nikczemności, wartości wyższych i hedonistycznej próżności… etc.

feminizm jak cholesterol?

Domyślam się, że w założeniu autorskim Zanussiego, Kris i Mira miały być przedstawicielkami postępu, nowego „porządku”, kapitalizmu bez ludzkiej twarzy (jakim ponoć staje się globalny korporacjonizm), w którym dążenie do osiągnięcia egoistycznych celów przestaje się opierać na jakiejkolwiek etyce, przy jednoczesnym odrzuceniu jakichkolwiek wzajemnych zobowiązań, przyzwoitości, uczciwości, miłosierdzia, empatii, altruizmu – tego, co kojarzone jest z ludzkim sercem i sumieniem. Trochę więc zdziwiło mnie to, że dyskusja na temat filmu zaczęła się toczyć wokół feminizmu, a miało to miejsce parę lat temu w momencie odrzucenia projektu Zanussiego przez tzw. komisją ekspercką Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, w reakcji na co nasz zasłużony reżyser podniósł larum, że jest atakowany przez owo słynne już „radykalne skrzydło polskiego feminizmu” (czy miał tu na myśli Dorotę Kędzierzawską i Małgorzatę Szumowską? – bo przecież nie Agnieszkę Holland, która była za przyjęciem jego filmu do realizacji, ani tym bardziej Filipa Bajona, Andrzeja Jakimowskiego czy Macieja Wojtyszkę, którzy także znaleźli się w tej komisji, a których raczej trudno zaliczyć w poczet polskich feministek). Tak czy owak sam Zanussi położył nacisk na feminizm, powtarzając przy różnych okazjach (także podczas spotkania po projekcji filmu na Festiwalu w Chicago, co słyszałem na własne uszy) swoją „złotą myśl” o tym, że feminizm jest jak cholesterol: „… bywa dobry i zły. Jestem więc za tym dobrym feminizmem, który kazał paniom domagać się praw wyborczych, możliwości kształcenia, równości płac itd… Ale przeciw temu złemu, który ma je uczynić identycznymi jak mężczyźni – w karierowiczostwie, bezwzględności, wulgarności. Przecież dzisiaj to powszechne schamienie, traktowane jest jako przejaw emancypacji, wulgarny język używany przez kobiety jako triumf feminizmu, a moim zdaniem to akurat wielka przegrana. W Polsce feminizm jest spóźniony. Obserwuję losy kobiet, które uwierzyły, że w walce o karierę, w pazerności na władzę, pieniądze, mają być jeszcze gorsze od mężczyzn. Ten feminizm walczy o zrównanie szans nie w prawach, co jest słuszne, ale w bestialstwie. Na szczęście kobiety są na to mniej podatne, ale kobiety biznesu czy władzy czasem mogą budzić grozę. Nie chcę czynić żadnego despektu słusznym i szlachetnym feministkom. Jestem z nimi tam, gdzie chodzi o równe prawa, tam trzeba walczyć. Ale jest taki nurt skrajnego feminizmu, który głosi, że kobiety mają być takie jak mężczyźni, a mężczyźni tacy jak kobiety. Uważam, że jest on szkodliwy, gdyż zaciera granice między płciami.”

Ponoć prof. Magdalena Środa, czołowa polska feministka, zareagowała śmiechem na pytanie o działalność „skrajnego skrzydła feminizmu”: „Po pierwsze, takiego feminizmu w ogóle u nas nie ma. Mówienie o nim to jest jak sen o złych ludach. Widocznie Zanussi dołączył do Macierewicza z problemami psychicznymi. (…) Dziwię się, że Zanussi w ogóle mówi o feministkach w kontekście najnowszego filmu, bo nie słyszałam, by ktokolwiek protestował. Żadna feministka nie widziała scenariusza tego filmu i zapewniam, że nikt się nie interesuje twórczością tego reżysera. To jest widocznie nadęty starszy pan, który chce się za wszelką cenę wypromować, dlatego mówi o jakimś lobbingu ‚skrajnego skrzydła feminizmu’, które nie istnieje.”

ciężar właściwy

Pomijając złośliwości wymieniane przy tej okazji przez adwersarzy, jestem gotów przyznać rację tym, którzy zarzucają Zanussiemu pewną manipulację (być może wymyślona ona została przez niego na użytek medialny w celu wyprowadzenia dyskusji o filmie na szersze forum, nadania jej pewnego światopoglądowej ostrości i dramatyzmu), ale mimo wszystko solidaryzuję się z reżyserem, bowiem podzielam jego poglądy na skrajny feminizm, tudzież obawy wynikające z zagrożenia europejskiej tożsamości przez cyniczny, amoralny, bezwzględny korporacjonizm, dla którego zysk stał się bogiem, a wydajność ekonomiczna ważniejsza od jakiegokolwiek humanitaryzmu.
Wprawdzie Zanussi podkreśla, że on robi film, ale już to, co ten film będzie oznaczał, zależy od samego widza, to jednak zdradza swoje intencje i mówi nawet o przesłaniu, jakie ma „Obce ciało”: „I najważniejsze, co pokazuję w filmie, to fakt, że mentalność korporacyjna, jest nie do pogodzenia z całą tradycja judeo-chrześcijańską. I jak łatwo – wywalczywszy sobie wreszcie wolność polityczną, sprzedajemy ją na rzecz nowej władzy jaką stałą się korporacja, z jej przemożną potrzebą bogacenia się. To jest tak naprawdę przesłanie tego filmu.”
Wydaje się, że przyłapaliśmy tutaj twórcę na sprzeczności: z jednej strony bowiem uznaje on, że prawa ekonomii nie muszą być sprzeczne z etyką chrześcijańską, z drugiej zaś wskazuje na to, że nie da się jej pogodzić z „mentalnością korporacyjną”. Jednakże, moim zdaniem, jest to sprzeczność pozorna, która zwraca nam uwagę na to, że „mentalność” korporacyjna wcale nie musi być mentalnością pozbawioną etyki, by kierować się prawami panującymi w ekonomii. Czym innym są te prawa (domena ekonomii), czym innym moralność (domena etyki) – każde zachowanie cywilizowanego człowieka (również ekonomisty czy korporacjonisty) powinno się stosować do przyjętego (zaakceptowanego cywilizacyjnie) systemu etycznego, według którego dobro powszechne i sam człowiek (również ten „zwykły” – common man) są ważniejsze niż ekonomiczny zysk i imperatyw bogacenia się za wszelką cenę. (W tym kontekście atakowanie Zanussiego jako tego, który jest po stronie „prawicowców” jest pewną niedorzecznością, bo przecież mamy tu do czynienia z postulatem typowo „lewicowym”.)

Ale przecież „Obce ciało” nie jest filmem politycznym, nie jest też filmem atakującym feminizm – według mnie to, co się zaczęło dziać wokół obrazu Zanussiego jest sporem wywołanym sztucznie. Ale to prawda, że pojawienie się „Obcego ciała” na ekranach można potraktować jako pretekst do dyskusji nad zmianami współczesnego świata i europejskiej tożsamości, miejscem Boga w przestrzeni publicznej i w życiu samych ludzi, związku etyki z ekonomią… etc. Tylko czy „Obce ciało” Zanussiego zdolne jest udźwignąć ciężar tych kwestii?

greydot

Miłość (niebiańska?) Boga silniejsza od miłości (ziemskiej) do mężczyzny?   (Agata Buzek w "Obcym ciele")

Miłość (niebiańska?) do Boga silniejsza od miłości (ziemskiej) do mężczyzny? (Agata Buzek w „Obcym ciele”)

.

NIE TYLKO LIV ULLMANN

OTWARCIE 50 MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU FILMOWEGO W CHICAGO

Liv Ullmann na dużym ekranie w Harris Theatre (projekcja z transmisji "na żywo" z czerwonego dywanu przed wejściem do teatru)

Liv Ullmann na dużym ekranie w Harris Theatre (projekcja z transmisji „na żywo” z czerwonego dywanu przed wejściem do kina)

.

22 lata minęło jak jeden dzień. W 1992 r. po raz pierwszy spotkałem „na żywo” Liv Ullmann (wspomnienie TUTAJ), która przywiozła wówczas do Chicago swój debiut reżyserski – film „Sofie”. W tym roku jej najnowszy obraz – adaptacja strindbergowskiej „Panny Julii” – otwiera jubileuszowy 50 (!) Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Chicago.
To były wystarczające powody, by zwabić mnie w tym roku (dokładnie w ubiegły czwartek, 9 października, wieczorem) do millenijnego Harris Theatre na otwarcie Festiwalu. Zanim to nastąpiło, odbyło się medialne widowisko pt. „czerwony dywan” – spotkanie prasy, reporterów, fanów, widzów i publiczności z przybywającymi na otwarcie „gwiazdami” i innymi VIP-ami, z którymi można nawiązać wzrokowy — a nawet dotykowy – kontakt, co w zatłoczonym do granic przyzwoitości hallu Teatru Harrisa było doświadczeniem dość osobliwym. Naturalnie, były tam rozstawione jakieś kordony bezpieczeństwa, czarne taśmy z pachołkami, tudzież sznury czerwone odgraniczające gości pod specjalnym nadzorem od bliżej niezidentyfikowanej gawiedzi z aparatami, iPodami, telefonami komórkowymi czyhającymi na celebrytów w olbrzymim ścisku, który i mi po jakimś czasie zaczął wyciskać pot z czoła.
Imprezy typu red carpet są dla mnie czymś wtórnym, pobocznym, drugoplanowym, ale na tyle osobliwym i ciekawym, że zdecydowałem się i ja w tym zbiegowisku wziąć udział.

Mniej więcej na półtorej godziny przed projekcją „Panny Julii” zaczęli się pojawiać festiwalowi goście, wśród których pierwszym prominentem zdawał się być chicagowski reżyser Andrew Davis, (który nakręcił m.in. kinowego „Ściganego” z Harrisonem Fordem w tytułowej roli). Później pokazała się pani, którą z trudem rozpoznaliśmy jako Kathleen Turner, będąca ongiś wcieleniem seksu (exemplum: „Żar ciała”), obecnie sprawiającą wrażenie balzakowskiej stateczności. (Nie chcę tutaj się rozwodzić nad spustoszeniem jakie sieje wiatr w kobiecej urodzie, ale spotkanie po ponad trzech dekadach kogoś, kogo się pożądało w czasach młodości, może być lekko szokującym, a może nawet i traumatycznym doświadczeniem.) Kiedy zobaczyłem słynną niemiecką reżyserkę Margarethe von Trotta, żadnego szoku już nie przeżyłem. Nigdy bowiem nie była ona symbolem seksu, a wręcz przeciwnie: jest uważana za wiodącą niemiecką intelektualistkę, feministkę, twórczynię tzw. kina „zaangażowanego” – politycznego, lewicującego (do dzisiaj pamięta się choćby o jej – nakręconej wraz z ówczesnym mężem, Volkerem Schlöndorffem – „Utraconej czci Katarzyny Blum”; zauważono też jej ostatni film poświęcony Hannie Arendt). Tutaj pojawiła się w charakterze członka festiwalowego Jury, które ma wybrać najlepszy film zgłoszony do konkursu. Innym członkiem tego Jury, jak się okazało, jest Ferzan Özpetek, reżyser kręcący filmy Włoszech, który – m.in. ze względu na swój otwarty homoseksualizm – musiał się ewakuować ze swojej ojczystej Turcji, robiąc następnie w Europie furorę swoimi gejowskimi obrazami – i to niekoniecznie w zamkniętym środowisku homo (ja sam dość dobrze wspominam jego – nota bene obejrzaną przed kilku laty na chicagowskim Festiwalu – komedię „Mine vaganti. O miłości i makaronach”.)

Kiedy pojawiła się Liv Ullmann, to nie było tak, jakby weszła gwiazda – ona sam do żadnego gwiazdorstwa nigdy i nigdzie nie miała żadnej pretensji. Ja, z poprzedniego spotkania w Chicago, zapamiętałem ją jako swego rodzaju anty-gwaizdę: naturalną, skromną, pozbawioną jakiegokolwiek makijażu kobietę, która przecież była jedną z bardziej znanych aktorek na świecie (głównie dzięki kolaboracji z Ingmarem Bergmanem). Tym razem jednak było trochę inaczej, gdyż, bądź co bądź, była ona najważniejszą personą wieczoru – i to bynajmniej nie aktorką, a reżyserką filmu, który organizatorzy Festiwalu wybrali na jego otwarcie.. Było inaczej, bo siłą rzeczy Liv znalazła się teraz w centrum uwagi, a i wyszykowana była bardziej „wieczorowo” i odświętnie – w czarnej welwetowej sukni, stylizownej fryzurze i… z dość mocnym makijażem.
Zaraz po niej pojawił się na wybiegu Colin Farrell – w naszym kraju znany głównie jako (niestety – już ex) mąż Alicji Bachledy-Curuś , która z kolei była w Polsce znana głównie z tego, że była żoną Colina Farrella. Ale dość tych złośliwości – Farrell jest naprawdę całkiem niezłym aktorem, kóry mimo stosunkowo młodego wieku zaliczył już sporo występów w niepoślednich filmach, takich jak np. „Aleksander” Olivera Stone’a, (który to tytuł znalazł się nawet w repertuarze tegorocznego przeglądu, z racji wspominkowego cyklu poświęconego dorobkowi twórców, którzy w jakiś szczególny sposób wpisali się w pół-wieczną historię Festiwalu – to z tego powodu za kilka dni zjawi się również w Chicago sam Oliver Stone).
Ale wiadomo, Farrell – jako mężczyzna przystojny, obdarzony niepoślednim seksapilem – największe poruszenie wzbudził wśród zgromadzonych wokół mnie przedstawicielek płci tzw. „pięknej”. Chociaż, nie przeczę, również i mnie zależało na tym, by utrwalić jego podobiznę na karcie pamięci mojego aparatu – co też uczyniłem – czego dowód w zamieszczonych w tymże wpisie zdjęciach. Były jeszcze uściski 38-letniego Colina z 75-letnią Liv (mam nadzieję, że pisząc to nie popełniam jakiegoś paskudnego faux pas).

Usatysfakcjonowany ową spotkaniową sesją zdjęciową na „czerwonym dywanie”, zostałem zaprowadzony przez moją żonę do teatralnej sali, która na ten wieczór zamieniła się w salę kinową. Na olbrzymim ekranie widać było jeszcze to, co działo się w hallu wejściowym. Kamerzysta był bezlitosny – wysoka na 7 metrów twarz Liv Ullmann była zbyt detaliczną mapą starości – z zmarszczkami głębokimi na obliczu, które zapadło mi w pamięć jeszcze w czasach mojego dzieciństwa – jako piękne, młode i nieskazitelnie gładkie – kiedy po raz pierwszy oglądałem bergmanowską „Personę”. Po zwyczajowych celebracjach, rozdaniu jubileuszowych nagród organizatorom i sponsorom; po przedstawieniu festiwalowego Jury – po pozdrowieniach, które wyświetlono nam na ekranie (m.in. od Martina Scorsese i Stevena Spielberga) – Michael Kutza, założyciel Festiwalu, wraz z Liv Ullmann, zaprosili wszystkich na projekcję „Panny Julii”, gdzie w umęczoną parę mezaliansowych kochanków Augusta Strindberga wcielili się Jessica Chastain i Colin Farrell.

Zanim to jednak nastąpiło, Kutza zażartował, że 50-ka to nic takiego, ot kolejna liczba – nothing special in it – zaraz go jednak skorygowano i wskazano, że tę równą rocznicę można traktować jako kamień milowy w historii kulturalnego Chicago – bądź co bądź Festiwal jest najstarszym tego typu przeglądem w Ameryce, a pod względem wielkości (w tym roku pokaże się ponad 180 filmów z 40 krajów świata) może się z nim mierzyć tylko (rzeczywiście mamuci w swoich rozmiarach) Międzynarodowy Festiwal Filmowy w kanadyjskim Toronto. No cóż, dla mnie minęły czasy, kiedy – posiadając przez szereg lat akredytację na chicagowskim Festiwalu – oglądałem po 2, 3 czasem nawet 4 filmy dziennie, czy też raczej nocnie (nie ta kondycja, nie to siedzenie, nie te oczy), niemniej jednak w tym roku postanowiłem wybrać (zaledwie?) kilkanaście filmów, które rozłożone na dwa tygodnie trwania przeglądu, nie powinny stanowić żadnego maratonu (średnio: będzie to jeden film na dzień), co pozwoli mi chyba lepiej odebrać, przyswoić i przetrawić poszczególne obrazy, bez szaleńczego nadmiaru wrażeń, który tak na dobrą (czy też raczej złą) sprawę, stępia nieco percepcję każdego, nawet najbardziej wytrwałego, widza. Tak więc, musiałem się wykazać cnotą wstrzemięźliwości wybierając filmy do obejrzenia, co wcale nie było rzeczą łatwą, zważywszy na obfitość różnych opcji i bogactwo propozycji. W końcu zdecydowałem się na ostrą selekcję i wśród filmów, które mam nadzieję zobaczyć znalazły się m.in.: „Words With Gods” (kolaż 9 krótkich filmów nakręcony przez 9 reżyserów z różnych krajów świata, odnoszący się do ludzkiej potrzeby religijności), „Winter Sleep” (najnowsze dzieło N. B. Ceylana, któremu przyznano za nie Złotą Palmę na ostatnim Festiwalu Filmowym w Cannes), „Obce ciało” (Krzysztof Zanussi zrobił niedawno ten film w kolaboracji z Włochami i Rosjanami – nota bene Kutza wyróżnił naszego reżysera wspominając o nim na otwarciu, zapowiadając też jego wizytę w Chicago), „Two Days, One Night” (najnowsza produkcja braci Dardenne), „Birdman” (chyba najbardziej oczekiwany przeze mnie najnowszy obraz Alejandra Gonzáleza Iñárritu, reżysera, którego filmy uwielbiam), „Clouds of Sils Maria” (tu przyciąga mnie głównie występująca w tym filmie Juliette Binoche), „We Love You, Bastard” (to z kolei najnowszy „Lelouch„)… i jeszcze kilka innych. Być może uda mi się także dostać na spotkanie z L’enfant Terrible amerykańskiego „dokumentu”, zaciekłym wrogiem wszelkich establishmentów, Michaelem Moorem.

A jakimi wrażeniami zakończyła się noc z Ullmannowo-Strinbergową „Panną Julią”? Cóż… o tym może innym razem.

greydot

.

