SERCE, MÓZG I TESTOSTERON (co się plecie w kajecie – zapiski V )

*

*

Wydaje mi się, że filozofia w pewnym czasie – zaczęło się to chyba w Oświeceniu, czyli, jak na ironię, w epoce stawiającej na pierwszym miejscu rozum – z nauczycielki starającej się objaśniać świat, zaczęła się przemieniać w służkę asystującą jedynie rozwojowi ludzkiej cywilizacji pod względem społecznym, politycznym, technologicznym.
Trzeba przyznać, że filozofia z czasem coraz bardziej traciła swój prestiż – coraz mniej ludzi brało ją “na poważnie” (nie bez znaczenia były tu kompromitacje w rodzaju Sartre’a, o Marksie nie wspominając). Wygląda na to, że filozofowie z awangardy przeszli do ogona. Zawsze są spóźnieni teraz ze swoimi diagnozami wobec pędzących czasów – rozpaczliwie starają się zrozumieć i opanować jakimiś regułkami to, co się już stało.

greydot

W filozofach pociągała mnie ich twórczość, jeśli miała walor literacki. Bardziej interesowali mnie oni jako ludzie, którzy parali się swoim życiem, niż tacy, którzy byliby zdolni odpowiedzieć na nurtujące mnie pytania. Owszem, dzięki nim wnikliwiej można było patrzeć na świat, ale musiało się też pilnować, by nie poddać się ich kuszącym sugestiom, wizjom i interpretacjom (bo mogliby niejako skraść człowiekowi duszę).
W końcu dotarło do mnie to, że siłą rzeczy każdy filozof, którego myśl starałem się poznać, zamknięty był nie tylko w swoim umyśle, ale i determinowany własnym charakterem. Był ponadto ograniczony swoim czasem i epoką. Jego “prawda” wcale musi być więc naszą prawdą – i najczęściej nie jest.

greydot

Widziałem wczoraj monodram “Ecce Homo” oparty na biografii Fryderyka Nietzschego. Filozof ten wraca do mnie systematycznie i falowo. Teraz się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje? Może w mojej młodości odkryłem w nim podkłady buntu, które drzemały i we mnie samym? To pragnienie – impuls – przewartościowania wszystkiego w co kazano mi wierzyć, co narzucało mi wychowanie, religia, tradycja? Tkwiło we mnie już wówczas podejrzenie, że wszelkie wartości są jednak względne – że zostały stworzone i przyjęte przez człowieka, a nie narzucone nam z jakiejś metafizycznej góry, jak utrzymują niemal wszystkie religie świata, co jest zresztą łatwo zrozumiałe, jako że wszelkie dekalogi i kodeksy – zbiory fundamentalnych zasad normujących ludzkie zachowania – potrzebowały zawsze jakiejś nadrzędnej sankcji, sakralnego uwierzytelnienia… przynajmniej do czasów Kartezjusza. Nawet z ateistycznego (a raczej obojętnego wobec kwestii istnienia Boga) Buddy niektórzy wyznawcy jego nauk zrobili bożka.

greydot

Na pewno fascynował mnie też obłęd Nietzschego. To było jakby echo mojego własnego lęku przed szaleństwem, które przecież drzemie w każdym człowieku.
Dalej: aforystyka myśli Nietzschego. To był pisarz o wielkim talencie literackim (podobnie jak Schopenhauer). Dysponował myślami, które mogły uderzyć w człowieka jak grom. Był przy tym wszystkim poetą – stąd wizyjność jego tekstów. Jednakże poezja to muza zdradliwa. Potrafi zapędzić wyobraźnię człowieka na manowce, omamić narkotycznie myśli. Nie jest też ona dobrą doradczynią filozofa, od którego – po kartezjańsku – oczekujemy jednak pewnej trzeźwości myślenia i logiki.
Nietzsche to również wielki prowokator, z tym że prowokacja nie była jego celem. Raczej wynikała z tego, że tworzony przez niego system stawiał na głowie wiele z uznawanych dotychczas wartości, może nawet osuwał się w nihilizm.
Całą swoją siłę Nietzsche zawdzięczał pasji, która go zresztą w końcu spaliła. Intensywność jego tekstów wynikała z napięcia między sprzecznościami, które go rozrywały.
Wydaje mi się, iż w rzeczywistości był człowiekiem dobrego serca, którego własne konstrukcje filozoficzne zaprowadziły w jakieś nieludzkie sfery bezwzględności i bezlitosności. Fizyczny słabeusz i chorobliwiec stał się piewcą mocy, impotent wyskoczył z ideą nadczłowieka… etc. Czy można to jednak skwitować potrzebą kompensacji? A może to tylko kliniczny przykład tego, jak z kompleksów niższości wyrasta mania wielkości?

greydot

Najżywszy, związany z Nietzschem obraz jaki we mnie utkwił, to moment, od którego zaczęło się jego psychiczne załamanie. Pięknie i przejmująco opisał go Herling-Grudziński w swoim “Dzienniku pisanym nocą”. Na turyńskiej ulicy Nietzsche widzi jak pijany woźnica okłada batem konia. W porywie litości dla zwierzęcia Fryderyk rzuca się ze łzami na szyję konia, by go obronić przed przemocą i okrucieństwem.

greydot

W najwyższym ataku szaleństwa Nietzsche utożsamiał się na przemian z Dionizosem, (za którym stała zwierzęca siła życia) i Chrystusem (człowiekiem litościwym, przebaczającym i cierpiącym) – podpisując się raz jako Dionizos to znów jako Ukrzyżowany. Potem nastąpiło 10 lat milczenia – zapadnięcie się w chorobę psychiczną, od której wyzwoliła go dopiero śmierć.
Nietzsche poniósł klęskę, ale był na nią przecież skazany. Obłęd bywa karą za usiłowanie ogarnięcia całej złożoności świata myślą, zrozumienia wszystkiego… A to jest przecież niemożliwe, bowiem ludzki umysł jest ograniczony -  nigdy nie pojmie Tajemnicy Wszechświata; nigdy nie uzyska odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania: skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy – które, mimo uczynienia z nich banału, nadal odnoszą się do nieprzejrzanej istoty sensu człowieczeństwa.
W przypadku Nietzschego stało się też to, przed czym przestrzegał Oscar Wilde: “Kto sięga pod powierzchnię świata i zjawisk, ten czyni to na własną odpowiedzialność”. Ponadto, chciał zburzyć to, co jednak stanowiło fundament europejskiej cywilizacji chrześcijańskieja tym samym ukształtowało jego samego. To musiało się skończyć katastrofą.

Jaka prawda powaliła w końcu tego wielkiego małego człowieka? Co wzięło nad nim górę? Umarł w nim pogański bóg zwierzęcej witalności, pozostał Ukrzyżowany – dola człowiecza, przed którą nie było dla niego ucieczki.

greydot

(Z listu do W.)
Drogi W., o szaleństwie to ja mógłbym długo, bo ten temat kiedyś mnie bardzo interesował (przeczytałem wtedy m.in. całego Kępińskiego), a i teraz intryguje i na swój sposób przyciąga. Sam się bowiem swego czasu o coś podobnego otarłem (…) Lecz temat szaleństwa jest także ciekawy z innej przyczyny. Wiele mówi o samej naturze człowieka, o jego kulturze, popędach, psychice… Ktoś powiedział (bodajże Freud, może Jung?), że jak się patrzy na szpital wariatów, to można odnieść wrażenie jakby się patrzyło na zwykłe społeczeństwo, tyle że przez szkło powiększające. To jest prawda – szaleniec to wydanie człowieka w wersji psychicznie ekstremalnej, czyli bardziej wyrazistej, kolorowej, pierwotnej…

Myślę, że nie doceniamy roli szaleństwa w rozwoju ludzkości. A to przecież niemal kliniczni szaleńcy i maniacy (tak by ich dzisiaj zapewne zdiagnozowała współczesna psychiatria) w dużej mierze wyznaczali bieg naszej historii, wpływali w sposób znaczący na kulturę… Dość wspomnieć z jednej strony Chrystusa, z drugiej – Hitlera; z jednej strony był Św. Franciszek, z drugiej – Napoleon; był Budda, Gandhi  - był Henryk VIII, Dżingis Han… etc. (Przy czym muszę się tutaj zastrzec, że nie mam zamiaru przez to w jakimkolwiek stopniu dyskredytować tych ludzi. Oni tak mocno wyryli się w naszą kulturę i cywilizację  - jako depozytariusze pewnych symboli, wzorców, postaw i wartości – że każdy z nas, chcąc nie chcąc, musi się wobec nich określić.)
Piszesz, że często to sam chciałbyś być szalony. Ale chyba sam nie wiesz co piszesz. Ja się obawiałem szaleństwa jako psychicznego pomieszania, które by oznaczało śmierć mojej osobowości. Gdyż bardziej widzę obłęd, jako tragiczną degradację człowieczeństwa, odbywającą się niekiedy w sposób wręcz horrendalny. Właśnie… szaleństwo bardzo często przynosi ze sobą bezbrzeżne cierpienie. Tego sobie nie można wyobrazić… właśnie dlatego ludzie “tracą zmysły”… bo już nie mogą znieść bólu, który rzeczywiście staje się nie do zniesienia. Obłęd jest wtedy jakby samoobroną organizmu przed fizjologiczną katastrofą i kompletnym załamaniem – bo takiej intensywności już nie mogą przetrwać neurony, receptory, przekaźniki… czy co tam jeszcze.
Co natomiast w życiu się przydaje, to odrobina szaleństwa. Na swój sposób to nawet sama miłość jest pewną formą obłędu, pociągając za sobą pewną niepoczytalność. Życie bez tej przyprawy szaleństwa byłoby nudne niewymownie, a bez miłości nie warto byłoby żyć.

W., stwierdzając, że “…mnie tam Nietzsche specjalnie nie zaskoczył – ot następny filozof, który pokosztował życia jakim ono naprawdę jest i trochę na ten temat napisał. Myślę że intelektualiści to trochę jak onaniści – delektują się obrazem a zapominają, że życie się toczy i ciekawsze sprawy zdarzają się ‘naprawdę’…” nie zauważasz, że w jednym zdaniu zaprzeczasz temu, co piszesz w następnym. Że niby Nietzsche zakosztował życia jakie ono jest, a zaraz potem, że intelektualistom prawdziwe życie przechodzi koło nosa.
Moim zdaniem więcej prawdy jest w tym drugim stwierdzeniu. Przeintelektualizowanie często idzie w parze z jakimś mentalnym onanizmem - ci ludzie po prostu nadużywają intelektu, zamiast spróbować tego, co mogą dostarczyć im zmysły w konkretnym i rzeczowym świecie… i oto mamy przerost teorii nad życiową praktyką.
Byłoby wiele racji w tym, jeśli stwierdzilibyśmy, że filozofia często wynika z niemożności życia przez człowieka pełnią życia (tzn. z grubsza: filozof nie wie jak żyć, więc filozofuje, wbrew sentencji ukutej bodajże przez Hobbesa: “primum vivere, deinde philosophari“). Ale to jest jednak spore uproszczenie. Równie dobrze można by wskazać – jako źródło filozofowania - zadziwienie i zaciekawienie światem, dociekliwość, pęd do wiedzy i skłonność do analizy… no i może nawet “umiłowanie mądrości” (bądź co bądź, to właśnie etymologicznie oznacza słowo filo-sophia.)

Jeśli zaś chodzi o Nietzschego, to moim zdaniem było właśnie odwrotnie jak piszesz: ten biedak wszystkie dramaty rozgrywał w swojej głowie. Jestem prawie pewien, że gdyby skonsumował seksualnie tę swoją Salome, w której się platonicznie – a do tego na zabój – kochał, to odbiłoby się to dramatycznie na jego poglądach i może nawet Hitler et consortes nie mieliby się do niego po co odwoływać, opiewając wolę mocy i kult silniejszego, a nihilistycznym guru nadczłowieczeństwa zostałby kto inny.
Nietzsche miał niesamowity umysł, ale okazał się też być wielkim naiwniakiem z tymi swoimi zaratustrami i zmierzchami bogów… Nie da się ukryć, że zapędził się ze swoją megalomanią i fantazjami w jakiś groteskowy kozi róg i skończył jako katatonik.
A ta jego dysząca nienawiść do chrześcijaństwa to przecież kliniczne, zaślepione pieniactwo. Co za mędrzec! Potrafił pożałować biednego konika, ale parę milionów ludzi to by chętnie posłał do piekła (niespełna pół wieku po nim znaleźli się tacy, którzy to uczynili naprawdę).
Tak, tak… człowiek to dziwne zwierzę…
Wspaniałe i żałosne zarazem.
A Nietzschego to na przemian kocham i nie znoszę; widzę w nim zrazu głupca, to znów mędrca; człowieka słabego, to znów tytana odwagi i pełnego poświęcenia dla swojej myśli… Strasznie paradoksalny to był człowiek – tak, jak paradoksalna jest ludzka egzystencja i jak niepewne budowanie przez nas wizji świata – właściwie na “piasku” naszych iluzji, przypuszczeń, ignorancji, dociekań i złudzeń.

greydot

Nadajemy tak wielkie znaczenie wolności ponieważ – tak naprawdę – w głębi odczuwamy, że jednak człowiek tej wolności w rzeczywistości nie posiada. Już w chwili naszego poczęcia skazani zostaliśmy na niewolę bytu. Jednak człowiek stał się człowiekiem dopiero wtedy, kiedy zaświtała mu w głowie koncepcja wolnej woli.
Wolność więc to największy paradoks istnienia człowieka – i ów paradoks jest zarazem esencją człowieczeństwa.

greydot

Nie jesteśmy w stanie stworzyć żadnego obrazu świata w oderwaniu od naszego w nim umiejscowienia. Opisujemy więc świat tylko tym, czym dysponujemy – w naszej świadomości, która jest przecież mocno ograniczona. Jest to tak oczywiste… Dlaczego więc mamy pretensje, by dotrzeć do prawdy o tym świecie? Nigdy nie będzie to możliwe.
Trudno jest żyć z podobną świadomością, gdyż wiąże się to z niemożnością poznania sensu istnienia czegokolwiek. Dlatego sami próbujemy nadać sens naszemu życiu – i jeśli czujemy się wolni, to uznajemy, że to życie ma właśnie taki sens, jaki mu sami nadajemy.

greydot

Kiedy boli nas ząb to wydaje się nam, jakby cały świat składał się z bólu zęba – ta myśl, (którą zapisał bodajże Rochefoucauld) powinna nas nauczyć pewnej pokory w postrzeganiu świata. Ale nie nauczy ponieważ każdemu z nas wydaje się, ze stanowi centrum wszechrzeczy – że jest pępkiem Wszechświata.

greydot

Człowiek w swojej pysze i megalomanii ubzdurał sobie, że może stworzyć (odkryć?) system filozoficzny opisujący Wszystko.
Ale co to jest Wszystko? “Wszystko” mógłby ogarnąć tylko Bóg.
Takie holistyczne zapędy świadczą więc o tym, że człowiek rości sobie pretensje do bycia Bogiem. I oto jest dowód choroby umysłowej “największych” filozofów (czyli takich, którzy stworzyli własne systemy filozoficzne, stanowiące w ich mniemaniu wartość ultymatywną rozumu – będące ostatecznym wyjaśnieniem Wszechświata).

greydot

Między cierpieniem i udręką, a radością i ekstazą rozciąga się doświadczenie ludzkiego życia. Nie można więc zdać się na filozofię człowieka, który tylko cierpi (np. Pascal), tak samo, jak tego, który jest spokojny i szczęśliwy (czy jednak możliwe jest znalezienie kogoś takiego  – choćby wśród stoików i buddystów?) Nawet najuczciwszy z nich będzie tylko opisywał samego siebie – i tylko to, co się mu wydaje.

greydot

Udręką jest posiadanie wybitnej inteligencji przez ludzi bez charakteru – wyraźnej osobowości. Pozbawiony kotwicy umysł miota się w oceanie myśli, rozpaczliwie chwytając się wszelkich dryfujących kłód, a nawet i brzytew (bynajmniej nie Okhama).

greydot

Czy brak charakteru też można uznać za charakter?

greydot

Człowiek na tej ziemi nie może dotrzeć do prawd fundamentalnych (jeżeli takowe w ogóle istnieją). Przerasta to jego możliwości. Stąd wynika konieczność poddania się złudzeniom.
Nadzieja nie jest jednak jeszcze jedną formą złudzenia. Nie bez przyczyny zawsze wiąże się ona z wiarą – a im bliżej jest wiary, tym mniej wydaje się człowiekowi złudzeniem.

Mistycyzm jest ludzką desperacją, by przezwyciężyć niemożność kontaktu z Bogiem – ekstatyczną determinacją kogoś, kogo nie może zadowolić zwykła wiara w istnienie Boga.
Jest swego rodzaju tryumfem natury człowieka to, że potrafi on poprzez mistycyzm osiągnąć pewność. A może pewność to tylko kolejne złudzenie? Tym razem złudzenie doprowadzone do ekstremum? Jednakże, taką wątpliwość może wyrazić tylko sceptyk.

greydot

Z czasem pozbywałem się swego bałwochwalczego stosunku do wybitnych intelektów. Może dlatego, że w końcu zrozumiałem, iż jest on w wielu kwestiach bezsilny. Ważniejsza stała się dla mnie ta sfera fenomenu istoty człowieka, która związana była – zabrzmi to może naiwnie i sentymentalnie – z jego sercem. A więc zwykłe wyczucie dobra i przyzwoitości, bez którego najbardziej nawet genialny umysł traci orientację w otaczającym nas świecie, zawisając w nieludzkiej próżni.
To właśnie dlatego tak wielką według mnie postacią był Jan Paweł II. To był jeden z tych ludzi, którzy ratowali człowieka w jego wymiarze duchowym – przedkładając miłość nad intelekt… a w tym przypadku – nad wielki intelekt. Serce pozostało ważniejsze od mózgu.

greydot

W ekstazie, która jest skrajną formą szczęścia, człowiek zatraca samego siebie. To kolejny paradoks: najbardziej intensywne uczucie jednostkowe znosi poczucie tożsamości. Skrajny egoizm ekstazy prowadzi do utraty poczucia własnego ja – człowiek roztapia się w czymś bezosobowym, staje się wszystkim i … niczym.

greydot

Prawdziwą radość tworzenia odczuwamy dopiero wtedy, kiedy zapominamy o nas samych. To dlatego tak często artyści mówią o natchnieniu – czyli o czymś, co jest ponad nimi i co zwalnia ich od wszelkich egoistycznych kombinacji.
Natchnienie więc, to wspaniałe wyzwolenie od wszelkich kalkulacji.
Każda prawdziwa sztuka jest bezinteresowna. Można rzec, że jedyna jej interesowność, to interesowność metafizyczna. Sztuka, która oczekuje jakiejś ziemskiej gratyfikacji, staje się tylko rzemiosłem.
Próżność artysty to jedynie skutek uboczny jego ludzkiej niedoskonałości.

greydot

Życie to ujarzmiony chaos materii. Stąd nasza tęsknota (i przywiązanie) do harmonii. Czujemy się wspaniale, kiedy możemy obcować z czymś, co jest naszym tryumfem nad chaosem wszechświata: muzyką, rzeźba, obrazem – z tym co nazywamy pięknem. Ale podobną satysfakcję odczuwają też np. architekci, inżynierowie, projektanci…Wprowadzają do świata swój porządek, mają poczucie ładu i celowości.
Sztuka przestaje być znośna, jeśli sama staje się chaotyczna.
Czy ktoś już wpadł na pomysł, by torturować więźniów kokofonią?