Andrew Davis w rozmowie ze spikerką programu abc i bateria sprzętu obok

Andrew Davis w rozmowie ze spikerką programu abc

.

.

Liv Ullmann i Colin Farrell

Liv Ullmann i Colin Farrell

.

.

Colin Farrell

Colin Farrell

.

.

Jury 50-go Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago (od lewej: Ferzan Ozpetek, Parviz Shahbazi, Kathleen Turner,  Margarethe Von Trotta, Giora Bejach)

Jury 50-go Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago (od lewej: Ferzan Özpetek, Parviz Shahbazi, Kathleen Turner, Margarethe Von Trotta, Giora Bejach)

.

.

Program otwarcia Festiwalu - noc z "Panną Julią" w reż. Liv Ullmann

Program otwarcia Festiwalu – noc z „Panną Julią” w reż. Liv Ullmann

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

POWRÓT KARMAZYNOWEGO KRÓLA („King Crimson” w Chicago)

(The Vic Theatre, 25 września, 2014)

King Cromson line-up AD 2014     (fot. M. Appleton)

King Crimson lineup AD 2014. Od lewej: Mel Collins, Pat Mastelotto, Tony Levin, Jakko Jakszyk, Bill Reiflin, Robert Fripp, Gavin Harrison. (fot. M. Appleton)

.

Muzyka „King Crimson” jest – i zawsze była – jednym wielkim paradoksem (ale może tak jest z każdym rodzajem awangardy?), podobnie jak jej lider, gitarzysta Robert Fripp – nota bene jedyny członek zespołu, który jest w jego składzie od samego początku, czyli od 1968 roku (choć on sam wzbrania się przed nazywaniem go liderem – nie wiadomo – z namysłu, przekonania czy fałszywej skromności?).

Zacznijmy od paradoksu – człowieka.

Fripp co najmniej od 57 lat (kiedy to, w wieku 11 lat zaczął grać na gitarze) uprawia muzykę, ale nie jest pewny, czy jest muzykiem; mówi że gitara „jest dość słabym instrumentem, właściwie nic mnie w gitarze nie intryguje”, a niemal całe swoje życie oparł na tym instrumencie (ściślej: na grze na nim i tworzeniu przy jego pomocy muzyki), natomiast w przeróżnych zestawieniach „największych gitarzystów wszechczasów” zawsze plasuje się w czołówce. Mówi, że pozbawiony był słuchu muzycznego i wyczucia rytmu, a jednak postanowił poświęcić się muzyce, tworząc – i prowadząc – jeden z najbardziej znanych (by nie powiedzieć – kultowych) zespołów w historii światowego rocka. Nie mógł być ani gitarzystą jazzowym, ani klasycznym, ani rockowym (przynajmniej on sam za takiego się nie uważa), więc musiał stworzyć swój własny (i niepowtarzalny) styl grania na tym instrumencie (i rzeczywiście – nie można mu tutaj odmówić racji – gra Frippa jest unikalna). Być może wszystko to było możliwe dzięki temu, że jego dewizą życiową jest następująca sentencja (wymyślona, oczywiście, przez niego samego): „Staraj się przekształcić to, co niekorzystne, w to, co korzystne, wady w zalety, słabości w atuty”. I trudno nie zauważyć, że Frippowi udało się to znakomicie zrealizować.

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Są jeszcze inne paradoksy, choć bardziej chyba jednak małostkowe. Oto Fripp obrusza się (w wywiadzie udzielonym gazecie „Financial Times”) na posądzenie, że gra dla pieniędzy („Czy wierzysz w to, że Rostropowicz grał na wiolonczeli tylko po to, żeby się utrzymać? Czy wierzysz w to, że Hendrix grał tylko dla pieniędzy?”), ale – jak sam przyznaje – zmarnował cztery lata życia procesując się ze swoją (żeby było ciekawiej) własną wytwórnią płytową o tantiemy, nic w tym samym czasie nie tworząc, wykosztowując się przy tym na pazernych adwokatów.
Inny drobiazg: Fripp jest chyba jedynym gitarzystą rockowym na świecie, który 100% swojego czasu grania koncertowego przesiedział na stołku (mimo, że już na samym początku istnienia „KC”, Greg Lake robił mu wyrzuty, że przecież nie można siedzieć na scenie „jak ten grzyb”). Ale Fripp do dzisiaj siedzi, zachowując na dodatek podczas grania kamienną (beznamiętną?) twarz, na której trudno dopatrzyć się jakiejkolwiek emocji. (Na marginesie: aparycją, stylem bycia ubierania się i mówienia Fripp bardziej przypomina urzędnika w nałokciownikach, niż rockowego muzyka – ale do chwili, kiedy nie zaczną docierać do nas jego słowa, przesiąknięte błyskotliwą ironią i szelmowskim humorem – choć nie pozbawione przy tym pewnej elegancji, ciepła, życzliwości, spokoju i łagodności.)
I na koniec – zaledwie 2 lata temu, w sierpniu 2012 roku, Fripp oświadcza we wspomnianym już wywiadzie dla „Financial Times” (tutaj zresztą wybór pisma, któremu zgodził się Fripp na wywiad, też jest symptomatyczny), że nie może się już skoncentrować na twórczości, więc postanowił zrezygnować z kariery muzyka „pierwszej linii frontu”, by zająć się biznesem („I made the choice to give up my career as a musician in the frontline to deal with the business.”) To oświadczenie dało pewnie asumpt temu, by gazeta zatytułowała cały tekst dramatycznym i niewątpliwie pretensjonalnym „The Day the Music Died”. Lecz najgłośniejszych echem odbiło się jednak stwierdzenie Frippa, że „jego życie, jako profesjonalnego muzyka”, stało się „smutnym ćwiczeniem w daremności” („a joyless excercise in futility”).
Tym bardziej może cieszyć fakt, że Fripp „dowlókł się” się w tej (domniemanej) depresji nie tak dawno do Chicago i wraz z kolejnym wcieleniem (tym razem najliczniejszym, bo siedmioosobowym) „King Crimson” dał koncert, który wielu – mający to szczęście w nim uczestniczyć – popamięta sobie do końca życia.

Paradoks – zespół.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że paradoks-zespół („KC”) wyrasta bezpośrednio z paradoksu-człowieka (Roberta F.) Rock, który nie jest rockiem; dyscyplina, która nie może istnieć bez chaosu (bo jest sposobem jego kontrolowania); z „cichego terroru” (autorskie określenie Frippa) wyłania się subtelne piękno dźwięków i spokój; z dysharmonii i dysonansu – harmonia; z polifonii – jasna, wyraźna fraza; z polirytmii – synkopa (zbliżająca się czasem do funku lub przechodząca w mocny, jednoznacznie określony beat); z nietaktu – takt… etc. Z jednej strony „King Crimson” (Fripp) zmuszał grających z nim muzyków do myślenia (większość pomysłów kompozycyjnych Frippa jest po prostu muzyką konceptualną – w tym sensie, że ma źródło bardziej intelektualne, niż intuicyjne), z drugiej – pozwalał im (a przy tym sam sobie) na sporą dozę improwizacji, która ma do siebie to, że bardziej jest fantazją, niż myśleniem, więc często zamieniała się we wspomniany już – a przy tym spontaniczny – chaos. Ten z kolei musiał być okiełznany, by nie dopuścić do anarchii, która na pewno nie leży w naturze pedantycznego Roberta. Tym sposobem krąg się zamykał – a w nim muzycy, tworzący dzięki temu muzykę niepowtarzalną, nie dającą się skopiować, rozpoznawalną od pierwszego dźwięku, unikalną… Otwartą, bo zmienną; zamkniętą, bo mimo wszystko zintegrowaną. Gatekeeperem tego wszystkiego był niewątpliwie Fripp, choć bardziej, moim zdaniem, pasowałoby tu do niego określenie soulkeeper, bowiem, jak sam kiedyś powiedział, ciało „Karmazynowego Króla” się zmieniało, jednak dusza pozostawała ta sama. I myślę, że było to możliwe tylko dzięki temu, że Fripp wiedział jak zastosować w zespole ów „cichy terror”: „cichy” – bo delikatny acz stanowczy, „terror” – bo apodyktyczny i niedopuszczający żadnego sprzeciwu, ale mimo wszystko perswazyjnie inspirujący. Bez tego duchowego „terroryzmu” nie byłoby takiego „King Crimson”, jakiego znamy.

Lider – nie lider?

Czy Fripp jest wobec tego geniuszem? A może „tylko” kompilatorem – i katalizatorem, czy też generatorem – cudzej kreatywności? Czy jedyną rzeczą większą od jego talentu jest jego Ego? Czy komplikacja jego charakteru, złożona osobowość grawitująca ku osobliwości – wszystkie te ambiwalencje i sprzeczności – czy to nie było antycypowane w jednej z największych i najsłynniejszych kompozycji „King Crimson” już na pierwszym, kultowym jak żaden inny albumie „In the Court of the Crimson King”? (Chodzi oczywiście o „21st Century Schizoid Man”: Fripp jednym z najbardziej twórczych schizofreników XXI wieku?)
Tenże Fripp powiedział kiedyś, że to był dla niego zaszczyt – granie z innymi muzykami, którzy przewinęli się w długiej, bo liczącej już 46 lat, historii zespołu (a było ich ponad dwudziestu); i że to nie on ich uczył, ale że on sam uczył się od nich. To może wyglądać na krygowanie się i pretensjonalne mydlenie nam oczu, ale ja skłonny jestem tutaj Robertowi wierzyć. Tak więc, jego apodyktyczność była niczym innym, jak konsekwentnym wyciskaniem z kolejnych członków zespołów tych najlepszych soków, na jakie ich było stać. I właśnie stąd brała się siła, różnorodność, kreatywność i potencja „Karmazynowego Króla” – potężnego demona, (którego domorośli symboliści wiążą z samym Belzebubem) z duszą o niebo (piekło?) większą, niż wszystkie jego cielesne członki razem wzięte.

Koncert – at last

Niebo nad Vic było pogodne, ale zbliżał się schyłek dnia, więc purpurowy a migotliwy napis „King Crimson” na szyldzie „teatru” wydawał się jarzyć coraz mocniej, i mimo że każdy miał już przypisane i zarezerwowane miejsce na sali, kolejka przed wejściem wydłużała się coraz bardziej, choć od rozpoczęcia koncertu pozostawała dobra godzina z hakiem. Była więc okazja rzucić okiem na zebrane tu towarzystwo: przeważali oczywiście dżentelmeni czterdziesto- i pięćdziesięcio-letni, choć nie brakowało też trzydziesto-latków (bardziej młodocianych z zasady do Vic się nie wpuszcza, a to z powodu lejących się tam czasami strumieni alkoholu… i nie tylko). Kobiety były w zdecydowanej mniejszości (i tutaj można by się zastanowić: dlaczego?) Podsłuchane rozmowy świadczyły o niebywałym „otrzaskaniu” fanów zespołu z jego dyskografią, muzyką, składami, triviami… Mnie samemu również przypomniały to i owo, były także niezłym źródłem informacji, tym bardziej, że sam nigdy nie zaliczałem siebie do zagorzałych fanów (dajhardów) „King Crimson”.
Pseudo-barokowa sala Vic Theatre nie jest wielką salą i pewnie dlatego została zaakceptowana przez Frippa, który nie lubi dużego audytorium (dlatego z wielką niechęcią wspomina swój występ w warszawskiej Sali Kongresowej w latach 90-tych); mówiąc, że tysiąc – półtora tysiąca słuchaczy to góra, reszta jest zbyteczna, bo ani dobrze nie słyszy, ani dobrze nie widzi, przez co on czuje pewien dyskomfort. I to akurat świadczy dobrze o Frippie, że – jeśli chodzi o efekt koncertu na słuchaczach (i widzach) – to myśli także o tych z najdalszych rzędów, a nie tylko o dodatkowej kasie, jaką ci ostatni generują.

King Crimson (part of it)) in Concert (fot. Sid Smith)

King Crimson (part of it) in concert (fot. Sid Smith)

Zajmijmy się jednak sceną. A na niej przywitało nas nie byle co: niesamowite góry sprzętu muzyków z trzema perkusjami (czy też raczej zestawami perkusyjnymi) w pierwszym rzędzie i całą resztą (przygotowaną dla pozostałej czwórki obecnego „KC”) ustawioną na podwyższonym piedestale na drugim planie. Oj, będzie się działo – pomyślałem sobie i pewnie nie byłem w tej myśli odosobniony.
No dobrze, dosyć już tych przydługich występów. Pora napisać, co się rzeczywiście na koncercie działo – co się widziało, a przede wszystkim – co się słyszało.
Trochę się obawiałem, że ta rozbudowana bateria perkusji zdominuje muzykę całego zespołu (tak jak zdominowała go wizualnie), ale nie była to jednak dominacja przytłaczająca – w końcu gitara Frippa nigdy nie dała się zepchnąć do roli tylko li wypełniacza tła, w przeciwieństwie do niego samego, który zwyczajowo chował się w jakimś słabo oświetlonym kącie estrady.
Zaczęło się od lekkich uderzeń w gary Pata Mastelotto (skrajna perkusja po lewej), podjętych przez pozostałych pałkarzy (Billa Rieflina w centrum i Gavina Harrisona z prawej), do których dołączyła się sukcesywnie cała reszta: Mel Collins (flety i saksofony), Tony Levin (basy), Jakko Jakszyk i Robert Fripp (gitary i nie tylko). Dość szybko stało się jasne, że będzie nie tylko głośno, ale i historycznie, bo na pierwszy ogień poszła najbardziej chyba znana kompozycja prog-rocka, której już sam tytuł brzmi jak najczystsza awangarda: „Larks’ Tongues in Aspic, Part 1″, co od biedy można tłumaczyć, jako „Języczki skowronków w galarecie”. (Przy okazji zaświtało mi w głowie pytanie: czy coś, co jest awangardą, może się po jakimś czasie stać klasyką?) Języczki języczkami, ale już po kilku minutach stało się oczywiste, że oto mamy przed sobą jeden z najmocniejszych lineupów (i to nie tylko dlatego, że jest to skład w historii zespołu najliczniejszy – gdyż septetem „King Crimson” stał się po raz pierwszy), nie pozbawionym wszak swoich słabszych punktów (ale o tym później – i nie za dużo – by nie popsuć wrażenia całości, która okazała się jednak czymś wyjątkowym).
Na koncercie zespół odwiedził właściwie każdą z pięciu dekad swojej aktywności, z wyjątkiem jednej – lat 80-tych ubiegłego wieku, które chyba jednak zostały zdominowane silną osobowością muzyczną Belewa. Najwidoczniej, ten okres Fripp chce uważać za zamknięty, tym bardziej, że nakoncertował się on już z tą muzyką wcześniej – podczas kilku ostatnich światowych tournée „King Crimson”.
A przecież jest do czego wracać. I zaskoczyło mnie to, jak nowocześnie i dynamicznie mogą te kompozycje brzmieć po latach. Ot, choćby „Sailor’s Tale” i „The Letters” z płyty „Islands” (1971) – to być może ukłon w stronę Mela Collinsa, który był wówczas w składzie „KC”. Obecność „Red” i „One More Red Nightmare” z uwielbianego m.in. przez Kurta Cobaina albumu „Red”, (które to  uwielbienie, nota bene, przyczyniło się do małego renesansu „KC” w Ameryce) nie dziwiła, bo jest to materiał mający w sobie niebywały potencjał na lata, no i jednak pożądany do dzisiaj przez amerykańską publiczność. Dziwiła mnie jednak obecność takich, lekko smętnych, przynudzonych „ballad” jak „A Scarcity of Miracles” i „The Light of Day” – dość świeżych kawałków z płyty z 2011 roku, firmowanej wtedy przez trio Fripp-Collins-Jakszak – moim zdaniem nie przystająca zbyt dobrze do muzycznego „mięsa”, jakie serwuje najnowsze wcielenie „King Crimson” (sentymentalizm Jakszaka niezbyt tu na miejscu – zanadto miękkie to według mnie, no i wokal Jakko pozostawia momentami dużo do życzenia).
Spodobały mi się „The KonstruKction of Light” i „Vroom” – efekt poszukiwań Frippa w latach 90-tych (dużo funky w tym – używanie mieli więc nie tylko bębniarze, ale i szalejący ze swoim basowym STICK-iem na scenie Tony Levin). Druga część „Języczków” też była niczego sobie – w ogóle kompozycja ta jest doskonałą okazją do ujawnienia całego spectrum możliwości brzmieniowych „King Crimson” – począwszy od instrumentalnej delikatności melodyjnej po niemalże heavy-metalową kanonadę gitarowych pasaży Frippa i apokaliptycznych bębnów. (Bez tych ostatnich przymiotów „KC” nigdy by nie powstała tak mroczna, dramatyczna i ciężka rzecz, jak „Red”). Nie wykonywany od 40 lat (!!!) „Starless” dosłownie zmiótł publikę z siedzeń, doprawioną na bis monumentalnym, bombastycznym (na dobre i na złe), desperacko-hard-rockowym, kosmicznie odlotowym i psychodelicznie odrealnionym „21st Century Schizoid Man”. To był nie tyle strzał w dziesiątkę, co eksplozja, która o mało nie rozniosła „Vica” – z jego rozszalałym tłumem podstarzałych schizoidów – po okolicznych Sheffieldach i Belmontach.

Nie koniec z przygodą

No cóż, lepiej słuchać jest koncertu, niż o nim pisać (a jak tu jest z czytaniem, to jeszcze inna śpiewka). Znalazłem się na nim dość przypadkowo (w tym miejscu specjalne podziękowania dla Simply’ego, dzięki któremu nie tylko zobaczyłem i wysłuchałem wskrzeszonego „Karmazynowego Króla”, ale i dzięki któremu zaistniał – pośrednio – ten tekst) i dobrze się stało, bo wróciło do mnie sporo muzyki z mojej młodości, odświeżyłem sobie znajomość z jedną z najważniejszych grup w historii rocka (i to nie tylko tego progresywnego); a może nawet wszedłem w pewną zażyłość z tym, co reprezentuje ta kapela obecnie (choć w zasadzie kroją oni teraz i zszywają stare „szaty” Króla – na podwójnym CD „The Elements”, który przyniosłem z koncertu, znajduje się ledwie kilkuminutowa próbka nowego materiału, i to tylko perkusyjna). Poza tym, znaleźli się na tym koncercie ludzie, którzy przylecieli nań specjalnie z tak odległych miejsc jak Meksyk, Peru i Kolumbia (o wielogodzinnej jeździe samochodem z okolicznych stanów nie wspominając), więc chyba mogłem pokonać te kilkanaście mil jakie dzieli „Vic” od miejsca, gdzie mieszkam i zjawić się w tysięcznym tłumie rozentuzjazmowanych melomanów starszego (już niestety) pokolenia.
Sukces „Mark VIII” (jak nazywa obecny lineup kapeli Fripp) polega na tym, że nie tylko scala on, ale i ożywia to, co w przeszłości stworzył Fripp ze swoimi towarzyszami – i że to brzmi teraz wspaniale. Wprawdzie chciałbym posłuchać wreszcie czegoś nowego, zamiast trzech perkusistów wolałbym jednego Bruforda (najlepszy z obecnego tria jest niewątpliwie Mastelotto, Riefllin według mnie dodany tak trochę od parady – ale przynajmniej nie bruździ, Harrison ledwie poprawny – choć z pewnymi przebłyskami), to jednak Frippa, jak słychać, nadal stać na dobrą formę i mobilizację ludzi. Z weterana Collinsa wyciągnął na stare lata to, co najlepsze (nieźle jazzujący sax) i nawet Jakszyk, na którego kręcę trochę nosem, potrafi się ze swoimi instrumentami wpisać w mocne, zdecydowane, pełne życia muzycznego i wigoru brzmienie nowego-starego „King Crimson” (właściwie, z całego składu, to tylko Rieflin jest zupełnym newcomerem). Czy jednak Fripp et consortes są jeszcze w stanie stworzyć coś, czego jeszcze nie znamy? Tegoroczną trasę koncertową na początku obwieszczano (cokolwiek złowieszczo to brzmiało) jako „farewell tour”, ale pewnie Fripp poszedł po rozum do głowy (po prawdzie długo tam nie musiał go szukać, bo jednak swoim życiem – i to nie tylko muzycznym – potwierdził, że całkiem „łebski” z niego facet) i do Chicago „KC” trafił już z tytułem trasy przemianowanej na „Elements tour”. Bo niby dlaczego zamykać sobie drogę do dalszych przygód, skoro nadal stać jest na nie 50-cio, a nawet blisko 70-cio letnich panów? Choćby miały to być już tylko przygody muzyczne…

greydot

APENDYKS. O muzyce rockowej piszę na mojej stronie stosunkowo rzadko, a przecież towarzyszy mi ona (wraz z innymi rodzajami muzyki) niemalże od dzieciństwa i – co tu kryć – była dość ważną częścią mojego życia (zwłaszcza emocjonalnego ;) ) A przecież – jeśli chodzi o pisanie o rocku – robiłem to swego czasu często, prowadząc na początku lat 90-tych ubiegłego wieku (jak to brzmi!) na łamach prasy polonijnej rubrykę „ROCK I OKOLICE”, gdzie zamieszczałem teksty muzyczne, zwłaszcza recenzje z koncertów (po przybyciu do Stanów miałem wreszcie okazję – na żywo! – uczestniczyć w występach zespołów, które dla fanów rocka na całym świecie były już wtedy legendą). Opisany powyżej niedawny koncert ‚King Crimson” w Vic Theatre przypomniał mi inny, w którym uczestniczyłem w tym samym miejscu… 22 lata temu, i który upamiętniłem w artykule zamieszczonym poniżej.

.

STRATOCASTER WE FRAKU
(Yngwie Malmsteen w Vic Theatre, 16 V 1992)

.

W jednym z niedawnych wywiadów Krystyna Prońko, która zajmuje się teraz w Polsce m. in. prowadzeniem własnej audycji radiowej, opowiedziała o eksperymencie, jaki pewnego razu przeprowadziła na antenie. Otóż w jednym z programów zaprezentowała obok siebie Stevego Vai’a, Joe Satrianiego i Yngwiego Malmsteena, (czyli światową czołówkę gitarzystów rockowych) i… Vivaldiego. Zestawienie – szokujące jeśli chodzi o porównanie choćby ilości decybeli – nie do końca jednak tak absurdalne. Szczególnie w przypadku Yngwiego Malmsteena, który stara się żenić ogień z wodą, czyli muzykę klasyczną z hard-rockiem. Czyli: ba-roque & roll! Na ostatnim koncercie, gdzie szalał wirtuoz metalu, nie brakło ni wody, ni ognia.

***

Zaiste wielkie jest wszelkiej materii pomieszanie we współczesnym rocku. Już nawet nie piszę ogólnie – w muzyce, sztuce… To błogosławieństwo i przekleństwo eklektyzmu: różnorodność ociera się z jednej strony o bogactwo, tętni nieskrępowaną inwencją; z drugiej – napiszmy to wprost – o dowolność i dziwactwo. Silny musi być twórca i zdyscyplinowany, by nie wypaść przy tym poza nawias artyzmu. Czyż Szwed Malmsteen, grający w stolicy bluesa, Chicago, Bacha na Stratocasterze Fendera, ubrany we frak i występujący na scenie neoklasycznego (?) teatru, w którym roznegliżowane kelnerki roznoszą po sali piwo i inne trunki, nie jest swoistym fenomenem, znakiem naszych czasów?

Yngwie Malmsteen

Yngwie Malmsteen

Nie mogłem się oprzeć chęci zobaczenia tego widowiska i pewnego sobotniego wieczoru stanąłem u wrót chicagowskiego Vic Theatre.
Zdołałem jakoś przeżyć poprzedzający Malmsteena występ heavy-trash-speed-metalowej kanadyjskiej grupy z Toronto. Z totalnego hałasu dotarło do mnie ledwie parę słów: fuck, death, hate, devil, blood... A jednak chłopcy nie do końca okazali się zdegenerowani, jako że na finał zaserwowali utwór będący chyba jednak przestrogą przed narkotykami: „White Lies, Black Truth”. To oczywiście, rzecz o koksie. Jest więc nadzieja, że wyrosną z tego skatologicznego nihilizmu, jaki reprezentują dzisiaj.

***

„Gdyby Jan Seabastian Bach grał na Fenderze, brzmiałby właśnie tak, jak Malmsteen” – powiedziano kiedyś o Yngwiem. „A tak, to tylko przewraca sie w grobie, słysząc swoją fugę wymiataną na wiośle” (tj. graną na gitarze – przyp. StB) – mógłby dodać jakiś złośliwiec.
Oba zgrabne powiedzonka są oczywiście przesadą. Po pierwsze: mistrza Jana Sebastiana zabiłby już pewnie pierwszy przesterowany i nagłośniony „normalnie” (tj. do granicy bólu) scream na „Stracie”; a po drugie – kupka prochu może się już raczej tylko przesypać, nie przewrócić.

Yngwie Malmsteen jest oczywiście jednym z tych, którzy – obok Eddiego Van Halen, Stevego Vai’a, Vinniego Moore’a – dokonali ekspansji heavy-metalowego stylu gry na gitarze, wprowadzając go na obszary dotychczas dziewicze, wzbogacając w nieznane dotąd techniki, używając nowych skal… Mimo tego, tysiące naśladowców rozmyło pojęcie heavy-metalu, degradując go często do poziomu pop-music. Właśnie, ze względów komercyjnych „metal”, z różnymi dopiskami, stał się jednym z najlepiej sprzedających się rodzajów muzyki lat 80-tych, jako spadkobierca (w pierwszej linii) wymierającego na przełomie lat 70-tych i 80-tych hard-rocka. (Znikanie takich grup, jak np. „Led Zeppelin”, „Deep Purple”, „Uriah Heap”, „Black Sabbath”, „Thin Lizzy”, „Nazareth”
Z początku zapowiadało się wymarcie bezpotomne, a to za sprawą eksplozji i zalania rynku przez disco i punk-rocka, lecz już wkrótce przekonano się, jak w rzeczywistości ciężki rock jest żywotny. I to niekoniecznie tam, gdzie wypuścił on pączki i rozrósł się najbujniej, czyli w Stanach Zjednoczonych i na Wyspach. W Niemczech np., obok miałkiego „Bonney M”, potrafił wyrosnąć znakomity gitarzysta Michael Schenker; w Szwecji – obok cukierkowej „Abby” – właśnie Yngwie Malmsteen.

***

Nie ma co kryć – koncert w Vic Theatre to był jeden wielki nokaut. Nie łagodziła gigantycznego impaktu decybeli ani klasyka, ani frak artysty, ani też pewnego rodzaju „nobliwość” beczkowatej sali teatralnej, na której zresztą postawiono stoliki z trunkami. Ze wzmacniaczy zwaliła się na nas lawina dźwięku. Yngwie uwijał się jak w ukropie, nie zaprzestając nawet swych drgawek przy padaniu na kolana, czy też bezpośrednio na glebę (tj. na deski teatru). To, że spod jego światłoszybkich palców wydobywały się wtedy dźwięki artykułowane, zakrawało na cud. Oto co może zrobić profesjonalizm i lata praktyki – grania i padania. Trzeba jeszcze dodać, że były to dźwięki w konfiguracjach często zdumiewających, choć osobiście wolę nuty dłuższe i bardziej akcentowane, bliższe artykulacji bluesowej, niż kaskady drobnych nutek, zlewających się często w jedną, wielką… sorry za niedobre skojarzenia – plamę. Muszę przyznać, że zawsze patrzyłem na speed-metal bardziej jak na ciekawostkę, niż muzykę, którą można się delektować.

Program występu Malmsteena zdominowany był oczywiście utworami z jego najnowszego albumu, zatytułowanego, nomen-omen „Fire and Ice”, z którego promocją wybrał się Yngwie w świat, zahaczając o Wietrzne Miasto.
„Fire and Ice”: nie bez kozery wspomniałem na początku u „ogniu i wodzie”. Mariaż ten miał miejsce na kilku poziomach. Z różnym zresztą powodzeniem. Mniej fortunny moim zdaniem był ten, który starał się łączyć mocno wypracowane, zorkiestrowane brzmienie z banalną pop-rockową melodyką i takimże banalnym wokalem (utwory: „Fire and Ice”, „Cry No More”). Jeżeli natomiast chodzi o niezwykłą, rzec można śmiało fenomenalną manualną wirtuozerię Malmsteena, to niewątpliwie jest mu ona niezbędna do wygrywania karkołomnych, barokowych pasaży. Stąd monumentalna podniosłość (bo nie napisać: bombastyczność) przesiąkniętych Bachem kompozycji, jak np. „Dragonfly” czy „Leviathan”.

Kariera Malmsteena to 10 lat grania solowego, jak również z takimi grupami, jak „Rising Force Band”, „Steeler”, „Alcatrazz” (nota bene, z tej ostatniej formacji wyparty on został przez Steviego Vai’a). Kilka utworów z tego okresu (klasycznych już w heavy-metalu ) także znalazło się w programie koncertu: „Makin’ Love”, „Black Star”, „Heaven Tonight”, „Lier”… Nie mogły w tym wszystkim pozostać niezauważone piękne motywy ze słynnego „Adaggio” Albinoniego, stanowiąc uderzający kontrast dla rockowej ekspresji.
Oprócz setek tysięcy nutek sypiących się spod palców Yngwiego, inne jeszcze liczby były na tym koncercie niezwyczajne: ilość wypalonych przez niego papierosów (kilkanaście) oraz kostek rzuconych przez gitarzystę na pożarcie tłumu (kilkaset!). („Kostka” – jak sama nazwa wskazuje – to płaski trójkącik, służący do szarpania drutów.)
Nie mogło się rzecz jasna obyć bez hołdu temu, któremu gitara rockowa zawdzięcza najwięcej. Podczas gorącego (dosłownie) finału, duch Jimmiego zdał się opętać Malmsteena. Objawiło się to podczas grania hendriksowskiej „Purple Haze”. Najpierw rozgorzało na Stratocasterze ognisko, a gdy nieco przygasło, Yngwie zaatakował nim z furią okoliczne „piece” i klamoty, rozbijając w drzazgi instrument, którego szczątki zostały natychmiast rozchwytane przez kotłującą się tłuszczę. Różne są wszak przejawy miłości!

***

Z wyłączonym radiem, wróciłem uśpionymi ulicami Chicago do domu.

greydot

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie "King Crimson" w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levine)

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie „King Crimson” w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levin)

„MILCZENIE OWIEC”, „EUROPA, EUROPA”, „FISHER KING”, „PRZYLĄDEK STRACHU”, „MOSKWA NAD RZEKĄ HUDSON”…

(z filmowego archiwum)

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

CZY NAPRAWDĘ „MILCZENIE” JEST ZŁOTEM?

.

The Silence of the Lambs Milczenie owiec recenzja „MILCZENIE OWIEC” (reż. Jonathan Demme)

Tylko trzy filmy w historii kina mogą poszczycić się takim osiągnięciem w wyścigu po Oscary. W 1992 roku aż pięć złotych statuetek – i to w najważniejszych kategoriach – przyznano obrazowi Jonathana Demme „Milczenie owiec”: za najlepszy film, reżyserię, scenariusz (adaptacja); dla najlepszego aktora (Anthony Hopkins) i aktorki (Jodie Foster). Nie dokonał tego żaden epicki fresk ani też radosna monumentalna superprodukcja, a kameralny, ponury czarny kryminał.

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z „Milczeniem owiec”, film wydał mi się całkiem niezły, na pewno absorbujący. Lecz później ukazały się takie obrazy, jak „Thelma i Louise”, „Barton Fink”, „Rambling Rose”, „JFK”, „Bugsy”, które zepchnęły „Milczenie” na dalszy plan. Jednak to, co stało się w Los Angeles, podczas wręczania Oscarów, zmusiło mnie do pewnej rewizji, bliższego przyjrzenia się filmowi i zastanowienia się, czy rzeczywiście jest on dziełem tak wybitnym, jak chce tego amerykańska Akademia Filmowa.

Krawiec ludzkich skór

Próba naszkicowania wątku „Milczenia owiec” może sugerować, że jest to jeden z tych masowych horrorów klasy B, w których bez umiaru epatuje się widza doprowadzonymi do ekstremum i udziwnionymi do potęgi okropieństwami.
Oto tytułowe strony gazet wypełniają od pewnego czasu doniesienia o całej serii potwornych mordów na kobietach, dokonywanych przez osobnika, którego nazwano dość groteskowo Buffalo Bill. Nie tylko zabija on swoje ofiary, ale i ściąga z nich skórę. W jego monstrualnym szaleństwie jest metoda: interesuje go jedynie konkretny rozmiar, gdyż – jak się wkrótce dowiadujemy – szyje on z nich sobie wdzianka, które mają upodobnić go do kobiety. Takie jest jego marzenie. Na razie więc ubiera się w damskie fatałaszki, nakłada makijaż, wpina w sutki kolczyki i obserwuje efekt, stając nago przed lustrem z wtłoczonym między nogi penisem. W przypominającym przedsionek piekieł mieszkaniu wykopał studnię, w której głodzi porwane dziewczyny, by później łatwiej było ściągnąć z nich i wyprawić skórę.
Treścią filmu są wysiłki czynione przez policję śledczą – głównie przez Clarice Starling (Jodie Foster), młodą i niedoświadczoną agentkę FBI – mające na celu schwytanie zboczeńca. Powodzenie całej akcji wydaje się zależeć od tego, czy zdoła się zaangażować w to śledztwo – niejako w charakterze eksperta – Hannibala Lectera, innego seryjnego zabójcę, degenerata obdarzonego mózgiem geniusza zła.

Genialny psychiatra, rozmiłowany w Bachu i poezji - seryjny zabójca i kanibal   (Anthony Hopkins w roli dr. Lectera w filmie "Milczenie owiec")

Genialny psychiatra, rozmiłowany w Bachu i poezji – seryjny zabójca i kanibal (Anthony Hopkins w roli dr. Lectera w filmie „Milczenie owiec”)

Kanibal – esteta

Dr Hannibal Lecter to błyskotliwy psychiatra, którego kariera zeszła na zupełnie nieprzewidziane obszary. Uśmiercił on mianowicie kilkunastu swoich pacjentów, którym następnie wyjadał (na surowo zresztą) upatrzone organy, takie jak np. wątroba, trzustka czy język. Nic więc dziwnego, że wsadzono go dożywotnio za kratki, odgrodzono dodatkowo szybą i zakłada kagańce na okoliczność bezpośredniego z nim kontaktu.
Doktor Lecter wyróżnia się jeszcze innymi nietypowymi cechami. Jest fanem… muzyki klasycznej. Nie tylko więc pożywia się nerką flecisty (à la tatar), ale i słucha przy tym „Wariacji Goldebrgowskich” Bacha… co prawda, robi to w przerwie miedzy obgryzaniem policzków dwóch strażników, których dopiero co uśmiercił. Miłośnik poezji, wybitnie uzdolniony plastycznie, obdarzony fenomenalną pamięcią, oraz… węchem. Niczym pirania potrafi wyczuć na odległość krew na lekkim zadrapaniu skóry.

Takiego oto potwora wymyślono, by zrobić na nas odpowiednie wrażenie. Gdyby więc w roli tej obsadzono aktora niższej klasy, niż Hopkins – który jednak znakomicie potrafił zniwelować tę, narzuconą przez scenariusz, sztuczność – to nie tylko, że nie zdołano by nas przestraszyć, ale wręcz pewnie roześmielibyśmy się mu w nos…. A tak siedzimy lekko oszołomieni i dopiero później dociera do nas, jakie to wszystko jest w rzeczywistości pretensjonalne, manieryczne i efekciarskie. Doprawdy, trudno jest więc przełknąć intelektualnie taką oto interpretację estetycznego „wyrafinowania” ludojada: „… świadczy to o komplikacji charakteru, na który składają się obok potworności, wartości, które mają wagę: wrażliwość, wiedza, uznanie dla spadku kulturowego”.
Wrażliwość, spadek kulturowy? I to pisze Zygmunt Kałużyński, etatowy krytyk filmowy „Polityki”, (skądinąd przeze mnie lubiany i podziwiany). Na tym według Kałużyńskiego polegać ma pionierstwo problematyki „Milczenia owiec”. Otóż o komplikacji charakterów” morderców miał już co nieco do powiedzenia niejaki Fiodor Dostojewski, sto kilkadziesiąt lat wcześniej, przy okazji tworzenia nowoczesnej powieści psychologicznej.