greydot

Nadużycie alkoholu daje człowiekowi złudę panowania nad rzeczywistością, a właściwie złudną możliwość natychmiastowej jej zmiany. Tak naprawdę jest jednak tylko od tej rzeczywistości ucieczką.
Jak każdy narkotyk, alkohol odgrywa wobec naszej psychiki rolę oszołoma. Warto więc w tym kontekście pamiętać o tym, że nie ma “szlachetnych” trunków. Nigdy jeszcze wódka nie uczyniła nikogo mądrzejszym, natomiast rejestr głupot i zbrodni popełnianych pod jej wpływem jest niewyczerpany…

greydot

Wydaje się, że częściej ludzie szukają w alkoholu ucieczki przed nudą, niż przed cierpieniem. Częstszym powodem upijania się jest więc pustka, a nie nadmiar stresów – przyczyna leży bardziej we wnętrzu człowieka, niż w otaczającym go świecie.

greydot

Apologia trunków, bukiety drinków, cywilizacje wina, kultury piwa… święta i festiwale alkoholowej fermentacji. Cały ten ludyczny kalejdoskop wpisuje się w historię ludzkich eskapizmów.

greydot

Schopenhauer pisał, że wszelkie używki – kawa, alkohol, papierosy – sprowadzają ludzi do jednego poziomu. Stąd ich wzięcie na wszelkiego rodzaju towarzyskich spotkaniach. Ja widzę w tym jednak efekt kosiarki, która przejechała po łące, strzygąc wszystko do możliwie najniższego poziomu.

greydot

Konsumpcja jest w swojej istocie zachowaniem biernym. (To m.in. dlatego łatwo jest konsumentem manipulować.) Więcej ma wspólnego z lenistwem, niż ze świadomym, aktywnym wyborem.

greydot

Mimo wszystko, jednak lepiej być w sytuacji, kiedy można krytykować cywilizację konsumpcji, niż cywilizacje biedy, nędzy i głodu.

greydot

Cioran napisał kiedyś zdanie okropne: “… przeszłość tylko czyha na to, co się dzieje, i gorsza jest od śmierci”. Ale to nie dziwi w przypadku człowieka, który czymś gorszym od śmierci, uznał narodziny.

greydot

Przywiązanie ofiary do kata. Nie tylko przez nienawiść. Topografia ludzkiej duszy nie mogąca się obejść bez śladów zła.

greydot

Płacz bez łez, studnia bez wody – wyschnięte pokłady żalu…
Smutek ocalonego, który nadal czuje się skazańcem.

greydot

Świat zarażony złem?
Przeklęta metafizyczna grypa ludzkości.
A wszystko przez to, że Adam i Ewa chcieli się w końcu ubrać.

greydot

Człowiek jako anioł, człowiek jako bestia… I morze słów pomiędzy.

greydot

Jedna z właściwości wiary jest to, że znosi ona pojęcie absurdu. Mało tego – czyni dogmatami to, co osobom niewierzącym (lub wyznającym inną religię) wydaje się absurdem. Bezradność logiki, obstrukcja rozumu… Tego nie można znieść bez pokory. Taka jest cena chwilowego komfortu.

greydot

Szum cywilizacji. Osaczenie hałasem, na który człowiek przestał już nawet zwracać uwagę. Świadczy to tylko o stopniu naszego zatrucia. Przesiąkamy jakąś nienaturalną sztucznością, nie wiedząc nawet kiedy. Przygotowanie do życia w totalnie sztucznym środowisku?

greydot

Nasze czasy wcale nie są zdominowane przez sceptycyzm, który starali się już człowiekowi zaszczepić niektórzy myśliciele Oświecenia. Umberto Eco pisze, że żyjemy w epoce nieprawdopodobnej łatwowierności i przytacza słowa Chestertona: “Gdy człowiek przestaje wierzyć w Boga, jest wówczas zdolny uwierzyć w byle co”.

greydot

Sceptycyzm jest obcy naturze i może dotyczyć jedynie kultury.

greydot

Anarchista stanowi być może zagrożenie dla kultury, ale już natura potrafi radzić sobie z nim znakomicie.

greydot

Moje sny mają swoją topografię. Czasami wracają do miejsc, które wyśniły mi się wiele lat temu. Dzięki temu mam wrażenie, iż prowadzę jakieś podwójne życie. Intrygujące jest przechodzenie z jednego świata do drugiego. Być może dotykamy wtedy sfery istniejącej gdzieś na styku życia i śmierci, wyobraźni i konkretu.  Ogarnia nas jakiś odmienny stan świadomości.

greydot

Wielka księga “Prób” Montaigne’a. Połączenie rozwlekłości z przebłyskami geniuszu, erudycji ze znajomością życia, praktyki ze spekulacjami… Jeden wielki egzystencjalny strumień. Miejscami bystry i przejrzysty, to znów płynący spokojnie rozległym korytem.

Ciągle fascynuje mnie głębia myśli, jaką zdolni byli osiągnąć ludzie żyjący przed wiekami, a nawet przed tysiącami lat. To zadziwienie może wynikać z naszej skrywanej (nieuświadomionej?) pogardy dla wieków “ciemnych”, “prymitywnych” – z cichego przekonania, że przed nami żyli ludzie głupsi od nas.
Jakiż błąd!
To właśnie my żyjemy w epoce, która rozwadnia ludzkie mózgi – która chce oduczyć człowieka myślenia, podsuwając mu informacyjną sieczkę i osaczając zewsząd sztucznymi obrazkami. Wszechobecność wodolejstwa! Topimy się w zalewie informacji. Megabitowy potop, w którym ginie nasza mądrość (jeśli w ogóle taką posiadamy).

greydot

Nietzschemu bardzo dobrze wyszła negacja człowieka, ale jego próba afirmacji człowieka była już tylko klęską i szaleństwem.

greydot

Według Heideggera myślenie nie prowadzi do mądrości. (Jadnak mamy aż nadto dowodów, że może prowadzić do głupoty.)

greydot

Przeciążenie filozofią w tekstach Tischnera – poczucie dramatu, smutku, tragedii… W pointach zaś – powiew liryzmu i sentyment.

Kiedy w filozofach odzywa się poeta, ich systemy pękają. I to właśnie najbardziej zbliża ich do nas, zwykłych śmiertelników.

greydot

Jest tylko jeden ratunek przed szaleństwem filozofii: prostota. Ewentualnie… niemyślenie?

greydot

Najpełniejszy jest człowiek, który wypełnia swoje przeznaczenie.
Niestety, w odgadywaniu przeznaczenia ludzka świadomość jest bardziej przeszkodą niż pomocą. Dlatego najmniej spełnieni czują się ludzie najbardziej skomplikowani.
Być może to właśnie łączy pełnię z prymitywizmem… a może jednak z prostotą? (Bo czasem trudno jest jednak odróżnić jedno od drugiego.)

greydot

Tęsknota za prostotą to tęsknota za rajem utraconym.
Niestety, wszyscy zostaliśmy z niego wygnani.
A prostota pozostała w krainie utopii.

greydot

Nosić w sobie tysiące przodków!
To ciężar, który nas urabia. Tylko dlatego jesteśmy w stanie go znieść.
Należało stać się człowiekiem, by na przekór temu uznać, że istnieje coś takiego, jak wolność woli.

greydot

Jakże kruche są często nasze ideały w konfrontacji z testosteronem.

greydot

Islam – cywilizacją testosteronu?
Ale czy jakakolwiek cywilizacja mogłaby się obyć bez hormonów?
Jeśli tak, to jaki gruczoł był najbardziej aktywny przy tworzeniu Chrześcijaństwa?

greydot

Od kilku dni czytam “Zeszyty” Ciorana. Żeby było śmieszniej robię to do poduszki. Jeden ze sztandarowych nihilistów XX-wieku jako lektura na dobranoc! To przewrotność (a może konsekwencja?) godna autora “Zmierzchu myśli”.
Rzadko który pisarz budził we mnie tak skrajne emocje (może tylko Nietzsche?) Czegóż innego można byłoby się spodziewać po kimś, kto tak nienawidził swoich narodzin i jednocześnie rejestrował każde drgnienie własnej egzystencji? (W pewnym miejscu Cioran pisze: “Typy takie jak ja, nigdy nie powinny zaistnieć. Jestem rezultatem nieuwagi, nie byłem przewidziany w dekretach Stworzenia”.)

greydot

Chciałbym sobie poradzić z Cioranem odrzucając go całkowicie, ale nie mogę. Mimo wszystko mam wrażenie, że dotyka on pewnych prawd o kondycji i postrzeganiu człowieka, dla którego byt jest jednym wielkim rozczarowaniem, a cały świat iluzją.
Ktoś, kto tak totalnie deprecjonuje samego siebie, wytrąca nam z ręki wszelką broń.
Jak można polemizować z kimś, kto własną osobę (nie tylko swoje życie) uważa za istotę pozbawioną sensu? Tym bardziej jest to trudne, że Cioran doskonale potrafi posługiwać się językiem. I swoje pisanie uczynił tym, czym uczynił własną egzystencję: igraniem z myślą, pulsowaniem uczuć, intelektualną szarpaniną, rzucaniem się z kąta w kąt… absurdu i nicości.
I niczym więcej. (Bo tego “więcej”, po prostu, wg Ciorana, nie ma.)

greydot

Ten Cioran to jednak przeraźliwa ględa. Na poły z uporu dokończyłem te jego grube jak cegła “Zeszyty”, które niejednokrotnie wpędzały mnie w konsternację. Niby Cioran rozprawia się w nich ze wszystkim z brutalną szczerością, jest otwarty do bólu, bryluje ostrą przenikliwością, gardząc ponoć wszelką liryką i pseudofilozoficzną watą, a jednak czasem nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mimo wszystko stroi on miny, przyjmuje jakieś pozy – na swój sposób się wygłupia… z tym, że są to wygłupy erudycyjno-intelektualne, i co gorsza – czynione na serio!
Cioran jest przybity swoim charakterem, mówi do nas z głębokiej studni własnej neurastenii, maluje wszystko ciemną farbą malkontenta. To z tych powodów, mimo dysponowania niepoślednim umysłem, jego spojrzenie jest katastrofalnie zawężone.
A może owe myśli w “Zeszytach” to tylko jakieś lepkie, woniejące i toksyczne wydzieliny mózgu, których pozbywa się organizm, by zachować swoją witalność? Mimo totalnej degrengolady ducha, hipochondrii i światopoglądowej obstrukcji, Cioran spaceruje dziennie po kilka godzin, stosuje dietę, nie pije, nie pali… Ktoś dziwi się nawet, że tak czarny pesymizm wychodzi od tak żywotnego człowieka.

Przez te kilkanaście lat zapisków, co parę stronic Cioran wspomina o samobójstwie. Robi to tak często, że po jakimś czasie przestajemy te jego autodestrukcyjne wzmianki traktować poważnie i myślimy: no dobrze, jeśli rzeczywiście uważasz samobójstwo za jedyne sensowne wyjście dla człowieka, który w niczym nie widzi sensu, to co ty tu jeszcze robisz? Nie stać Cię na to, by przyznać, że mocniejsza jest jednak w tobie – silna jak u kota – wola przeżycia. Ulegasz, podporządkowujesz się życiu, więc dlaczego nie przyznasz wreszcie racji bytu temu, co prężne, radosne, jasne i witalne?
Ponuractwo niewątpliwie jest przypadłością, ale nie powinno być zaślepieniem. Rejterada w smutek jest tylko jedną z dróg naszej egzystencji. Ta ucieczka jest wyborem, który zawsze w jakiś sposób nas ogranicza.

greydot

Ktoś kto zaakceptował byt, nie ma prawa być nihilistą.
Życie to ciągła afirmacja stworzenia.
Narodziny, mimo wszystko, są chyba jednak bardziej darem (choć czasem odbieranym jako brzemię), niż wyrokiem.

greydot

Totalny nihilista, jeśli miałby być konsekwentny, powinien również odmówić sobie prawa do życia. Tym jednak sposobem ustawiłby się poza naturą. A przecież jest to niemożliwe – nie jemu o tym decydować, (podobnie jak nie od jego decyzji zależało jego zaistnienie).
Oto dowód nie tylko na to, że nihilizm nie godzi się z naturą, ale że po prostu jest nierealny, czyli niemożliwy.

greydot

Nihilista to człowiek niekulturalny per se.
Lepiej więc z takim się nie zadawać.

greydot

Jeśli zadeklarowany nihilista okazuje się być człowiekiem miłym i towarzyskim, to albo ta ogłada jest pozą, albo pozą jest ten jego nihilizm. Tertium non datur.

greydot

Podział na rzeczywiste i nierzeczywiste jest w gruncie rzeczy wielkim uproszczeniem. Istnieje przecież całe spectrum pomiędzy – widma pośrednie.

greydot

Są sprawy, w które lepiej Boga nie mieszać.

greydot

Wystarczy przyjrzeć się bliżej choćby wspaniałym pręgom na tygrysiej sierści, by ponownie zachwycić się cudownością stworzenia. Cały Wszechświat mieniący się w szklistej źrenicy zwierzęcego oka. Doskonałość tych wszystkich wzorów i deseni życia – mieniący się kalejdoskop, który chaos przeobraża w ład.
Nieprzebrane bogactwo ornamentów bytu.

greydot

Obawiam się, że gdy zacznę myśleć dłużej o tym co wyprawia się w rzeźniach, to będę się musiał w końcu pożegnać z moim ulubionym fillet mignon.

greydot

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak to dlaczego obdarzono nas tak wielką samoświadomością a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie złożoną i zadziwiającą konstrukcją?
(Jestże mózg Cudem Wszechświata, czy też może jednak jest to coś w rodzaju Tumor Universum?)
Po co to wszystko?
Czy to możliwe, by tylko przypadek decydował o tak fenomenalnej złożoności i cudowności życia? Trudno mi w to uwierzyć – w przeciwieństwie do tych, którym się wydaje, że to wiedzą. (Piszę “wydaje” – bo przecież nie można o tym posiąść wiedzy).

greydot

Już chyba ktoś się nad tym zastanawiał: a może największą tajemnicą jest to, że nie ma żadnej tajemnicy?
Ale, czy przyznając to, nie godzimy się aby z przypadkiem?

greydot

PS. Zapiski pochodzą z lat 2002 – 2005.

*

RENOIR – ŚWIATŁO NA KOBIECEJ SKÓRZE

*

starość, rozkład i ból  vs. młodość, cielesność i piękno

Starość, rozkład i ból vs. młodość, cielesność i piękno

*

“Ból przemija, piękno pozostaje” – mówi stary i schorowany Renoir, nieprzerwanie malując swoje rozświetlone, mieniące się kolorami obrazy za pomocą pędzli przywiązanych do zniszczonych artretyzmem rąk. Otoczony zastępem opiekujących się nim i posługujących mu kobiet – byłych modelek, kochanek, kucharek i pokojówek – niczym sędziwy patriarcha, na którego autorytecie, sile, charakterze i bogactwie opiera się porządek mikroświata w jakim żyją, Renoir zwraca naszą uwagę na migotliwe piękno oświetlonych powierzchni przedmiotów, rzeczy i kobiecej skóry: “tylko ciało tak naprawdę się liczy” – mówi, patrząc na obnażającą się przed nim młodą dziewczynę. I mówi tak na przekór… a może jednak dzięki temu, że wie, iż jeszcze tej nocy będzie wył z bólu nękany przez chorobę i starość.
Piękno pozostanie, nawet jeśli ból i zgrzybiałość zabije w końcu jego kruche i rozkładające się ciało. Bardziej więc niż o starości, jest to film o młodości – nie ma w nim zbyt wielu ciemnych tonów, brak niemal zupełnie czerni – dokładnie tak, jak to jest na płótnach jednego z najsłynniejszych impresjonistów świata. Nadmorska idylliczna posiadłość i ogród w jakim żyje i pracuje Renoir wraz ze swoimi kobietami i dwójką synów, pławi się wręcz w ciepłym świetle łagodnego słońca, zamieniając kinowy ekran w jeden wielki obraz godny skrzącego się wszystkimi kolorami tęczy malarstwa Renoira. Wprawdzie starzec może pieścić nagie kobiece ciało już tylko swoim okiem, to jednak pieszczota ta przenoszona jest i utrwalana przez niego na płótnie – każdym muśnięciem pędzla, które nadal jest pewne, gwałtowne i zdecydowane, tak jakby nadwyrężone zmysły szukały swojego zaspokojenia w nieśmiertelnej sztuce. W jednej z najbardziej czułych scen, dziewczyna obmywa bolące ręce starego malarza i kładzie głowę na jego ramieniu. “Za wcześnie i zbyt późno” – mówi wtedy Renoir. Lecz jego głos pozbawiony jest goryczy. Więcej w nim stoickiego spokoju i pogodzenia z porządkiem tego świata, bezlitośnie – ale i sprawiedliwie – wyznaczanym przez mijający (wszystkim tak samo) czas.

Zbyt wcześnie i za późno...

Zbyt wcześnie i za późno…

Nie, nie ma w tym filmie żadnej czułostkowości ani nawet sentymentalizmu. Nie ma grozy umierania ani przejmującego fatalizmu. Wprawdzie jest hedonizm – bo wymaga tego powierzchowność ludzkiej przyjemności – jasne kolory, które mogą być widoczne tylko w pełnym świetle i na powierzchni rzeczy. Ale jest to hedonizm pozbawiony śladów lubieżności – Eros jest tutaj łagodnym bożkiem, dzięki któremu ludzie mogą się obdarzać zmysłowa rozkoszą. Że nie ma głębi? Że jest to ledwie impresja? Ale kto wie, czy tak naprawdę najistotniejsze i najbardziej rzeczywiste nie jest to, co rozgrywa się w naszym – pełnym wrażliwości – imperium zmysłów? Wszak liczy się tylko ciało – i nawet nasza dusza formowana jest przez cielesne impulsy i nerwy – niejako “przez skórę”. (Czy naprawdę sądzisz, że na twoją duszę nie wpływają także hormony?)

Nie ma w świecie Renoira zbyt wiele miejsca na intelekt. Mistrz nie chce wiedzieć ani myśleć – mówi o tym wprost. Bo myślenie musiałoby go prędzej czy później doprowadzić do strefy cienia – ciemnej smugi, która pozostaje i gnębi człowieka kiedy zbraknie już światła. A dopóki świeci słońce – barwią się liście drzew i brzoskwinie, zaokrąglają kształty kobiecej piersi i ud – dopóty można to przenieść pędzlem na płótno i utrwalić piękno, jakim będą mogli zachwycać się ci, którzy pozostaną przy życiu.
Mrzonka? Złudzenie? A cóż nim nie jest?

Kobieta zredukowana do świetlnego refleksu na swojej nagiej skórze? Do koloru dojrzewającej brzoskwini nabrzmiałej słodkim nektarem? Do zapachu mokrych włosów? Uległa mężczyznom, którzy chcą z niej czerpać rozkosz – czy to cielesną, czy estetyczną. Kobieta – cicha wspólniczka iluzji jaką siły życiowe mamią ludzkie istoty, wikłając je w spisek knuty przez élan vital? Nie, nie… Kobieta jest tu nie tylko inspiracją, ale i promotorką samego życia – chce nawet wyreżyserować los młodego Jeana Renoira, syna Augusta, który – być może właśnie dzięki miłości do tej młodej dziewczyny, jednej z ostatnich modelek swojego ojca – zostanie w końcu jednym z najsłynniejszych twórców francuskiego kina. Dziewczyna wie jak rozegrać karty, które dała jej uroda i młodość, ale nie ma w jej postawie ani intencjach nic z podstępności czy wyrachowania kobiet, dla których ważniejsze jest okręcenie mężczyzny wokół swego palca, niż popchnięcie go w objęcia pełnego możliwości i obietnic świata. Innymi słowy: nie tylko inspiracja, ale i modus vivendi – nie tylko przyjemność, ale i pewnego rodzaju obowiązek rozwoju i egzystencji.
Dziewczyna dostarcza staremu malarzowi pretekstu dla tworzenia swojej sztuki, ale jest w tym raczej bierna – erotyzm między nimi jest erotyzmem platonicznym, świetlistą ale i mglistą atmosferą, którą razem mogą oddychać w bajecznych sceneriach śródziemnomorskiego edenu. Młody Renoir musi się już jednak liczyć z jej wolą – zgarnia z jej ciała rozkosz pełnymi garściami, miłosne soki wypija do dna, ale ma to swoją cenę: to co rodzi się między nimi, musi się już stać konkretem – życiem samym, na które kobieta chce mieć wpływ… i to może nawet decydujący.