Jodie i bestia

Demoniczny dr Lecter wydaje się najbardziej kompetentny do penetracji psychotycznej psychiki maniakalnego mordercy kobiet. Najprawdopodobniej zna też już prawdziwe nazwisko zabójcy, który rekrutuje się spośród jego byłych pacjentów. Lecz wszelkie próby wyłuskania z niego jakichkolwiek informacji, spalają na panewce. Prowadzący śledztwo chwytają się „ostatniej deski”, którą jest młudziutka Clarice Sterling („gdzie diabeł nie może…”). Posyłają więc bez większych ceregieli na spotkanie z monstrum.
Co za kontrast! Ona przy nim jeszcze bardziej niewinna, on przy niej – jeszcze bardzie potworny! Archetyp „pięknej i bestii” ciągle żywy. Jak możemy przewidzieć, dr Lecter podejmuje grę – głównie po to, by się rozerwać, nie wspominając już o tym, że w nagrodę za schwytanie Billa, obiecuje się mu przeniesienie do innego więzienia, gdzie będzie mógł spacerować po… pobliskiej plaży. Nikogo nie obchodzi to, że biedna dziewczyna zostanie po drodze sterroryzowana, niemal zgwałcona psychicznie przez Lectera, jak również, np. … ochlapana spermą po twarzy przez jednego z jego więziennych sąsiadów-przyjemniaczków.

Ze wzajemnych relacji i charakterologicznych proporcji między wystąpieniami Jodie Foster i Anthony’ego Hopkinsa, wynika mały paradoks. Rola Lectera jest w zasadzie drugoplanowa, jednak swoją intensywnością i osobliwością przytłacza kreację Jodie Foster, która z kolei jest tu raczej zrównoważona, by nie napisać jednostronna. W tym kontekście przyznanie obojgu Oscarów wygląda raczej na zbieg okoliczności, (na który złożyło się zbyt wiele okoliczności, by na ich temat pisać. Dla Foster jest to już drugi Oscar. Pierwszą statuetke otrzymała cztery lata wcześniej za – bez porównania bardziej wielowymiarową – rolę ofiary gwałtu w „The Accused”.

O wyższości Felliniego nad Joanthanem Demme

Wkróce po premierze, „Milczeniu owiec” zaczęto dorabiać ideologię – przypisywać znaczenie głębsze, niż to się zwykło oczekiwać od czarnego kryminału „ożenionego” – jak w tym przypadku – z dreszczowcem. Proces ten oczywiście nasilił się po przyznaniu oscarowej „piątki”. A to – mówiono – „Milczenie owiec” odzwierciedla lęki i frustracje pogrążonego w recesji społeczeństwa; to znów, że rozszerza pojemność gatunkową kryminału i thrillera; że wzbogaca je w „ludzkie prawdy”… etc. A przecież to po prostu tylko (czy też może „aż”?) dobrze zrobiony film rozrywkowy (tak!), w którym większość widzów nie znalazła minuty, która by ich znudziła.
Filozofowanie i snucie teoretycznej nadbudowy zostawmy sobie dla Felliniego, Bergmana, Buñuela, Kubricka… Pięć „pierwszorzędnych” Oscarów dla filmu Demme’a to, moim zdaniem, dyskontowanie prestiżu nagród Akademii Filmowej (o ile takowy prestiż ona w ogóle jeszcze posiada) – instytucji, która bądź co bądź w przeszłości potrafiła dostrzec autentyczne (bez mała) arcydzieła, takie jak np. „Ghandi”, „Ostatni cesarz”, „Amadeusz”, czyli filmy stanowiące niepodrobioną arystokrację kina popularnego. Jak do tego towarzystwa przystaje „Milczenie owiec”?

Od dawna ubolewa się nad kondycją kina amerykańskiego. Zarzuca się hollywoodzkim produkcjom sztampowość, bezideowość, dziwaczne, miałkie artystycznie scenariusze, kurczowe trzymanie się nudnych schematów, które zostawiły po sobie fajerwerkowe i zadowolone z siebie lata 80-te. Trudno doprawdy znaleźć teraz wśród liczącej kilkaset pozycji rocznej produkcji kina, choćby kilka tytułów mających pewną wartość, jeśli chodzi o kulturę nieco wyższego rzędu, niż komercyjno-konsumpcyjna papka. Obawiam się, że „Milczenie owiec” nie jest zapowiedzią odrodzenia się prawdziwego kina, a po prostu symptomem pogłębiającej się depresji.
(PS. Konkluzja tej recenzji odnosi się przede wszystkim do stanu amerykańskiego kina w pierwszej połowie lat 90-tych ubiegłego wieku. Chociaż, w pewnym sensie, zachowała swoją aktualność przez następne dekady, do dzisiaj.)

greydot

CZY „EUROPA, EUROPA” JEST NIEMIECKA?

 

Przetrwać Holocaust - tylko za jaką cenę? (Scena z filmu Agnieszki Holland "Europa, Europa")

Przetrwać Holocaust – tylko za jaką cenę? (Scena z filmu Agnieszki Holland „Europa, Europa”)

.

„EUROPA, EUROPA” (reż. Agnieszka Holland)

Nieczęsto zdarza się, by o jakimś filmie zagranicznym mówiło się w Stanach Zjednoczonych wiele. Właściwie zdarza się to bardzo rzadko. Najnowszy obraz Agnieszki Holland należy do tych, potwierdzających regułę, wyjątków. To zainteresowanie zawdzięcza nie tylko temu, że w styczniu tego roku przyznano mu Złoty Globus – nagrodę Foreign Press Association, cieszącą się, obok Oscarów, największym prestiżem w amerykańskim filmowym showbusinessie. To, że jest to film znakomity, też jeszcze mu tej uwagi nie zapewniło. Musiał więc dotknąć szczególnego tematu i wzbudzić kontrowersje.

„Polska mnie opuściła”

Agnieszkę Holland zaliczano w latach 70-tych do najwybitniejszych reżyserów młodego pokolenia w Polsce. Również za granicą zdobyła już wtedy pewne uznanie, a to za sprawą takich filmów, jak „Aktorzy prowincjonalni”, „Niedzielne dzieci” czy „Gorączka”. Stan wojenny zastał ją na Zachodzie („Polska mnie opuściła” – wyznała wtedy) i mimo wewnętrznej konsternacji, postanowiła do kraju nie wracać. „Przez dłuższy czas trwałam w stanie szoku, było mi bardzo trudno otworzyć się na nową sytuację i nową rzeczywistość, moralnie czułam się kiepsko, miałam poczucie zdrady, dezercji…” – powie parę lat później.
Holland wystartowała śmiało, bez polskich kompleksów. Nakręcone w RFN „Gorzkie żniwa” dostały w 1985 roku nominację do Oscara – na najlepszy film zagraniczny. A to się w Europie liczy. Odtąd reżyserce łatwiej było realizować swoje kolejne projekty. Głośnym echem odbił się jej – zrealizowany we Francji – film „Zabić księdza”, nawiązujący do morderstwa dokonanego na Jerzym Popiełuszce. Do odtworzenia głównych ról księdza i jego oprawcy, kapitana Piotrowskiego, zdołała Holland dokooptować znakomitych aktorów światowego formatu: Christophera Lamberta i Eda Harrisa.
Obraz „Zabić księdza” był dla mnie pierwszym i do tej pory jedynym, tak blisko związanym z Polską filmem, jaki udało mi się obejrzeć w kablowej telewizji amerykańskiej. Tym większe było moje zaintrygowanie, gdy w repertuarze najbardziej chyba prestiżowej sali kinowej w Chicago „Music Box”, natrafiłem na kolejne dzieło polskiej reżyserki. To samo spotkało mnie w Miami, gdzie film wyświetlano nawet w „regularnych” kinach. Jednak, naturalnie, nie tylko dobrej dystrybucji „Europa, Europa” (bo o tym tytule tu mowa) zawdzięcza tak wysokie wyróżnienie FPA. Jest to po prostu dobry film, świetnie i zajmująco opowiedziany, z niebanalną historią, doskonale wyreżyserowany i wnoszący do niezliczonych już opowieści wojennych, świeże spojrzenie. Na przekór pozornej fantastyczności głównego wątku, film opowiada autentyczną historię losów żyjącego jeszcze do dziś w Izraelu człowieka.

Zamęt i błądzenie

Film otwiera scena, którą uznać można za rodzaj wizualnego motta, a zarazem wyrazistą metaforę losów jego nastoletniego bohatera. Oto widzimy chłopca zanurzającego się w ciemnej wodnej otchłani, lecz nie jesteśmy pewni, czy postaci, które go otaczają są jego wybawcami, czy też oprawcami, od których chce on uciec.
Przyjrzyjmy sie więc temu, co spotyka młodego Salomona Perela w realnym życiu.
Jest 1939 rok, Europa na skraju wojennej przepaści. Niemcy sięgają szczytów w swym opętaniu złem. Żyjąca w państwie Hitlera żydowska rodzina Perela staje się obiektem zajadłych i morderczych (śmierć siostry Salomona) ataków ze strony ogarniętych antysemickim szaleństwem nazistów. Uciekają więc do Łodzi, gdzie zastaje ich wybuch wojny. Salomon wraz z bratem ucieka jeszcze dalej, na wschód, za Bug. Tu okazuje się, że są już na terytorium Sowietów, którzy podpisali z Hitlerem zdradziecki pakt. (Polacy, dowiadując się o tym, wracają na zachodnią stronę rzeki – wolą Hitlera od Stalina). W całym tym zamieszaniu znika Perelowi brat. Samotnie więc dostaje się do obozu komsomolców, gdzie ulega zaciekłej komunistycznej indoktrynacji i urabianiu na wiernego „ojcu” Stalinowi, syna Kraju Rad.
Niemcy dokonują inwazji na Związek Sowiecki, Salomon dostaje się do niewoli, lecz niezwykły zbieg okoliczności i szczęście (połączone z doskonałą znajomością niemieckiego) ratują mu życie. Zostaje nawet „dzieckiem pułku”, rodzajem maskotki przynoszącej szczęście. Oczywiście bierze udział w walkach frontowych i znów przez przypadek – rzec można, bezwiednie – zostaje uznany za bohatera. Jako taki, cechując się ponadto – zdaniem przełożonych – doskonałymi aryjskimi przymiotami (!) zostaje zaadoptowany przez wysokiego rangą niemieckiego oficera i z racji swego młodego wieku (16 lat) wysłany do Berlina na przeszkolenie w… Hitlerjugend. Powoli jednak zbliża się tragiczny dla Niemców finał wojny.

Konformizm czy instynkt przeżycia?

Poddanie się życiowej fali w czasach dziejowej zawieruchy ("Europa, Europa")

Poddanie się życiowej fali w czasach dziejowej zawieruchy („Europa, Europa”)

Głównym chyba rdzeniem problemowym filmu jest moralna ocena postawy młodego Salomona i konstatacja o relatywizmie etycznym osądu ludzkich zachowań wobec historycznej konieczności przytłaczającej ich życie. Jednak Agnieszka Holland bardzo mądrze i rozsądnie (a może jednak asekurancko?) unika zajmowania w swym utworze pozycji sędziego. Na ekranie widzimy chłopca, który całe swoje postępowanie podporządkowuje pragnieniu fizycznego przetrwania.
Czy instynkt ten usprawiedliwi jego mimikrę?
Świadomie postać Perela ukazana jest w konwencji antybohatera. Antybohater? A kto to taki? Ano właśnie, taki sam człowiek, jak my. Dlatego niewiarygodną zdolność chłopca do przetrwania, skłonni jesteśmy odbierać raczej jako łut szczęścia, adaptację, grę przypadku, aniżeli tchórzostwo, inercję czy pasywność. Stosując jednak bezkompromisowe i bardziej radykalne kryteria, postawę Salomona określić można dość jednoznacznie – jako nieetyczną, może nawet amoralną.

Oscar a kwestia niemiecka

Wspomniałem o kontrowersjach. Podniosły się one, gdy przyszło do rozpatrywania kandydatury filmu „Europa, Europa” na nominację do Oscara, a wybrzmiały najmocniej w czasie przyznawania Golden Globe Awards. Otóż niemieckie jury odmówiło autoryzacji filmu, stwierdzając w specjalnym oświadczeniu, że „istnieją bardziej odpowiednie pozycje niemieckie, z większymi szansami na zwycięstwo”. Jednak, jak się okazało, żaden niemiecki film nie uzyskał akceptacji Amerykańskiej Akademii Filmowej. Agnieszka Holland zaprotestowała, stwierdzając w wywiadzie dla CNN, że obraz ma niemieckiego producenta, aktorów, funkcjonował w amerykańskiej dystrybucji jako „made in Germany”, firmowany przez niemiecką wytwórnię. „Europa, Europa” nie spodobała się także środowisku Niemców amerykańskich, uważających, że obraz stawia rodaków w niewłaściwym świetle. Z kolei reżyserkę poparła grupa niemieckich kolegów po fachu, która w specjalnym apelu zaprotestowała przeciw decyzji niemieckiego jury, ograniczającej ich zdaniem artystyczną wolność twórcy i zalatującą szowinistycznym smrodkiem.

Koniec końców, ja uznaję „Europę, Europę” za film polski. (Nota bene, obraz Kieślowskiego „Podwójne życie Weroniki” również znalazł się w sferze nominacji, ale znów nie wspomniano słowem o jego polskim rodowodzie, uznając go za produkt francuski). Wystarczyło spojrzeć na nazwiska ekipy realizacyjnej filmu „Europa, Europa”: od góry do dołu prawie wszystkie wyglądały swojsko i kończyły się na „-ski” lub”-ak”. Na pewno Polacy stanowili 90% tej załogi. Sama Agnieszka Holland też zawsze podkreślała swoją polskość, a w rytuale dziękczynnym, przez który musi przejść podczas ceremonii rozdania nagród każdy obdarowany Złotym Globem, w pierwszej kolejności podziękowała właśnie ekipie polskiej. A że pieniądze były niemiecki? Cóż mogą mieć z tym wszystkim do czynienia kosmopolityczne bądź co bądź papierki? Film należy do tego, kto włożył weń własne myśli i serce. I czy narodowość twórców w tym wszystkim naprawdę jest taka ważna?

greydot

„FISHER KING” (reż. Terry Gilliam)

Robin Williams i Jeff Bridges tworzą przebojowy duet w "The Fisher King"

Robin Williams i Jeff Bridges tworzą przebojowy duet w „The Fisher King”

Co to się na tym świecie nie wyprawia! Jak wyczytałem z polskich gazet, jeden z największych hitów ekranowych ostatnich tygodni*, „The Fisher King”, wzbudził (obok „Awakenings”) największe zainteresowanie wśród filmów prezentowanych podczas jesiennego Tygodnia Filmowego w Warszawie. W ten sposób stolica naszego kraju stała się, obok Nowego Jorku i Chicago, miejscem, w którym równolegle odbywają się premiery pierwszorzędnych tworów Hollywoodu.
A jednak nie wpadałbym z tego powodu w przesadną euforię, szczególnie po tym, jak napisano mi z domu o zamianie jedynego w moim rodzinnym Leżajsku kina na miejsce, w którym… sprzedaje się maszyny rolnicze! Kupczenie w świątyni magicznej latarni! Zgroza i święty gniew człowieka przeszywa!
Ale do rzeczy, tzn. do „Fisher Kinga”. Jeżeli nie zaczniemy w tym filmie traktować wszystkiego śmiertelnie poważnie, to wyda się on nam wręcz znakomity. Fantastyczny jak zwykle jest Robin Williams („Dead Poet’s Society”, „Good Morning Vietnam”…), również Jeff Bridges bez zarzutu. Pomysł na scenariusz ciekawy – wciągająca fabuła, bardzo dobre kobiece role drugoplanowe, estetyka obrazu przykuwająca wzrok (mimo ewidentnego zamiłowania scenografa do gałganiarstwa i brzydoty – ale przecież brzydota też bywa fotogeniczna). A że czasem pewne wątki nie trzymają się kupy? Cóż, nie ma rzeczy idealnych.
Jack (Jeff Bridges) jest cynicznym spikerem radiowym, którego nieodpowiedzialne uwagi doprowadzają do tragedii – jakiś szaleniec, biorąc na poważnie jego słowa, masakruje ludzi. Akcja skacze w czasie o trzy lata i oto widzimy Jacka zdegradowanego do roli właściciela wypożyczalni kaset video. Po dramatycznych zajściach ląduje on w rynsztoku, gdzie napotyka Perry’ego (Robin Williams), ludzkiego wraka ubranego w dziwaczne łachmany, którego na domiar złego nękają straszne wizje prześladującego go Czerwonego Rycerza. W międzyczasie roi mu się zdobycie Świętego Graala. Okazuje się, że przyczyną jego szaleństwa były owe tragiczne wydarzenia (zmasakrowanie na jego oczach żony) sprzed trzech lat – za które ciągle czuje się winny Jack. Ten, za wszelką cenę, stara się od tego momentu oczyścić swe sumienie i zmyć winę. Pomagając Perry’emu i zaprzyjaźniając się z nim, odkrywa prawdziwą wartość życia, staje się innym, odrodzonym człowiekiem. Zgrabna bajeczka z morałem – nie pozbawiona przy tym filmowego kunsztu.

* Chodzi o rok 1991.

„PRZYLĄDEK STRACHU” (reż. Martin Scorsese)

Robert De Niro sieje zgrozę w Przylądku Strachu

Robert De Niro sieje zgrozę w „Przylądku Strachu”

Ponoć takich reakcji na emanujące z ekranu strachy nie pamiętano w amerykańskich kinach od czasów „Egzorcysty”. (To już prawie 20 lat!) Wydawało się, że słynny thriller „Milczenie owiec” nie będzie miał w tym roku* bardziej przerażającego konkurenta, a tu – parę miesięcy później, człowiek nazwiskiem Dahmer zakasował swoimi wyczynami największych speców od scenariuszowej, czarno-ponurej akcji, udowadniając, że życie „prawdziwe” może przynieść potworności większe, niźli wybujała wyobraźnia filmowców (nota bene, „Milczenie owiec” też było inspirowane istniejącym w rzeczywistości potworem). Jednakże schyłek roku ponownie należał do ekranowej iluzji. Bileterzy w kinach mieli ponoć dodatkowe zajęcie: przywracanie do stanu używalności widzów, którzy w stanie szoku opuszczali salę kinową podczas projekcji „Przylądka Strachu”.
Któż tak straszył i co tak straszyło?
Otóż główni sprawcy to reżyser Martin Scorsese i aktor Robert De Niro. Duet niepowtarzalny – wszem i wobec znany. Gwoli formalności można podać tytuły kilku ich wspólnych produkcji: „Mean Streets”, „Taxi Driver”, „Raging Bull”
W „Przylądku Strachu” pozbierali z postaci, które w tych filmach odtwarzał De Niro, to co najnikczemniejsze, zbrodnicze i wykreowali spektakularnego potwora w ludzkiej skórze (nota bene, wytatuowanego od stóp do głów, niczym jakieś szaletowe graffiti). Potwór nosi imię Cady. Po odsiadce kary za brutalny gwałt na młodziutkiej dziewczynie, przybywa do pewnego południowego miasteczka, owładnięty obsesją zemsty na adwokacie (Nick Nolte), który niegdyś był obrońcą na jego procesie i zataił istnienie (mało istotnego, aczkolwiek działającego na korzyść Cody’ego) dowodu rzeczowego – tak był wstrząśnięty postępkiem swojego „klienta”.

Cady nie nęka Nicka Nolte, jego żony (Jessica Lange) i córki (jak widzimy, zemstę rozszerzył on na całą rodzinę adwokata) jak zwykły rzezimieszek. Stosuje metody bardziej wyrafinowane – wsączając wszystkim swój jad psychopatycznego monstrum, chce wpierw rozsadzić rodzinę adwokata od wewnątrz – psychologicznie, emocjonalnie, mentalnie. Ciężko i powoli film zbliża się do horrendalnego finału. Giną gdzieś psychologiczne niuanse, a zaczyna piekło z plastyczną, obrazową dotykalnością i realizmem. Dopiero kiedy przychodzimy do siebie, uświadamiamy sobie, że Scorsese i De Niro zaaplikowali nam ekstrakt i esencję horroru – dreszczowiec w stanie czystym. Czy to nam jednak do wystarcza do satysfakcji?

* Tekst pochodzi z 1991 r.

„MOSKWA NAD RZEKĄ HUDSON” (reż. Paul Mazursky)

Rosjanin w Nowym Jarku - perypetie, zderzenie cywilizacji   (Robin Williams w "Moskwie nad rzeką Hudson")

Rosjanin w Nowym Jarku – perypetie, zderzenie cywilizacji (Robin Williams w „Moskwie nad rzeką Hudson”)

W Stanach Zjednoczonych – kraju emigrantów – zadziwiająco mało powstaje filmów traktujących o samych emigrantach, a szczególnie o tych współczesnych. Przyczyna? Kino amerykańskie, z zasady swej rozrywkowe, woli się zajmować tematami bardziej neutralnymi, atrakcyjnymi, nie tak prozaicznymi, a w dodatku kontrowersyjnymi społecznie. Paul Mazursky swoją komedią „Moskwa nad rzeką Hudson” udowodnił, że jest to podejście błędne. Nakręcił film zabawny, lekko karykaturalny, satyryczny, ale również nie unikający przy tym poważnych i gorzkawych akcentów. Spożytkował przy tym komediowy geniusz Robina Williamsa, który niezwykle wiarygodnie wcielił się w obywatela USSR, Władimira Iwanowa, Rosjanina w uszatce i z duszą artysty (saksofonista). Będąc na występach w Nowym Jorku, (wraz z cyrkiem, gdzie był zatrudniony), Władimir dezerteruje. Urząd Imigracyjny przyznaje mu status politycznego uchodźcy.

Mazursky ukazuje tego człowieka w zderzeniu z mityczną dla niego kulturą amerykańską, ze wspaniałością, strasznością i szaleństwem miejskiego molocha. Widzimy adaptacyjne wysiłki Władimira, który próbuje znaleźć sobie miejsce (i źródło utrzymania) w tym nowym i obcym mu świecie. Wydaje się nieuniknione to, że Władimir, człowiek sympatyczny, gorący i pełen temperamentu, musi się również zderzyć w Nowym Jorku z płcią przeciwną. Następuje to zresztą już w samym momencie dezercji, która ma miejsce w konsumpcyjnej świątyni Ameryki – sklepie Bloomingdale. Przed goniącymi go agentami KGB, Władimir chowa się pod kontuar ekspedientki, również imigrantki – tym razem Włoszki. Wywiązuje się między nimi romans, który jest nicią przewodnią scenariusza. I choć historyjka to mało oryginalna, liryczno-satyryczne oko Mazursky’ego, jego żyłka ciętego humorysty, nadaje jej komediowej werwy oraz skeczowej widowiskowości. Reżyser nie unika przy tym elementów dla imigrantów wstydliwych, niezbyt wygodnych i chwalebnych. Robi to jednak z wdziękiem i przychylnością, która niezdolna jest nikogo dotknąć. Jak ktoś zauważył, przypomina to wszystko pretensjonalne poklepywanie imigranta po plecach.

Akcja filmu rozpoczyna się i trwa przez pewien czas w Moskwie. I mimo karykaturalno-komediowej „aberracji”, obraz ten jest uderzająco autentyczny. Przypomina nieco orwellowski „Rock 1984″ – ale taki „na wesoło”. Wszechobecność KGB, przepełnione, wielopokoleniowe mieszkania, kilometrowe kolejki za papierem toaletowym (ewentualnie za tym „co rzucą”), moskiewska szarość i zabarwiony liryzmem, ruski smętek; zapatrzenie w obcy raj konsumpcjonizmu, tęsknota za „dekadenckim” i „zgniłym” Zachodem; za „mitycznymi” bludżinsami Kevina Cleina… etc. A wszystko to po to, by wyjaskrawić kontrast, jaki pojawia się gdy kamera przenosi się na Manhattan – stanowiący centrum i esencję „amerykanizmu”.

Mimo, że Mazursky nie unika stereotypów, obraz Ameryki postrzeganej oczami Władymira ma wiele wymiarów. Oczywiście, że następuje tu ostra konfrontacja mitu i wyobrażeń z twardą rzeczywistością: niemożność uzyskania dobrze płatnej pracy, odpowiadającej jego kwalifikacjom i ambicji; Nowy Jork jako miasto, którego „wolność i swoboda” bliska jest anarchii; symptomy manii prześladowczej Władimira, paranoja oblężonej twierdzy, społeczne lęki… etc. Niemniej jednak, górę w końcu bierze przekonanie o wyższości wolnościowych ideałów amerykańskich. Władimir, mimo rozłąki z rodziną i żrącej, emigranckiej nostalgii, przedkłada status „obywatela drugiej kategorii”, (od którego nie może się wyzwolić), ponad życie w kontrolowanych totalnie Sowietach.

greydot

O DEKULTURALIZACJI i innych współczesnych fanaberiach

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XV)

.

zapiski notatki kajet notes.

.

Dziwna jest ta ewolucja korelacji ludzkiej duszy (psyche) z ciałem. Na początku musiał być tylko instynkt i popędy, a więc całkowite podporządkowanie się potrzebom ciała, mające na celu jego fizyczne przetrwanie. Jednakże to kult czegoś transcendentnego i metafizycznego spowodował odwrócenie uwagi człowieka od własnego ciała i skierowanie jej poza fizyczność zarówno samego ciała, jak i szerzej – świata widzialnego (materialnego) – i to właśnie było tożsame (równoległe) z tworzeniem ludzkiej kultury. Gdzieś po drodze pojawił się dualizm duszy i ciała – być może było to konsekwencją wznoszenia się przez nas na coraz wyższy poziom świadomości, a to z kolei powodowało nasze coraz większe wyobcowanie ze świata „naturalnego”, „przyrodzonego” (czyli związanego z „przyrodą”).
A jednak, w większości kultur, człowiek przez dziesiątki tysięcy lat, za swój prawdziwy „dom” uważał świat duchowy, czyli niematerialny (własnej wyobraźni, tęsknot, pragnień, lęków, pożądań, myśli… etc.) – bo z nim właśnie wiązała się (kształtowała) jego ludzka tożsamość. Ciało więc traktowane było dość instrumentalnie – było dla człowieka czymś „przejściowym”. Ale to się zaczęło zmieniać – i mam wrażenie, że to chyba Renesans (nota bene zawsze przeze mnie podziwiany), spowodował, że coraz większą uwagę zaczęliśmy skupiać na ciele, czego jedną z konsekwencji była coraz większa indywidualizacja człowieka. Nie rezygnowaliśmy jednak przy tym z mitów, przez co ten materialistyczny trend nas nie „dekulturalizował”, a wręcz przeciwnie: to właśnie w tamtym okresie dał się zauważyć „wybuch” ludzkiej kreatywności (choćby w dziedzinie sztuki).

Niemniej jednak nasze ciało rozdzielone było od duszy (oczywiście walnie przyczyniła się do tego mentalność wywodząca się z chrześcijaństwa) i wydaje mi się, że właśnie dlatego było możliwe to, iż od jakiegoś czasu (wiek XIX?) ludzkie ciało (a ściślej: jego image) stało się – co tu kryć – przedmiotem handlu.

Innymi słowy: w tych ewolucyjnych perypetiach duszy z ciałem wróciliśmy do samego materialistycznego początku, ergo: staliśmy się przez to bardziej „prymitywni”, bo „wyprani” z ducha (mimo rozbuchanej „kultury” gadżetów, pozorów, czczych informacji i bezmyślnej a niepohamowanej konsumpcji).

Tym oto sposobem znów pozostajemy sam na sam z naszym ciałem – bo dusza ulatuje z naszego wnętrza, jak powietrze z przekłutego balonu. (I tu można się zapytać: skoro dusza zachowuje się jak nadmuchany balon, to co to za dusza?)

Ale żeby nie konkludować tak pesymistycznie: jednak nie wszyscy ludzie tak mają. Są wśród nas tacy, których dusza nie jest nadmuchanym – czyli de facto pustym – balonem. I to właśnie oni są strażnikami ludzkiej „duchowości” – czyli tego, co w człowieku jest najważniejsze i co stanowi o jego człowieczeństwie. Warto żyć w zgodzie z materią (własnym ciałem – respektując jego potrzeby, dbając o nie, jak o naczynie, które jest nam jednak niezbędne), ale nie można zapominać, że pełnego człowieczeństwa nie da się „skwantyfikować” (zdefiniować, określić) posługując się tylko kategoriami materii. Nie jesteśmy mechanicznymi marionetkami, a tym bardziej zredukowanymi do (modelowanej wedle naszego widzimisię) cielesnej powłoki, laleczkami barbie i kena.

greydot

“Ostatni wolni ludzie na Ziemi” – adekwatnie zatytułowała “Polityka” reportaż o niekontaktującym się ze światem zewnętrznym (współczesną cywilizacją) plemieniu żyjącym w lasach Amazonii.
Oczywiście, stosując dzisiejsze kryteria oceny cywilizacji (narodu, społeczeństwa, człowieka) przez uwikłaną w produkcję, konsumpcję i politykę większość ludzkiej populacji, ludzie ci (bezproduktywni w sensie przemysłowym, nieznający nowoczesnej techniki, odcięci od internetu, analfabeci… etc.) to prymitywy bez wartości, których kultura jest jakąś czarną dziurą.

greydot

Dżihad ante portas?
Brytyjski premier David Cameron lamentuje, że Państwo Islamskie zagraża Europie. Zachód angażuje się więc w “pokoleniową walkę z trującą odmianą islamskiego ekstremizmu”. Oczywiście, zdaniem Camerona, agresja Stanów Zjednoczonych (poparta przez Wielką Brytanię – również przez Polskę) na Irak w 2003 r., (która de facto zrujnowała kraj, zainstalowała w rządzie szyitów, którzy zrepresjonowali pozostałe grupy społeczne, zwłaszcza sunnitów… o takim drobiazgu, jak setki tysięcy ludzi zabitych w tej wojnie nie wspominając) nie ma nic wspólnego z odrodzeniem się hydry wojującego islamu, w postaci ISIS.
Jak można przypuszczać, wszystko to wzbudzi falę wrogości wobec muzułmanów mieszkających w Europie.

greydot

Nie ulega wątpliwości, że muzułmanie w Europie są demonizowani i “odczłowieczani” (podobnie, jak demonizowało się i odczłowieczało swego czasu Żydów). Wskazuje się na grupkę oszalałych ekstremistów, którzy roją sobie o jakimś dżihadzie, klecą bomby i zabili w Europie kilkadziesiąt osób, i utożsamia się ich z całym społeczeństwem muzułmanów. Problem jest rozdmuchiwany, czasem przechodzący w paranoję – czego ekstremalnym przykładem jest niejaki Breivik, przedstawiciel rasy panów, stojącej nieskończenie wyższej nad muslimskim “gównem”.

Ludzie niestety myślą schematami, eksponując przy tym często swoją bezmyślność i zwykłą głupotę. Zobaczą zakapturzonego bandytę ucinającego na pustyni głowę białemu człowiekowi i już wołają dusząc się z nienawiści, żeby z wszystkimi wyznawcami Allaha w Europie, (którzy stają się przy tym “szczurami”, “ciapatymi”, “muślinami”, a nawet “gównem” i “nowotworem”) zrobić spokój – najlepiej wyrzucić ich wszystkich z Europy, zebrać w jednym miejscu i zdetonować nuklearnie.

Kiedy czytam te komentarze dotyczące muzułmanów, (których nota bene w Polsce jest znikoma ilość), choćby na polskich forach (to właśnie stamtąd zaczerpnąłem obecne tu wulgaryzmy odnoszące się do muzułmanów), to mi się z tej rasistowskiej głupoty Polaków i szowinistycznego zaślepienie włos jeży na głowie. (Pamiętam, że kiedy w Warszawie społeczność muzułmańska chciała wybudować meczet – nawet nie minaret! – to 95% ankietowanych Warszawiaków było przeciw. Ot, klasyczna swojska ksenofobia.)

greydot

Na razie trudno jest nam sobie wyobrazić islamizację Europy i jedyną możliwością wydaje się nam europeizacja islamu – czyli powstanie (zastosowanie) tego, co nazywane jest przez niektórych kulturoznawców euroislamem. Wymaga tego zachowanie europejskiej tożsamości – czyli wszystkich osiągnięć cywilizacji zachodniej, takich np. jak wolność osobista, wolność wyznaniowa, rozdział religii od państwa (zachowanie świeckiego charakteru tzw. przestrzeni publicznej), demokracja, wolność słowa… A tego wszystkiego nie da się pogodzić z islamską ortodoksją – z utożsamianiem prawa państwowego z szariatem. Z tego wniosek, że jednak dla islamskiej ortodoksji nie ma w Europie miejsca – gdyż trudno sobie wyobrazić powstanie i funkcjonowanie w Europie zupełnie odizolowanych gett muzułmańskich, gdzie ta ortodoksja mogłaby ewentualnie funkcjonować.
Tym bardziej, że jeśli chodzi o demografię, to społeczność muzułmańska rozrasta się liczebnie najszybciej z wszystkich społeczności i narodów Europy. Z tego tylko względu problem ten będzie na Starym Kontynencie narastał.

greydot
Tzw. „walka z terroryzmem” jest w rzeczywistości przykrywką do tego, by rozbudowywać do kolosalnych rozmiarów aparat masowej inwigilacji, ssąc przy tym federalną kasę. No bo jakie zagrożenie terrorystyczne można znaleźć zakładając podsłuch w biurach Unii Europejskiej? Nie, tu nie chodzi o terroryzm. Tu chodzi o szpiegostwo mające na celu prześwietlenie pewnych struktur władzy, organizacji pozarządowych i przepływu kapitału.

A czy lepiej tego (że się jest inwigilowanym) nie wiedzieć?
Mnie osobiście nie uśmiecha się bezrefleksyjna egzystencja cielątka, które o niczym nie chce wiedzieć, bo to mu przeszkadza w radosnym hasaniu po łączce. Wolę jednak życie w świadomości, (która przynosi czasem ból i cierpienie), niż taką cielęcą szczęśliwość (która i tak jest przecież problematyczna – i nawet nie wiadomo, czy jest w rzeczywistości możliwa).

Zgadzam się: wszystko wskazuje na to, że podleganie inwigilacji jest nieuchronne. Lecz mimo to, powinny być stosowane pewne reguły, a człowiek powinien posiadać pewne prawa – a nie być tylko bezwolnym (zniewolonym) przedmiotem, z którym można zrobić, co się tylko pewnym służbom specjalnym podoba. Mimo wszystko uważam, że istnieje realna szansa, by takie prawa dla człowieka zachować.

greydot

Cały ten zmasowany system szpiegowania ludzi, który uskuteczniają już nie tylko Stany Zjednoczone, ale praktycznie wszystkie większe państwa na świecie, nie ma wiele wspólnego z ochroną przed terroryzmem. Ma natomiast wiele wspólnego z grą o władzę i kontrolą przepływających pieniędzy (to jest po prostu szpiegowanie światowego biznesu).

greydot

Czy ludzkość zmierza w kierunku samozagłady?
Tego nie wiem, ale wydaje mi się, że zmierzamy do życia w rzeczywistości, w której nie będzie żadnej prywatności, w której każdy będzie prześwietlony na wylot (odpowiednie „służby” będą wiedzieć o każdym człowieku wszystko) oraz manipulowany przez wielkie korporacje – przez tych, którzy będą mieli władzę i pieniądze – i którzy za wszelką cenę będą chcieli utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję, zwiększając przy tym zakres swojej władzy i bogactwa.
To, niestety, czeka nasze wnuki, czy też prawnuki – które najprawdopodobniej nie załapią się do „elity”, a będą tymi, których ta „elita” będzie kontrolowała i eksploatowała.

Zdaję sobie sprawę, że jest to czarny scenariusz, ale niestety istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że się on spełni.

greydot

Łudzimy się, że internet zbliża nam świat, lecz w rzeczywistości on nas od niego oddala.
Zamiast żyć życiem realnym, zaczynamy żyć w świecie wirtualnym, zdeformowanym, iluzorycznym – choć często, paradoksalnie, wydaje się on nam być bardziej prawdziwy od świata realnego, zewnętrznego. A to dlatego, że wszystko zaczyna się dziać w naszym wnętrzu – nasza świadomość zaczyna się ograniczać do percepcji tego, co znajdziemy w internecie, co na dodatek zaczyna także determinować nasze życie uczuciowe, generujące się wokół fantomów.

greydot

Daniel Passent pisze na swoim blogu: „Rzadkim światełkiem w tunelu było czytanie i ‚wyświetlanie’ ‚Golgoty’ w kilkunastu teatrach. Ale energia, dynamika – jest po stronie konserwatywnej.” (Chodzi oczywiście o sztukę „Golgota Picnic”, która wywołała w Polsce szeroka falę protestów wśród ludzi – „konserwatystów” – dotkniętych jej obrazoburczą treścią, i jej prezentację w wielu miejscach kraju, która była kontr-rekacją na usunięcie tej sztuki z repertuaru festiwalu teatralnego w Poznaniu.)