Cézanne powiedział o Monecie: To tylko oko, ale – mój Boże! – cóż to za oko! To samo można chyba powiedzieć o tym filmie: “Renoir” to tylko powierzchnia, ale – Mon Dieu! – cóż to za powierzchnia! Na szczęście nie jest to tylko taka impresjonistyczno-rokokowa ładność – przyjemna dla oka powierzchowność martwych, choć przecież zwykle kolorowych natur. Jest w tym filmie, mimo wszystko, dostateczna ilość “mięsa” – i bynajmniej nie mam tu na myśli bardzo nieeleganckiego skojarzenia z kobiecym ciałem.

*

Młodość, miłość i pożądanie - pławiąc się w jasnym świetle słońca i kolorów

Młodość, miłość i pożądanie – pławiąc się w jasnym świetle słońca i w burzy kolorów

*

WIĘŹNIOWIE

Rozszerzając nieco formułę bloga, chciałbym w najbliższej przyszłości zamieścić na stronie Wizji Lokalnej kilka artykułów napisanych przeze mnie przed laty i opublikowanych w prasie (głównie polonijnej). Pod pewnymi względami nie utraciły one bowiem swojej aktualności. (Tekst “Więźniowie” ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 28 lutego 1997 r.)

*

za kratami więźniowie

*

KRAJ WOLNOŚCI I WIĘZIEŃ

Liczba amerykańskich więźniów przekroczyła 2 miliony. Statystycznie, relatywnie wobec liczby mieszkańców, jest ich tu ponad 5 razy więcej, niż w jakimkolwiek innym rozwiniętym państwie. (Innymi słowy, w Stanach Zjednoczonych jest 25% więźniów przebywających w więzieniach całego świata.) Żadna cywilizacja w dziejach ludzkości nie miała tak rozwiniętego systemu penitencjarnego (mówimy o więzieniach, a nie obozach koncentracyjnych czy obozach pracy w państwach totalitarnych, wliczając w to Chiny). Jak na ironię Ameryka w oczach świata zawsze – nawet w epoce niewolnictwa – mieniła się krajem wolności i obywatelskich swobód – co, w obliczu tych faktów, wygląda na wielce ironiczny paradoks.
Bogate Stany Zjednoczone mogą sobie pozwolić na luksus (?) odizolowania od społeczeństwa całej armii skazańców, za utrzymanie każdego z nich płacąc 20 – 30 tysięcy dolarów rocznie. My, podatnicy, chcielibyśmy wierzyć, że nam się to opłaca. Lecz wiara ta nie jest w nas zbyt silna. Możemy być jednak pewni, że opłaca się to prywatnym kompaniom obsługującym cały ten więzienny biznes. I, niestety, podejrzenia o to, że taka olbrzymia ilość więźniów motywowana jest właśnie doraźnym zyskiem “przemysłu” więziennego, nie są chyba w tym kontekście bezpodstawne.
Woodrow Wilson przypomniał kiedyś publicznie, że to nie używaniem bata można zrobić z kogoś człowieka, a raczej kusząc go rzeczami, które warte są tego, by je kochać. Wątpliwe jednak by recydywista mógł tę poezję zrozumieć. Już sama miłość jest dla niego zwykle pojęciem jakby z innego świata. Niewątpliwie też, słowa Tagorego mówiące, iż chłostać może tylko ten, który kocha, przyjąłby z osłupieniem. A przecież i w samej Biblii można znaleźć upomnienie, iż ten kto szczędzi rózgi, nienawidzi swego syna (!).
Mało kto wierzy w możliwość pełnej resocjalizacji więźniów. Milcząco przyznaje się więc rację tym, którzy dążą do skutecznej (bo permanentnej) izolacji “niereformowalnych” skazańców. Ową tendencję reprezentuje ustawa amerykańskiego kongresu sprzed 6 lat, przewidująca surowe kary – i to bez możliwości ich złagodzenia – dla kryminalistów, którzy po raz trzeci popełnili poważne przestępstwo.
W to, że karą można poprawić człowieka, wątpiono zawsze. Nietzsche w “Pochodzeniu moralności” pisał: “Ogólnie mówiąc, kara czyni człowieka twardym, uodparnia go i znieczula, wzmaga koncentrację, wyostrza świadomość alienacji, wzmacnia siłę sprzeciwu.”

CZYŚCI I BRUDNI

Jakże różni mogą być więźniowie. Czasami jednego z drugim łączy tylko to, że przebywają za kratami – w zamknięciu. Poza tym – wszystko inne może ich dzielić. Wątpimy, że więzienie może poprawić człowieka, co chyba jest prawdą w stosunku do notorycznych recydywistów i większości pospolitych kryminalistów. W innych przypadkach zmiany pozostawione w psychice uwięzionego człowieka są bardziej skomplikowane i czynią więzienną transformację godną większej uwagi. Wszystko zależy od charakteru, formatu i osobowości człowieka pozbawionego wolności – także od okoliczności (i przyczyn) jego uwięzienia.
Jednych więzienie łamie, drugich umacnia. Jedni zamieniają się w zwierzęta (bo okazuje się to jedynym sposobem by przetrwać), inni chronią w sobie człowieczeństwo, zachowując wewnętrzną godność, mimo zewnętrznego upodlenia. Herling-Grudziński pisze, że najbardziej godnie i odważnie zachowywali się w sowieckich obozach ludzie wierzący. Pewnie takich miał na myśli ks. Jan Twardowski, mówiąc: “Wyobraźmy sobie więźnia łagru, niewinnie pokrzywdzonego skazańca z czystym sercem. Pije brudną wodę, je brudną ręką z brudnej skorupy, na brudnym stołku przykrytym brudną szmatą. Tyle brudu wokół niego, a on został czysty.”
Na wszystkich jednak więzienie pozostawia niezatarte piętno, deformując w jakiś sposób postrzeganą przez nich rzeczywistość. Z tego też chyba względu, niektórzy z polskich opozycjonistów pozbawionych wolności przez komunistyczne władze w czasach PRL-u, kiedy nastąpił przewrót, nie byli w stanie udźwignąć steru władzy, zdradzając nawet czasami symptomy manii prześladowczej, wykazując też skłonność do tworzenia tzw. “teorii spiskowych”, które są jednak zwykle niczym innym, jak pewną formą paranoi.
Czy można porównywać więzienie dla zwykłych przestępców z obozami faszystowskimi lub komunistycznymi, gdzie trafiali ludzie w całej swej różnorodności – często szlachetni i światli? Zresztą, nawet w pospolitym zakładzie karnym, znaleźć można wszelkie ludzkie typy.
Na ścianie więzienia w Edynburgu widniał kiedyś taki oto napis:

“Więzienie jest domem opieki,
Miejscem, gdzie nikt się nie rozwija.
Kamieniem probierczym, by sprawdzić przyjaciela.
Grobem dla tych co żyją.
Czasem to miejsce sprawiedliwości,
Czasem – miejsce krzywdy i bata.
Znajdziesz w nim złodzieja i uczciwego,
Znajdziesz ofiarę i kata.”

WIĘZIEŃ NR 1: NAWRÓCONY

Wraca co jakiś czas sprawa ukarania zabójców księdza Jerzego Popiełuszki, sprawców najsłynniejszej zbrodni politycznej w powojennej Polsce. Przypomnijmy, że w 1985 r. do więzienia trafiło czterech pracowników Służby Bezpieczeństwa: Piotrowski i Pietruszka z wyrokiem 25 lat pozbawienia wolności, Pękala – 15 lat i Chmielewski – 14 lat. Rok później, na podstawie amnestii, dwóm pierwszym zmniejszono kary do 15 lat, pozostałym – do 10 i 7 lat. Z kolei, już w następnym roku kary Piotrowskiego i Pietruszki stopniały do 10 lat, a pozostałych – do lat 6. W latach 90-tych byli już na wolności wszyscy, z wyjątkiem Piotrowskiego, którego jednakże wypuszczano co jakiś czas na przepustki.
Kilkakrotnie próbowano pociągnąć do odpowiedzialności wyższych funkcjonariuszy SB i MSW – generałów: Płatka, Ciastonia i Kiszczaka, lecz – jak wiemy – nic z tego nie wyszło.

Wraca po latach to wspomnienie dreszczu, jaki wielu z nas odczuwało patrząc na zaciętą twarz Piotrowskiego, jego bezlitosne oczy, wypowiedzi ostre, tnące i bezwzględne. Z tego człowieka emanowała wówczas siła, jaką często mają w sobie ludzie opętani złem, zaślepieni ideologią, która w ich głowach przemienia się w paranoję. Ci, którzy odczuli kiedyś grozę stalinizmu na własnej skórze, poczuli jego terror, niewątpliwie mogli przeżyć podczas procesu Piotrowskiego jakieś upiorne deja vu, reminiscencje z czasów zarazy: znowu stanęły im przed oczyma sceny z obozów, gułagów, więzień i kazamatów – ponownie zobaczyli twarze swoich katów. Natomiast ci, których w czasach stalinowskich nie było jeszcze na świecie, mieli oto przed sobą żywy relikt – obraz komunistycznego obłąkania, które wychodząc od “wzniosłych” przesłanek,”szczytnych” ideałów “dobra, sprawiedliwości, równości społecznej i szczęśliwości ludów” oraz “nowego ładu”, kończyło prześladowaniami i mordem – przypieczętowując utopię zbrodnią.

Tymczasem wpadł mi w ręce polski „Super Express”, gdzie zamieszczono wywiad, jaki reporterzy tej gazety przeprowadzili z Piotrowskim podczas jednej z jego półrocznych przepustek, która miała miejsce w 1997 roku. Wypowiedzi Piotrowskiego sprawiają rażenie wręcz pokazowych. Jeśli są szczere, nie mogą chyba nie wywołać satysfakcji – w myśl chrześcijańskiej przesłanki, iż Boga cieszy bardziej jeden nawrócony grzesznik, niż dziesięciu wiernych i cnotliwych (tezy nie do końca przeze mnie zrozumiałej, bo sprzeciwiającej się logice wymierności dobra.)

Grzegorz Piotrowski:

Grzegorz Piotrowski: “Większość służb specjalnych w Polsce żyje w świecie fikcji. Walczy za ogromne pieniądze z fikcjami wytwarzanymi na własny użytek (…) To był kabaret. Tyle, że ja myślałem, że gram w dramacie.”

Oto rozlega się donośne uderzenie w pierś własną Piotrowskiego:
„Byłem zanarkotyzowanym maniakiem. Z całą pewnością nie byłem człowiekiem zdrowym psychicznie. O tym jak myślałem może świadczyć fakt, iż byłem przekonany, że Katyń jest jedynie propagandowym wymysłem. Miałem poczucie posłannictwa. Każdy atak na Służbą Bezpieczeństwa traktowałem jak napaść na mnie samego (…) Zbrodni nie usprawiedliwia nic. Natomiast maniacy zarażeni ideologią są niesłychanie niebezpieczni (…) Więzienie jest najlepszym lekarstwem dla narkomanów, takich jak ja. Proszę mi wierzyć, ze lepszego lekarstwa nie ma.”
Jednak większość uderzeń pada na piersi cudze, głównie „firmy” i panującej w niej ideologii:
„Byłem tak mocno przesiąknięty ideologią, że nawet ryzykując skazanie na śmierć, czego chciał prokurator, postanowiłem, że trzeba bronić interesów ‘firmy’ (…) Na oczach miałem takie bardzo duże klapki. Z procesu wynikało, że zamordowanie księdza to mój wymysł, wybryk spowodowany moimi skłonnościami patologicznymi. Tak to próbowano sprzedać. A ja byłem przesiąknięty nie tylko ideologią partyjną, ale ideologią służb specjalnych. Mój umysł został ‘spacyfikowany’ mentalnością służb specjalnych.”
Niczym cała masa rewolucyjnych buntowników i ideowych prekursorów totalitaryzmu, stawiał się Piotrowski poza dobrem i złem:
„Tak, to trzeba było zrobić (tzn. ‘oczyścić’ ojczyznę z ‘wichrzycieli’ i ‘podburzaczy’ – przyp. LA). Działałem w poczuciu wyższej racji (…) Uważałem, że nawet cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwione, gdy zapewniają spokój w państwie. Wówczas państwo kojarzyło mi się z władzą”.

Jak widzimy, Piotrowski przyznaje, że państwo utożsamiał z władzą, zdradzając tym samym istotę każdego państwa totalitarnego, w którym siła, przymus i władza stawiane są ponad człowiekiem (tzn. ponad człowiekiem z krwi i kości, a nie wyimaginowanym człowiekiem idealnej szczęśliwości, którą ma się osiągnąć w jakiejś bliżej nieokreślonej „świetlanej” przyszłości.”)
Morderca wypowiada się również w sprawie sumienia:
„(Oprzytomniałem), kiedy zobaczyłem w telewizji pogrzeb księdza Popiełuszki. Wstrząsnęły mną te tysiące ludzi. Dotarło do mnie wówczas, co się w istocie stało. Rodziców Popiełuszki widziałem jedynie w kilku migawkach, ale tak głęboko zapadli mi w pamięć, że bez trudu rozpoznam ich na ulicy (…) Bywały momenty, jeśli rozmawiamy szczerze, że siłą woli przywoływałem postać księdza Popiełuszki. Mówiłem do niego per ‘Jurek’. Jednak były to monologi – z tamtej strony była to tylko cisza.”
Czy mamy się w tym momencie wzruszyć? Na ile jest to wyznanie szczere, na ile wyrachowane?
Czy rzeczywiście tak cenne może być dla nas to „nawrócenie” i samokrytyka Piotrowskiego? (Nota bene, „samokrytyka” to był żelazny punkt w repertuarze komunistycznej gry i perfidii.) Jestem pewien, że gdyby układy polityczne z tamtego okresu przetrwały w niezmienionej postaci do dzisiaj, Piotrowski pozostałby przy swojej Ideologii, przy swoich Panach, przy swoim żłobie i dalej by uważał, że „cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwione”, a nienawiść społeczeństwa do Służby Bezpieczeństwa to „przejaw głupoty i niezrozumienia naszej misji.”
Jego „nawrócenie” się i pokajanie jest więc niczym innym, jak kolejnym „nawróceniem” koniunkturalnym, czyli takim, które wynika z warunków zewnętrznych, a nie z własnej wewnętrznej potrzeby, ludzkich przemyśleń, głosu sumienia…
Lepsza chyba jednak taka przemiana, niż żadna.

Może się to wydać zdumiewające, ale dało się słyszeć wśród Polaków opinie świadczące o podziwie dla charakteru Piotrowskiego, dla jego „nieugiętej”, „twardej” postawy podczas procesu. Taka admiracja jest dla mnie dość wstrętna, nawet jeśli przyjmiemy, iż rzeczywiście wynikało to z żelazności charakteru esbeka. A może jednak było to efektem przeświadczenia, że mimo wszystko zbrodnia ta pozostanie bez kary? (Tak, jak bez kary pozostały inne zbrodnie komunistycznego reżimu.) Właściwie tylko przypadek sprawił, że towarzyszący Popiełuszce Chrostowski uciekł i dzięki temu wszystko wyszło na jaw.
Poza tym, gdzie ten charakter Piotrowskiego, lojalnego wobec własnych wyborów? (Choć przyznaję, że to pretensja cokolwiek przewrotna.) A może nie był to żaden podziwu godny charakter, a ordynarne zaślepienie, omamienie, poczucie bezkarności i buta? Czyli – koniec końców – bezmyślność, głupota i nikczemność. A takimi cechami charakteru trudno doprawdy się zachwycić.
Możemy odnieść wrażenie, iż – udzielając wywiadu – Piotrowski rozumuje w miarę trzeźwo i krytycznie, dochodzi jednak do mylnej konkluzji:
„Większość służb specjalnych w Polsce żyje w świecie fikcji. (Zresztą nie tylko w Polsce – przyp. autora) Walczy za ogromne pieniądze z fikcjami wytwarzanymi na własny użytek (…) To był kabaret. Czytałem ostatnio fragmenty ‘Białej Księgi’. To jest pewien przykład na to, że to jest jednak cały czas kabaret. Tyle, że ja myślałem, że gram w dramacie.”
To prawda, służby specjalne w Polsce często przypominały groteskowy, acz potworkowaty kabaret. Niestety, choć obsada artystyczna i dekoracje nieco się zmieniają, to rodzaj występów pozostaje ten sam, o czym mogliśmy się niejednokrotnie przekonać, czytając choćby wspomnianą przez Piotrowskiego „Białą Księgę” (będącą zapisem rozmów funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa), o której swego czasu było dosyć głośno. Doprawdy, lektura ta mogła wpędzić człowieka w przygnębienie. Po raz kolejny byliśmy w stanie uświadomić sobie jak małym rozumem ten świat jest rządzony – od jakich chamów, bandziorów i kretynów zależy czasem sytuacja w świecie, a tym samym jego (i nasze) losy. Śledząc polskie komentarze na temat “Białej Księgi” odnosiłem niekiedy wrażenie, iż pewnymi ludźmi w kraju nadal powoduje strach (a w najlepszym razie asekuracja), dlatego w ocenie tego arcydzieła polskiej myśli wywiadowczej są tacy ostrożni i powściągliwi. Ostatecznie, obciążona komunistycznym dziedzictwem i nawykami “bezpieka” działa do dziś, a jej macki dalej w dalszym ciągu mogą być silne, długie i chwytne.
Wróćmy jednak do Piotrowskiego i jego stwierdzenia, iż miał wrażenie, że gra w dramacie, a w rzeczywistości był to jednak kabaret. Jeśli już był to kabaret… to tylko do momentu, kiedy w tym kabarecie zamordowany został człowiek. Zdarzyła się tragedia, która farsę zamieniła w dramat. Czy rzeczywiście – do dzisiaj – Piotrowski uświadomił to sobie naprawdę?

WIĘZIEŃ NR 2: OCALONY

To była rozmowa z katem. Kolej teraz na rozmowę z ofiarą.
Harry H. Wu wiele lat swego życia spędził w laogai – chińskich obozach pracy. Zdołał w końcu wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie został dyrektorem The Laogai Research Foundation. Swego czasu odwiedził też Polskę z życzeniem, by ta potępiła laogai w sposób konkretny – a więc nie tylko moralny, ale i polityczny – zakazując jednocześnie importu produktów powstających w niewolniczych obozach pracy: “Biznesmenów zachęcam do inwestowania w Chinach, bo do nich rzadko trafiają argumenty o prawach człowieka. Przypominam jednak, że komuniści zagarnęli po rewolucji własność prywatnych przedsiębiorców krajowych i zagranicznych. Biznesmeni uczą się tylko na własnych stratach, a trzeba pamiętać, że komuniści nie wyparli się dotąd celów swojej rewolucji”.

Harry Wu:

Harry Wu: “Jeśli zejdziesz do poziomu zwierzęcia, te problemy znikają. Co cię obchodzi godność albo miłość? To są ludzkie wymysły. Czy ktoś dyskutuje z psem o znaczeniu wolności?”