Jak wygląda owo “rzadkie światełko w tunelu”, które wg Passenta jest najwidoczniej rodzajem kaganka oświaty i nadziei na dalszy nieskrępowany rozwój światowej dramaturgii, w której autora Golgoty obwołano geniuszem a jego „dzieło” uznano za jedną z najważniejszych i najbardziej wybitnych sztuk współczesnego teatru?
Oto wrażenia ze spektaklu-prezentacji, jaki odbył się w krakowskim Teatrze Starym. Pisze jedna z kobiet, która była widzem przedstawienia:
Jak przedstawiono śmierć Jezusa? “Jako zmielenia mięsa i oblepienia nim głowy mężczyzny, leżącego na świetlistym krzyżu na ziemi, pokrytej bułkami hamburgerowymi. Rozebrano go do naga, ubrano w skąpy kobiecy kostium i szpilki. Następnie ta osoba wstała, poszła dziwacznym krokiem do krzesła, spod kostiumu zwisały mu genitalia, na które było przybliżenie. Usiadł on na krześle, zakładając nogę na nogę, by genitalia cały czas były widoczne” – opisuje Anna K., która podkreśla, że “w kontekście męki i śmierci Jezusa pokazywano nagich ludzi, ocierających się o siebie genitaliami, głowami, wijących się w dziwnych maziach”.

Zadałem sobie trud przeczytania tekstu sztuki Rodriga Garcii. Zamieszczam parę (bardziej klarownych) cytatów z tej “najważniejszej sztuki ćwierćwiecza”, jak określili ją co poniektórzy entuzjaści współczesnych trendów w teatrze:

“Skończył na krzyżu, na co sobie zasłużył, ponieważ każdy tyran zasługuje na karę lub – jak to mówią w mojej dzielnicy – kto zawinił, musi za to zapłacić. I żeby w końcu się zamknął, przybili mu gwoźdźmi ręce i stopy. A ten dalej gadał jak gdyby nigdy nic. Przeszedł Drogę Krzyżową, która nie była bardziej bolesna od tej, którą przebywa pracownik poczty – drogi krzyżowej życia pozbawionej sensu, jak każde życie, dokładnie takie jak twoje. I twoje.”
(…)
“Te i inne mądrości rozpowiadał ten szaleniec nawet wtedy, kiedy wisiał na krzyżu. Ludziom, którzy myśleli inaczej niż on, życzył źle, i sprawił, że drzewo figowe uschło, ponieważ nie miało owoców, kiedy był głodny. Posiadał niemal boską umiejętność zadawania bólu i czynienia zła. Lubił napawać strachem obecnych za pomocą perwersyjnych cudów, takich jak przyklejenie odciętego mieczem ucha biedakowi, co wdał się w bójkę, leczenie trędowatych czy chodzenie po oceanie. Był też pierwszym demagogiem: rozmnożył ludziom jedzenie, zamiast wspólnie z nimi pracować. Trzeba pamiętać, że nigdy nie pracował.”
(…)
“Sam o sobie powiedział, że jest barankiem. Ale był cholernym demonem.
I groził dżumą i wszelkiego typu chorobami, był Mesjaszem AIDS.
Zniszczył świątynię z zazdrości o cudze bogactwo, wiedział, że ktoś bez pieniędzy i pochodzenia jak on nic nie znaczy i że daleko nie zajdzie, więc chciał przywłaszczyć sobie bogactwa tych, którzy wiernie za nim podążali.”
(…)
“Było to w miejscu o nazwie Golgota, ziemi czaszek, odkryto tam wszystkie jego kłamstwa – poległ jako strateg wojskowy i lider społeczny. Był tak beznadziejny, że zamiast podpisać rozejm czy wbić białą flagę, kiedy było już po wszystkim, powiedział jedynie nocą do gwiazd w Ogrójcu: “Odsuń ode mnie ten kielich. Ojcze, odsuń ode mnie ten kielich”. Mówił to w powietrze, czekał na ocalenie z powietrza, stracił rozum. Tak tchórze rozmawiają z bogami, którzy nie chcą słuchać, rzeźnicy rozmawiają z ostrzem, a murarze rozmawiają z piwem, a marynarze z krabami, a ja żrę soczystego, miękkiego i ogolonego kutasa.”
(…)
“Bóg jest językowym podstępem i wszystko, co mówię i co powiem do końca tej sztuki, to nieczyste zagrywki, które wymyślam, by przeżyć przy odrobienie radości na tej parszywej ziemi.”
(…)

itd… itp…

Można się tu zapytać: czy o taką kulturę walczą tzw. „liberałowie” polscy?
A może o taką, jaką zaprezentowali na taśmach “gwarantujących normalność” politycy i polscy mężowie stanu typu Sienkiewicz, Sikorski, Nowak… et consortes, oraz ten (chodzi oczywiście o prezesa Narodowego Banku Polskiego), co ma – jak sam stwierdził – „największego ch.uja”?

PS. Sorry za wulgaryzmy, ale taki mamy (w polskiej „kulturze” politycznej) klimat.

greydot

Polski minister skarbu Włodzimierz Karpiński o pewnym biznesmenie, koalicjancie: “Albo dostanie, je.bnie go w końcu ktoś i tyle, no. Na poważnie. No tyle tylko, że to może rozsypać się koalicja.”

Właśnie, koalicja nie rozsypuje się tylko dlatego, że nikt w niej nie został jeszcze dobrze “je.bnięty”. Kiedy więc zaczną się nawzajem – używając języka dżentelmenów sprawujących najwyższe stanowiska w polskim państwie – “je.bać”, to jest szansa odmiany w sposobie rządzenia krajem jaki jest teraz uskuteczniany przez układ trzymający władzę. A że jest cała masa “haków” jakie ci panowie mają na siebie, które jak najbardziej byłyby pretekstem do “je.bania” się nawzajem – tudzież do “wyje.bania” tego i owego w kosmos (to również cytat z podsłuchanych rozmów) – to jest to raczej oczywiste dla tych, którzy się tego nie boją, albo, wręcz przeciwnie: boją się bardzo. Cała reszta jest ślepa, udaje ślepą, albo też jest obojętna. I na utrzymanie tego stanu (ślepoty i obojętności) liczą ci wszyscy szlachetni panowie “z klasą”.

Ten i podobne przykłady skutecznie zniechęcają nas do polityki, prowadząc do wniosku, że rozsądniej byłoby się od tego politycznego bagienka vel polskiego piekiełka trzymać z daleka. Ale to jest ten paradoks i dość niewygodna alternatywa: albo angażujemy się w politykę i wtedy mamy prawo polskich polityków krytykować, chcąc to nędzne status quo zmienić; albo się nie angażujemy – i wtedy takiego prawa się pozbawiamy, odsuwając się przy tym od jakiegokolwiek wpływu na zmianę sytuacji politycznej w Polsce.

greydot

Czytam dzienniki Alberta Speera, („nadwornego” architekta Hitlera, a później ministra przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy) ze Spandau (czyli z więzienia, w którym odsiadywał on swój norymberski wyrok 2o lat pozbawienia wolności i gdzie – potajemnie, głównie na papierze toaletowym – spisywał swoje wspomnienia i prowadził dziennik). I to jest znakomita rzecz – taka wiwisekcja człowieka, który umie swoje (ewentualne) sumienie schować do kieszeni i traktować rzeczywistość doskonale wybiórczo. Tzw. “przyzwoity (???) człowiek”, który potrafi doskonale wpisać się z zbrodniczy system (układ), myśleć tylko swoją karierą, wykorzystując do tego własną (nieprzeciętną) inteligencję, która umożliwia mu doskonały kamuflaż… I to nie tylko przed światem zewnętrznym, ale także jeśli chodzi o obraz samego samego siebie – we własnych oczach.

Odnoszę wrażenie, że Speer nie tyle “wypycha” z siebie poczucie winy, co doskonale potrafi je w sobie ukryć (nawet przed samym sobą).
A może on w ogóle nie miał poczucia winy? To też jest możliwe. I co ciekawe – nadal tego nie wiem po przeczytaniu 500 stron jego dzienników.
To jest psychiczna ekwilibrystyka co się zowie! Zresztą, tylko tacy “żonglerzy” mogli się uchować w rządzie Hitlera. Niestety, podobnymi “żonglerstwem” wykazała się w czasach faszyzmu większość Niemców.

Mogę się zgodzić ze stwierdzeniem (z którym nota bene już kilkakrotnie się spotkałem), że na tle całej tej nazistowskiej zgrai, Speer sprawiał wrażenie intelektualisty. Mało tego: on sprawiał także wrażenie człowieka przyzwoitego – i to był właśnie szczyt kamuflażu.

greydot

Reinhold Messner, legendarny alpinista i himalaista, który był również Eurodeputowanym: “W naszym świecie nie ma definicji dobra ani zła. Są tylko cele możliwe albo niemożliwe do realizacji”.

Ktoś cytuje te słowa zachwycony, a ja się temu dziwię, bo przecież w naszym świecie jest mnóstwo definicji dobra i zła. Każdy system etyczny tworzy definicje dobra i zła. Tak na dobrą (złą?) sprawę każdy człowiek ma swoją definicję dobra i zła – najczęściej przejmowaną z systemu etycznego jaki funkcjonuje w kulturze w jakiej się rodzi, wychowuje i żyje.
Bezrefleksyjne powtarzanie słów jakiegoś celebryty – choćby to była nawet “gwiazda” alpinizmu, która nam imponuje – często jest niczym innym jak robienie ludziom wody z mózgu.

Jeśli ktoś miałby z trudności ze zrozumieniem tego, co napisałem, to powinien pomyśleć np. … choćby o piwie: jest piwo dobre i jest piwo złe. A bardziej ambitnym intelektualnie można zaproponować przypomnienie podstawowych systemów etycznych stworzonych przez człowieka:

Sokrates – praktyk metody majeutycznej, intelektualizm etyczny
Anaksymenes i Epikur – hedonizm – system subiektywno-emotywistyczno-efektywistyczny
Platon, św. Augustyn, etyka chrześcijańska – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczne
Arystoteles, Stoicyzm, Baruch Spinoza – systemy obiektywno-naturalistyczno-motywistyczne
Kartezjusz, Georg Wilhelm Friedrich Hegel – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-efektywistyczne
Jean-Jacques Rousseau i następcy – system obiektywistyczno-naturalistyczno-motywistyczny
Immanuel Kant – system obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczny
John Stuart Mill – utylitaryzm – system obiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny
Karol Marks – materializm dialektyczny – system subiektywno-naturalistyczno-nominalistyczny
Fryderyk Nietzsche – system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny
Arthur Schopenhauer – system subiektywno-emotywistyczno-nominalistyczny
Rudolf Carnap – opracowanie kilku różnych wersji etyki nominalistycznej i początek studiów porównawczych różnych systemów etycznych.
Ayn Rand – twórczyni obiektywizmu, opartego na “racjonalnym zainteresowaniu sobą”
Nel Noddings – twórczyni etyki troski
Richard Hare – twórca preskryptywizmu

PS. Do listy tej dodałbym również Kalego, (który właściwie podpada pod system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny).

greydot

Uderzyły mnie słowa Johna Swintona, dziennikarza ”The New York Times”, który, odchodząc na emeryturę, powiedział:

”Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety swoich własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane. Dostaję ileś dolarów tygodniowo za to, żebym powstrzymywał się od wyrażania własnych poglądów i opinii w gazecie, w której pracuję. Wielu tu obecnych otrzymuje podobną zapłatę na identycznych zasadach.
Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku !
Gdybym dopuścił, by moje prawdziwe opinie zostały opublikowane w którymkolwiek numerze gazety, straciłbym pracę w niecałe 24 godziny !
Praca dziennikarza polega na niszczeniu prawdy, łganiu na potęgę, deprawowaniu, zohydzaniu, czołganiu się u stóp mamony, sprzedawaniu siebie, sprzedawaniu swojego kraju i swojego Narodu w zamian za chleb swój powszedni, czy też – co sprowadza do tego samego – za swoją pensję.
Wiecie to wy i wiem to ja.
Cóż to więc szaleństwo, wznosić toast za niezależną prasę! My, dziennikarze jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis!
My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy!
Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!”

Według mnie warto ten cytat przeczytać kilka razy, bo go sobie lepiej przyswoić i utrwalić. Dobrze byłoby go pamiętać – czy też przypominać – za każdym razem, kiedy sięgamy po nowe wydanie jakiejś “niezależnej” gazety. Wtedy wiele spraw łatwiej byłoby nam zrozumieć – a zwłaszcza zakłamanie i obłudę niektórych dziennikarzy.

greydot

Bezstronność najczęściej oznacza obojętność, ma też coś z amoralizmu. Lecz jeśli przyjmie się pewien system etyczny (a każdy człowiek, bardziej lub mniej świadomie jakiś system etyczny przyjmuje), to ów system wyznacza “stronę”, po której się ktoś opowiada.

Kiedyś rozmawiałem na ten temat z Agnieszką Holland, która nota bene nie wstydziła się nawiązać do etyki i uznać expressis verbis ważność Dekalogu, a szerzej: stwierdzić konieczność respektowania pewnego systemu etycznego, którym człowiek winien się kierować w swoim życiu (ale oczywiście cynizm jakim przesiąknięty jest obecnie świat, czyni jakiekolwiek odniesienie się do moralności czymś niebywale wstydliwym – a ten, kto to robi, spotyka się zwykle z ośmieszeniem i szyderstwem).

Agnieszka Holland stwierdziła, że wierzy, iż istnieje coś takiego, jak Zło absolutne. Ja w to nie wierzę, podobnie jak nie wierzę w istnienie Diabła (wcielonego). Uważam, że są to tylko kulturowe konstrukcje, które ułatwiają nam aksjologiczną orientację w naszych wysiłkach utrzymania się przy życiu i funkcjonowania w charakterze „ludzkiego” człowieka. (Nie chcę jednak przez to powiedzieć, iż nie są one ważne. Wręcz przeciwnie.)

Wydaje mi się jednak, że zło jako takie we Wszechświecie nie istnieje. Zło i dobro pojawia się (a ściślej: możemy je nazwać) dopiero wtedy, kiedy – organizując kulturę – tworzymy pewien system wartości, który nota bene jest inny w każdej epoce, na każdym stopniu rozwoju ewolucyjnego, w każdej cywilizacji. To właśnie wskazuje na to, że takie wartości jak zło i dobro są relatywne, czyli względne.
Oczywiście my usiłujemy to przeróżnie sankcjonować, a do tej pory najlepsza (i najskuteczniejsza) wydawała się nam sankcja metafizyczna (religijna) – czyli zawsze wikłaliśmy w to jakąś Siłę Wyższą, czyli Boga (lub bogów). Jednak już tak chyba nie jest – i to nie tylko od dekadenckich czasów Nietzschego, który obwieścił śmierć Boga ponad sto lat temu. Zaczęło się to bowiem już gdzieś w Renesansie, (kiedy to zaczęliśmy postrzegać świat bardziej antropocentrycznie), a w pełni wykwitło podczas Oświecenia i Rewolucji Francuskiej.
No a współcześnie to już mamy totalny post-modernistyczny misz-masz, gdzie wszystkim się wydaje, że wszystko jest dozwolone, równo-prawne (bo wszyscy mają jakąś swoją „rację”) – bo przecież jest już (niby) udowodnione, że nie ma dla nas żadnej metafizycznej podstawy (i niektórzy tylko przebąkują o jakimś „prawie naturalnym”). Stąd to pomieszanie aksjologiczne naszych czasów. Stąd cynizm, sarkazm, szyderstwo, nihilistyczne ciągoty… Także rozpacz i poczucie bezsensu.

Lecz Agnieszka Holland powiedziała też coś bardzo ważnego: otóż, że powinien liczyć się Dekalog.
Choć tutaj może ktoś powiedzieć: przecież to też tylko jest ludzki wymysł, rodzaj społecznej umowy, który umożliwia nam jako takie funkcjonowanie i rozmnażanie się gatunkowe (tyle że w pewnej kulturowej otulinie).
Tak. Ale tu chodzi także o coś innego: o to, by pozostać wiernym systemowi etycznemu, który wybieramy (tworzymy). Bo dopiero z tej perspektywy zaczyna nabierać sens nasze nazywanie Zła albo Dobra. I nie chodzi tu jedynie o ważny w świecie judeo-chrześcijańskim Dekalog, ale o każdy system etyczny bez wyjątku.
Tak więc, być może zabijanie słabych i „zbędnych” niemowląt było w Starożytności czymś dobrym, ale biorąc już pod uwagę nasz system etyczny (np. Dekalog), to czymś dobrym już to nie jest.
Nie jest więc prawdą, że nie możemy oceniać etycznie tego co działo się w innych epokach (bo „takie były czasy”, bo przecież możemy kogoś sądzić dopiero wtedy, jak „wejdziemy w jego buty”… etc.). Być może tło i uwarunkowania epoki ułatwiają nam zrozumienie tego co się wtedy działo, ale niekoniecznie już stanowią dla tego usprawiedliwienie.

Agnieszka Holland wspomniała też o instynkcie zachowawczym – że on niejako powinien nas prowadzić, by człowiek, jako gatunek, nie wykończył sam siebie doszczętnie.
No tak, ale Hitlerowców też mógł prowadzić taki instynkt. Mało tego: gdyby oni odnieśli sukces, tzn. zwyciężyli i zdominowali świat, to rzeczywiście mogliby człowieka wzmocnić „rasowo” (stosując np. eugenikę i niewoląc całe narody, które by na tę ich potęgę i rasowe well beeing pracowały – a czyniąc to nie robiliby, powiedzmy sobie szczerze, nic innego, jak sama Natura, która egzekwuje to samo na masową skalę w każdej sekundzie trwania życia na Ziemi). Ale na szczęście się przeliczyli – bo okazało się, że generują więcej destrukcji niż konstrukcji. I dlatego przegrali. Nie chodziło tu więc o zwycięstwo jakiejś metafizycznej „Jasnej Mocy”, ale o zwykłe pokonanie wroga, który się pomylił i był jednak na tyle słaby, że dał się zwalczyć i przegrał.

A Boga jednak lepiej do tego wszystkiego nie mieszać.
Jeśli bowiem obdarzył On czymś takim jak „wolną wolą” (choć to – z czysto biologicznego punktu widzenia – też jest problematyczne), to człowiek dysponuje wolnością… nie tylko czynienia (wyboru) Dobra, ale i Zła. Faszyści, decydując się na ludobójstwo, wybrali (w świetle wyznawanego przez nas systemu etycznego) Zło. Bóg więc nie miał z Holocaustem nic do czynienia – rozpaczliwą bezradnością jest więc obwinianie Go o komory gazowe i obozy masowej zagłady.

Kończąc: nawet jeśli wartości jakie wybieramy (etyka jaką przyjmujemy) wisi w jakiejś nihilistycznej (kosmicznej) próżni i nie ma żadnych metafizycznych fundamentów, to i tak nie ma według mnie żadnego innego wyjścia, jak starać się temu systemowi etycznemu sprostać – jeśli chce się człowiekiem (w sensie wartości tzw. Hhumanitarnych”) pozostać. I nie wiem, czy chodzi tu też tylko o jakąś inną próbę (jednostkowego lub gatunkowego) przetrwania, czy po prostu o zwykłą „ludzką” przyzwoitość. Ale tak mi mówi coś, co jest gdzieś głęboko we mnie – a co chyba można nazwać sumieniem.

greydot

Pisząc „Indiański tryptyk” zastanawiałem nad tym, czy eksterminację Indian Ameryki Północnej można nazwać holocaustem, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nie był to holocaust w takim sensie, jak my to rozumiemy po doświadczeniu Holocaustu dokonanego przez Niemców podczas II wojny światowej na Żydach. I bynajmniej nie z tego powodu, że jednak określenie to zostało niejako zawłaszczone przez tych, którzy zarezerwowali go dla nazywania masowej eksterminacji narodu żydowskiego podczas ostatniej wojny.
Oczywiście dochodziło w czasie kolonizacji Ameryki przez Europejczyków do aktów ludobójstwa ale Koloniści, a później rząd amerykański, nigdy nie zastosowali czegoś w rodzaju “ostatecznego rozwiązania” kwestii indiańskiej, w sensie celowej, zorganizowanej i masowej eksterminacji narodów (plemion) indiańskich – tak jak to zrobili Niemcy wobec europejskich Żydów.

Tak naprawdę jednak nie jest ważne to, jak nazwiemy fakt niszczenia populacji i kultury Indian amerykańskich – istotne jest to, że kulturę tę zniszczono, a życie straciło miliony ludzi, rdzennych Amerykanów.

Ktoś niedawno zarzucił mi, że pisząc o nieuchronności europejskiej ekspansji kulturowo-terytorialnej w czasach kolonialnych, usprawiedliwiałem tym samym, jak to określił: „mechanizm nieuchronności dziejów, czyli – mówiąc brutalnie – argumenty wyższości lepiej uzbrojonych, bardziej sprawnych w logistyce prowadzenia wojny, znaczy silniejszych”.

Jest to nieporozumienie, choćby tylko dlatego, że mamy tu do czynienia z różnymi sytuacjami historycznymi. Ja wcale nie uznaję, że brutalne narzucanie przez silniejszego swojej woli słabszemu  jest “mechanizmem nieuchronnym” dziejów. Gdybym tak uważał, to bym się zamknął i nic więcej już na ten temat nie napisał – bo po co się kopać z koniem? Uważam wręcz przeciwnie: że można chronić kogoś, kto jest słabszy, że należy domagać się sprawiedliwości, że trzeba sprzeciwiać się ludobójstwu i instrumentalnemu traktowaniu człowieka przez polityków i “możnych” tego świata… Wierzę, że taka postawa może coś zmienić. Mimo wszystko jestem tego pewny, że są ludzie, którzy przechowują w sobie taką elementarną przyzwoitość – i to oni w końcu (z)definiują tzw. “człowieczeństwo” Homo sapiens. Gdybym w to nie wierzył, to już dawno palnąłbym sobie w łeb – bo jak tu można byłoby żyć wśród zwierząt, które kierują się tylko prawem silniejszego, przemocą wyznaczając hierarchię wyzysku i kolejności dziobania?

To właśnie dlatego sądzę, że jeśli poddamy się jakiejś “konieczności dziejów” (na ukąszenie heglowskie jestem chyba dość mocno uodporniony) i uznamy, że zawsze “pięścią musimy odpowiadać na pięść”, to przegramy.

greydot

Do pewnego stopnia Fides et ratio są od siebie nieodłączne, ale w pewnym miejscu się jednak rozchodzą (nie bez kozery bowiem “wiara” to nie to samo, co “rozum”).
Niestety, nie zawsze te pojęcia są komplementarne – stąd najczęściej wyrasta nasza głupota.
A jeśli się komplementują? Być może właśnie na tym polega(łaby) nasza mądrość?

greydot

Jedynie miłość zbawia.
Reszta jest nicością.

greydot

.

NADAL DZIWNY JEST TEN ŚWIAT (rozmowa z Czesławem Niemenem)

Jeden z najwybitniejszych muzyków polskich ostatniego półwiecza. Kompozytor – także muzyki filmowej i teatralnej – multiinstrumentalista i wokalista; autor tekstów i poeta. Sam wyznaczał trendy w polskiej muzyce rozrywkowej… Tę listę można by ciągnąć długą, tak jak i przypomnienie wszystkich nagranych przez niego płyt i wylansowanych przebojów. Artysta niezapomniany.

.

- STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zacznijmy naszą rozmowę od powrotu do tamtych „dziwnych” lat 60-tych, kiedy pojawił się pan w przestrzeni publicznej. Czy ten raczej negatywny stosunek starszego pokolenia do pańskiej muzyki w początkach kariery, ta anatema rzucona na pana przez rodziców fanów Niemena była czymś dokuczliwym? Jak pan sobie dawał z tym radę?

Czesław Niemen na koncercie... (zdjęcie własne)

Czesław Niemen na koncercie… (zdjęcie własne)

- CZESŁAW NIEMEN: Tak, było coś takiego. Stary jak świat konflikt pokoleń. Ale z reguły dzieci jest więcej, a poza tym rodzice – tak na poważnie zajmując się innymi sprawami – nie zdołali mi w niczym przeszkodzić. Oczywiście, było wiele antagonizmów, ale to normalne – taka socjologiczna prawidłowość. Wtedy też miał miejsce ruch hippisowski, w którym nigdy nie uczestniczyłem, choć w ruch kontestacyjny byłem zamieszany. Moje teksty miały nośność kontestacji, co było bardzo niestrawne dla naszego systemu, w którym funkcjonowałem. Ale ponieważ miałem kontakty zagraniczne, to byłem w pewnym sensie nienaruszalny. Wiem, ze istniały jakieś „macki” stamtąd, żeby nie dopuścić do mojej większej kariery.

- Pamiętne są losy pańskiego utworu „Dziwny jest ten świat” i jego bojkotu przez polskie media. Jakie były przesłanki tego zakazu? Czy nie utwierdziło to pana w przekonaniu, że ludzie zazwyczaj nie chcą znać prawdy – zwłaszcza ci wpasowani w jakiś ideologiczny system?

- Nieopatrznie w 1967 roku prezes Sikorski, szef Radiokomitetu, przyznał mi jedną z głównych nagród w Opolu za tę piosenkę. To był taki moment nieuwagi ze strony decydentów. Ale później dotarło do nich, że jednak był to wyłom totalny i zaczęto – pod pretekstem szukania zarzutu, jak na tamte czasy bardzo istotnego – uważać ją za piosenkę antysocjalistyczną. No bo jak „dziwny” może być świat w tak pięknym ustroju. Zaczęły obowiązywać niepisane dyrektywy – to tu mnie wyrzucono, to tam. Wystarczył telefon, sugestia… Później śpiewałem na koncertach teksty Zbigniewa Herberta, też bardzo adekwatne do „ery sukcesu”, ale już na płytę nie pozwolono mi ich nagrać.

- A po latach? Jak teraz widzi pan ten świat?

- Mnie świat interesuje jako cud niepodważalny. Zdziwienie, a właściwie zachwyt światem. Na „Terra Deflorata”, mojej ostatniej płycie, jest taki tekst: „Dałeś nam Panie Cud Wszechświata, Ziemię”. Bo z Ziemi czerpiemy wszystko. Dlatego martwi mnie bezmyślność człowieka, który jej nie szanuje. Chociaż podnoszą się głosy ostrzegawcze, rozsądku. Jest poważnie przeludnienie, co może grozić zatruciem totalnym, jeśli będziemy postępować w takim tempie. Ale tu chodzi nie tylko o sprawy fizyczne, materialne – również o ludzką mentalność. Taka np. ideologia komunistyczna mentalnie oszpeciła człowieka w wielu krajach. Na szczęście upadła i tylko gdzieniegdzie podnosi jeszcze ten swój łeb hydry, zatruwa utopijną mrzonką. Lecz tu nie tylko o nią chodzi, bo w politycznych głowach nadal roją się różne niebezpieczne dla nas wszystkich – i dla świata – idee.

- W tym miejscu jest okazja na pytanie właśnie o pańskie preferencje polityczne. Jeżeli miałby się pan określić politycznie, to z jakim obozem identyfikowałby się pan najbardziej – czy też raczej: ku jakim poglądom skłaniał?

- Nie mam preferencji politycznych. Na „Terra Deflorata” jest również taki tekst: „Nikt mnie nie nakarmił ideami świata…”, albo: „… pomińmy brednie ideologów”.

- Może to zabrzmi jak wywoływanie upiorów przeszłości (nie tak znów odległej), ale co sądzi pan dzisiaj o bojkocie artystów po wprowadzeniu stanu wojennego?

- Stan wojenny był w Polsce okresem bardzo ciężkim, dlatego choćby, że zastopował piękny ruch „Solidarności”. I akurat wtedy zamieszano mnie w rzekome poparcie reżimowej junty, generalskiej 13-ki. Na domiar złego przypisywano mi, jakobym należał do szeregów PZPR – co w ogóle było totalnym nieporozumienie i bzdurą. Otóż, ja nigdy do żadnej partii się nie zapisywałem, ojciec wpoił we mnie taką zasadę. Choćby dlatego, by nie szukać przeciwników. Muszę tutaj przytoczyć bardzo piękną fraszkę Cypriana Norwida na temat partii, którą tak przewrotnie zatytułował „Miłość”:

... i prywatnie

… i prywatnie (zdjęcie własne)

Jeżeli szukasz nieprzyjaciół
swoich nieprzyjaciół
To jakbyś szukał ostrza,
żebyś w ranę zaciął
I nie jesteś z miłości
ogólnego ducha
Lecz z ducha partii,
który co pochlebne słucha…

Przynależność do jakiejkolwiek partii to bielmo na oku. Wszystkie racje rozczłonkowane, to półprawdy. Nigdy więc w żadnej partii nie byłem, ale popierałem np. ruch „Solidarności”, bo widziałem w nim solidarność narodu, który chce i musi odrzucić to, co mu było nienawistne, co doprowadziło do ruiny.

- Jednak po 13 grudnia 1981 roku wystąpił pan w telewizji…

- Znów przytoczę cytat: „Kto ma lepszą sztukę, ten ma lepszy rząd” – to z Herberta. Więc decydenci, już od połowy lat 70-tych, umizgiwali się i do mnie. Próbowali mnie wmieszać w swoją strukturę rządzenia kulturą, przypasowywać do obrazka. Ja jednak uparcie robiłem swoje. Np. prezentując Norwida, czy własne teksty – mówiłem wprost, co było niemiłe dla systemu. Oni przymykali na to oczy i mówili: „Dobra, niech sobie mówi, ale żeby nam tutaj coś zagrał”. Tak było zresztą po stanie wojennym z całym ruchem młodzieżowych orkiestr rockowych. Taki Jarocin (Festiwal Muzyki Rockowej – przyp. StB) na przykład. Kto tym kierował? Przecież ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej będący „satelitą” Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – przyp. StB). I nie zważali na to, że młodzież takie ewidentne wrzuty im tam słała, co dziś robi pod adresem innej władzy. Jak to młodzież!
Tak, że i mnie gdzieś ta machina zagarnęła, gdzieś w te swoje tryby wciągnęła. No i w tym nieszczęsnym stanie wojennym podrzucono fragment mojego wywiadu do Dziennika TV, który zapowiadał jakiś facet w zielonym mundurze. I to wystarczyło.

- Ale skąd oni to wzięli, gdzie i kiedy było to nagrane?

- Szczegóły będą w książce, nad którą teraz pracuję. W 1981 roku robiłem program świąteczny, który właściwie firmowany był przez „Solidarność”. Zresztą, pod tym szyldem robiłem wówczas wiele innych rzeczy… Do czego zmierzam? Wiem dzisiaj, że nagonka na mnie w tym okresie była przeprowadzona specjalnie, żeby mi zrobić… „opinię”. To była jedyna broń. Mogli mnie zamknąć, ale wtedy byłbym ewidentnym bohaterem. Podobnie postąpiono np. z Danielem Olbrychskim, którego wypuszczono natychmiast za granicę. Nie chcieli bohaterów.

- Ponoć bojkotowała pana tutejsza chicagowska Polonia, jako że przyjechał pan „stamtąd”, komuniści dali panu paszport – to było podejrzane.

- Śmieszny zarzut, wtedy wydawał mi się nawet groźny. Dobrze to pamiętam, mam materiały, ulotki z tamtych groteskowych wieczorów przed klubem „Cardinal”. Później dowiedziałem się jeszcze innych rzeczy. Te wszystkie bojkoty były po prostu robione przez ambasady, konsulaty, według dyrektyw czynników bardzo mocno postawionych na Wschodzie, m.in. przez ambasady sowieckie. Chciano po prostu zniszczyć nazwisko „Niemen”, które od samego początku było solą w oku różnym czynnikom krzywo patrzących na moje poglądy, niby to rewizjonistyczne. Po wojnie, jak wiadomo, rzeka Niemen znalazła się w innym państwie.
A wracając jeszcze do Grudnia ’81 i owego świątecznego programu… Powstał on oczywiście dużo wcześniej, a w grudniu – mając cały czas kontakt z „Solidarnością” – dowiedziałem się, że szuka mnie jakiś pułkownik. Trochę się ukrywałem, żonę nachodził, w końcu dorwał mnie którejś nocy i mówi: „Proszę się nie obawiać – mówi – pan taki program nagrał, my chcemy go wyemitować, ale chcielibyśmy zapytać dlaczego to on jest taki religijny”. Na co ja mu wtedy powiedziałem, że z wszystkich ideologii, jakimi mnie do tej pory karmiono, została mi jedna: „Nie czyń bliźniemu swemu, co tobie niemiłe”. Jednak pułkownicy pokazali moją twarz w Dzienniku. Niestety, nie widziałem. Z przyzwyczajenia bojkotowałem godzinę „dobrobytu”. Wtedy zaczął się też kształtować bojkot całej umundurowanej telewizji.

- Na gwałt szukali wówczas ludzi, żeby tylko zapełnić te okienka w telewizji i pokazać, że nic się nie dzieje.

- Było to perfidne. Olbrychskiemu dali paszport, Wajda wyjechał, mnóstwo ludzi wtedy puścili. Mówili: „Jedźcie, nie bruździe nam tutaj”. Poza tym, mnie paszportu dawać nie musieli, bo go po prostu cały czas miałem.

- Jak pan to wszystko odbiera dzisiaj, kiedy sprawy te trochę okrzepły, emocje się wyciszyły?

- Mam tylko żal do niektórych ludzi z opozycji, którzy okazali się tak naiwni i wykazali się tak małą wyobraźnią, że mogli dopuścić do powstania opinii, iż ja miałem być prokomunistą, czy komunistą czy wręcz kolaborantem – co już w ogóle zakrawało na kpinę. Ale, widzi pan, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ten cały bojkot miał oczywiście swoje złe, ale też i dobre strony. Złe, gdyż mnie wtedy sporo nadenerwowali, byłem w kiepskim stanie, na ogół depresyjnym i w ogóle z trudem to znosiłem. Zamiast czterech tygodni tutaj, byłem osiem. Później pojechałem jeszcze do Nowego Jorku i Kanady, a po powrocie zacząłem cały cykl koncertów w Polsce.

Niemen enigmatic  (zdjęcie własne)

Niemen enigmatic (zdjęcie własne)

- Pamiętam dobrze. Odbierałem to nawet jako swoisty pański come-back – nowa płyta, nowe wersje starych nagrań, entuzjastycznie przyjęty koncert w Sopocie i nagroda tamże…

- A tu były takie sugestie, że ja już w Polsce nie występuję, bo mnie naród tak znienawidził, że nikt nie przychodzi na moje koncerty.

- Podobno ostatnio w kraju nawet (czy też przede wszystkim) artyści wołają „komuno wróć!” Nikt chyba nie traktuje tego poważnie – gdyż biegu historii nie da się odwrócić, pewne epoki odchodzą w przeszłość bezpowrotnie – ale ma to wydźwięk raczej gorzki i smutnawy. Czy nie jest jednak prawdą, że ówczesne warunki (mam tu na myśli lata 60-te i 70-te) stwarzały twórcom polskim pewnego rodzaju komfort materialny pozwalający na znaczną swobodę twórczą – zwłaszcza wtedy, gdy była ona indyferentna politycznie (chociaż nie było to regułą), a przynajmniej sprawiała takie wrażenie? Ten państwowy mecenat, niekiedy wręcz opiekuńczość, zapewne wielu wspomina dziś z tęsknotą i rozrzewnieniem.

- Każdy sądzi według własnego statusu. Ja komfortu nie miałem. To, co zarobiłem, to dzięki moim wyjazdom za granicę. Krajowe stawki dla artystów estrady były wówczas śmieszne. Podczas, gdy rzeczywiście jest wielu artystów, którzy muszą dzisiaj zabiegać o wszystko, a wtedy mieli komfort. Ci mogą wołać „komuno wróć!” Smutne jest to, że wśród tych, co nie mają co robić, jest też wielu artystów znakomitych. Jeżeli chodzi np. o świat filmu i teatru, to jest to naprawdę smutna sprawa. W latach 70-tych mieli dotacje państwowe, bo „Belzebub kocha sztukę, zapewnia swoim artystom dobre wyżywienie i kompletną izolację od piekielnego życia.” Znowu Herbert.