Mam przed sobą niezwykle interesującą rozmowę z Harrym Wu przeprowadzoną przez Adama Szostkiewicza i opublikowaną w “Tygodniku Powszechnym”.
“Kim Pan jest? Demokratą” – pyta się rozmówca, a Harry Wu odpowiada: “Jestem człowiekiem, który ocalał z laogai. Świadkiem chińskiego koszmaru.”
Tak więc, nie zamierza się on określać politycznie, uznając za istotę swojej osobowości (i postawy) to, co ukształtowało się w nim podczas pobytu w laogai i po późniejszym ocaleniu. Okazywanych mu teraz w świecie objawów szacunku i podziwu nie bierze do siebie. Cóż on bowiem znaczy? To, że świat zna jego twarz i nazwisko liczy się tylko dlatego, że za nim kryją się imiona i twarze milionów anonimowych ludzi. Tylko dlatego ważne jest jego ocalenie. Nadal jednak w jakimś sensie czuje się więźniem – psychicznie bowiem nie opuścił tamtego świata, a jego mieszkańcy wciąż mu towarzyszą. Odzyska wolność dopiero wtedy, kiedy laogai przestaną istnieć.
Jak trafił do obozu? Jak kształtowały się jego poglądy i świadomość? Jak wygląda historia jego życia duchowego i ideowego?
To skomplikowane.
W dzieciństwie był człowiekiem bardzo religijnym, ochrzczono go gdy miał 11 lat. Był więc katolikiem. Po wybuchu rewolucji życie religijne wygasło. Zaczął studia, czytał Marksa, Lenina i Mao, chciał przyjąć ich punkt widzenia. Nawet wtedy, gdy w 1960 roku aresztowano go za “działalność kontrrewolucyjną” (ośmielił się publicznie krytykować interwencję sowiecką na Węgrzech) i wysłano go do jednego z licznych obozów “reedukacji przez pracę”, to nawet wtedy uważał, że zasłużył na karę, że nie miał racji – jak może mieć rację, skoro wszyscy dookoła myślą inaczej, niż on? (“99,99% ludzi sądziło, że komunizm jest dobry, a Mao jest bogiem” – mówi Wu.)
Izolacja, dobrowolna czy narzucona, robi swoje. Zaślepia. Odbiera poczucie kierunku: “Strącają cię na dno, między żaby. Mijają lata, dziesiątki lat i zaczynasz wątpić w istnienie nieba. Prawda? Cóż jest prawda? Zaczynasz przeczyć najoczywistszym prawdom. Niebo? Nie, niebo wygląda inaczej. Przecież jesteś tylko żabą wśród innych żab.” Bunt nie ma sensu – nie ma dlań miejsca, ani uzasadnienia.
W pewnym momencie Wu przekroczył granicę między życiem a śmiercią. Groziła mu śmierć z głodu, był torturowany. W kopalni, w której pracował, miał prawie śmiertelny wypadek. W takich sytuacjach rodzi się w człowieku pytanie o sens życia: “Bo wszystko wydaje się warte tyle, co popiół z papierosa.”
Jednak istoty ludzkie różni od zwierząt wyobraźnia i nadzieja, plany, pragnienia… Życie więźnia także rządzi się nadzieją, gdyż człowiek to takie zabawne stworzenie, które – nawet jeśli nie widać znikąd żadnej nadziei – to ją sobie stwarza.
Wielu z jego towarzyszy-współwięźniów, popełniło samobójstwo. On sam próbował się zagłodzić na śmierć. Ale wybrał inny sposób wydostania się z laogai: zapomnieć, że jest się istotą ludzką – zamienić się w zwierzę: “Jeśli zejdziesz do poziomu zwierzęcia, te problemy znikają. Co cię obchodzi godność albo miłość? To są ludzkie wymysły. Czy ktoś dyskutuje z psem o znaczeniu wolności?”
Przestał więc byś człowiekiem.
W obozie modlił się tylko dwa razy: “Najpierw, na samym początku, zanim zamieniłem się w zwierzę. Wtedy jeszcze płakałem na myśl o ukochanej, o kolegach, o życiu na wolności. Później, może po półtora roku, przestałem płakać na długie lata. Po raz drugi modliłem się, kiedy mój współtowarzysz umierał z wycieńczenia, a ja czułem się moralnie współodpowiedzialny za niego i siebie: Boże, uczyli mnie, że jesteś wszechobecny. Gdzie jesteś? Giniemy tu, niewinni. Gdzie jesteś?! Krzyczałem: gdzie jesteś?! I przestałem się modlić. Kiedy mnie wypuszczono, wyjechałem do Stanów. Tam wróciłem do kościoła. Odkryłem, że Bóg jest nadal w mojej duszy.”

Wśród wypowiedzi Wu znaleźć też można fragment, który znakomicie potwierdza tezę głoszącą, że totalitaryzm ma szansę choćby tylko czasowego utrzymania się jedynie w społeczeństwie o odpowiedniej tradycji autorytaryzmu i absolutyzmu, sięgającej wieki wstecz. Podobnie było ze społeczeństwem rosyjskim, które od stuleci carat wychowywał na naród niewolniczy (dzięki czemu, do dzisiaj nie milkną głosy sceptyczne, co do szans powodzenia autentycznych przemian demokratycznych w tym kraju).
Harry Wu mówi o Chinach: “Trzeba pamiętać, że chińska kultura i tradycja nie zaczynają się w czasach komunizmu, tylko sięgają dwa – trzy tysiące lat wstecz. W konfucjanizmie nie istnieje pojęcie praw jednostki, człowiek jest częścią społeczeństwa i państwa. Wartość jednostki określa miejsce, jakie zajmuje ona w hierarchii społecznej. Wszystko, co robi władza, jest dobre i należy to akceptować. To są wyobrażenia autorytarne i taka jest też nasza tradycja państwa. Dla Chińczyków władza i system nie pochodzą od Boga, naszym emblematem jest smok. Cóż to jest smok? Nic i wszystko! Za znakiem smoka kryje się absolutna władza cesarza, dynastii, dygnitarza…, którym należy się ślepe posłuszeństwo. Komunizm czerpie z tej tradycji, choć jego ideologia jest produktem Zachodu. A konfucjanizm i buddyzm były popierane przez państwo, bo potwierdzały przekonanie, że człowiek zasłużył sobie na swój los, a jego pozycja społeczna jest z góry przesądzona. Lecz Chińczycy nie buntowali się przeciwko komunizmowi nie tylko z tych powodów, lecz także ze strachu. Strach towarzyszył nam od wieków. Karą za wystąpienie przeciwko cesarzowi była nie tylko śmierć buntownika. Zagłada spadała na całą jego rodzinę. To samo zdarzyło się w epoce Mao. Bezwzględne represje polityczne są częścią naszej tradycji. W Chinach komunistycznych zmuszano ludzi z otoczenia skazanego, do jego potępienia.”
Warto o tym wszystkim pamiętać, podniecając się obecnym tempem wzrostu chińskiej potęgi.

*

“BARFLY”, “MUSIC BOX”, “VANISHING POINT”, “MARY REILLEY”, “WORKING GIRL”, “GREAT BALLS OF FIRE” (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się dwadzieścia parę lat temu od kilku publikacji w miesięczniku “KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów “Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną (“Dziennik Chicagowski”, “Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

* * *

Tym razem się zbuntowałem i postanowiłem, że w tekście poniższym będę używał oryginalnych angielskich tytułów filmów, które moim zdaniem brzmią znacznie lepiej, niż tytuły polskie: “Mucha barowa”, “Pozytywka”, “Znikający punkt”, “Pracująca dziewdczyna”, “Wielkie kule ognia”.

“BARFLY” (reż. Barbet Schroeder)

Mickey Rourke (i Faye Dunaway) w "Barfly"

Mickey Rourke (i Faye Dunaway) w “Barfly”

“Barfly” jest rodzajem mitologizującej impresji, która w paradoksalny a skuteczny sposób poddaje uromantycznieniu… rynsztok. Bohater jest bowiem brudnym, śmierdzącym, szpetnym, porozbijanym bumem, nicponiem, burdziarzem i pijakiem, ale – przedziwnie! – urasta na ekranie do postaci zgoła… romantycznej. Mało tego! Jego postawie wiecznego rebelianta-trunkowca, nadaje się znamion – ni mniej, ni więcej tylko… arystokratyzmu, wręcz królewskości! Jego krew buzuje od alkoholu, ale nie przestaje być (ponoć) krwią błękitną. Co z tego, że Barfly (Mickey Rourke) przypomina poczwarę Quasimodo, stąpając ciężko i niezgrabnie, zgarbiony i przygięty do ziemi, z rękami zwisającymi jak u goryla, z kośćmi połamanymi w niekończących się bójkach, o twarzy pokiereszowanej i zakrwawionej, z włosami w lepkich i brudnych strąkach, w ubraniu zmierzwionym, które od wieków nie zaznało grama proszków do prania… Spod zlepionych i opuchniętych powiek, Barfly toczy po ludziach wzrokiem ironicznym i zuchwałym – w swej wszawej znikomości patrzy na nich z góry, z pozycji “poety”, który świadomie wybrał życie lumpa, odmawiając przyłączenia się do “wyścigu szczurów”. Stąd czerpie poczucie własnej wyższości i arystokratyzmu. A jakże!
I jeszcze jeden paradoks scenariusza: Barfly, mimo, że zmieszany z błotem (i krwią), nie tylko że nie utracił swego humanizmu, ale również – jako jedyny – zdołał go w sobie uchronić w postaci czystej i nieskorumpowanej: szczerość, niewyrachowanie, poddanie się instynktom serca i bezgraniczna odwaga – to wszystko wyznacza jego człowieczeństwo. Warto jednak zauważyć, że jest w tym typowo artystowskie (i zgoła naiwne) pojęcie wolności: Barfly jest wolny, gdyż nie posiada nic. Inni pozamykali się w “klatkach o złotych prętach”.
Może zdumiewać fakt, że mimo wszystko film pozostaje – jak ktoś to określił – “zabawny, przyjemny i komiczny”. To, co łatwo mogłoby się stać 100 minutami pijatyki, wymiotów, emocjonalnych tortur i przemocy, można uznać za 100 minut niezłego, miejscami błyskotliwego, kina. Jak to możliwe? Otóż wydaje mi się, że to dzięki temu, iż autorzy – odwracając do góry nogami tradycyjną hierarchię wartości – robią to na tyle ironicznie i rozbrajająco, że prawdziwym, uzależnionym od “latarni magicznej” kinomanom, do głowy nie przychodzi zżymać się na na dekadencką, auto-destruktywną bohemę i nihilizm świata przedstawionego w filmie. Przystają – bardziej lub mniej świadomie – na jego umowność. Podejście moralizatorskie bowiem zniszczyłoby impakt obrazu Barbeta Schroedera, który – potraktowany literalnie – mógłby stać się aż nadto łatwym łupem “stróżów moralności” (najczęściej cudzej).
Nie można nie wspomnieć o tym, że scenariusz “Muchy Barowej” napisał nie kto inny, jak sam Charles Bukowski, sędziwy już Kalifornijczyk polskiego pochodzenia, którego młodzieńcza “rynsztokowa” egzystencja “poety-pisarza”, w niektórych europejskich kręgach literackich, zainteresowanych amerykańskim “life-stylem” (!), wzięta została ongiś za rodzaj nowoczesnego “mitu przetrwania”, czyniąc z Bukowskiego postać wręcz kultową. A Barfly to w dużej części sam Charles Bukowski – czy też raczej ktoś, za kogo Bukowski chciałby się podawać.

“MUSIC BOX”  (reż. Costa-Gavras)

Jessica Lange i Armin Mueller-Stahl w "Music Box"

Jessica Lange i Armin Mueller-Stahl w “Music Box”

Wydaje się zrozumiałe to, dlaczego Costa-Gavras zdecydował się na sfilmowanie scenariusza Eszterhasego. Odnalazł w nim bowiem motywy, które wyznaczały jego dotychczasową drogę twórcy kina “politycznego” (“Z”, “The Missing”, “The Confession”…), gdzie zajmował się jednostką konfrontowaną z polityczną machiną. interesował go człowiek – jego sumienie zderzające się z totalitaryzmem w przeróżnych formach. Także z przeszłością, której cienie kładą się na naszej teraźniejszości, na przekór naszym wysiłkom, by ich nie dostrzegać, by o nich zapomnieć.
Historia ukazana w “Musi Box” podobna jest w swym zarysie do głośnej sprawy Demjaniuka, ukraińskiego emigranta, przez dziesiątki lat pracującego w Cleveland, oskarżonego o zbrodnie popełnione w czasie II wojny światowej (w Treblince nazywano go “Iwanem Groźnym”).
W filmie Costy-Gavrasa, węgierski imigrant Mike Laszlo (Armin Mueller-Stahl), emerytowny pracownik chicagowskiej stalowni, który przez 40 lat swego pobytu w Ameryce prowadził życie przykładnego obywatela, ojca rodziny i dziadka, zostaje oskarżony o przynależność do zbrodniczych formacji węgierskiej żandarmerii, kolaborującej z Niemcami i rywalizującej z nimi w mordowaniu Żydów. Komunistyczne (jeszcze wówczas) Węgry żądają ekstradycji domniemanego zbrodniarza, dostarczając Amerykanom dowody jego winy. Departament Sprawiedliwości wytacza przeciw Laszlo proces, oskarżając go o zafałszowanie danych podczas składania podania o amerykańskie obywatelstwo (zatajenie przynależności do żandarmerii uznanej za organizację zbrodniczą). Laszlo zaprzecza wszystkiemu, twierdząc, że obciążające go dowody zostały spreparowane przez komunistyczny rząd Węgier, który chce zemścić się na nim za jego niegdysiejsze anty-komunistyczne manifestacje.
Obrony Laszlo podejmuje się jego córka Ann (Jessica Lange), która pod opieką owdowiałego wcześnie ojca skończyła studia prawnicze i sama jest już adwokatem. Główny wątek filmu czerpie swą dramaturgię z niezwykle intensywnej emocjonalnie transformacji jaką przeżywa Ann, gdy objawia się przed nią i ożywa zamierzchła a potworna prawda o najdroższej jej osobie. Czy to możliwe, że ten starszy, dobroduszny, ukochany przez nią człowiek w młodości swojej był bestią mordującą niewinnych i bezbronnych ludzi, oprawcą, który strzelał w tył głowy dzieciom, gwałcił kobiety na oczach ich rodzin?
Naturalnie Ann, podejmując się obrony ojca, jest przekonana o jego niewinności, o pomyłce. Jednak podczas wysłuchiwania wstrząsających zeznań naocznych świadków zbrodni “Miszki” (tak w tamtym czasie nazywano Laszlo), ta wiara chwieje się coraz bardziej. Jej najgorsze, koszmarne podejrzenia znajdują mocne potwierdzenie. Czuje się rozbita, zdewastowana emocjonalnie, przeżywając tortury – konflikt sumienia w formie najboleśniejszej, jaką sobie można tylko wyobrazić. Nic więc dziwnego, że gdy tylko pojawia się cień szansy na uwolnienie ojca z zarzutów i potwierdzenie jego niewinności, chwyta się tego z desperacką determinacją. Ann chce ocalić nie tylko honor ojca, ale i odbudować świat, który się w niej rozpadł.
“Music Box” skupia się na problemie winy we wszystkich jej subtelnych odcieniach. Pod przybraniem “sądowniczego thrillera”, zajmując się przypadkiem konkretnego człowieka, Costa-Gavras porusza kwestie najwyższej wagi dla każdego społeczeństwa, narodu: problem pamięci “selektywnej”, “pobożno-życzeniowego” wglądu we własną historię, omijanie prawd i faktów niewygodnych. Sam reżyser określił wprost dylemat głównej bohaterki – odkrywającej straszną prawdę o ukochanym ojcu – jako dylemat tych Amerykanów, którzy są bardziej świadomi i uczuleni na pewne aspekty własnej historii, zawierającej m.in. takie “epizody”, jak eksterminacja Indian (Szlak Łez, masakra pod Wounded Knee…), niewolnictwo, wojna secesyjna czy indochińska (bombardowanie Kambodży, masakra w wiosce My Lai…). Oni wiedzą, że Wuj Sam nie zawsze był takim jowialnym siwym jegomościem, jakim przedstawia się go na patriotycznych, umalowanych w barwy narodowe, obrazkach. Amerykańska “niewinność” zbyt często przenika się ze świadomą ignorancją, wypieraniem niewygodnych myśli, faktów i obrazów.
A jakie mogą być konsekwencje przyjmowania przez społeczeństwo łatwostrawnych treści, odurzania się konsumpcjonizmem i otaczania dymną zasłoną tematów zastępczych? Totalitaryzm, faszyzm, erupcja zła drzemiącego pod pozorami dobrobytu i hipokrytycznego hołubienia “tradycyjnych” wartości? Costa-Gavras nie chce być złym prorokiem, ani tym bardziej nawiedzonym katastrofistą. Chce ostrzegać: w społeczeństwie musi istnieć racjonalna, jasna i odważna świadomość odporna na manipulacje świadomością i pamięcią – na różnego rodzaju uniki i eskapizmy.
Joe Eszterhas w swoim scenariuszu zawarł elementy, które można było spotkać w jego wcześniejszych pracach: choćby w thrillerze  kryminalnym “The Jagged Edge”, czy w “Betrayed”. Również i tam mieliśmy bohaterów rozdartych  między miłością do człowieka, któremu zaufali, a panicznym, śmiertelnym wręcz strachem przed ujawnieniem jego drugiego, nieznanego im – a przerażającego – oblicza. “Music Box”, przy tym wszystkim, głęboko, szczerze i uczciwie zajmuje się istotnym problemem etycznym i społecznym. Wspomaga tę zaletę nie tylko sprawna i kompetentna reżyseria Costy-Gavrasa, ale i wyśmienita kreacja Jessici Lange, która po raz kolejny udowodniła, że jest kimś więcej niźli tylko piękną jasnowłosą gwiazdką (taką, jaką pamiętano choćby z fantazyjnego “King Konga”). Jej wystąpienie ma w sobie intensywność, kompleksowość i inteligencję wybitnego aktorstwa. “Music Box” to film trochę zaniedbany i zapomniany, na co moim zdaniem absolutnie nie zasłużył. Więc, jeśli ktoś go jeszcze nie zna i nie boi się poruszonej w nim problematyki, to warto po niego sięgnąć.

“VANISHING POINT” (reż. Richard C. Sarafian)

"Vanishing Point"

“Vanishing Point”

“Kowalski to ostatni amerykański bohater, symbol naszej umierającej wolności” – wykrzykuje do mikrofonu didżej Super Soul w filmie “Znikający punkt”, będącym zarówno produktem buntowniczej kontrkultury przełomu lat 60-tych i 70-tych, jak i rodzajem hołdu składanego kontestatorom i straceńcom tamtych czasów.
Kim jest Kowalski?
Wietnamski weteran, były policjant, były kierowca wyścigowy – w “Znikającym punkcie” mknie z szaleńczą prędkością z Denver do San Francisco, ścigany przez policję wielu stanów. Bohater wszystkich tych, którzy wypadli poza nawias społeczeństwa, skłóconych z życiem, nieprzystosowanych…
“Znikający punkt” Richarda C. Sarafiana stał się jednym z najbardziej znaczących filmów “kultowych” lat 70-tych, a jednocześnie obiektem ataków amerykańskiej krytyki i to nie tylko tej, reprezentującej establishment, przeciwko któremu wyraźnie zwrócony jest film. A zarzutów rzeczywiście zebrać można było sporo. Pierwsza rzecz, pisano, Kowalski zapomniał dokonać czegoś naprawdę bohaterskiego. Czy rzeczywiście myślał, że (uwaga: spoiler) wybierając (samobójczą) śmierć, najlepiej przysłuży się tym wszystkim, nękanym przez społeczny represjonizm, którzy uznali go swojego przedstawiciela? Czy koniecznie trzeba było robić z policjantów i obrońców prawa morderców, by uczynić z siebie męczennika? Film wygląda na jedną wielką manipulację emocjami widza, (na którą szczególnie podatna jest młodzieżowa widownia, bardziej kierująca się sercem, niż rozsądkiem i logiką).
Sama formuła “Znikającego punktu” może wydawać się konceptem chwytliwym: połączenie kontestacyjnego “kina drogi” (gdzie “droga” jest metaforą życia) z trwającym nieustannie samochodowym pościgiem. Egzystencjalno-wyczynowa mikstura, w której zagustowała większość “młodych-gniewnych” i ich spadkobierców (pamiętających choćby “Easy Ridera”, czyli “Swobodnego Jeźdźca” Hoppera).
Właściwie, to do końca nie wiemy, przeciw czemu buntował się Kowalski i dlaczego rozbił siebie i samochód na miazgę, uderzając z zawrotną prędkością w blokujące mu drogę buldożery. Poszukiwanie powodów do samobójstwa może przybrać różne formy – jedną z prostszych dróg jest poszukiwanie przyczyn w zewnętrznym świecie, uciekając od odpowiedzialności i winy własnej. Trudno uwierzyć, że przeszłość Kowalskiego składała się jedynie z tak ponurych i nieszczęsnych epizodów, jakie nam się pokazuje we flashbackach. Czyja to wina: Kowalskiego, losu czy społeczeństwa? Ponadto, z bliżej nieokreślonych względów, mamy się sympatyzować z wszelkiej maści oryginałami, których Kowalski spotyka na swojej drodze: czarny handlarz narkotyków, spazmatyczny, niewidomy disc-jockey, zaklinacz wężów, nawiedzony guru, Hell Angel – niebieski ptak, hippis i jego zażywająca pustynnych przejażdżek nago na motocyklu towarzyszka… etc. Z drugiej strony z policjantów robi się bezwzględnych sukinsynów, a społeczeństwo ustawia się w pozycji opresora i myśliwego. A przecież – biorąc rzecz deczko poważniej, realistycznie i bardziej dosłownie – Kowalski, mający za nic przepisy ruchu drogowego i w dodatku narkoman, tak naprawdę stanowił śmiertelne zagrożenie dla wszystkich. I dlaczego uparł się dotrzeć do San Francisco w 15 godzin? Na wiele podobnych pytań trudno jest znaleźć odpowiedź.
“Znikający punkt” jest właściwie jedną wielką metaforą, wygląda na swoiste, nie poddające się racjonalizacji, wyznanie wiary i kontestacyjnej solidarności. I tylko pozostaje w nas echo czasów, kiedy to sami kibicowaliśmy Kowalskiemu.
Do dziś robią wrażenie wspaniale fotografowane, niesamowite scenerie Kolorado, Utah i Newady, wzniecający tumany pyłu samochód Kowalskiego, zredukowany często do punktu zagubionego w przepastnych krajobrazach amerykańskiego Zachodu.

PS. Małe wyjaśnienie: recenzję tę pisałem w okresie kontestacji własnej kontestacji. To w pewnym sensie tłumaczy jej wydźwięk – jak widzę teraz: różniący się trochę od tego, w którym opisałem “Barfly” ;)

“MARY REILLEY”   (reż. Steven Frears)

Julia Roberts i John Malkovich w "Mary Reilley"

Julia Roberts i John Malkovich w “Mary Reilley”

Czy w głębi każdego z nas nie tkwi owo jądro ciemności – to nasienie szaleństwa, z którego czasami wyrastają czarne kwiaty zła? Kto z nas nie nosi owych demonów milczących, które czekają tylko, by wyzwolić się z okowów rozsądku, moralności i konwenansów? Czy wszyscy do końca potrafimy zatracić się w blasku słonecznego dnia, unikając mrocznych lęków nocy? Czy każdy z nas ma na tyle siły, by pokonać w sobie Mr. Hyde’a?
Być może wszystkie te pytania – wyjęte jakby z innej epoki, owiane secesyjną maligną dekadencji fine de siecle’u – rażą dziś tych, którzy uznają, iż żyją w czasach rozumu i racjonalizmu. Czasami obłęd – zarówno indywidualny, jak i zbiorowy – daje o sobie znać, i to bez względu na historyczny moment, cywilizacyjny postęp i geograficzne położenie. Skazani jesteśmy na okazjonalną irracjonalność choćby tylko dlatego, że nie potrafimy znieść zbyt dużej dawki rzeczywistości.
Poza tym: czy człowiek nie walczy stale ze swoim alter ego – z tym drugim, zazwyczaj mrocznym Ja? To, co jeszcze i dzisiaj wielu uznaje za podszepty szatana, to przecież nic innego, jak podejmowanie dialogu z samym sobą, zmaganie się z tkwiącym w każdym człowieku Złym.
To właśnie dlatego opowiadanie Stevensona “Dr. Jackyll & Mr. Hyde” weszło na stałe do naszych pojęć dotyczących dylematów ludzkiej psyche, stając się uniwersalną metaforą toczącej się w duszy każdego człowieka walki Dobra ze Złem, która w ekstremalnych wypadkach jawi się nam jako “opętanie”.
Na szczęście jednak “Mary Reilley” - jeszcze jeden film oparty na stevensonowskim wątku – nie zamienia się w kolejna spłaszczoną alegorię tego fundamentalnego dla ludzkiej kondycji manichejskiego konfliktu między Dobrem a Złem. Główna w tym zasługa reżysera Stevena Frearsa, który nie uległ presji producentów i nie zrezygnował z wieloznaczności  i moralnej złożoności filmu, starając się wykazać nie tylko czerń i biel, ale i wszystkie odcienie szarości między Jeckyllem a Hydem; jak również Julii Roberts i Johna Malkovicha zamieniających się na naszych oczach w parę martyrologicznych kochanków.
To prawda, że nic z tego co napisałem nie zapowiada  radosnej rozrywki. Podobnie jak za radosną rozrywkę trudno uznać duchowe i cielesne rozdarcie dr. Jeckylla. Jednak czy aby chodzimy do kina tylko po to, by się beztrosko i radośnie rozrywać?
Podszyty grozą mroczny romans – a tym właśnie jest “Mary Reilley” – może być także pretekstem, by wejść głębiej w nawiedzoną i potraktowaną przez demony duszę człowieka – by zrozumieć miłość rodzącą się ponad Złem i brzydotą… Wreszcie, by w potworze dostrzec zagubione ziarno Dobra. Czy jednak archetypiczny fenomen “pięknej i bestii” przerabiany po raz kolejny – tym razem w mglistych, zabłoconych i poszarzałych dickensowskich sceneriach, nie wykoślawia się na naszych oczach, zamieniając w karykaturę i groteskę? Nie odniosłem takiego wrażenia.

“WORKING GIRL”   (reż. Mike Nichols)

Sigourney Weaver i Melanie Griffith w "Working Girl"

Sigourney Weaver i Melanie Griffith w “Working Girl”

Tess i Katharine są kobietami 30-letnimi. I na tym wydają się kończyć wszelkie między nimi podobieństwa – wszystko inne wydaje się je dzielić. Tess (Melanie Griffith) jest sekretarką, która już kilkakrotnie wyleciała z pracy, gdyż była na tyle bezczelna, że odmawiała swym bossom zmiany stanowiska pracy z biurka na łóżko. I choć sama mówi, że “ma głowę do interesu, a tyłek do grzechu, to koledzy i przełożeni wyraźnie doceniają jedynie ten drugi aspekt jej osobowości. Trzeba przyznać, że Tess jest osóbką energiczną, czasami nawet agresywną, lecz ze względu na trzpiotowaty styl bycia (ech ten jej dziewczęcy szczebiot), krzykliwe szmatki i fryzurę, nikt jej nie bierze na poważnie w businessowych kręgach. A jednak stać ją na błyskotliwe pomysły dotyczące maklerskich operacji. Jedną z takich rewelacji dzieli się ze swoim najnowszym szefem, a właściwie szefową. Jest nią właśnie Katharine (Sigourney Weaver). Praca w jej firmie jest dla Tess “ostatnią szansą”.
Kartharine reprezentuje to, co podziwia i czego pragnie Tess: silną pozycję kobiety niezależnej, styl i klasę damy budzącej wśród mężczyzn zarówno pożądanie, jak i poważanie. Wyraża się pewnie i precyzyjnie, z namaszczeniem dobierając odpowiednie słowa. Ubiera się wytwornie, używa najlepszych perfum, nosi “poważną” (określenie Tess) fryzurę, w każdej sytuacji stara się mieć kontrolę nie tylko nad sobą, ale i nad otoczeniem. Jednym słowem – wzór kobiety nowoczesnej.
Mimo przepaści w hierarchii zawodowej i społecznej, Katharine deklaruje wobec Tess partnerstwo oparte na zasadach równości i solidarności w stawianiu czoła zdominowanemu przez mężczyzn światu interesów. Kiedy jednak szefowa, wyjechawszy w góry na narty, łamie nogę i zostaje unieruchomiona na kilka tygodni, Tess odkrywa jej prawdziwe oblicze, przesłuchując nagrane wcześniej przez nią na taśmie memo. Okazuje się, że Katharine przywłaszczyła sobie ów pomysł Tess, dotyczący pośrednictwa przy wielomilionowej, niezwykle intratnej transakcji kupna radiowej stacji. Wychodząc z założenia, że najlepszą zemstą na wrogach jest odniesienie sukcesu, Tess postanawia (podając się za dyrektorkę firmy) przeprowadzić cały proces kupna i sprzedaży samodzielnie. By sfinalizować deal, kontaktuje się z maklerem innej firmy, Jackiem Trainerem (Harrison Ford). Jak możemy przewidzieć, między Jackiem a Tess wywiązuje się romans. Komplikuje go nieco fakt, iż Katharine była dotychczasową kochanką Jacka i to taką, która wiązała z nim całkiem “poważne” nadzieje.
Nie brakuje więc klasycznych dla komedii perypetii, gwałtownych zwrotów akcji i niejednego qui-pro-quo, a wszystko przy uroku i brawurze Melanie Griffith, wyważeniu i powściągliwości, a jednocześnie wielkiej sugestywności Harrisona Forda oraz determinacji (i także niewątpliwej urodzie) Sigourney Weaver, która nie bała się podjąć roli tak niewdzięcznej i mało sympatycznej roli podstępnej megiery.
“Working Girl” jest jedną z najlepszych komedii, jakie pojawiły się pod koniec lat 80-tych na amerykańskich ekranach. Skonstruowany z prostotą, bezpretensjonalny wątek, okazał się doskonałym pretekstem dla aktorskich popisów wspomnianego tria. Szczególnie dla Melanie Griffith, która zdominowała cały obraz, wspinając się dzięki tej roli na wyżyny hollywoodzkiego gwiazdorstwa (nominacja do Oscara). A stwierdzenie to, akurat w tym przypadku, odebrać należy jako komplement. Także Mike Nichols odnalazł się tu jako reżyser znakomity (jakiego pamiętamy od czasów “Absolwenta”, czy “Pięciu łatwych utworów”) odświeżając ograne wydawałoby się schematy klasycznej komedii. Przefarbowując i przestawiając dekoracje, przemycając społeczno-obyczajowe aktualia, zrobił to na tyle dyskretnie, iż nie odebrana nam została przyjemność uczestnictwa w świetnej zabawie.

“GREAT BALLS OF FIRE” (reż. Jim McBride)

Dennis Quaid w "Great Balls of Fire"

Dennis Quaid w “Great Balls of Fire”

Biografa słynnego rock&rollowca Jerry’ego Lee Lewisa (Dennis Quaid), w której dokonano rzeczy niezwykłej. To zdumiewające jak łatwo ta apologetyczna i pobłażliwa laurka lakierująca swego bohatera, zdradza bezwiednie jego oblicze rozhisteryzowanego i nieodpowiedzialnego bufona i fanfarona. Jej twórcy bowiem (w tym reżyser filmu Jim McBride) nie mogli się posunąć do zmiany kluczowych dla życiorysu Lewisa faktów. A te dość jednoznacznie określają charakter showmana. Mogli natomiast wiele z nich zignorować – co też radośnie i skwapliwie uczynili. Oczywiście – wszystko w imię zabawy i rozrywki. Postawili na legendę “króla życia” i kwiecistego dandysa szalonej i złotej epoki rock&rolla. Dzięki temu natrafiamy w filmie na parę momentów, w których krzesane są iskry prawdziwej radości tej muzyki; chwile, kiedy dochodzi do wybuchu energii, jaką generować może tylko ten rodzaj muzyki. Cała reszta zaś może irytować tak, jak irytujący był w rzeczywistości ten człowiek. Jego życia naprawdę nie nadawało się na budującą przypowiastkę o losach jednej zawrotnej kariery. Co najwyżej, na raczej mroczną i dramatyczną przypowieść o człowieku miotającym się wśród oparów narkotyków i alkoholu, skandali i ekscesów, rozwodów, pijatyk i bijatyk. Wprawdzie wszystko to w filmie wyliczono, ale na palecie zabawnej, barwnej i beztroskiej.
Akcja filmu obejmuje kilka lat z życia Jerry’ego Lee Lewisa, a konkretnie okres kiedy rozpoczął on współpracę z Samem Phillipsem (prezydentem słynnej wytwórni płytowej Sun Records), trafił na szczyty list przebojów, ożenił się ze swą kuzynką Myrą Gale Brown. I kończy się dość bezceremonialnie w roku 1959. Zaiste wygodny to sposób, by pominąć milczeniem jego dwa wcześniejsze małżeństwa i kilka późniejszych oraz zignorować tragedie innych ludzi, za które odpowiedzialny był po części Lewis. Jednak, nawet i to, co przedstawiono w “Great Balls of Fire”, pozwala na wyrobienie sobie opinii o charakterze “Killera”, jak niektórzy nazywali Lewisa.
Interpretacja Dennisa Quaida wydaje się bliska karykatury i parodii, a jednak ci, którzy pamiętają Jerry’ego z tamtego okresu, mówią o uderzającym i niekwestionowanym podobieństwie. Cóż to więc za łobuz i pajac: próżny, nieznośnie manieryczny, głupio uparty – niezrównoważony zadufek i zarozumialec.
Związek z 13-letnią Myrą Gale (Winona Ryder) ukazany jest w konwencji komediowej frajdy. Nawet epizody, z których możemy wnioskować o poważniejszych konsekwencjach tego szaleńczego i nieodpowiedzialnego kroku (rodzic Myry uganiający się z pistoletem za Lewisem, który uwiódł mu córkę; dziecięca bezradność nieletniej dziewczynki w roli żony… etc.) obliczone są wyraźnie na efekt komediowy. Jednak, zamiast śmiechu, reakcją bardziej na miejscu jest zażenowanie.
Trzeba jednak przyznać, że Dennis Quaid przystępując do pianina staje się prawdziwym żywiołem – wzniecając ogień, dosłownie i w przenośni. To są właśnie te momenty, w którym czuć prawdziwy czad rock&rolla. Ta muzyka bowiem to energia w stanie czystym. Refleksja przychodzi później.
*

“FORTEPIAN”, “NA SKRÓTY”, “OJCIEC CHRZESTNY III”, “ROZMOWA”, “UCIEKAJĄCY POCIĄG”, “WSPANIALI BRACIA BAKEROWIE” (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się dwadzieścia parę lat temu od kilku publikacji w miesięczniku “KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów “Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną (“Dziennik Chicagowski”, “Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

*

“FORTEPIAN” (reż. Jane Campion)

Holly Hunter i Anna Paquin w "Fortepianie"

Holly Hunter i Anna Paquin w “Fortepianie”

Rewelacyjny film wyreżyserowany przez wielce utalentowaną Australijkę Jane Campion, która już wcześniej zwróciła na siebie uwagę, m.in. głośnym “An Angel at My Table”. “Fortepian” cieszy się już w Ameryce – szczególnie po przyznaniu Złotej Palmy w Cannes – opinią najlepszego filmu zagranicznego roku, co wyściela mu drogę do Oscara (ostatecznie obraz ten otrzymał 3 statuetki: dla Holly Hunter w roli głównej, dla Campion za scenariusz i dla 11-letniej Anny Paquin za rolę drugoplanową – przyp. LA). “Fortepian” wart jest jednak dużo więcej. Bez przesady można stwierdzić, że sięga szczytów filmowej sztuki, przywołując skojarzenia z całym wianuszkiem największych twórców kina i ich dziełami. Mimo to jest czymś spójnym i nad wyraz oryginalnym. W zdumiewający sposób łączy artystyczną subtelność i estetyczne wysmakowanie z surowością i dzikością naturalizmu.
Wiek XIX. Holly Hunter jako milcząca irlandzka wdowa, zagubiona ze swoim fortepianem – i pulsującymi w jej duszy emocjami – wśród nowozelandzkich puszcz i moczarów. Harvey Keitel jako skłaniający się ku maoryskiej “dzikości” Europejczyk, nie do końca wyzuty z kulturalnej subtelności i erotycznych impulsów, które prowadzą go w końcu do miłości. Opowieść o tłumionych namiętnościach i niedopasowaniu ludzi – zarówno do świata, jak i siebie samych.
Fortepian w błocie, muzyka w dżungli, Europejka i Maorysi, kultura i “dzikość”, sztuka i prymitywizm, subtelność i brutalizm, łagodność i gwałt, sacrum i profanum… Podobne kontrasty wynikające ze zderzenia odmiennych kultur – dwóch różnych światów – próbował ongiś w swoich filmach ziomek Campion Peter Weir (“Piknik pod Wiszącą Skałą”). Przypomina się również Herzog ze swoim szalonym pomysłem zainstalowania opery w samym sercu amazońskiej dżungli. (Fitzcarraldo)
W czasach, kiedy film może (?) pełnić rolę literatury (kto ma dzisiaj czas na książkę?), “Fortepian” staje się substytutem “Kochanka Lady Chatterley” D. H. Lawrence’a, również “Wichrowych Wzgórz” Emily Bronte… Co więcej, podobne treści wzbogaca wizualnym splendorem.

“NA SKRÓTY” (reż. Robert Altman)

Julianne Moore w "Short Cuts"

Julianne Moore w “Short Cuts”

Film, który zdobył Złote Lwy na ostatnim Festiwalu w Wenecji, ex aequo z “Niebieskim” Krzysztofa Kieślowskiego. Otworzył również trwający właśnie w Chicago XXIX Międzynarodowy Festiwal Filmowy. “Na skróty” to obraz bez mała genialny, na pewno jeden z najlepszych w karierze Roberta Altmana, amerykańskiego reżysera, nad wyraz nieortodoksyjnego, trzymającego się już od dobrego ćwierćwiecza z dala od hollywoodzkiego mainstreamu. Może właśnie dzięki temu – dość paradoksalnie – takie jego obrazy, jak np. “M.A.S.H.”, “McCabe and Mrs Miller”, “Three Women”, “Nashville” czy też ostatnio “The Player”, zalicza się do największych osiągnięć amerykańskiego kina.
“Na skróty” (“Short Cuts”) nawiązuje stylistycznie do “Nashville” a 1975 r., zestawiając na ekranie kolaż sytuacji, w których bierze udział ponad 40 postaci. Równocześnie snuje się kilka wątków. Zrazu powoduje to lekką konsternację, jednakże w stosunkowo krótkim czasie akceptujemy ten nietypowy sposób narracji (zwłaszcza, że pamiętamy go przecież z “Nashville” czy “The Player”), głównie dzieki inteligencji, humorowi, ostrości, przenikliwości, krwistości i obrazoburczości scenariusza, przekładanego przez kompetentnych artystów – za pomocą dźwięków i obrazów – na kinowy ekran. Dzięki temu widzimy niezwykle barwną mozaikę życia i i obyczajów współczesnych Amerykanów, ukazującą – na wzór czegoś w rodzaju skeczy – scenki rozgrywające się wśród zgiełku ludzkiego mrowiska Los Angeles.
Mimo blisko trzy-godzinnej projekcji, nasza fascynacja tym obrazem nie maleje. Jesteśmy niemal zahipnotyzowani sugestywnym stylem Altmana i jego wyrazem, dalekim od pruderii, pochlebstwa i fałszywej skromności. Odwaga tego reżysera imponuje. Jego bezkompromisowość zdobyła mu szacunek i uznanie nawet w tak rozmytym, próżnym i nadpsutym i amoralnym miejscu, jak Hollywood, z którego – mogłoby się wydawać – dawno już uleciały takie archaiczne i niepragmatyczne pojęcia, jak szacunek, szczery podziw i poważanie. Wystarczy jeden telefon Altmana, by zmobilizować i zgromadzić wokół siebie grymaśnych zazwyczaj artystów, z których wielu jest bardzo przejętych swoim celebryckim statusem gwiazdy. Wszyscy wystąpienie w filmie Altmana traktują jako coś nadzwyczajnego, zazwyczaj wspinając się w nich na szczyty swych aktorskich możliwości. W “Short Cuts” nie ma słabych wystąpień, wszystkie są wyśmienite: Jack Lemmon, Julianne Moore, Tim Robins, Matthew Modine, Robert Downey Jr., Andie MacDowell, Huey Lewis, Tom Waits, Lily Tomlin… by wymienić ledwie kilka. Warto ich wszystkich obejrzeć w altmanowskiej “akcji”.