- Moim zdaniem musi istnieć coś w rodzaju protekcji (państwowej czy prywatnej) nad artystami, bowiem często rzeczy bardzo dobre i wartościowe są po prostu niekomercyjne. Niekomercyjne, bo elitarne – to chyba wynika jedno z drugiego. W krajach wysoko rozwiniętych, bogatych, są też fundusze państwowe, chroniące jakąś tam część kultury, pewne działania artystyczne, które nie przynoszą materialnych dochodów.

- W Polsce też powstają fundacje, ale na razie wszystko to jest w powijakach i nie wystarcza. Przetrwają pewnie tylko ci, którzy byli i są naprawdę wybitni. Mam nadzieję, że się to wszystko jakoś unormuje. Takie przemiany ewolucyjne mogą potrwać kilka lat, lecz sądzę, że obecna trudna sytuacja jest przejściowa.

- Życzę zatem panu dalszych artystycznych sukcesów w kraju, no i przyjemnego pobytu w Ameryce. Dziękuję także za rozmowę, jak również za muzykę której słuchaliśmy przez ostatnie trzy dekady w Polsce, a teraz tutaj, w Chicago.

greydot

Wywiad z Czesławem Niemenem opublikowany został w tygodniku „Relax” (Nr 34/1991)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

greydot

APENDYKS. Istnieje zapis koncertu Niemena z zespołem SBB w Helsinkach z 1973 roku. Uważam, że rzecz jest znakomita – polski rock w szczytowej (na poły awangardowej) formie! Kto nie słyszał – i nie widział – ten ma okazję tę stratę nadrobić. Polecam bardzo – tak bardzo, że zdecydowałem się zrobić z tego apendyks do wpisu:

 

 

APENDYKS 2. Jakże przy tej okazji mógłbym nie pochwalić się pamiątką ze spotkań z Niemenem w postaci płyty „Terra Deflorata” którą wraz z autografem otrzymałem od artysty:

.

Niemen Terra Deflorata autograf

.

„JFK”, „RUBY”, „BUGSY”… fakty i mity – kino amerykańskie mierzy się z narodową historią

(z filmowego archiwum)

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

„JFK” (reż. Oliver Stone)

Śmierć, która wstrząsnęła Ameryką  ("JFK")

Zamach, który wstrząsnął Ameryką („JFK”)

DALLAS IN WONDERLAND?

 Amerykańska rana narodowa – tak zwykło się mówić o tym wydarzeniu, które niemal 30 lat temu wstrząsnęło Ameryką, zostawiając uraz, przekształcający się z biegiem czasu w prawdziwą społeczną obsesję. 22 listopada 1963 roku zastrzelono w Dallas prezydenta J. F. Kennedy’ego. Echa tego zabójstwa nie milkną do dzisiaj. Napisano na ten temat setki książek, nakręcono kilka filmów, ale dopiero epickie widowisko ekranowe Olivera Stone’a „JFK” rozpętało prawdziwa burzę w amerykańskich mediach.
Reżyser ten cieszy się opinią prawdziwego wichrzyciela, który ma czelność dobierać się swoimi filmami do największych tabu amerykańskiego społeczeństwa. Jednakże, gdyby był jednym z tych niegroźnych maniaków kina, zbywano bo go zapewne pogardliwym wzruszeniem ramion. Ale nie! Stone jest twórcą wielkiego formatu, jego obrazy charakteryzują się ogromną mocą artystycznego wyrazu, jak również kontrowersyjnością, a zarazem nośnością tematu. Oddziaływują tym samym na szerokie kręgi społeczne. Wystarczy wspomnieć te najważniejsze: „Pluton”, „Urodzony 4 Lipca”, „Wall Street”, „The Doors”… Tym filmami Stone zdobył sobie prestiż i poważanie. Gdyby było inaczej, nikt nie powierzyłby mu owych 40 mln. dolarów, jakie kosztowała realizacja filmu
Jeszcze przed premierą „JFK” doczekał się kilku tzw. cover stories. Większość z nich dyskredytowała wysiłek reżysera, jak np. „Newsweek” tytułem „Dlaczego nie można ufać najnowszemu filmowi Olivera Stone’a?” Lwią część tych zarzutów uprzedził i odparł reżyser, publikując swój esej na łamach „Movieline”, a niedawno – w wywiadzie udzielonym w programie „Larry King Live” na kanale CNN.

Cały wątek scenariusza osnuty jest wokół śledztwa, jakie w tej sprawie prowadził Jim Garrison (Kevin Costner), nowoorleański prawnik, stojący wyraźnie w opozycji do tzw. komisji Warrena. Według niego istniało wiele przyczyn, dla których pewne rządowe kręgi i organizacje chciały widzieć Kennedy’ego martwego. Nie wzbudzała ich entuzjazmu jego polityka ustępstw wobec komunistów (porozumienie z Chruszczowem, rezygnacja z inwazji na Kubę), planowane wycofanie się z konfliktu wietnamskiego (co było równoznaczne z ukróceniem koniunktury na zbrojenia – w grę wchodziły dziesiątki miliardów dolarów budżetu na obronę). Lee Harvey’a Oswalda, którego Warren uznał za działającego na własną rękę szaleńca, Garrison (nota bene to na jego książce oparty został scenariusz filmu) uważał za pionka – ofiarę wrobioną przez spiskowców.
W trwającym trzy i pół godziny filmie aż roi się od poszlak, niewyjaśnionych i tajemniczych faktów i zdarzeń, które miały miejsce owego krytycznego dnia. Garrison przedstawiony jest – i to jest jeden z głównych zarzutów – jako postać niemalże ikoniczna: samotny i heroiczny bojownik o prawdę. W rzeczywistości był to ponoć paranoik, przyginający fakty do swoich obsesyjnych hipotez. Lecz akurat temu Stone nie zaprzecza – Garrison ekranowy jest „większy” od Garrisona rzeczywistego. Również idealizacja Kennedy’ego jest daleko posunięta.
Jednakże w niczym nie zmienia to idei i przesłania filmu, który jako specyficzne medium rządzi się przecież swoimi prawami – a tych nie można lekceważyć. Siłą rzeczy musi on operować pewnym skrótem i syntezą.

W „JFK” wykorzystano autentyczne zapisy dokumentalne. Często przeplatają się one z rekonstrukcjami wydarzeń filmowanych na taśmie czarno-białej, który to zabieg nadaje całości znamion dokumentu. Zrobione jest to tak perfekcyjnie, że jedynie wtajemniczeni zdolni są oddzielić jedną warstwę od drugiej. Film – jako całość – hipnotyzuje, wciąga bezkrytycznie w swoją rzeczywistość. Nawet ci, którzy nie podzielają jego tez, przyznają mu status prawdziwego dzieła filmowej sztuki.

Dlaczego w latach 60-tych tak wielu Amerykanów uwierzyło w prawdziwość raportu komisji Warrena, którą teraz większość z nich (ponad 60%) kwestionuje? Otóż wydaje się, że dawało im to wówczas uspakajające i komfortujące poczucie zupełnej przypadkowości tragedii – ot, zrządzenie losu, akt działającego samotnie szaleńca. Trudno byłoby im zaakceptować teorię o maczaniu w tym palców przez instytucje, które z założenia mają pełnić funkcje ochronne społeczeństwa (CIA, FBI, Pentagon, policja…). Musiałoby to pociągnąć za sobą daleko idące konsekwencje: utratę poczucia bezpieczeństwa i – pośrednio – wzięcia winy na siebie. Tym sposobem zrodził się mit.

Czy Stone spodziewał się, że jego film spowoduje wznowienie śledztwa w sprawie zabójstwa prezydenta? Nie. Być może jednak doprowadzi do ujawnienia dokumentów CIA (zamrożonych do 2029 roku), gdyż ponad wszelką wątpliwość, tam doszukać się można odpowiedzi na większość z intrygujących pytań, na które do dziś nie ma odpowiedzi. Być może przyczyni się też do ukrócenia politycznej arogancji i i zwyrodnienia instytucji uzurpujących sobie pozycję ponad prawem, tłumaczących swe machinacje i knowania bliżej nieokreślonym „interesem państwa”. Historia wymaga, by poddawać ją nieustannej rewizji, gdyż „prologiem jest przyszłość” – jak twierdzi zamykający film napis.

„RUBY” (reż. John Mackenzie)

Jack Ruby strzela do Oswalda   ("Ruby")

Jack Ruby strzela do Oswalda („Ruby”)

O CZŁOWIEKU, KTÓRY ZABIŁ CZŁOWIEKA, KTÓRY ZABIŁ (?) KENNEDY’EGO

Któż teraz może twierdzić, że Hollywood nie ma żadnego wpływu na historię? Bo faktem mającym niewątpliwie znaczenie historyczne jest planowane ujawnienie tajnych akt FBI i CIA, dotyczących śledztwa w sprawie zabójstwa J. F. Kennedy’ego, zamrożonych początkowo do roku 2029. Ostatecznie decyzja należy do prezydenta, jednakże dyskusje wśród senatorów wskazują jednoznacznie, że do tego dojdzie.
Wszystko to za sprawą wrzawy i burzy kontrowersji wywołanych przez film Olivera Stone’a „JFK”, w którym sugeruje się, że tragiczne wydarzenia w Dallas reżyserowane mogły być przez CIA i mafię zasilaną kubańskimi antykomunistami. Lee Harvey Oswald był jedynie fanatyczny narzędziem, czy też wręcz rekwizytem i pionkiem wrobionym przez konspiracyjnych potentatów. Podejrzenia nie ominęły też policji w Dallas, FBI, a nawet Pentagonu. Wprawdzie sam słyszałem, jak polityczni luminarze nazywali Stone’a człowiekiem „chorym, paranoikiem, który wyrządza karygodną krzywdę amerykańskiemu społeczeństwu”. Jednakże, podczas gdy zaledwie parę miesięcy temu odrzucano decydowanie teorię spisku i konspiracji, to teraz – w obliczu ujawnienia akt – spuszcza się z tonu i przyznaje, iż rzeczywiście za Oswaldem mogli stać inni.

Tak więc echa fenomenu „JFK” jeszcze nie wybrzmiały, a oto na ekrany trafia „Ruby”, kolejny film nawiązujący do tego samego tematu. Tym razem zajmuje się Jackiem „Ruby” (właśc. Jacob Leon Rubenstein) – człowiekiem, który na oczach milionów telewidzów zastrzelił Oswalda. I to jest jedna z niewielu rzeczy, jakich możemy być pewni. Na temat motywów jakimi kierował się Ruby, można tylko spekulować – i tak też robi reżyser John Mackenzie.

Wiemy kim był Jack Ruby. Właścicielem dallaskiego baru ze streap-teasem jako główną atrakcją. Były żołnierz chicagowskich gangsterów, który popadłszy w niełaskę, musiał uciekać z Wietrznego Miasta. Drobiazgowe, bardziej lub mniej oficjalne śledztwa, przeprowadzane po zastrzeleniu Kennedy’ego i Oswalda, wykazały jego związki z FBI, CIA, policją oraz mafią, która próbowała zwerbować go do zamachu na Fidela Castro. Bardziej precyzyjne ustalenie tych powiązań okazało się jednak niemożliwe, wszystko więc pozostało w sferze hipotez i domysłów. Mimo to, można było oczekiwać od twórców zajęcia bardziej konkretnego stanowiska. Jednak ci wyraźnie starali się tego uniknąć, ograniczając się jedynie do sugestii i fragmentarycznej prezentacji labiryntu przypuszczeń.
Dlaczego Ruby strzelił do Oswalda? Hipoteza sentymentalna, według której był to heroiczny akt i manifestacja zranionego patriotyzmu, byłaby trudna do przełknięcia, nawet ujęta w hollywoodzkie standardy, który w sentymentalizm raczej nie boi się zapuszczać. Nie ma też żadnych dowodów na to, że był to mord zlecony, mający na celu zamknięcie Oswaldowi ust na wieczność. Filmowy Ruby, wciągnięty niemal przypadkowo i bezwiednie przez mafię, FBI, CIA w brudne konszachty, sam niejako czuje się winny za śmierć Kennedy’ego. Zabicie Oswalda ma więc być swoistym oczyszczeniem – próbą wydobycia na światło dzienne prawdy (!?)

Film nie nuży, prowadzony jest sprawnie, co w zatrzęsieniu różnych „śmieci” rzucanych na ekran w ramach kina masowej rozrywki jest niewątpliwym komplementem. To jednak, że wisi na nim cień giganta „JFK” – z którym, siłą rzeczy „Ruby” się wiąże – nie wydaje się działać na korzyść tego filmu.

„BUGSY” (reż. Barry Levinson)

Kobieta, adrenalina, siwy dym i testosteron - Annette Bening i Warren Beatty w filmie "Bugsy"

Kobieta, adrenalina, feromony, siwy dym, krew i testosteron – Annette Bening i Warren Beatty w filmie „Bugsy”

GANGSTER CZARUJĄCY

„Bugsy” jest triumfem tego, co jest istotą kina, czyli iluzji. To także dowód na to, że Hollywood nie może się obejść bez mitu i archetypu amerykańskiego bohatera. Kiedy wojna w Wietnamie zabiła klasyczny western, który jedynie z rzadka pojawiał się później na ekranach (a jeśli już się ukazywał, to w formie alternatywnej – antytezy gatunku, jak np. u Altmana czy Peckinpaha), to właśnie gangster pozostał, wypierając bardziej stereotypowego, archaicznego i niepotrzebnego już we współczesnej narodowej narracji amerykańskiej kowboja.
Od wielu lat, nie ma w kinach sezonu bez filmu gangsterskiego. Zainteresowanie „Alem Capone i innymi” nie wygasa, owocując niekiedy obrazami mającymi moc kulturowego fenomenu – tak, jak było to choćby w przypadku „Ojca chrzestnego” Coppoli.
Zaś inną już zupełnie sprawą jest przystawanie tych obrazów do rzeczywistości. Autentyczni gangsterzy to ponoć nudne, nadęte typy, których działalność niewiele ma wspólnego z atrakcyjnością i widowiskowością wyczynów ich celuloidowych odpowiedników. Filmom złym ewidentnie wytyka się to bezlitośnie, lecz tym, które są tak znakomite, jak „Bugsy”, bardzo łatwo się ową fantastyczność wybacza.
Bowiem kim w rzeczywistości był Benjamin „Bugsy” Siegel? Wiele wskazuje na to, że przede wszystkim psychopatycznym mordercą, neurotycznym pozerem i mitomanem owładniętym obsesją wybudowania w pustynnej Nevadzie przybytku seksu i mamony, erotomanem otaczającym się całym wianuszkiem kochanek… A jakiego spotykamy na ekranie? Króla życia, szastającego bez umiaru pieniędzmi i „zaliczającego” po kolei co bardziej atrakcyjne kobiety Hollywoodu, szarmanckiego dandysa zbrodni, wizjonera i romantyka z duszą artysty, legendarnego pomysłodawcę Las Vegas…

To, że ekranowy Bugsy jest dla widza postacią tak atrakcyjną, sprawił oczywiście Warren Beatty, który w roli tej jest rzeczywiście fantastyczny. W rzeczywistości jednak, nigdy nie wierzymy, że to prawdziwy, bezwzględny gangster – tyle w nim ujmującego czaru i chłopięcego wprost uroku. Wobec tego, nawet to jego okrucieństwo i bezwzględność, której często jesteśmy świadkami, wydaje się być czymś umownym, abstrakcyjnym, jakimś wymogiem scenariusza – choć rzeczywiście budzi niekiedy wstręt i przerażenie. Ale jest to paradoks, który przydaje jedynie filmowej uczcie smaków.
Właśnie – skoro mowa o smakach, to prawdziwą pikantnością nasącza film romans Bugsy’ego z Virginią Hill, atrakcyjną gwiazdeczką, która staje się nie tylko jego kochanką, ale i wspólniczką w interesach, a konkretnie w budowie kompleksu hotelowego i luksusowego kasyna, zwanego „Pink Flamingo”. W roli tej widzimy Annette Bening, będącą partnerką Beatty’ego również poza filmowym planem, obdarzając go nawet niedawno potomkiem (nota bene pierwszym dla mającego 55 lat aktora). Razem tworzą najbardziej oplotkowywaną parę w Hollywood dnia dzisiejszego. Może właśnie dlatego ani przez chwilę nie wątpimy w prawdziwość namiętności łączącej Virginię i Bugsy’ego. Ten związek elektryzuje i ową chemistry, jaka się między nimi wytwarza, odbieramy jako coś autentycznego i naturalnego, co jest – wbrew pozorom – zjawiskiem w kinie nie takim znów częstym. Ale… jakże mogło być inaczej, skoro Warren Beatty już od kilkudziesięciu lat jest synonimem hollywoodzkiego playboya, łamacza serc i podrywacza, ze swoim haremem, do którego przyjemność (przynajmniej do pewnego czasu) miały takie kobiety, jak np. (wymieniam tylko małą próbkę tych bardziej znanych): Madonna, Isabelle Adjani, Brigitte Bardot, Candice Bergen, Maria Callas, Cher, Julie Christie, Joan Collins, Catherine Deneuve, Faye Dunaway, Księżna Jugosławii Elżbieta, Jane Fonda, Melanie Griffith, Daryl Hannah, Goldie Hawn, Margaux Hemingway, Barbara Hershey, Diane Keaton, Jacqueline Kennedy Onassis, Vivien Leigh, Elle Macpherson, księżniczka Małgorzata, Linda McCartney, Joni Mitchell, Mary Tyler Moore, Michelle Phillips, Vanessa Redgrave, Diana Ross, Diane Sawyer, Carly Simon, Barbra Streisand, Liv Ullmann, Natalie Wood… i wiele, wiele innych, bardziej już niesławnych i anonimowych.

PS. I pomyśleć, że kiedyś dosłownie zderzyłem się z Warrenem Beatty w momencie, kiedy wychodził on z toalety w Beverly Hills Hotel – na szczęście nie poczułem żadnych unoszących się za nim feromonów, ani nawet zapachu kobiety, z którą – jak się później okazało – spożywał kolację w restauracji tego słynnego z hollywoodzkich schadzek hotelu.

.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 167 obserwujących.