“OJCIEC CHRZESTNY III”  (reż. Francis Ford Coppola)

Al Pacino w "Ojcu Chrzestnym III"

Al Pacino w “Ojcu Chrzestnym III”

“To film o przeznaczeniu – powiedział Al Pacinoi o kimś, kto się temu przeznaczeniu oparł.”
Kiedy Francis Ford Coppola zostawił w ostatniej części gangsterskiej sagi Michaela Corleone siedzącego w samotności nad brzegiem jeziora – jako wypalonego i pustego moralnie bankruta – był przekonany, iż żegna się z nim na zawsze. Również Al Pacino, po tych kilkunastu latach, które minęły od tamtego czasu, miał wątpliwości czy będzie w stanie jeszcze raz zagrać, jak sam się wyraził, tego “mało przyjemnego faceta”.
Jednak kiedy producenci wytwórni Paramount przyszli z odpowiednią propozycją do reżysera, dając mu zupełnie wolną rękę, zarówno w sprawach artystycznych, jak i finansowych, Coppola powiedział “tak”. Trudno im bowiem było zapomnieć o tych 800 milionach dolarów zarobionych przez pierwsze dwie części “Ojca Chrzestnego”, jednego z największych “hitów” w dziejach kina, uznanego na dodatek za wielkie osiągnięcie artystyczne.
No i stało się. Od kilku tygodni można zobaczyć w kinach dalszy ciąg tej wielkiej metafory współczesnych czasów, obwołanej tutaj “epicką wizją amerykańskiej korupcji”. Po obejrzeniu filmów pozostaje w nas wrażenie, iż cała ta trylogia była właściwie historią Michaela Corleone. Jakim więc człowiekiem jest on po tych wszystkich latach? W części pierwszej usprawiedliwiał swoje przestępcze czyny mówiąc: “To nie jestem ja, to moja rodzina”. Później wydawało mu się, że z rodziną zerwał, jednak tak naprawdę więzi te pozostały niezwykle mocne, trzymając go nieubłaganie przy rodzinnym fatum. Myślę, że właśnie w tym rozdźwięku z samym sobą należy szukać źródła tragizmu tej postaci. W głębi duszy czuje on pogardę dla siebie z powodu bycia gangsterem – nie jest mu wygodnie z tym budzącym się w nim co jakiś czas bandytą. Szuka więc drogi legalizującej zarówno jego samego, jak i prowadzone przez niego interesy. Gotów jest nawet uzyskać to za cenę 100 mln. dolarów, które przekazuje w formie dotacji Kościołowi. Co więcej, z Watykanem wchodzi w poważne finansowe układy – jak na ironię, tamtejsi bankierzy również okazują się skorumpowani.
Al Pacino przyznaje, że znów zafascynowała go ta rola, gdyż postać Michaela wydała mu się nabrać z wiekiem większej malowniczości: widzimy bowiem człowieka dojrzałego, pełnego skruchy, pogodzonego z tym, co go przerasta, ale nie pogrążonego jednak w stagnacji – jego świadomość i osobowość ciągle wydaje się rozwijać i ewoluować.
Film, mimo że bardziej prozaiczny niż części poprzednie, zawiera kilka fragmentów naprawdę błyskotliwych. Taka jest np. niemal półgodzinna sekwencja w gmachu opery, w którym przygotowuje się zamach na Michaela Corleone. Ma ona w sobie tajemniczy nastrój i suspense, jaki zdolny był stworzyć jedynie Hitchcock, a także okrutną dynamikę przywodzącą na myśl samego Eisensteina, którego Coppola jest gorącym wielbicielem, uważając go za swojego mistrza.  Zaryzykować tu można stwierdzenie, że być może uczeń nie przerósł swoich mistrzów, ale z pewnością jednak im dorównał.

“ROZMOWA”  (reż. Francis Ford Coppola)

Gene Hackman w "Rozmowie"

Gene Hackman w “Rozmowie”

Błyskotliwa, kameralna i intymna “Rozmowa” Coppoli zaskoczyła wszystkich tych, którzy byli jeszcze pod wrażeniem bogactwa, patosu i okazałości (pierwszej części) “Ojca Chrzestnego”. Afera Watergate, która zbiegła się dokładnie z czasem pojawienia się “Rozmowy” na ekranach kin, przydała jej nowych smaków i odcieni. Nie przyczyniła się jednak do jakiegoś oszałamiającego sukcesu komercyjnego filmu, ukazującego konsekwencje gwałcenia ludzkiej prywatności przez profesjonalną, a zarazem bezwzględna i amoralną inwigilację. Również wysoka klasa obrazu i peany krytyki nie miały na to większego wpływu. Trudno się dziwić. Bowiem “Rozmowa” jest bardziej studium psychologicznym i moralitetem, a nie demaskatorskim filmem politycznym, dokładnie odzwierciedlającym swój czas. Nie jest także czystym, konwencjonalnym thrillerem sensacyjnym, do jakich przyzwyczaiło kino popularne widownię.
Francis Ford Coppola (występujący tu w potrójnej roli: reżysera, scenarzysty i producenta), skupia naszą uwagę na postaci Harry’ego Caula (Gene Hackman), który jest “najlepszym na Zachodnim Wybrzeżu” specjalistą od podsłuchu, prywatnej inwigilacji i przemysłowego szpiegostwa. Caul jest profesjonalistą: nie ma dla niego zadania nie do przyjęcia, wszystko jest tylko kwestią odpowiednich pieniędzy. Caul nie zadaje pytań, a tym bardziej nie chce znać odpowiedzi. Stara się wyciszyć do minimum swoje sumienie, ograniczyć świadomość do perfekcyjnego wykonania zlecenia. Ostatnie pochodzi od anonimowego “dyrektora” (Robert Duvall) i ma polegać na nagraniu rozmowy kobiety i mężczyzny spacerujących po gwarnym placu. To, czego dokonuje Caul jest prawdziwym majstersztykiem. Rejestruje mianowicie rozmowę za pomocą kilku mikrofonów i miksując niedoskonałe nagrania, otrzymuje dość wyraźny zapis całego spotkania. Lecz oto przytrafia mu się to, czego do tej pory starał się konsekwentnie unikać: podsłuchana rozmowa przestaje mu być obojętna – tak samo, jak los tych dwojga młodych ludzi. Wychodzi na jaw, że kobieta jest żoną wszechmocnego “dyrektora”, a mężczyzna – jej kochankiem. Oboje wyrażają obawy, że wyjawienie romansu może skończyć się dla nich śmiercią. Caul wie, że jest to możliwe. Wszak niegdyś przyczynił się w podobny sposób do śmierci kilku ludzi. Waha się z przekazaniem taśm, które i tak wkrótce zostają wykradzione przez podstawioną przez Duvalla prostytutkę. Analizowanie rozmowy i jej ewentualnych konsekwencji, staje się jego obsesją.
Wystąpienie Hackmana w roli Caula jest doprawdy rewelacyjne. Po znakomitych kreacjach we “Francuskim łączniku”, czy choćby w “Tragedii Posejdona” – czyli w filmach “akcji” wymagających od niego niezwykłej ruchliwości i dynamiki – przyszła kolej na zademonstrowanie innej strony swoich aktorskich możliwości. Dzięki interpretacji Hackmana łatwiej nam określić Harry’ego Caula jako postać bez mała tragiczną a zarazem żałosną – to samotny człowiek, którego życie prywatne przedstawia się w stanie szczątkowym i ogranicza do dziwacznych libacji w towarzystwie dziwek i skorumpowanych kolegów po fachu. To niewątpliwie skutek ciągłego naruszania prywatności innych. Poczucie winy targa jego duszą. Nota bene Harry jest katolikiem, który chodzi do spowiedzi. Lecz przy konfesjonale nie wyznaje tego, że jest odpowiedzialny za czyjąś śmierć, a to, że nie zapłacił za prenumeratę gazet.
“Rozmowę” uznano za kluczowy film kina amerykańskiego lat 70-tych, czyniąc przy tym częste odniesienia do słynnego “Powiększenia” Michelangela Antonioniego. Wskazywano głównie na analogię wątku (fotografia-łamigłówka w filmie Antonioniego, taśma magnetofonowa-zagadka u Coppoli). Porównanie moim zdaniem wcale na miejscu. Także jeśli chodzi o klasę obu tych obrazów.

“UCIEKAJĄCY POCIĄG” (reż. Andriej Konczałowski)

Jon Voight w "Uciekającym pociągu"

Jon Voight w “Uciekającym pociągu”

Jak wszyscy wiemy, najgenialniejszymi pomysłami są pomysły najprostsze. Dzięki temu film Andrieja Konczałowskiego ma tyle energii, co cztery potężne lokomotywy mknące z zawrotną prędkością przez pustkowia Alaski. Szalony ów pomysł zrodził się w nie byle jakiej głowie, bo samego mistrza Akiry Kurosawy. To właśnie jego scenariusz został zaadoptowany przez trójkę hollywoodzkich autorów dla potrzeb filmu, którego reżyserię powierzono rosyjskiemu imigrantowi Konczałowskiego, (którego ojciec, nota bene, był autorem sowieckiego hymnu). W rezultacie tego wysiłku powstało sensacyjne “kino akcji” – niewątpliwie przedniej jakości.
Na czym polegała owa prostota? Otóż wątek – sam w sobie – może wyglądać na kalkę: z więzienia ucieka dwóch mężczyzn (Jon Voight i Eric Roberts). Urządza się na nich polowanie, któremu przewodzi sadystyczny komendant więzienia, mający z Voightem osobiste (śmiertelne) porachunki.
Na czym zaś ma polegać owa genialność? Otóż uciekinierzy trafiają na pociąg złożony z czterech lokomotyw, który pędzi niekontrolowany przez śnieżne ostępy alaskańskiej pustyni. Dramat nabiera przez to pędu, który nie słabnie aż do samego końca. Ta przelewająca się z łoskotem góra żelaza wraz z uwięzionymi w niej ludźmi, staje się metaforą, której oczywistość wszak nie jest nachalna, choć jednak dość przejrzysta. Wszystko to przyczynia się również do zapierającej dech w piersiach wizualności obrazu, wspomaganej skutecznie przez rozległe, przypominającej Syberię, śnieżne i tundrowe pejzaże. Biel śniegu, siarczystość mrozu, gorąca krew zdesperowanych bohaterów znacząca szlak ich straceńczej odysei ku ostatecznemu wyzwoleniu…
Jest w filmie Konczałowskiego jakaś brutalna moc, nieznośne napięcie, podtrzymywane prostymi ale przez to niezwykle skutecznymi środkami. Trzeba przyznać, że sam wątek jest naiwny, skrajnie niewiarygodny, dość schematyczny i miejscami nie grzeszący zbytnio logiką. Jednak, dzięki wspomnianym już zaletom widowiskowym i dramaturgicznym obrazu, zawieszamy nasz krytycyzm, przymykamy oko rozsądku, ulegamy iluzji i dajemy się ponieść akcji “Uciekającego pociągu”.

“WSPANIALI BRACIA BAKEROWIE”  (reż. Steve Cloves)

Michelle Pfeiffer w "The Fabulous Baker Boys"

Michelle Pfeiffer w “The Fabulous Baker Boys”

Ekranowy blues. Film niezwykły dla swojego czasu i miejsca, owiany melancholijną atmosferą dawnego kina. “Wspaniali chłopcy Baker” to przede wszystkim nastrój i styl, łagodny jazzowy spleen i intymność swingującej melodii. To również elegancki duet braci Bridges, wokół którego zagęszcza zmysłową atmosferę Michelle Pfeiffer – istne wcielenie Rity Hayworth dla ósmej dekady. Jej wykonanie “Makin’ Whoopie”, kiedy opięta w czerwoną suknię przeciąga się z prężnością kocicy po lśniącej tafli fortepianu, jest cichym diamentem filmu. To jednocześnie sposób w jaki Michelle – na oczach oniemiałego tłumu – kocha się z mężczyzną, który pieści klawiaturę. To także moment, w którym rodzi się w niej uczucie do tego człowieka.
Cóż, zepsuła się pogoda dla braci Bakerów. Grają razem już od 15 lat, zarabiając na życie występami w nocnych lokalach, hotelowych restauracjach… lecz coraz trudniej im o następny kontrakt. Jack (Jeff Bridges), młodszy z braci, niegdysiejsze “cudowne dziecko”, niespełniony geniusz, dawno już przestał dbać o jakość swojej muzyki. Ze zblazowaną miną chronicznego malkontenta wykonuje bezbarwnie mdłe, popowe standarciki lub cieniutki jazzik. Jeśli nie zgasł jeszcze w nim ogień artysty, to ledwie tli się gdzieś na dnie jego zmatowiałej duszy. Sam duet się “wypalił”, a obojętność biesiadujących gości na ich muzykę stała się niemal doskonała. By odwrócić złą passę i ożywić przygasły zespół, ogłaszają konkurs na wokalistkę. Zgłasza się 37 koszmarnych amatorek, lecz 38-ą jest właśnie Michelle Pfeiffer, ratując strudzonych braci przez ostatecznym zwątpieniem. Jest ona dokładnie takim stworzeniem, jakiego chce słuchać – i oglądać – wieczorowe towarzystwo.
“The Fabulous Baker Boys” jest melodramatem, pobrzmiewa romantyczną nutą i wyraźnie tęskni za “dawnych lat czarem”, lecz duszą jest “tu i teraz”. Odsunięcie się Jacka od życia – jego zagubienie się w smętku – jest nieomal patologiczne. Lęk ogarnia go nawet wtedy, gdy dosięga go ciepło miłości Michelle. Zagubił gdzieś ludzkie odruchy, boi się zaangażowania, które mogłoby pociągnąć za sobą jakiekolwiek zobowiązanie. Mimo, że rodząca się w nim miłość do przyzwalającej kobiety budzi go z duchowego odrętwienia, ucieka przed nią.
Ostrzejszy, bardziej dramatyczny nerw obnaża film wtedy, gdy zajmuje się konfliktem jaki nabrzmiewa między braćmi Baker. Ich wzajemna rywalizacja stymulująca kiedyś ich muzyczny rozwój, utknęła w martwym punkcie już przed wieloma laty. Frank (Beau Bridges) założył rodzinę – musi więc podchodzić do życia zupełnie inną ścieżką, kierować się innymi priorytetami. Myśli inaczej, stał się pragmatykiem, człowiekiem praktycznym: to on zajmuje się organizacją koncertów, strofuje młodszego brata za nieumiarkowane palenie, długie włosy i ogólną biznesową nonszalancję. Pojawienie się kobiety, której już nie można traktować jak przelotnej “jednonocnej” kelnerki, odbiera jako zagrożenie własnych żywotnych interesów. Ma to swoje konsekwencje.
Schematy jakimi bawi się młody, 27-letni reżyser Steve Kloves, nie rażą. Utrzymując jedną tonację, wyczuwa on filmową materię “przez skórę”, ujmując ją w piękną formę subtelnej przypowieści.

*

“WYBÓR ZOFII”, “TRIUMF DUCHA”, “FILADELFIA”, “WERDYKT”, “HAMBURGER HILL”, “LADY SINGS THE BLUES” (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się dwadzieścia parę lat temu od kilku publikacji w miesięczniku “KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów “Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną (“Dziennik Chicagowski”, “Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

“WYBÓR ZOFII” (reż. Alan J. Pakula)

Meryl Streep w "Wyborze Zofii"

Meryl Streep w “Wyborze Zofii”

Gorzka i na wskroś pesymistyczna opowieść o ludziach pokaleczonych i zdewastowanych przez szalony świat i cierpienie. Zofia Zawistowska (Meryl Streep) jest Polką pochodzącą z katolickiej rodziny, córką profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego (rozstrzelanego przez Niemców). Byłą więźniarką obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, w którym zginęła dwójka jej dzieci. Jest 1947 rok. Zofia znalazła się na nowojorskim Brooklynie. Mieszka w domu, do którego właśnie wprowadza się młody literat, pracujący nad swoją pierwszą powieścią. Stingo pochodzi z protestanckiego Południa, jest naiwnym, nieostruganym jeszcze idealistą z głową pełną wielkich słów, za którymi – ze względu na brak doświadczenia – niewiele stoi. Znajomość, a wkrótce i przyjaźń z Zofią i jej kochankiem – romantycznym, błyskotliwym, energicznym i szalonym Nathanem (Kevin Klein), jest dla niego rodzajem życiowej inicjacji, doświadczeniem, dzięki któremu dojrzeje… pozbywając się złudzeń, ale i wzmacniając swoje przekonanie o niezbywalności, istocie i mocy takich wartości, jak ludzka godność i szlachetność.
Związek Zofii z Nathanem jest pełen pasji – gwałtowny i… masochistyczny. Zofia, wskutek tragicznych przejść wojennych, jest załamana cieleśnie i duchowo, zadręcza się poczuciem winy za to, że to ona pozostała przy życiu, podczas gdy jej najbliżsi zginęli. Mocno okaleczony psychicznie jest również Nathan. Ongiś cudowne dziecko, w którym pokładano wielkie nadzieje. Teraz człowiek niezrównoważony i nieodpowiedzialny, gwałtowny, targany przez obsesje, Taki jest jednak tylko wtedy, gdy przeżywa swoje złe chwile. Kiedy czuje się dobrze, jest człowiekiem czarującym, romantycznym, inspirującym – o nieskrępowanej wyobraźni i niepospolitej inteligencji. To jest ten Nathan, którego kocha Zofia; Nathan, który porywa ją swoją fantazją, daje jej ukojenie, pozwala zapomnieć o przeżytym koszmarze. Ale również ta druga strona Nathana jest jej potrzebna. Gdy poniżą ją, jest dla niej okrutny, Zofia odbiera to masochistycznie, jako rodzaj kary, czy też pokuty za przeżycie Holocaustu, w którym zginęli jej rodzice, dzieci i miliony innych ludzi.
I jeszcze ten sekret Zofii, tajemnica, z której do tej pory nikomu się nie zwierzyła – wielkie brzemię przygniatające jej duszę. Zarówno Zofia, jak i Nathan są ludźmi, którzy chcą zakryć – jak i uleczyć – swe rany. Te jednak bez przerwy się otwierają i ropieją. A ból jest nie do zniesienia.
Meryl Streep dominuje na ekranie (otrzymała za swą rolę Oscara). Wcale nie dziwię się tym częstym zbliżeniom jej twarzy. Podejrzewam, że zachwycony byłby nią również sam Bergman: tą nadwrażliwą mimiką, ekspresją przebogatą a jednocześnie dyskretną i powściągliwą, tą intensywnością i nerwowym napięciem… Wybaczamy Meryl nawet ten jej sfingowany polski akcent (również sam język polski), jak również celowe kaleczenie angielskich słówek. Możemy się obruszyć nieco na histeryczny antysemityzm ojca Zofii, także lekko poskarżyć się na pewne dłużyzny i ostentacyjność narracji. Są to jednak ledwie usterki ginące w mnogości scen znakomitych, dzięki którym cały obraz Alana J. Pakuly ma dla nas moc rewelacji.

“TRIUMF DUCHA” (reż. Robert M. Young)

Willem Dafoe w "Triumfie ducha"

Willem Dafoe w “Triumfie ducha”

Holocaust nigdy nie leżał w obrębie szczególnego zainteresowania Hollywoodu. Oferował bowiem temat, który był antytezą tego, co produkowała “fabryka snów” gwoli dostarczenia rozrywki tzw. masowej widowni. Do czasów “Listy Schindlera”, jeżeli Holocaust pojawiał się na ekranach, to raczej w tle, będąc kanwą dla indywidualnych losów bohaterów. Tych obrazów zresztą powstała dość znikoma ilość: “The Diary of Anne Frank” (1959), “Judgment at Nuremberg” (1962), “The Pawnbroker” (1965), “Voyage of the Damned” (1976), “Sophie’s Choice” (1982)…
“Triumf ducha” Roberta M. Younga jest jednym z nich. O tyle jest to film bez precedensu, że jako produkcja amerykańska, prawie w całości rozgrywa się w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Przedstawia losy greckiego Żyda (Willem Dafoe) i jego rodziny – ich walkę o przetrwanie w piekle “fabryki śmierci”.
Trzeba przyznać, że film jest odpowiedzialną próbą rekonstrukcji tamtych okrutnych czasów, odbijając koszmar bez zbytniej histerii, acz zabarwiony chyba za bardzo sentymentalizmem i nokturnowym patosem (sceny martyrologii ilustrowane heroiczno-pompatyczną muzyką, przypominającą pasyjne misterium Drogi Krzyżowej). Sama historia bokserskich zmagań Dafoe, który walczy o życie, staczając pojedynki ku rozrywce SS-manów, nabiera znamion alegorii. Sceny obozowe są dobrane starannie, co pozbawia nieco scenariusz spontaniczności i autentyzmu. Niemniej jednak, realizm – w swym ogólnym zrębie – zostaje w “Triumfie ducha” zachowany. W początkowej fazie filmu przedstawia się nam migawki niemieckich kronik, ukazujące początki panoszenia się faszyzmu w Niemczech, co możemy uznać za (skromną wszak) próbę nakreślenia historyczno-politycznego tła filmowych wydarzeń. Jednak później, całkowita uwaga scenariusza skupia się na indywidualnym losie bohaterów, rezygnując tym samym z ogólniejszego opisu Holocaustu i kierujących nim mechanizmów zła.

“FILADELFIA” (reż. Jonathan Demme)

Tom Hanks w "Filadelfii"

Tom Hanks w “Filadelfii”

“Filadelfia” jest nie tylko filmem o “gejach”. To również film o AIDS. Dwa tematy tabu, niemile widziane – szczególnie w rozrywce. O homoseksualistach robi się czasem filmy, które, niestety – mimo, że reprezentują najczęściej liberalny punkt widzenia – przyczyniają się (paradoksalnie) do utrwalania stereotypów. Nie było jednak do tej pory wysokobudżetowego filmu o pladze AIDS. “Filadelfia” łamie pierwsze lody. Jest to historia młodego zdolnego adwokata Becketta (Tom Hanks), zatrudnionego w prestiżowej firmie prawniczej, z której zwalnia się go po odkryciu, że jest chory na AIDS. Jest to niezgodne z prawem, dlatego czyni się to pod pretekstem jego braku kompetencji i zaniedbań. Oczywiście, adwokat okazuje się również “gejem”, co wydaje się już być jedynie prostą konsekwencją tej rewelacji. Beckett skarży firmę. Chce odnieść ostatnie zwycięstwo przed śmiercią, która jest nieunikniona.
Wszyscy adwokaci odmawiają jednak podjęcia się jego sprawy, mając na względzie potęgę przeciwnika. Dopiero dynamiczny Joe Miller (Denzel Washington) – czarny, wygadany i nie pozbawiony serca (acz nie dla “pedałów” – Miller jest bowiem homofobem, “pedalastwo” napawa go wstrętem) – zgadza się reprezentować Becketta w sądzie. Ewolucja postawy Millera jest dość przewidywalna: zaczyna on w końcu dostrzegać w swoim kliencie “człowieka”, błyskotliwego i kompetentnego prawnika. Łatwo przy tym spostrzec, że owa indywidualna ewolucja ma symbolizować i sugerować ewolucję postawy (pełnej uprzedzeń) widowni, przełamanie atawistycznej społecznej ksenofobii, lęku przed “trędowatym”. Takie są intencje twórców, ale wszystko to zalatuje dydaktyką, która według mnie omal nie pogrąża “Filadelfii” w odmętach propagandowej publicystyki.
Jest to również film o umieraniu. Sama śmierć jest częstym motywem wykorzystywanym przez kino – zwłaszcza przez melodramat. To najskuteczniejszy “wyciskacz łez”. Rzadko jednak ukazuje się w nim śmierć naturalistycznie. Jej obraz się łagodzi, poddaje estetyzacji, gwoli lepszego przyswojenia przez tzw. “masowego”, a więc nastawionego głównie na rozrywkę, widza. Reżyser Jonathan Demme (“Silence of the Lamb”) myślał zapewne, że tego eufemizmu uniknie, gdy plastycznie i wręcz ostentacyjnie ukaże rozkładające się ciało Becketta: rakowate liszaje na skórze, sino-bladą przezroczystość twarzy, podkrążone i przekrwione oczy, upiorne wysuszenie… A jednak jest to “tylko” degradacja i ruina cielesna. Bardziej bolesne są chyba dla świadomego, myślącego i wrażliwego człowieka, zmagania duszy. Tego w filmie brakuje: duchowej walki Becketta o własną godność, wewnętrzne paranie się ze śmiertelnością. Jedna scena, w której słucha on arii w wykonaniu Marii Callas – przeżywając pełen bezbrzeżnego bólu i cierpienia własne pożegnanie z tak ukochanym przez niego życiem – nie może nam tego zastąpić, jest bowiem bardziej wyjątkiem potwierdzającym regułę. Może znów zadziałał tu ów mechanizm wyparcia, który łagodzi naszą konfrontację ze śmiercią? Otóż jest ona czymś co przydarza się innym – a nie nam samym. Podobnie koili nas stoicy: “Śmierć? Dlaczego mamy się jej bać? Gdy my jesteśmy – śmierci nie ma; gdy jest śmierć – nas już nie ma”.
Również homoseksualizm moim zdaniem jest w “Filadelfii” ugrzeczniony i wyidealizowany. Liberalizm twórców tego filmu wygląda trochę na premedytację, staje się jakby modelem, taką tolerancją “wzorcową”. Poparcie rodziny i przyjaciół dla Becketta jest budujące – zbyt jednak piękne, by było prawdziwe. Dlatego wydaje się cierpieć na tym obyczajowa wiarygodność  filmu.

“WERDYKT” (reż. Sidney Lumet)

Paul Newman w "Werdykcie"

Paul Newman w “Werdykcie”

Życie Franka Galvina, starzejącego się adwokata, dawno już utknęło w martwym punkcie. Swoją samotność, bezsilność i frustrację topi w alkoholu. Stopniowo zatraca własną godność i resztki szacunku – nawet w stosunku do samego siebie. Całe dnie spędza w okolicznym barze, pijąc z przygodnymi ludźmi i walcząc z “jednorękimi bandytami”. Liczba spraw, które prowadzi nie jest zbyt imponująca: jedna na kilka miesięcy. Jego biuro adwokackie przypomina mu już tylko o świetniejszej przeszłości.
W roli Franka występuje Paul Newman – aktor, którego niepospolitą aparycję i pewien arystokratyzm bycia eksponuje się skwapliwie w każdym filmie z jego udziałem. W obrazie Sidney’a Lumeta natomiast, trzeba było raczej ten gładko-elegancki image zamienić w jego przeciwieństwo – tak aby odpowiadało to postępującej degradacji psychicznej i fizycznej jakiej ulega grana przez niego postać. Zmęczona twarz, przygarbione plecy, siwe włosy w nieładzie, dreszcze spowodowane alkoholowym głodem i napadami lęku… Wszystko to dzięki Newmanowi nosi cechy niewątpliwego autentyzmu. Nie sposób zapomnieć tej kreacji. Pamięta się ją – biorąc pod uwagę poczet ekranowych alkoholików – na równi z wystąpieniem Alberta Finney’a w “Pod wulkanem”, czy Mickey’a Rourkego w “Bar Fly”.
Frank staje przed ostatnią szansą zachowania swej godności, wydźwignięcia się z upokarzającej stagnacji i marazmu. Przyjaciel podsuwa mu sprawę dotyczącą lekarskiego zaniedbania, które doprowadziło pewną młodą kobietę do stanu śpiączki. Z początku wydaje się, że będzie to sprawa raczej rutynowa i formalna – Galvin rezygnuje z oficjalnego przewodu w zamian za jednorazowe (blisko ćwierć miliona dolarów) odszkodowanie dla rodziny ofiary, sam zadowalając się jego trzecią częścią. Lecz oto ma miejsce coś, czego nie mógł przewidzieć nawet Frank. Widząc nieprzytomną, wegetującą dziewczynę, Galvin przeżywa szok. Być może sam, do pewnego stopnia, identyfikuje się z ofiarą pozbawioną  wszelkiej władzy nad swoim ledwie tlącym się życiem. Rzuca wyzwanie nie tylko szanowanym dotychczas lekarzom oraz kościelnej instytucji, będącej gospodarzem szpitala – ale także i własnym słabościom, lękom i nałogowi.
Jako reżyser pamiętnych “Dwunastu gniewnych ludzi”, Sidney Lumet bardzo dobrze radzi sobie z budowaniem napięcia i sądowej dramaturgii, zaś jako twórca “Sieci” – potrafi obdarzyć postaci filmu prawdziwym nerwem, czyniąc z nich ludzi z krwi i kości, których tragizm nie może pozostać nam obojętny. Oczywiście, zasługa w tym również Davida Mameta, jednego z najbardziej uzdolnionych (i najpopularniejszych) współczesnych dramaturgów amerykańskich, flirtujących z filmową muzą.

“HAMBURGER HILL”  (reż. John Irvin)

"Hamburger Hill"

“Hamburger Hill”

To jak bardzo różniły się od siebie filmy o Wietnamie, może świadczyć o tym, że każdy z nich obarczony był a priori jakimś metaforycznym konceptem. Chcąc powiedzieć “prawdę” o tamtej wojnie, uciekały się do form, które zamykały je w obrębie pewnej sztuczności. Tak było z wizyjno-halucynerskim “Czasem Apokalipsy” Coppoli, z moralitetowym “Plutonem” Stone’a, wydeliberowanym “Full Metal Jacket” Kubricka, rozśpiewanym “Hair” Formana, socjologiczno-obyczajowym “Łowcą jeleni” Cimino, czy na poły kryminalną przypowieścią “Ofiary wojny” De Palmy.
Film Johna Irvina także wchodzi na specyficzne tereny, zbliżając się nieco do kombatanckiej klasyki typu “Piaski Ivo Jimy”, niemniej jednak odkrywa prawdę o Wietnamie w bardziej bezpośredni sposób, nie siląc się nawet (lub wyrażając po prostu niemoc) na zajęcie własnego stanowiska co do zasadności i sensu tamtej wojny. “Hamburger Hill”, przedstawiając żołnierzy w morderczym boju, w sposób bezpośredni i realistyczny daje nam obraz bitewnego piekła, w którym ludzie usiłują dociec racjonalnych przesłanek i sensu przelewania krwi dosłownie za kupę błota.
Epizod do jakiego nawiązuje film, jest prawdziwy. 10 maja 1969 roku odział amerykańskich żołnierzy dostaje rozkaz zdobycia wzgórza Dong Ap Via, okupowanego przez Wietnamczyków. Przez następne 10 dni Amerykanie przypuszczają 10 ataków na wzgórze, odnosząc przy tym 70% strat w ludziach. W tym czasie lotnictwo dokonuje 272 nalotów na znajdujące się na wzgórzu pozycje Wietnamczyków, zrzucając przy tym 600 tys. ton bomb (w tym 80 ton napalmu). Przy jedenastej próbie ataku na bunkry, marines zdobywają szczyt. Po miesiącu opuszczają go jednak, a na ich miejsce ponownie wchodzą Wietnamczycy.
Film właściwie nie posiada wyraźnego wątku. Tworzą go odizolowane od siebie sceny, w których żołnierze – w przerwach między morderczymi szturmami – wikłają się w dyskusje, deklaracje, konflikty (również na tle rasowym)… Z tego też powodu “Hamburger Hill” wydaje się filmem nieco przegadanym – tak, jakby scenarzysta chciał ogarnąć w dialogach każdy aspekt tamtej wojny i dokonać polityczno-społecznej analizy całego konfliktu – za jednym zamachem i w jednym filmie. Jednakże po latach, patrząc z dystansu na “Hamburgerowe Wzgórze”, nabiera to wszystko innego wydźwięku. Mniej już mamy pretensji o to, że owa analityczność rozbija nieco dramaturgiczny porządek filmu, a zaczynamy doceniać to, że jednak rozszerza nam to optykę w spojrzeniu na tamtą wojnę, naświetlając ją bardziej wielostronnie i chyba prawdziwiej niż reszta obrazów zajmujących się tym samym tematem.

“LADY SINGS THE BLUES” (reż. Sidney J. Furie)

Diana Ross jako Billie Holiday w "Lady Sings the Blues"

Diana Ross jako Billie Holiday w “Lady Sings the Blues”

Jak większość filmowych biografii muzycznych, “Lady Sings the Blues” jest interpretacją życiorysu artysty, bardziej lub mniej dyskretnie wykorzystującą licentia poetica. Ktoś zauważył, iż życie Billie Holiday wyglądało tak, jakby napisał je Dostojewski. W wieku 10 lat została zgwałcona przez sąsiada. Wkrótce oddano ją do poprawczaka. Przez jakiś czas – po przeprowadzce z Baltimore do Nowego Jorku – mieszkała w domu znajomych matki, pracując jako sprzątaczka. Wkrótce trafiła do burdelu. Za uprawianie prostytucji zamknięto ją w więzieniu. W początkach lat 30-tych zaczęła śpiewać w jednym z nocnych klubów Harlemu. W połowie tej dekady była już sławna. Niestety, w latach 40-tych, wraz z artystycznym uznaniem i nagraniami, które ujawniły jedną z największych śpiewaczek jazzu swojej epoki, uzależniona od heroiny Billie, ulegała stopniowo autodestrukcji. Narkotyki zabiły ją gdy miała 44 lata.
Niewielu śpiewaków w historii muzyki zdołało osiągnąć jej głębię emocjonalnego zaangażowania i tak wielką złożoność interpretacji, często nawet banalnego materiału. Billie Holliday była zarówno krucha, jak i gorąca; subtelna, jak i wyzywająca. Ta dlatego, gdy śpiewała, raz przypominała buntowniczkę, innym zaś razem ofiarę. Jak ktoś sugestywnie to ujął: “śpiew Billie jest jak atłas, na który padają krople kwasu”. Ból i lęk wydobywają się z samego dna jej duszy, nasycając jej muzykę niepokojącą intensywnością i gorzkim liryzmem.
Wielu zdumiało się aktorskim debiutem Diany Ross, pupilki wytwórni Motown, gwiazdy muzyki popowej i rhythm and bluesowej. Nie dawano wiary, że może ona tak dogłębnie oddać tragizm i złożoność postaci Billie Holiday. Jednak, dosłownie już od pierwszych scen, podobne wątpliwości znikają. Interpretacja Diany jest przejmująca, odkrywcza, ale i naturalna. I choć nie usiłuje ona imitować Billie (a szczególnie jej śpiewu), to jej kreacja staje się na naszych oczach jakby hołdem złożonym jej osobowości, cierpieniu, wrażliwości, subtelności i pasji. Diana nie śpiewa jak Billie Holiday, ale też nie śpiewa jak Diana Ross z “The Supremes”, którą wszyscy znamy. Słyszymy natomiast jakiś trzeci rodzaj wokalnego artyzmu – to właśnie on jest hołdem dla legendarnej śpiewaczki. (Warto tu wspomnieć, że sama Billie Holiday powiedziała kiedyś: “If I’m going to sing like someone else, then I don’t need to sing at all.”)
Zwolennicy ściślejszego przystawania filmowej fabuły do faktów biografii Billie Holiday, mieli jednak za złe twórcom filmu, że zbyt lekko potraktowali pewne aspekty jej życiorysu. Zignorowano np. jej kontakty z wielkimi muzykami ówczesnego jazzu, takimi jak Count Bassie, Artie Shaw, Benny Goodman, John Hammond, Lester Young… A przecież były one niezmiernie ważne dla jej artystycznej ewolucji, a tym samym i dla niej samej. Dopełniały jej osobowość, nierozerwalnie związaną z muzyką jazzową. Nic nie wspomina się także o jej małżeństwie z Jimmy’m Monroe. Zamiast tego uromantycznia się jej związek z Louisem Mc Kay, nałogowym hazardzistą – czego zresztą w filmie zbytnio się nie podkreśla, idealizując jego miłość i oddanie dla naszej bohaterki.
Myślę, że “przeoczenia” te były popełnione jak najbardziej świadomie. Najprawdopodobniej po to, by uprościć melodramatyczny wątek. Wydaje się, że poddano obróbce życiorys Holiday, by uczynić go bardziej “przyswajalnym” dla tzw. “szerokiej” publiczności, innymi słowy: by zaspokoić popularne gusta. Dość istotną rolę odegrały tu zapewne wymogi komercyjne. A jednak wzbraniałbym, się dyskredytować z tego powodu film Sidney’a J. Furiego. Bowiem i tak zalety biorą w nim górę nad (nie tak znów znacznymi) przypadłościami, a zetknięcie się z tym obrazem – i z towarzyszącą mu muzyką – może stać się dla nas wyjątkowym doświadczeniem.
*

BOMBY, WIATRAKI I KONTRABAS, czyli o samotności farsowo i tragicznie

*

Niestety, temat znów stał się aktualny (prawdę mówiąc to aktualny on jest zawsze). Chodzi o terroryzm. Ostatni zamach bombowy w Bostonie i dyskusja, jaka wywiązała się pod moim wpisem o dramatycznych wydarzeniach, jakie on za sobą pociągnął, przypomniała mi casus Teda Kaczynsky’ego (słynnego Unabombera) i artykuł, jaki swego czasu poświęciłem tej postaci. Jest to rodzaj studium charakterologicznego terrorysty, który dodatkowo rzuca światło na inne aspekty naszej współczesności, a przy okazji: także na taki fenomen ludzkiej kondycji, jakim jest samotność. (Tekst został opublikowany w “Dzienniku Chicagowskim”, 10 stycznia 1997 roku.)

*

solitude samotność

*

I. WIATRAKI UNABOMBERA*

W czasie największej wrzawy wywołanej aresztowaniem Unabombera, wśród tych wszystkich dyskusji radiowych, telewizyjnych… sążnistych artykułów i cover stories, podobizn zarośniętego i skutego kajdankami Kaczynsky’ego na okładkach największych amerykańskich magazynów, odbyła się również rozmowa w naszej redakcji “Dziennika Chicagowskiego”, w której każdy wygłosił swoje zdanie, a kiedy przyszła kolej na mnie, to wspomniałem coś o “walce w wiatrakami”.
Jednak chwilę później uświadomiłem sobie, że mimo wspólnego mianownika jakim tu jest obłąkanie, przywołanie analogii z donkiszoterią niezbyt dobrze przystaje do przypadku Teda Kaczynsky’ego – do jego postawy – do społecznego i symbolicznego wymiaru całej tej szaleńczej, ślepo-zaułkowej rejterady zbłąkanego geniusza z Chicago.
Don Kichot walczył z wiatrakami, które istniały tylko w jego wyobraźni, chciał kruszyć swą kopię ze zwidą, mierząc nią w chimerę, na co świat zareagował pobłażaniem dla dziwactwa, nie pozbawionym nawet pewnej przychylności i sympatii dla błędnego rycerza.
Ted Kaczynsky zaś obrał sobie za obiekt ataku technologię i postęp cywilizacyjny jako zagrożenia, (które niewątpliwie są faktami i zjawiskami realnymi), jednak swoje bomby podsyłał rzeczywistym ludziom, na co świat zareagował strachem, jak również potępieniem i nienawiścią do zabójcy.
Na tym jednak różnice się nie wyczerpują.
Don Kichot był marzycielem, romantycznym poczciwcem chociaż mitomanem; stawał po stronie honoru, ideału i sprawiedliwości, chciał bronić pokrzywdzonych, no i kochał wzniośle i wiernie Panią swego serca, Dulcyneę z Toboso, a była to miłość wielka i prawdziwa, choć kochanka raczej wyimaginowana.
Ted Kaczynsky zbuntował się przeciwko cywilizacji – trudno jednak dostrzec w nim jakiś utopijny acz szlachetny w intencjach idealizm; nienawidził ludzi, wliczając w to własną rodzinę, a co gorsza… wszystkie kobiety.
Choroba Don Kichota, za pośrednictwem geniuszu Cervantesa, dostarczyła światu jedno z najwspanialszych arcydzieł literatury, uniwersalną parabolę pewnego aspektu człowieczej (nie)doli; romantycznego eskapizmu i owładniającej potęgi ludzkiej wyobraźni.
Choroba Kaczynsky’ego stała się udręką dla jego najbliższych, również dla niego samego, uniemożliwiając mu twórcze wykorzystanie swego niepośledniego intelektu (nota bene o ilorazie inteligencji 170) i wreszcie – co najbardziej wymierne a jednocześnie tragiczne – spowodowała śmierć 3 osób, a zranienie 23.
Wypada tu zaznaczyć, zważywszy choćby na Don Kichota, że “chorobliwość” umysłu niekoniecznie dyskwalifikuje wszystkie jego intencje, skutki i znaczenie – ważność dla społeczeństwa. Zważmy, że niemal wszystkich twórców największych religii świata, współczesna medycyna najprawdopodobniej zakwalifikowałaby do przypadków psychiatrycznych. Nie w tym jednak rzecz. Istotna w społecznej (kulturowej) akceptacji jest pozytywna siła oddziaływania tego, co z pozoru – przynajmniej w oczach tzw. “trzeźwych” realistów – wygląda na obłęd. To prawda, że najczęściej ów stan umysłu jest destruktywny, ale bywa też i konstruktywny, kreując nowe, pozytywne wartości.

Może ktoś mi zarzucić, że zbyt daleko zapędziłem się w swoich konkluzjach, zestawiając casus Kaczynsky’ego z protoplastami różnych religii, jednak wato pamiętać, że nieraz kult rozpoczynał się całkiem skromnie i niewinnie, a to, co przez postronnych świadków odbierane było jako dziwactwo wręcz i fanaberię, stawało się zalążkiem pokaźnego kulty czy seksty, wpływało w końcu istotnie na społeczne, czy choćby tylko partyjne ideologie, zmieniając przy tym historię. Sam zetknąłem się ze sugestiami, że być może kiedyś w przyszłości, Kaczynsky stanie się postacią kultową, kimś w rodzaju świętego jakiegoś ruchu ekologicznego, sprzeciwiającego się technologicznej dehumanizacji naszej cywilizacji. (Doszły mnie nawet słuchy, że wśród młodej polskiej prawicy – a może lewicy? – niektórzy uparli się z Unabombera zrobić bohatera. Znam lepsze wzory.)

greydot

Bez wątpienia Theodor Kaczynsky był socjopatą. Czy jednak wszystkie przypadki tzw. socjopatii uznać należy za psychologiczne czy socjologiczne “przestępstwo”? Przecież pewna doza wyobcowania (poszukiwanie “świętego” spokoju, wolterowskie “uprawianie swojego ogródka”, tudzież pragnienie autonomii, niezależności, skupienia…) może być zrozumiała, a nawet pożądana nie tylko dla tego kto się odsuwa, ale i dla tych, od których ktoś się odsuwa. Pewne wartości, z których korzysta cała społeczność – naród, czy nawet cała ludzkość – mogły powstać tylko w samotności twórcy. Lecz w tym (kreatywnym) odsunięciu się ważne jest mimo wszystko poczucie solidarności z ludźmi – być może nawet gdzieś tam ponad murem, czy warstwą izolacji, która często jest niczym innym, jak rodzajem ochrony przed zranieniem. Solidarności wspólnego losu, doli, fatalizmu, zagrożeń, lęków, cierpienia, radości, nadziei… Wtedy te bariery są jakby pozorne, a współodczuwanie prawdziwe – paradoksalnie, mimo fizycznego dystansu – poczucie więzi staje się mocniejsze.
Niestety, z Unabomberem sprawy miały się inaczej. I doprawdy nie wiem, czemu tę klęskę umysłu i duszy Kaczynsky’ego przypisać: wychowaniu, genom, środowisku… jego własnym wyborom czy też czynnikom endogennym? Dysponuję zbyt małą ilością danych, bo o tym przesądzić. Ewidentne objawy dają nam obraz człowieka dość złożony.
To, że Kaczynsky zamieszkał w chatce na odludziu Montany, samo w sobie nie jest przecież czymś złym i niezrozumiałym. Kto z nas nie odczuwa – przynajmniej od czasu do czasu – podobnej tęsknoty, by “wsiąść do pociągu byle jakiego”, rzucić to wszystko w czorty i zaszyć się gdzieś z psem, kobietą, wędką i książkami (kolejność przypadkowa) w jakiejś leśno-górskiej głuszy? Tym, co trudno zaakceptować, a co świadczyło o poważnych perturbacjach psychicznych Kaczynsky’ego, były pewne epizody z jego życia, których nie sposób tu zignorować. Nie zauważano raczej u Teda zainteresowanie płcią odmienną. Kiedy pewnego razu chciał się do kobiety zbliżyć, ta dała mu kosza a on z wściekłości zaczął w miejscach publicznych naklejać napastliwe i złośliwe limeryki na jej temat. W końcu nie tylko zerwał stosunki ze swoją najbliższą rodziną, ale i skierował na nią swą nienawiść. Kiedy po raz pierwszy matka i brat odwiedzili go w swojej chatce, nie odezwał się do nich ani słowem, siedząc przez pół dnia nieruchomo na kanapie. Później słał im coraz bardziej przykre listy obwieszczając, że nie życzy sobie z nimi żadnego kontaktu. Oto fragmenty: “Uważacie, że możecie mnie traktować jak zwykłego dupka, na którym można się wyżyć i rozładować frustrację. Zawsze chcieliście, abym był waszym grzecznym geniuszkiem.”

Robił wyrzuty rodzicom, że źle go traktowali w dzieciństwie, że używali wobec niego obraźliwych i napastliwych słów. Jednak najbardziej cierpiał wskutek poczucia, iż został przez nich odtrącony, gdy urodził się jego brat, David. Najdziwniejsza wszak była jego późniejsza reakcja na małżeństwo brata. Poczuł się zdradzony (!), uważał, że brat “opuścił” go dla kobiety (!!) i podobno wpadł nawet w rozpacz na wieść, że David czuje się w swoim związku szczęśliwy. Obraża się więc gwałtownie na niego, zawiadamiając o zerwaniu wszelkich kontaktów. Kiedy David chce go odwiedzić w Montanie, pisze pełen złości list: “Tak mnie dusi poczucie bezsilności i frustracji, że nie jestem w stanie zrzucić całej tej śmierdzącej rodziny z moich pleców, a zwłaszcza takiej osoby, jak ty! Nigdy, nigdy nie chcę widzieć ani ciebie, ani kogokolwiek z naszej rodziny.”
Nie wiem, zapewne zbyt mało wiemy o rzeczywistych stosunkach Teda z rodziną, nie znamy całej prawdy i domowych przejść, jednak sporo wskazuje na to, że problem był w Tedzie, a nie w jego rodzinie. Jeśli więc nie było konkretnych, wytłumaczalnych powodów do tak gwałtownej niechęci do krewnych, te słowa Kaczynsky’ego świadczą o jego poważnym emocjonalnym problemie, może nawet o mentalnym krachu.

greydot

Mimo tych dewiacyjnych zachowań Unabombera, spróbujmy podejść poważnie do jego postulatów dotyczących zagrożenia cywilizacyjnego, jakie niesie ze sobą postęp technologiczny. Kaczynsky w swoich manifestach opublikowanych na łamach “Washington Post” i “New York Timesa”, zwracał szczególną uwagę na niebezpieczeństwo związane z eksperymentami inżynierii genetycznej, które mogą prowadzić do “kontroli umysłu i świadomości człowieka, poprzez implanty elektrod w mózgu czy elektroniczne systemy zagrażających prywatności ludzi.”
Trzeba przyznać, że brzmi to nieco paranoidalnie, niemniej jednak musimy się zgodzić z tym, że manipulacja genami przypomina igranie z ogniem i może mieć katastrofalne skutki dla życia na naszej planecie. W każdej chwili może się bowiem zdarzyć, że jakaś mutacja genowa wymknie się spod kontroli i – np. w formie wirusa – zagrozi życiu biologicznemu za Ziemi. Podobnie jest z zagrożeniami ekologicznymi związanymi z rozwojem przemysłu, z urbanizacją, ekspansją infrastruktury, eksploatacją zasobów naturalnych, wymieraniem wielu gatunków roślin i zwierząt. Można to postrzegać jako stopniowe niszczenie środowiska naturalnego, świata fauny i flory – jako zawężanie się wokół ludzi tej sfery życiowej, której nie dotknęła jeszcze ingerencja i piętno ich rozpanoszonej cywilizacji. Nie można zaprzeczyć, że są to zagrożenia całkiem realne – niebezpieczeństwo jest rzeczywiste, co uświadamiają nam nie tylko umysły wzburzone, jacyś nawiedzeni “zieloni”, ale i poważne autorytety naukowe, racjonalni badacze świadomi ewolucji i zmian cywilizacyjnych mających decydujący wpływ na środowisko naturalne człowieka.
Jednakże, nawet w tym kontekście, postawa Kaczynky’ego była nie do przyjęcia. Nie tylko zresztą ze względu na jego akty terrorystyczne, pociągające za sobą niszczenie zdrowia i życia Bogu ducha winnych ludzi. Była nie do przyjęcia (abstrahując od sprawy kryminalnej) ze względu na swoją jałowość. Jeżeli bowiem Kaczynsky był tak przejęty losem ekologicznym świata, to czy nie powinien swoje dążenia zracjonalizować, nadać im społecznie akceptowalnego, cywilizowanego,  po prostu ludzkiego biegu? Istnieją przecież takie formy działalności, które – przy jego potencjale intelektualnym i stopniu zaangażowania – mogły przynieść wymierny i rzeczywisty skutek. Stało się inaczej: Ted dokonał innych wyborów (albo też był zdeterminowany czymś, na co nie miał wpływu), kompromitując w jakimś sensie szlachetność wspomnianych idei i wkraczając ponadto na teren zbrodni.

greydot

Nie ulega wątpliwości, że musimy mieć świadomość konieczności poszanowania otaczającej nas natury, której przecież sami jesteśmy cząstką. Nie wszystkie “zielone” działania i manifestacje należy odbierać jak dziwactwo i kwitować wzruszeniem ramion. Mnie samego zbyt mocno uderzyło pięknych kanionów Utah, majestat polodowcowych dolin Sierra Nevada, niesamowity pejzaż Doliny Śmierci, pełne bizonów pastwiska Yellowstone, dzikie ostępy Wyoming czy też spieczone słońcem pustynie Arizony, by twierdzić, że od tego wszystkiego ważniejsza jest fabryka, kopalnia, cementownia, elektrownia czy tartak. Nie można tego, co kształtowało się przez miliony lat – a co stało się cudem przyrody – niszczyć w ciągu paru dekad ciasnym i krótkowzrocznym pragmatyzmem – jakąś doraźną użytecznością i potrzebą, którą jednak dałoby zaspokoić się w inny sposób.
Z drugiej jednak strony trudno zaprzeczyć, że utopią są wszelkie dążenia anty-postępowe. Naukowego i technicznego rozwoju nie można powstrzymać, tak jak nie da się zastopować ewolucji, przeciwstawiając się jej prawom. Należy jednak zachować nad tym wszystkim jakąś rozsądną kontrolę. A postęp cywilizacyjny nie tylko jest nieunikniony, ale i niezbędny.
W niedawnym orędziu noworocznym na XXX Światowy Dzień Pokoju, Jan Paweł II mówił: “Postęp w dziedzinie przemysłu i rolnictwa zapewnił wyższy poziom życia milionom ludzi i pozwala spodziewać się pomyślnej przyszłości dla wielu innych; dzięki technice możliwe jest dziś pokonywanie wielkich odległości; informacja stała się bezpośrednio dostępna, co poszerzyło możliwości ludzkiego poznania.”

greydot

Napisałem, że świat na bombowe wyczyny Unabombera zareagował strachem i nienawiścią. A czy można było inaczej? Jednakże, ponoć w czasie aresztowania zarośniętego pustelnika z Montany, nawet agenci FBI wykazywali wobec niego pewną przychylność. Podobnie: prasa i media amerykańskie w zasadzie nie były skłonne do grzmiących potępień. Również w naszym polonijnym środowisku dały się odczuć odruchy – jeśli nie sympatii, to pewnej wyrozumiałości wobec Kaczynsky’ego. (Można się było przy okazji zastanowić: jaką rolę w tej nieagresji miało jego polskie pochodzenie ?)  Niektórzy brali jego stronę, podkreślając np. fakt “zdrady”, czyli wydania go policji przez rodzinę. Sugerowano nawet jakieś korzyści materialne, zbicie forsy na wspomnieniach, wywiadach… Tymczasem nie ma, jak do tej pory, żadnych podstaw, by twierdzić, że to spodziewana korzyść finansowa była motywacją w złożeniu donosu przez brata Davida. Rodzina Kaczynsky’ch do dzisiaj nie chce słyszeć o milionie dolarów jaki przeznaczyła agencja federalna na nagrodę dla tego, kto wskaże ślad prowadzący do schwytania Unabombera.

greydot

Tym, co najbardziej obciąża Unabombera, jest terroryzm. Można mu ewentualnie współczuć jako człowiekowi choremu, można starać się zracjonalizować jego ostrzeżenia, upoważnić pewne elementy jego ekologicznej ideologii, jednak z całą pewnością trzeba się sprzeciwić metodom, jakie zastosował on do manifestacji swego buntu.
Jeśli nawet zgodzimy się, że stosowanie drastycznych metod walki jest w realiach dzisiejszego świata czymś nie do uniknięcia (jak można było inaczej wygrać wojnę z faszyzmem?), to terroryzm nigdy nie może zdobyć naszej akceptacji. To prawda, że jego źródło często leży w desperacji, ale tym źródłem bywa też niekiedy szaleństwo, jakaś fundamentalna niezgoda na świat, pewnego rodzaju anarchizm… Często wyrasta on z jakiegoś jądra ciemności ukrytego we wnętrzu człowieka, jest bardziej problemem osobistym, niż ogólnym – jeszcze jedną formą samobójstwa. Bywa też fanatyzmem przebranym w martyrologiczne szatki krzewienia jakiejś ideologii; wreszcie pretekstem do destrukcji dle zdolnych do wszystkiego straceńców. Terroryzm jako szaleńczy spazm w uciecze człowieka przed samotnością.

greydot

II.  SAMOTNOŚĆ Z KONTRABASEM

Samotność z kontrabasem

Zmieńmy jednak wymiar i tonację.
Wziąłem niedawno do ręki sztukę Patricka Suskinda “Kontrabasita” (nawiasem mówiąc przetłumaczoną przez moją redakcyjną koleżankę Basię Woźniak), przypominając sobie przy tym kreację Jerzego Stuhra, który przedstawił nam ją niedawno w Wietrznym Mieście w swojej świetnej interpretacji. Monodram wciąga, ponownie przywodząc pewne skojarzenia z Don Kichotem, tyle że miejsce kopii zajmuje pękaty kontrabas.
O czym myślimy czytając Suskinda?
Kiedy tragedia staje się nie do zniesienia, należy ją zamienić w komedię. Tak, jak samotność Kontrabasisty: w małym pokoju, sam na sam ze swoim instrumentem, (którego bardziej jednak nienawidzi, niż kocha) człowiek przegrany odmawia uznania swego niespełnienia i izolacji za dramat. Ma na to niezawodny sposób: żart, kpinę, ironię, szyderstwo, bagatelę oraz… miłość do pięknej sopranistki Sary. Dodajmy, że jest to miłość platoniczna, jako że Sara nie jest nawet świadoma istnienia swojego adoratora.
Kontrabasista dobrze zna swoje ograniczenia. Wali dramatycznie pięścią we własną pierś i krzyczy: “O, tu – jest pusto!” Nie dane jest mu zostać wielkim artystą, ani nawet dobrym instrumentalistą. Lecz te chwile nie trwają długo. Już w następnej minucie uważa siebie i swój instrument za pępek… nie tylko filharmonii, ale i świata. Kompleks niższości jakże łatwo zamienia się w manię wielkości.
No ale co z tą miłością? Może właśnie to uczucie ratuje Kontrabasistę przed ostateczną katastrofą? To nic, że nieosiągalność kobiety pożądanej przepełnia go goryczą i zmusza do tego, by zastąpić jej ciało kontrabasem. Dobra i taka namiastka, niż żadna. Tak, jak pisał w swoich “Esejach” Franciszek Bacon: “Jakże mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, czym może być samotność. Gdyż tłum nie jest towarzystwem, twarze są niczym innym, jak galerią obrazów, a rozmowa zaledwie cymbałem brzmiącym – jeśli nie ma w tym wszystkim miłości.” Bacon nawiązywał zapewne do “Hymnu o miłości” Św. Pawła, a wyszło tak, jakby znał przypadek naszego samotnego Kontrabasisty, koncertującego przed tłumnym audytorium i wzdychającym do sopranistki.

greydot

Samotność.
W społeczeństwie zawsze jest to rzecz podejrzana. Choć zdania na jej temat są podzielone. Z jednej strony mówi się tak, jak Pearl Buck: “Człowiek, który próbuje żyć samotnie, nigdy nie odniesie sukcesu jako ludzka istota – jego serce stanie się oschłe, jeśli nie znajdzie drugiego serca, jego umysł skurczy się, jeśli będzie słyszał tylko echo swoich własnych myśli nie znajdując innej inspiracji”.
Z drugiej strony uważa się, że tylko w samotności może się spełnić ludzka indywidualność i “pełnią rozkwitnąć dusza”.
Podsumował wszystkich Tomasz Mann pisząc w “Śmierci w Wenecji”: “Samotność jet matką tego, co w nas jest oryginalne, matką piękna niespotykanego i zadziwiającego – czyli poezji. Ale bywa też tak, że rodzi przeciwieństwa: perwersję, absurd – to, co zakazane”.

greydot

Naszego samotnego Kontrabasistę można umieścić w samym banalnym środku między tymi skrajnościami: oryginalności to on zbytniej z siebie nie krzesa (choć czuje czasem w swej tęsknicy dotknięcie poezji), również perwersją zbytnią nie grzeszy, okazując się tylko niegroźnym dziwakiem.
Istotne jest to, że swoje osamotnione życie woli Kontrabasista widzieć bardziej jak komedię, niż tragedię. Tym lepiej nie tylko dla niego, ale i dla nas – świadków jego pustelniczej doli. Bowiem wolimy śmiać się z człowiekiem, niźli razem z nim płakać. A sam Kontrabasista ma doskonały i genialny w swej prostocie sposób na radzenie sobie z problemami, które go przerastają. Zanim coś go zaboli, obwieszcza sobie i światu: “Olewam to!”
Kontrabasista przymierza się jednak do aktu desperacji i heroizmu. Chce podczas solennej premiery opery, w której Sara śpiewa główną partię, wstać w ciszy i wykrzyczeć na cały głos imię swojej ukochanej. Wyobraża sobie, że tylko w ten sposób może zwrócić na siebie jej uwagę. Zniszczyłby pewnie tym swoją “małą stabilizację”, ale za to zyskał rys pasji i bohaterstwa. (To nic, że tylko w swoim własnym mniemaniu.)
Właśnie pakuje swój instrument do futerału, przywdziewa frak i wychodzi do filharmonii. Czy jednak wystarczy mu odwagi, by krzykiem zagłuszyć swoją samotność

greydot

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 305 other followers